Autor: jmzolt1

  • Podróż do Drezna

    Podróż do Drezna

    Saksonia, której stolicą jest Drezno, a w nim Zwinger, zespół pałacowy z XVIII wieku, jeden z najwybitniejszych przykładów architektury rokokowej świata. Został zniszczony na skutek działań drugiej wojny światowej przez dywanowe naloty alianckie.
    Przez trzy dni od 13 lutego 1945 do 15 lutego 1945 roku trwały naloty bombowe. Zrzucono na miasto ponad 1200 ton bomb zapalających, rozpryskujących fosfor, które spowodowały  burzę ogniową na obszarze 39. km². Żadna żywa istota nie miała szans na przeżycie.
    W tym czasie w Dreźnie przebywało wiele osób różnej narodowości, oszacowanie strat nie jest możliwe. Różnie źródła podają, że  było to 35 tysięcy, a nawet 200 tysięcy.
    Naocznymi świadkami tych tragicznych zdarzeń byli jeńcy amerykańscy. W grupie tej znajdował się pisarz Kurt Vonnegut, który opisał przebieg bombardowania Drezna w swojej książce „Rzeźnia nr 5”, skutki zastosowania bomb zapalających, powodujących śmierć ludzi i zwierząt w niewyobrażalnych męczarniach. Widział palące się zwierzęta w zoo.
    Byłam w Dreźnie w latach siedemdziesiątych i widziałam ślady po bombach zapalających. Kamienne rzeźby, ściany Zwingera pokryte czarnym grubym nalotem powstałym na skutek palącego się fosforu.
    Było to wojenne barbarzyństwo, dosłownie na parę minut przed  zakończeniem wojny, potworny akt zemsty, którego konsekwencje poniosła ludność cywilna.
    Dlaczego za szaleństwa jednostki ponoszą konsekwencje ludzie, którzy nie mają wpływu na bieg wydarzeń? Tego rodzaju pytania nasuwają się, patrząc na ślady tamtych krwawych wydarzeń, przypominających nieopisane cierpienie ludności cywilnej, agonie miasta.
    Osmolony palącym się fosforem Zwinger pozostawiony na wieczną pamiątkę ku przestrodze, to memento, aby dalsze pokolenia nie pragnęły nigdy wojny.
    Ale to obraz zewnętrzny, wnętrza  Zwingera odbudowane przyjęły arcydzieła światowej sławy uratowane z pożogi przez ludzi dobrej woli. Jedną z najpiękniejszych kolekcji malarstwa europejskiego zbiory zapoczątkowane przez Augusta I elektora saskiego.
    Przechodziłam z sali do sali i widziałam arcydzieła stworzone przez wielu mistrzów: Rembrandta, Rubensa, Tycjana , Dϋrera i innych najwybitniejszych malarzy europejskich, nie sposób wszystkich wymienić. Przed niektórymi płótnami zatrzymywałam się dłużej, ale to była krótka jednodniowa wycieczka, czasu mało, a dzieł do obejrzenia bardzo dużo.
    Trudno nie wspomnieć o słynnej „Madonnie Sykstyńskiej” Raffaela Santi. Obraz ma wymiary 265×196 cm. Maria z dzieciątkiem na chmurach, z lewej strony obrazu św. papież Sykstus II, po drugiej stronie św. Barbara. W jednej z sal znajdują się dzieła wykonane techniką pastelową. Technika pastelu jest malarstwem suchym o dużej sile blasku, o bardzo delikatnej konsystencji, jak gdyby pyłku na papierze.
    Najpopularniejszym pastelem wykonanym przez szwajcara Liotarda to dziewczyna z filiżanką czekolady. Obraz jest pełen jasnej i czystej świeżości, jak i inne portrety wykonane przez tego artystę. Pastelowe twarze u Liotarda są bardziej realistyczne, niż twarze wykonane farbą olejną, ale tę różnicę można dotrzeć, stojąc bezpośrednio przed oryginałem obrazu.

    Zwinger – lata siedemdziesiąte

     

    Żadna najlepsza reprodukcja nie zastąpi wrażeń, jakie daje nam oryginał. Obraz ten zawsze mnie zachwycał swoją prostotą tematu oraz precyzją wykonania. Warto było przyjechać do Drezna, aby zobaczyć pastele Liotarda.
    W drodze powrotnej do domu wszyscy dyskutują, dzielą się wrażeniami, obiecują, że muszą w najbliższej przyszłości powrócić do Drezna, aby jeszcze raz zobaczyć dzieła stworzone przez najwybitniejszych twórców.
        Nagle spotyka nas niezbyt miła niespodzianka, samochód ciężarowy, jadący przed nami, gwałtownie zahamował, skutkiem czego ładunek dłużyc, które przewoził, zaczął zsuwać się bezpośrednio na nasz samochód. Siedziałam z przodu przy kierowcy. Z przerażeniem śledziliśmy,  jak deski spadały w naszą stronę, a my byliśmy zupełnie bezbronni. Jednak – o dziwo,  wszystko zsuwało się po bokach naszego  samochodu oraz milimetry nad samochodem. Jakimś dziwnym trafem nie przebiły szyby. Poza drobnymi zadrapaniami nie uszkodziły samochodu. Ludzie, którzy usuwali deski, aby nas oswobodzić, byli bardzo zdziwieni, mówili, że mieliśmy ogromne szczęście, wyszliśmy z tej opresji bez najmniejszego szwanku. Z emocji nie mogliśmy nawet mówić, cudem bowiem ocaleliśmy.
    I tak z XVIII wieku wróciliśmy do rzeczywistości.

            
                                ANNA NOWOTNA-LASKUS
                                    z domu Żółtowska

  • Moje życie. Siedem dziewcząt w Albratrosie, a Tyś jedyna

     Ciemna nocka nad górami
    Świeci księżyc nad smrekami
    Drży powietrze nad halami
    Góral poznał Hankę swą.
    Lekko wsparłszy się na sośnie
    W oczy patrzył jej miłośnie
    Popłynęły w dal donośnie
    Tęskne słowa pieśni tej.

    Wsłuchani w słowa i melodię tej bardzo popularnej piosenki, granej na wszystkich zabawach w tamtym okresie, siedzieliśmy ze Stenią na murku okalającym taras przed lokalem, w którym odbywał się kolejny zapoznawczy bądź pożegnalny wieczorek wczasowiczów z Ośrodka Drogowskaz w Przewięzi.
    Nie wykupiliśmy stolika z braku pieniędzy, więc siedzieliśmy na zewnątrz, ale tak naprawdę to dziesięć metrów od orkiestry. Drzwi wszystkie otwarte, a taras pełen młodzieży. A więc nie tylko nam brakowało pieniędzy.
    Był  rok 1974 lato. W Pogotowiu Ratunkowym w Warszawie udało mi się wziąć dwa miesiące urlopu. Jeden miesiąc płatny, a drugi bezpłatny. Paniom w Działu Planowania nie bardzo się to podobało, ale mój znakomity zmiennik zaświadczył, że wszystkie moje dyżury w sierpniu  bierze on. Miałem naprawdę dobrego zmiennika, a że był na czwartym roku medycyny i miał dwójkę dzieci, dodatkowe moje dyżury podreperowały jego budżet. Naprawdę wspaniały i odpowiedzialny był mój zmiennik. Jak on miał ćwiczenia, to ja za niego jeździłem, gdy ja miałem, on jeździł za mnie. Przykro mi, ale nie mogę  sobie przypomnieć jego nazwiska.
    Urlop dwumiesięczny był mi potrzebny, bo uzgodniłem z dyrekcją Szpitala Powiatowego w Augustowie, że przyjmą mnie jako sanitariusza na okres wakacji. A i owszem przyjęli i to z dużą radością. Raz, że okres urlopowy i wielu pracowników chce mieć wolne, a po drugie, że pierwszy raz mieli do czynienia ze studentem Akademii Medycznej i to już jeżdżącym trzy lata w Warszawie.
    Czasami myślę, że te dwa miesiące w Augustowie więcej mi dały niż rok w Warszawie. Lekarze bardzo sympatyczni. Często zapraszali mnie na swoje oddziały i pokazywali różne przypadki chorobowe. Nauczyli mnie osłuchiwania płuc, oskrzeli i serca. Pokazywali różne patologie tarczycy. Kiedy pewnego razu w wypadku samochodowym kierowca połamał kość piszczelową i fachowo założyłem mu szynę, ordynator chirurgii dr Janke chciał jeździć w te dni, kiedy ja miałem dyżur. Nauczyli mnie szyć drobne rany. Pamiętam, jak szyłem piętę młodej dziewczynie, która weszła do jeziora, gdzie jakiś barbarzyńca rzucił zbitą butelkę do wody. Rana prawie 5 cm i strasznie twarda skóra. Dzięki Bogu dziewczyna dostała znieczulenie i wytrzymała moje prymitywne praktyki w szyciu ran. Przeżyła.
    Były też przypadki, które powinienem, ku przestrodze, opisać. Młodzi ludzie rozbili się  obozem nad jeziorem. Gotowali obiad. Mieli prymus na benzynę. Kiedy kończyło się paliwo, młody mężczyzna wziął butelkę z benzyną, chcąc dolać do prymusa. Butelka wybuchła, a on był tylko w kąpielówkach. Jak on wył z bólu, tego do końca życia nie zapomnę. Cały szpital to był jeden krzyk. Zmarł po dwóch godzinach.
    Pewnego poranka w  Przewięzi, gdzie często bywałem, ojciec z synem wybrali się na ryby. Byli niedaleko od brzegu. Wiem, bo sam to widziałem, ale ode mnie ok. pół kilometra. Nagle ojciec zaczął krzyczeć o ratunek. Ratownik błyskawicznie wziął kajak i popłynął w tamtym kierunku. Co się okazało: syn umiał pływać, ojciec nie. Na wędkę złapali dużą rybę. Zapewne wielkiego  szczupaka,  może karpia.  Ryba ich holowała w stronę trzcin. Kiedy byli już na płytkiej wodzie, syn owinął sobie żyłkę wkoło dłoni  myśląc, że jak złapie dno, to się uda doholować rybę. Ryba w wodzie miała wielokrotną przewagę. Utopiła go.
    Naszym celem, tzn. moim i Steni, było aby tego lata  zarobić na obrączki.
    Dlatego chciałem te pieniądze zarobić w Augustowie. Dostałem nawet kilka złotych więcej niż w Warszawie. Czasami miałem  wolne, ale Stenia musiała pracować w swojej Bazie Kruszyw w Żarnowie, pięć kilometrów od Augustowa. Nie miała urlopu i w tamtych czasach nie było wolnych sobót. Spotykaliśmy się wieczorami, chyba, że miałem noc. Ale jak udało się  wspólnie pojechać do Przewięzi na kolejny wieczorek przy muzyce, to byliśmy tacy szczęśliwi i tacy bliscy sobie i tak nam było dobrze i stanowiliśmy parę, która siedząc na murku tarasu, się obejmowała, mając oczy pełne  miłości i radość ze spotkania. Byliśmy szczęśliwi a z podestu orkiestry na sali dobiegały  słowa:

    Góralko Halko
    Krasny leśny mój kwiecie
    Tobie jednej na świecie
    Powiem, co to jest żal
    Choć serce kocha
    Jakaś dziwna tęsknota
    Twoje serce omota
    Szczęście znów umknie w dal!

    Noc była bardzo ciepła, bez wiatru. Tafla jeziora jak lustro, bez odrobiny fali. W lustrze wody przeglądały się tysiące gwiazd sierpniowego nieba.
    Niebo w sierpniu jest chyba najpiękniejsze. Powoli noc odchodziła i nad lasem zaczęło jaśnieć. My nadal siedzieliśmy na tarasie. Poznaliśmy młodych ludzi, którzy podobnie jak my spędzali tę noc. Umówiliśmy się za tydzień w Albatrosie w Augustowie. Tam stale były dancingi, gdzie królował Janusz Laskowski z kultową dziś piosenką „Siedem dziewcząt w Albatrosie tyś jedyna”. Beata z Albatrosa była bisowana kilka razy każdej nocy. Tu już musieliśmy wykupić stolik  i konsumpcję. Ale warto było.
    Tańce trwały do rana. Pamiętam jak wracaliśmy do domu, czerwona kula słońca zawieszona nad horyzontem wygoniła ciepłą noc na rzecz chłodnego świtu. Szliśmy do domu przytuleni do siebie i tacy szczęśliwi.
    Po powrocie do Warszawy mama moja powiedziała, że nie wie, co ze mną jest: albo śpię w Pogotowiu, albo mam zajęcia na uczelni, a jak są wolne trzy dni to jestem w Augustowie. „Ożeniłbyś się w końcu i ustatkował”. Pojechałem do Steni. Tata obiecał pracę w  Warszawie. Rozmawialiśmy długo, poszliśmy na spacer nad Necko i do lasu. Nie pamiętam treści rozmów, ale zgodni byliśmy – ślub na Boże Narodzenie.  

    RAFAŁ  z Korycina

  • Informacja z ostatniej chwili – XXVI Zjazd ZRŻ

    Zarząd Związku Rodu Żółtowskich serdecznie zaprasza na XXVI Zjazd Związku Rodu Żółtowskich, który odbędzie się w dniach 14 – 18 czerwca 2017 roku w ośrodku „Leśne Ustronie” w Witnicy.
    Ośrodek położony jest wśród lasów na skraju zespołu przyrodniczo-krajobrazowego „Jezioro Wielkie”, w województwie lubuskim, 25 km od Gorzowa Wielkopolskiego.
    Ośrodek wyposażony jest w salę restauracyjną, salę konferencyjną, bezpłatny monitorowany parking, salę z bilardem, stołem do tenisa , siłownię, saunę. Do dyspozycji gości pozostają również dwa stawy hodowlane (wędkarze mogą zabrać wędki). Hotel 63 miejsca w pokojach 2- i 3-osobowych oraz dodatkowo domkami letniskowymi. Stawka za 1 osobodobę z noclegiem i pełnym wyżywieniem to 103 zł w hotelu i 83 zł w domku. Dzieci do lat 3 przebywają w ośrodku bezpłatnie, powyżej 3 do 12 lat – 50% za wyżywienie.
    Osoby chętne do wzięcia udziału w XXVI Zjeździe Związku Rodu Żółtowskich proszone są o wpłatę zaliczki w wysokości opłaty za 1 dobę, tj. 103 zł za miejsce w hotelu lub 83 zł za miejsce w domku, na poniższy numer konta:

    Freetime Poland Sp. z o. o.
    Słowik, ul. Gdańska 65
    95-100 Zgierz
    44 1500 1038 1210 3005 7094 0000

    w tytule wpisując jaki pokój jest rezerwowany i za ile osób wpłacana jest zaliczka, w nieprzekraczalnym terminie do 31 marca 2017 roku. Bardzo prosimy o dyscyplinę w wykonywaniu przedpłat. Hotel dysponuje ograniczoną ilością miejsc, dlatego w miarę możliwości prosimy o nieblokowanie pokojów wieloosobowych do pojedynczego wykorzystania. Jeśli osoby podróżujące samotnie nie mają nic przeciwko, żeby je z kimś połączyć w pokoju, proszę to wyraźnie zaznaczyć w trakcie rezerwacji. Domki letniskowe urządzone są bardzo skromnie i wyposażone są w łóżka piętrowe, więc nadają się raczej dla młodszych uczestników. Potwierdzenia wpłat i szczegóły dotyczące rezerwacji (rodzaj pokoju, ile osób, etc.) można przesyłać na adres: info@lesneustronie.pl Więcej informacji o ośrodku „Leśne Ustronie” dostępne na stronie http://www.lesneustronie.pl/
    Proszę również obserwować naszą stronę internetową http://www.zoltowscy.pl/ gdzie na bieżąco zamieszczać będziemy aktualizacje związane z przyszłorocznym Zjazdem.

    Wszelkie zapytania można kierować na skrzynkę mailową zarzad@zoltowscy.pl
    Gorąco zapraszamy do uczestnictwa w XXVI Zjeździe Związku Rodu Żółtowskich,

    Zarząd

  • Odnaleziony kuzyn

    Odnaleziony kuzyn

    Mamy za sobą jubileuszowy XXV Zjazd Związku Rodu Żółtowskich. Cieszą opinie uczestników, że był udany, w czym niemała zasługa przyjaznego nam księdza kanonika Grzegorza Mierzejewskiego, proboszcza parafii Mochowo, bez którego nie udałoby się zrealizować kluczowego projektu umieszczenia tablicy pamiątkowej w kościele, a i oprawa byłaby skromniejsza. Bardzo Mu za tę życzliwość dziękuję.
    Jednym z zadań naszego Związku jest odnajdywanie krewnych i kultywowanie więzi rodzinnych.
    W czasie pobytu w Skępem, z którym wiążą mnie również wspomnienia rodzinne, spotkała mnie niespodzianka. Zauważyłem, że Bożenka Lipińska z zainteresowaniem przegląda jakąś gazetę. Był to „Nasz Dziennik”, a w nim artykuł zatytułowany „Niezłomny z Nadarzyna” z podtytułem „Kto zna losy rodziny Karola Łoniewskiego ps. „Lew”. Gazetę przywiózł Sławek ze Szczecina, gdyż w tekście artykułu padło nazwisko Żółtowska i sądził, że wśród nas mogą być osoby spokrewnione. Miał rację. Już na pierwszy rzut oka osoba, której zdjęcie zostało zamieszczone w artykule, wydała mi się znajoma.
    Karol Łoniewski, bo o nim mowa, był moim kuzynem w drugiej linii (mój dziadek Stanisław i jego babka Wiktoria Żółtowska byli rodzeństwem). Moja wiedza o Karolu była więcej niż skromna. Wiedziałem tylko tyle, że walczył w powstaniu warszawskim i że zginął. Kiedyś szukałem jego nazwiska wśród ofiar powstania i nie znalazłem, co mnie nieco zdziwiło. Jak się okazuje, nie tylko ocalał ale i został odznaczony Krzyżem Walecznych za przepłynięcie Wisły z meldunkiem ze Śródmieścia na Pragę. W czasie wojny był instruktorem Szarych Szeregów – uczył harcerzy umiejętności posługiwania się bronią palną. Ukończył konspiracyjną podchorążówkę. Często wyjeżdżał do Skarżyska-Kamiennej, gdzie zajmował się pozyskiwaniem broni z miejscowej niemieckiej fabryki. Ukrywał się w gajówce w Michałowie. Po powstaniu osadzony został w obozie, z którego uciekł i święta Bożego Narodzenia 1944 spędził w rodzinnym domu. Po wojnie, zmuszony opuścić Warszawę, wyjechał do Gdańska, gdzie pracował przez około pół roku w Domu Dziecka we Wrzeszczu, uczęszczając jednocześnie na kursy maturalne. Prawdopodobnie był łącznikiem między oddziałami V Wileńskiej Brygady AK mjr „Łupaszki” ze strukturami WiN na Kielecczyźnie i Lubelszczyźnie. Po zdaniu matury podjął studia na Wydziale Stomatologicznym Uniwersytetu Łódzkiego. Nie zaprzestał działalności konspiracyjnej. W lutym 1948 został aresztowany przez UB, najpewniej na sali wykładowej. Po ciężkim śledztwie, w którym uparcie milczał, nie wydając nikogo, 31 lipca sąd wojskowy z Kielc na rozprawie wyjazdowej w Starachowicach skazał go na dwukrotną karę śmierci. Wyrok wykonano 24 września 1948 w Zgórsku pod Kielcami. Wraz z nim rozstrzelano również trzech innych żołnierzy AK, WiN i Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Pochowano ich we wspólnej, bezimiennej mogile. Matce odmówiono wskazania miejsca pochówku. Przez wiele lat żyła z piętnem „matki bandyty”.

    W 1992 r. Sąd Wojewódzki w Kielcach stwierdził nieważność wyroku. Nie dożyła tej chwili. 17 marca 2016 r. Fundacja Niezłomni odkryła w Zgórsku komorę grobową, a w niej szczątki czterech ofiar. Prezes Fundacji Wojciech Łuczak zwrócił się do rodzin pomordowanych z prośbą o materiał genetyczny. Artykuł w „Naszej Gazecie” zamieściła siostra przyrodnia Karola pani Grażyna Kotońska, od lat z wielkim zaangażowaniem poszukująca mogiły brata, by móc go pochować w Nadarzynie u boku ich wspólnej matki.
    Po przeczytaniu artykułu zadzwoniłem natychmiast do kuzynek z domu Łoniewskich, aby podzielić się informacją – okazało się, że już wiedzą o wszystkim, a materiał genetyczny zgodził się oddać kuzyn Mikołaj Łoniewski z Torunia. W czerwcu br. Instytut Genetyki Sądowej z Bydgoszczy dokonał identyfikacji szczątków. 5 września odbyła się w Archikatedrze Łódzkiej msza św. w intencji śp. por. Aleksandra Życińskiego ps.”Wilczur”, Józefa Figarskiego ps.”Śmiały”, Czesława Spadło ps.”Mały” oraz ppor. Karola Łoniewskiego ps.”Lew”, „Czarny”.
    Pogrzeb Karola wyznaczono na 1 października 2016 r. po mszy św. w kościele p.w. św. Klemensa w Nadarzynie. Odbył się on w asyście kompanii honorowej Wojska Polskiego. Koncelebrze przewodniczył kapelan ks. kmdr Janusz Bąk. Obecne były poczty sztandarowe wojska, policji, straży pożarnej, zuchów i harcerzy. Rozkazem Ministra Obrony Narodowej Karol został awansowany pośmiertnie na stopień porucznika. Nad grobem prezes Fundacji Niezłomni odczytał list Ministra Spraw Wewnętrznych i po odśpiewaniu czterech zwrotek hymnu Polski oraz salwie kompanii honorowej doczesne szczątki Niezłomnego spoczęły w grobowcu rodzinnym obok matki. Krótki reportaż z tego wydarzenia wyemitował Program III Telewizji Polskiej.

    MARIUSZ ze Sztumu

    Serdeczne podziękowania składam Grażynie Kotońskiej, siostrze przyrodniej Karola, od której zaczerpnąłem większość informacji.

  • Posiedzenie Zarządu ZRŻ – Październik 2016 r.

    Protokół posiedzenia zarządu ZRŻ 2 października 2016 r. w Warszawie

    Agnieszka z Wrocławia, Bogusia z Białej, Elżbieta z Kutna, Bożena z Warszawy, Mariusz ze Sztumu, Władysław z Torunia, Michał z Białej

    W posiedzeniu wzięli udział następujący członkowie zarządu:

    1. Mariusz ze Sztumu                                                   prezes
    2. Bogusia z Białej                                                         wiceprezes
    3. Bożena Lipińska z W-wy                                          wiceprezes
    4. Kalina Nowacka z Torunia                                       sekretarz
    5. Agnieszka z Wrocławia                                             skarbnik
    6. Władysław z Torunia                                                członek Zarządu
    7. Elżbieta z Kutna                                                        członek Zarządu
    8. Michał z Białej                                                           członek Zarządu

     

     

     

     

    Na wstępie prezes zwrócił się do Agnieszki w sprawie przeniesienia konta bankowego naszego Związku. Agnieszka poinformowała, że do tej czynności niezbędna jest Natalia i Jarosław (którzy prowadzili sprawy finansowe i dysponowali kontem). Dla Natalii jest to kłopotliwe, ze względu na stan zdrowia. Zarząd zdecydował, że Agnieszka założy nowe konto i jako obecny skarbnik będzie dyspozytorem naszych finansów.
    Ustalono, że miejscem Zjazdu powinna być środkowa Polska. Agnieszka nawiąże kontakt z ośrodkami, które zainteresowały zarząd. Po wstępnym wyborze miejsca Zjazdu, kilka osób z zarządu pojedzie do wybranego ośrodka, aby go zobaczyć i ustali zasady pobytu z właścicielem.
    Ela z Kutna zgłosiła propozycję, aby w Mochowie co roku w ostatnią niedzielę przed Bożym Ciałem odprawiana była msza św. za Ród Żółtowskich i fundatorów kościoła. Zdecydowano przekazywać 200 zł każdego roku na tę intencję.
    Kolejna sprawa to wytypowanie osoby do medalu im. Michała z Lasek. Zebrani jednogłośnie wybrali kandydata do tego zaszczytnego odznaczenia.

          Kalina z Torunia, Mariusz ze Sztumu, Andrzej Mieczysław z Warszawy, Bożena z Warszawy

     

    W godzinach popołudniowych przybył zaproszony Andrzej Mieczysław, któremu został wręczony przez prezesa Związku w obecności wszystkich zebranych członków medal im. Michała z Lasek. Medal przyznaje się za wkład w gromadzeniu wiadomości o historii Rodu, jak również za pomoc w wyjaśnianiu wielu zapytań dotyczących Żółtowskich. Medal miał być wręczony na Zjeździe w Skępem, jednak z powodów zdrowotnych Andrzej Mieczysław nie mógł przyjechać.

    Protokółowała sekretarz związku
    KALINA NOWACKA

  • Najwyższe odznaczenia PRL – część II

    W dzisiejszym artykule przedstawię najwyższe odznaczenia Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej .

    Order Budowniczych Polski Ludowej

    Order Budowniczych Polski Ludowej – polskie odznaczenia cywilne (order) najwyższe odznaczenie państwowe Polski Ludowej. Order Budowniczych Polski Ludowej został ustanowiony przez Sejm ustawą z dnia 2 lipca 1949 w celu nagradzania wyjątkowych zasług położonych dla dzieła budowy Polski Ludowej. W myśl ustawy, Orderem Budowniczych Polski Ludowej mogli być wyróżnieni obywatele polscy , którzy szczególnie zasłużyli się dla budowy Polski Ludowej wybitną działalnością lub wybitnymi czynami.
    Orderem mogły być również wyróżnione przedsiębiorstwa , instytucje i jednostki terytorialne.
    Łącznie do 1984 roku nadano 305 Orderów Budowniczych Polski Ludowej osobom oraz sześciu miastom i województwom .
    Order zaprzestano nadawać w 1985 roku, a został zniesiony ustawą z dnia 16 października 1992 roku .

    Order Sztandaru Pracy

    Order Sztandaru Pracy – polskie wysokie odznaczenie państwowe Polski Ludowej.
    Order Sztandaru Pracy został ustanowiony ustawą z dnia 2 lipca 1949 roku , a więc ta samo co poprzednie odznaczenie . Został ustanowiony w celu nagradzania wyjątkowych zasług położonych dla narodu i państwa.
    Order Sztandaru Pracy dzielił się na dwie klasy I i II. Mógł być nadawany w każdej klasie wielokrotnie.
    Order był nadawany od 1952 do 1991 roku, łącznie nadano ich 162 299 sztuk w tym 1113 zakładom, instytucjom, organizacjom społecznym , miastom i województwom.
    Order Sztandaru Pracy podobnie jak Order Budowniczych Polski Ludowej został wycofany ustawą z dnia 16 października 1992 roku .

     

    Order Odrodzenia Polski – Polonia Restituta .
    Ustanowiony przez Sejm Rzeczypospolitej ustawą z dnia 4 lutego 1921 jako najwyższe odznaczenie państwowe po Orderze Orła Białego. Na straży honoru Orderu stoi Kapituła Orderu .
    Posiada pięć klas:

    Krzyż Wielki noszony na wstędze przez prawe ramię z Gwiazdą – pierwsza klasa ,
    Krzyż Komandorski z Gwiazdą noszony na szyi – druga klasa ,
    Krzyż Komandorski Odrodzenia Polski noszony na szyi – trzecia klasa ,
    Krzyż Oficerski Odrodzenia Polski noszony na lewej stronie piersi – czwarta klasa,
    Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski noszony na lewej stronie piersi – piąta klasa.

     

                                                     Order Odrodzenia Polski Polonia Restituta

     

    Jako ciekawostka – Kawalerem Krzyża Wielkiego Orderu Odrodzenia Polski z Gwiazdą był Zbigniew Żółtowski – akt nadania 21 kwiecień 1959 roku .
    To są najwyższe odznaczenia nadawane w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej .

    WŁADEK z Torunia

  • Spotkanie przed LOT-em

    Michał z Białej – przed nim Ania żona, Bogusia z Białej, Marzena z Warszawy, Ania z Białej (obecnie USA), Marcin z Białej

    Sobota, piąty listopada 2016 roku, piąta rano, lotnisko Okęcie w Warszawie. Ania, Michał z żoną Anią, Marcin i ja – Żółtowscy. Odprowadzamy Anię, która leci do męża do Waszyngtonu po krótkim pobycie w Polsce. Nagle! Znajoma twarz! Aż nie do uwierzenia! Rzucamy się do powitań. Niewiarygodne spotkanie. Kolejny dowód na prawdziwość powiedzenia, że świat jest mały.
    Marzena Borzewska ma lot o tej samej godzinie, co Ania Żółtowska. Tylko jedna leci do Brukseli, do córki Anety, jej męża i dwojga wnucząt, a druga do Monachium, gdzie ma przesiadkę na lot do Waszyngtonu. Błyskawiczna myśl. To się nadaje do naszego „ Kwartalnika”. Przybyli w międzyczasie rodzice mojego zięcia Rysia – Ewa i Ryszard Tomaszewscy robią nam wspólne zdjęcie. Koniecznie trzeba posłać do redaktor naczelnej Bożenki do Warszawy. Obie podróżniczki już po odprawie bagażu, więc mamy chwilę, aby pogadać, powspominać, przekazać życzenia i pozdrowienia dla bliskich, do których właśnie się wybierają. Dzięki spotkaniu z Marzeną, jej optymizmowi, rozmowom z nią, łatwiej nam było pokonać ten ogromny smutek, że Ania wylatuje aż za ocean. Z tarasu widokowego obserwujemy kołowanie i start samolotów. W jednym jest Marzena, w drugim Ania. Machamy im obu. Pa! Pa! Szczęśliwej podróży!

    BOGUSIA z Białej

  • Wydawnictwo Związku Rodu Żółtowskich

    Toruń, maj 2016 rok

    Wydawnictwo Związku Rodu Żółtowskich
    Ul. Feliksów 67
    96-100 Skierniewice

     

    Szanowni Państwo!
    Nazywam się Jarosław Henryk Dąbrowski. Urodziłem się 11 marca 1979 roku we Włocławku. Aktualnie mieszkam w Toruniu. Piszę do Państwa po wielu latach mojego zainteresowania historią Rodu Żółtowskich. Pomyślałem, że będzie dobrze, jeśli napiszę i podzielę się historią moich Przodków.
    Moją prababką ze strony Ojca była ostatnia z Rodu Żółtowskich w naszej rodzinie Klemensa Katarzyna Dąbrowska z domu Żółtowska. Urodziła się ona w 1874 roku, w majątku swoich przodków o nazwie „Czaplowizna”. Obecnie jest to dzielnica Warszawy (Wawer). W starych dokumentach pojawia się też nazwa majątku „Czaple”. W odnalezionych metrykach i w krótkiej genealogii losów Rodziny i majątku, którą napisał mój dziadek Zygmunt – syn Klemensy pojawiają się te nazwy. Klemensa zmarła w 1932 roku, w wieku 54. lat w Warszawie. Pochowana została w grobowcu rodzinnym na warszawskich Powązkach – bardzo blisko bramy świętej Honoraty.
    Klemensa Katarzyna była córką Ludwika Aleksandra Żółtowskiego i Marianny Żółtowskiej z domu Andrzejewskiej z Piaseczna. Ojcem Ludwika był obywatel ziemski Jan Żółtowski. Odnalazłem na stronie internetowej Rodu Żółtowskich nekrolog z prasy mówiący, że zmarł on w 1870 roku, w wieku 59 lat, Klemensa wyszła za mąż za Jana Dąbrowskiego 29 września 1897 roku w Warszawie. Doszukałem się w genealogii, przodków tych Dąbrowskich do połowy XVIII wieku. Wymienieni przeze mnie Żółtowscy i czwórka z siódemki dzieci Klemensy i Jana spoczywają w wyżej wymienionym grobowcu rodzinnym na Starych Powązkach. Posiadam zdjęcia rodzinne x XIX wieku i wiele dokumentów. Niestety nie mam żadnych bliższych informacji o majątku „Czaplowizna”, oprócz krótkiej genealogii mojego dziadka Zygmunta napisanej z reminiscencji jego matki Klemensy z Żółtowskich. Nazwa „Czaplowizna”, pojawia się jeszcze na rosyjskich mapach z początku XX wieku, o czym pisał 7 maja 1999 roku z Warszawy do mojej ciotki Izabeli – córki Klemensy, niejaki Pan Andrzej Żółtowski. Szukał On informacji o Rodzinie Żółtowskich. W załączniku przesyłam kserokopię tego listu. Pan Andrzej odwiedził nawet Izabelę wraz ze swoją Żoną we Włocławku. Bardzo jestem ciekaw, czy Pan Andrzej z Warszawy żyje i czy udało mu się znaleźć bliższe informacje o mazowieckiej gałęzi Rodu Żółtowskich, z której wywodzą się moi Przodkowie…
    Z zawodu jestem konserwatorem dzieł sztuki o specjalności konserwacja malarstwa i rzeźby polichromowanej. Ukończyłem Wydział Sztuk Pięknych UMK w Toruniu. W ramach własnej firmy konserwatorskiej pracuję przy wielu cennych zabytkach sztuki, takich jak: ołtarze (często monumentalne), obrazy, rzeźby, malowidła ścienne itd. Tak się składa, że przez wiele lat pracowałem (jeszcze jako student) w zespole konserwatorów, przy malowidłach ściennych w klasztorze w Skępem. Do napisania niniejszego tekstu zmotywowało mnie to, że właśnie w Skępem odbędzie się tegoroczny Zjazd Związku Rodu Żółtowskich.
    Drodzy Państwo, ostatnimi laty szczególnie rozmiłowałem się w rycersko-szlacheckiej przeszłości naszej Ojczyzny. Pasjonuje mnie historia, architektura i wyposażenie dworów szlacheckich. Posiadam też pasję kolekcjonerską. Szczególnie interesuje mnie dawna broń, uzbrojenie, malarstwo, stare tkaniny (pasy kontuszowe, makaty buczackie, kobierce i przedmioty związane z historią Rzeczpospolitej), czyli to wszystko czego w szlacheckich dworach było pod dostatkiem. Jako ciekawostkę chciałbym przekazać Państwu, że w Krakowie powstała niedawno tkalnia (persjarnia), w której według dawnych wzorów i metod wytwarza się pasy kontuszowe i makaty. Jestem zafascynowany tymi wszystkimi pamiątkami i często zastanawiam się jak też musiało wyglądać życie moich Przodków m.in. Żółtowskich z „Czaplowizny”. Takim przedmiotem – narodową relikwią, który rozbudza moją wyobraźnię jest też mała, owalna blaszka z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej, którą odnalazłem wśród rodzinnych pamiątek. Dopiero niedawno odkryłem, że jest to kaplerz sarmacki z przełomu XVII i XVIII wieku…
    Wiem, że nie nosząc nazwiska Żółtowskich nie mogę być członkiem Związku Państwa Rodu. Może jednak mógłbym zostać choć członkiem honorowym. Jeśli nie, to trudno. Jestem jednak bardzo zainteresowany jakimkolwiek kontaktem ze Związkiem Rodu Żółtowskich.
    Myślę, że dzięki Państwa wiedzy, znajomości historii Rodu mógłbym poszerzyć swoje zainteresowania i horyzonty. Może również mógłbym swoją wiedzą o przeszłości dzielić się z Państwem.

    JAROSŁAW HENRYK DĄBROWSKI

  • Magia kina

    Wydarzeniem kulturalnym w Poznaniu w 1927 roku było otwarcie kina „Słońce” przy placu Wolności. Pierwszym filmem wyświetlonym był „Zew morza”. Główna sala widowiskowa jak na tamte czasy urządzona była bardzo nowocześnie. Wzbudzała wielkie zainteresowanie i podziw widzów. Przed rozpoczęciem seansu filmowego sufit kina rozświetlało słońce we wszystkich swoich fazach, od świtu aż po zmierzch, następnie ukazywały się planety, później gwiazdy, aż następowała ciemna noc, co było sygnałem rozpoczęcia projekcji filmu. Widowisko zaskakiwało pomysłowością i rozmachem, działało na wyobraźnię widza, odrywało go od szarej rzeczywistości, wprowadzając w tajemniczy, inny świat – w kosmos.
    Krzesła były tak skonstruowane, aby widz mógł swobodnie obserwować to, co się działo nad głową, a następnie na ekranie kina.
    Przy kinie „Słońce” mieścił się teatrzyk kukiełkowy, w którym rodzice zostawiali pod opieką personelu na czas seansu filmowego swoje dzieci.
    Pewnego dnia, a był to rok 1939, moi rodzice wybrali się wraz ze mną do kina, jednakże z ważnych powodów teatrzyk kukiełkowy w tym dniu był nieczynny. Wobec tego postanowili zabrać mnie na seans filmowy. Odbyła się projekcja filmu pt. „Szarańcza”. Pamiętam treść filmu, ale nie to było dla mnie najważniejsze, nie film mnie zainteresował. I tak przypadek zrządził, że zobaczyłam to kosmiczne zjawisko przed seansem filmowym, które pozostawiło niezapomniane wrażenie, podsyciło ogromną ciekawość świata.
    Słońce, planety, gwiazdy na suficie sali kinowej – to była atrakcja, to było najważniejsze.
    1 września 1939 r. skończyło się sielskie dzieciństwo. Wybuchła wojna. Wysiedlono nas z Poznania do obozu hitlerowskiego, później do małego miasteczka w Generalnym Gubernatorstwie. Zupełnie inna rzeczywistość – rzeczywistość okupacyjna.
    W tym miasteczku też jest kino, a nawet dwa. I nikt nie mógłby mi wytłumaczyć, że to, co czynię, jest naganne, bardzo niebezpieczne, bo nikt się nie domyślał, gdzie spędzałam czas, nawet najbliżsi. Może taka szara myszka, mała, chuda, niepozorna – byłam niewidoczna. Niebezpieczne było takie chodzenie do niemieckiego kina, większość widzów to umundurowani okupanci ze swoimi damami. Ale przemożna chęć zobaczenia filmu była silniejsza aniżeli głos rozsądku czy instynkt samozachowawczy. Zresztą to było bardzo dziwne, wchodziłam do kina zupełnie niezauważalna, co było jeszcze dziwniejsze, powtarzało się często, tak często jak zmieniano program filmowy i trwało aż do końca wojny. Jakby chroniła mnie X Muza i zasłaniała niewidzialnym płaszczem. Nikt nigdy nie zapytał mnie o cokolwiek, nie kupowałam biletu, wchodziłam razem z widzami, siadałam w kącie na podłodze. Poddawałam się urokowi innego świata, które ukazywało życie łatwe, piękne, przyjemne, wypełnione muzyką, pozbawione zła, jest tylko miłość, radość, taniec, ludzie dobrzy, mili, szlachetni, piękne krajobrazy. Jedna wielka filmowa iluzja, żadnych trosk ani problemów. Gdy tam, za murami kin, brud, łachmany, ludzka nędza, pogarda dla drugiego człowieka, niepewność każdej minuty, smak brukwi, gliniastego czarnego chleba, ale zawsze chleba tak niezbędnego do życia.
    A może kino to jest antidotum na straszną rzeczywistość, na zabicie tęsknoty za tym życiem lat dziecięcych, lat bez strachu? Czyż można żyć bez złudzeń, bez nadziei – przecież każdy koszmar kiedyś się kończy. Kino daje tę ułudę, chwilę wytchnienia, jest wielkim oszustem, o czym dobrze wiemy, ale przecież po każdej nawałnicy przychodzi cisza, nowy lepszy dzień.
    Pewnego dnia skończył się koszmar okupacji niemieckiej, było to wiosną 1945 r.
    Moja fascynacja kinem trwała nadal, widziałam bardzo dużo filmów różnego rodzaju, były przeciętne, propagandowe, o których nawet nie warto pamiętać, zresztą dawno wyrzuciłam je z pamięci. Widziałam też arcydzieła, na wspomnienie których się wzruszam.
    Piątego września 2012 r. w programie I TVP wyemitowano film, który uważam za wyjątkowy pt. :”W cieniu nienawiści”, wyreżyserowany przez pana Wojciecha Żółtowskiego. Jest to przepiękny, mądry film, oddaje atmosferę tamtych okupacyjnych dni. Nie ma w nim przekłamań, jest prawdziwy i szczery. Realia oddane są z niezwykłą rzetelnością w najdrobniejszych szczegółach: kostiumy, fryzury, makijaż, wystrój wnętrz. Oglądając film, przypomniał mi się zapach karbidówki, smak zbożowej kawy słodzonej sacharyną, czarnego razowego chleba z marmoladą z buraków. Jestem świadkiem tamtej epoki. Pod wpływem filmu odżyły wspomnienia. To jest jeden z nielicznych filmów, ukazujących prawdę o tamtych latach, pozbawiony zbędnego patosu, pustego patriotyzmu, ale pełen empatii do drugiej istoty, cichego bohaterstwa, męstwa i humanizmu. Nie rozumiem tylko bardzo późnej pory emisji filmu, który powinien być dostępny młodzieży polskiej. Składam serdeczne podziękowanie panu Wojciechowi Żółtowskiemu i całej ekipie filmowej za ten mądry i piękny film.

    ANNA NOWOTNA – LASKUS
    z domu Żółtowska