Społeczność miasta Słupska, a szczególnie osoby interesujące się sportem, żyły wiadomością o wielkim wydarzeniu, którego bohaterem miała być legenda polskiego boksu Franciszek Szymura, wagi półciężkiej. Dwukrotny zdobywca srebrnego medalu Europy w 1939 r. w Dublinie.
Franciszek Szymura mistrz światowej sławy reprezentował klub sportowy „Warta” w Poznaniu. Po II wojnie światowej 12 października 1947 r. odbył się pierwszy oficjalny międzypaństwowy mecz bokserski Polska – Związek Radziecki, na Stadionie Wojska Polskiego. Przedstawiał niecodzienne widowisko. Ponad trzydzieści tysięcy widzów przebywało na trybunach i placu dookoła ringu. Takiej ilości publiczności nie notowały jeszcze kroniki polskiego pięściarstwa. Na stadion szli ludzie, którzy nigdy w życiu nie brali udziału w tego rodzaju widowiskach. Osoby, które się nie dostały na stadion, ulokowały się na okolicznych murach i ruinach stadionu, a nawet na wierzchołku komina fabrycznego, żeby choć z daleka przypatrzeć się temu, co zelektryzowało tysięczne rzesze ludzi.
Kibice czekali z ogromną nadzieją na zwycięstwo drużyny polskich pięściarzy, a entuzjazm ludzi udzielał się też zawodnikom.
Niestety rozgrywki zakończyły się zwycięstwem gości 10:6. Polscy zawodnicy, którzy wygrali walki, to: Bazarnik, Antkiewicz, no i oczywiście Franciszek Szymura. Jak doniosła prasa, najbardziej przekonujące zwycięstwo odniósł Franciszek Szymura, który pokonał znanego radzieckiego zawodnika Stiepanowa. Według znawców tego sportu drużyna polska zasłużyła na lepsze oceny, ale o werdykcie sędziów się nie dyskutuje.
Po spotkaniu z bokserami radzieckimi nastąpiło piąte po wojnie spotkanie naszej reprezentacji z reprezentacją Czech w Pradze. Był to rewanż za mecz rozegrany w lutym 1947 r. w Warszawie, który zakończył się wynikiem 12:4 dla drużyny czechosłowackiej.
I tym razem powtórzyła się podobna historia. W trzech walkach wydano mylne orzeczenie, o czym obiektywnie informowała prasa czeska. Wynik spotkania powinien brzmieć 8:8. Franciszek Szymura we wszystkich spotkaniach (a było ich pięć) pokonał pięściarzy czeskich.
W 1948 roku odbyło się spotkanie w Poznaniu z reprezentacją Węgier z końcowym wynikiem 8:8. Szymura nie zawiódł swoich kibiców i tym razem pokonał swojego węgierskiego przeciwnika. W tym samym roku w Londynie w czasie Olimpiady Szymura zdobywa czwarte miejsce. Ojciec mój Julian Żółtowski przed wojną należał do klubu bokserskiego „Warta” w Poznaniu, gdzie uprawiał boks, i tam poznał Franciszka Szymurę. Z opowiadań ojca poznaliśmy sylwetki wielu sportowców, a szczególnie Franciszka Szymury, którego podziwiał za talent, za wspaniałe wyniki, jakie osiągał w Polsce i poza granicami, jak również za właściwą postawę sportową.
Po latach cieszył się, że spotka swojego kolegę klubowego.
Mecz się odbył na dziedzińcu dużego, przedwojennego kompleksu szkół średnich. Po wojnie, gdy Słupsk powrócił do Polski, obiekt ten został przeznaczony przez władze polskie na Centrum Szkolenia Milicji Obywatelskiej. Z grupą młodzieży z mojej klasy wybrałam się na ten mecz. Nigdy nie byłam na takich sportowych widowiskach, ale spotkanie z mistrzem o tak wielkim dorobku sportowym gwarantowało, że będzie to wielkie przeżycie. Z zaciekawieniem czekałam na walkę z udziałem Franciszka Szymury. Walki innych bokserów mnie nie interesowały.
Gdy nadszedł czas walki pięściarzy wagi półciężkiej, byłam rozczarowana. Walka trwała bardzo krótko. Franciszek Szymura już w pierwszej rundzie znokautował swojego przeciwnika. Wywołał tym nieopisany entuzjazm kibiców, którzy krzyczeli: „Brawo, brawo mistrzu, dziękujemy!”. Dobiegłam do ringu i krzyczałam: ”Bis! Bis!”, czym wywołałam wesołość kibiców. Czy usłyszał mnie Franciszek Szymura? Nie wiem. Ale usłyszał to mój ojciec siedzący w pierwszym rzędzie. Ojciec zwykle miał duże poczucie humoru, lecz po moim wyczynie spojrzenie jego nie wyrażało zachwytu. Nie akceptował takich zachowań. Uważał, że mój entuzjazm był niestosowny. Za karę nie odzywał się do mnie, a milczenie trwało kilka długich dni. Nie miałam nic na swoje usprawiedliwienie, tym bardziej, że poszłam na mecz, nie pytając rodziców o zgodę.
XXVI Zjazd Związku Rodu Żółtowskich w tym roku zaczyna się dla mnie wyjątkowo wcześnie i nerwowo. A to dlatego, że jeszcze w środę rano nie mam samochodu, a wiozę przecież na Zjazd całą wrocławską drużynę! Moje auto utknęło u mechanika, ale dzięki nieocenionym kolegom z pracy możemy podróżować prawie nowym autem w komfortowych warunkach.
Zbieram zatem wesołą gromadkę po całym Wrocławiu: babcię Janeczkę z ciocią Danką, a następnie ciocię Jankę z Grażynką, która kilka dni wcześniej, jak co roku, przyjechała ze Szwajcarii specjalnie na tę okazję.
Ela z Kutna, Kalina z Torunia, Władysław z Torunia, Rafał z Korycina, Maciej z Torunia
Tegoroczny Zjazd zaplanowaliśmy w województwie lubuskim, które odwiedzamy po raz pierwszy. Jedziemy do Witnicy, niewielkiej miejscowości położonej ok. 25 km od Gorzowa Wielkopolskiego. Droga ekspresowa z Wrocławia, choć jeszcze w budowie, gęsto usiana biało-czerwonymi pachołkami i znakami informującymi o ograniczeniach związanych z remontami, upływa nam dość szybko, w miłej atmosferze.
Późnym popołudniem dojeżdżamy do hotelu „Leśne Ustronie” zlokalizowanego poza centrum Witnicy, z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Obiekt położony jest wśród lasów i jezior na skraju zespołu przyrodniczo-krajobrazowego „Jezioro Wielkie”. Sąsiedztwo lasów i jezior tworzy specyficzny mikroklimat i jest atrakcyjnym miejscem dla wędkarzy, grzybiarzy czy piechurów, a olbrzymia przestrzeń dokoła ośrodka i brak sąsiadów gwarantują wspaniałe warunki do relaksu i nieskrępowanego wypoczynku.
Dojeżdżamy na miejsce. Już na schodach prowadzących z parkingu wita nas Rafał z Głuchołaz z aparatem fotograficznym. Jest tu pierwszy, chociaż ma najdalej. Pobiłby go tylko Piotr z Sandomierza, ale sprawy osobiste w tym roku uniemożliwiły mu przyjazd.
Im bliżej kolacji, tym nas więcej! Dojeżdża Kalina z Jurkiem z Torunia wraz z ciocią Bożenką z Warszawy,
Hania i Sławek ze Szczecina
Toruń reprezentuje też Władysław i Maciek, którzy tradycyjnie już przywożą wspaniały chleb z herbem, wypieczony na liściach chrzanu przez pana Krzysztofa Rumińskiego. Witamy się z Kicią ze Szczęsnego i „prawie autochtonką” Lidką z Sulechowa. Dopisuje Warszawa, Podkowa Leśna, Korytów, Pruszków, Łódź, Stara Biała, Szczecin, Gdańsk, Kutno…
Ograniczona liczba miejsc w ośrodku nie stanowi przeszkód dla Żółtowskich ze Złotowa i Jastrowia. Ryszard i Walentyna z córką Kasią i zięciem Jurkiem oraz z synem Jarkiem i synową Edytą zameldowali się w pobliskiej agroturystyce. Młodzież wybiera domki. Edward ze Skierniewic też.
W czwartek szykujemy się do mszy świętej z procesją Bożego Ciała w parafii p.w. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Witnicy. Po procesji obowiązkowo lody. Mimo nieprzychylnych prognoz pogoda nam sprzyja. W wolnym czasie robimy wypady nad jezioro, spacerujemy po lesie, a Kazimierz z Kutna łowi ryby.
Po obiedzie spotykamy się w sali konferencyjnej ośrodka na zebraniu dotyczącym szczegółów Zjazdu.
Jerzy z Korytowa, Bożena z Warszawy, Jerzy z Torunia, Grażyna ze Szwajcarii, Kalina z Torunia, Zbyszek z Warszawy, Rafał z Korycina, na drugim planie Jacek z Łodzi
Z omawianiem spraw dotyczących Zarządu czekamy na prezesa Mariusza, który wraz z Mirellą bawi na weselu.
Po kolacji ochoczo testujemy lokalny produkt z Browaru Witnica – piwo lubuskie jasne. Paulina z Warszawy pokazuje fioletowy język – młodzież woli piwa smakowe, w tym wypadku jagodowe. Siedzimy do późna na ławeczkach przed hotelem, dyskutując, śmiejąc się i oganiając od komarów.
Piątek to centrum i zarazem najbardziej aktywny dzień naszego Zjazdu. Zaraz po śniadaniu wyjeżdżamy na wycieczkę. Niestety, w autokarze melduje się tylko kilkanaście osób, co skłania do refleksji, czy jest to forma atrakcji, którą warto kontynuować. Większość z uczestników wybiera spędzanie wolnego czasu we własnym zakresie.
Wyjeżdżamy na moment z województwa lubuskiego do zachodniopomorskiego, zahaczając o Szlak Templariuszy. Zatrzymujemy się w Chwarszczanach, które w 1312 roku po sekularyzacji templariuszy przeszły w posiadanie joannitów. Zamek w Chwarszczanach był siedzibą komandorii joannitów, a następnie funkcjonował jako folwark. Został częściowo zniszczony podczas wojny siedmioletniej, do dziś zachowała się jedynie kaplica, obecnie kościół pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, jeden z najcenniejszych zabytków Pomorza Zachodniego.
Krystyna z Pruszkowa, Danuta z Wrocławia, Krystyna (Kicia) ze Szczęsnego, Ula z Warszawy, Agnieszka z Wrocławia, Kalina i Jerzy z Torunia, Daniela i Leon ze Szczecina, Bożena z Warszawy, Rafał z Korycina, Edward ze Skierniewic, Jerzy z Korytowa
Z Chwarszczan jedziemy do Łagowa, zwanego perłą ziemi lubuskiej. Łagów jest położony nad jeziorami Pojezierza Łagowskiego: lazurowym Trześniowskim, jednym z najgłębszych jezior w Polsce zaliczonym do I klasy czystości, i Łagowskim. Na przesmyku tych dwóch jezior zbudowany został zamek joannitów. Obok zamku znajduje się zabytkowy park bukowy z bardzo starymi drzewami, sadzonymi tam przez pierwszych joannitów. Znajdujemy kilka pomników przyrody, w tym dąb szypułkowy, monumentalny świerk czy buk czerwonolistny. Łapiemy się za ręce i obejmujemy monstrualne pnie, robimy zdjęcia.
Nad parkiem góruje wysoka, 35-metrowa wieża warowna zamku, która jest widoczna z odległości kilku kilometrów. Wdrapujemy się na nią po niekończącej się liczbie schodów, wszystkim się udało, choć było ciężko! Nagrodą za trud jest niesamowity widok na całą panoramę Łagowa: lazurową taflę jezior, kościół św. Jana Chrzciciela czy wysoki wiadukt kolejowy niczym akwedukt odbijający się rdzawą czerwienią cegieł na tle zieleni lasów. Opuszczając park, u podnóża zamku kierujemy się jeszcze ku dwóm zabytkowym bramom obronnym prowadzącym do wsi: Polską z XV i Marchijską z XVI wieku. Odpoczywamy w ogródku kawiarenki z widokiem na jeziora przy kawie i ciastku.
Trzeba żegnać się z pięknym Łagowem i wracać do Witnicy, gdzie szykowana jest dla nas uroczysta kolacja. Jest już i prezes Mariusz z Mirellą ze Sztumu, bez odpoczynku jechali na Zjazd prosto z wesela. Jesteśmy prawie w komplecie – naliczyłam w sumie 56. Żółtowskich! Między posiłkami i tańcami Mariusz i Rafał prowadzą licytację przekazanych na rzecz Związku przedmiotów. Zabawa przednia, jak zawsze.
Kazimierz z Kutna, Krystyna z Pruszkowa, prezes Towarzystwa Przyjaciół Witwicy Zbigniew Czarnuch, Agnieszka z Wrocławia, na drugim panie Jerzy z ToruniaGrażyna ze Szwajcarii, Janina i Janeczka z Wrocławia, Krystyna z Warszawy z osobą towarzyszącą SwietłanąUa i Paulina z sympatią, Marta ze Sztumu, Kalina, Halina z Podkowy Leśnej
Paulina z Warszawy z dziadkiem ze Skierniewic
Bawimy się na parkiecie, głównie w żeńskim towarzystwie. Panów z roku na rok coraz trudniej oderwać od stołu, miejmy nadzieję, że będzie się to zmieniać, zwłaszcza że na obecnym Zjeździe pojawiło się trochę młodzieży. Trzymam kciuki, żeby to był trend wzrostowy. Rej wodzi Hania ze Szczecina z głośnikiem w ręku, a Amelka z Gdańska z Dominiką puszczają przeboje w stylu „Oczy zielone” Zenka Martyniuka.
Tomasz i Agata z Gdańska, Rafał z Korycina, Mariusz ze Sztumu, na drugim planie po prawej Władysław z Torunia
W sobotę tradycyjnie zostaje odprawiona msza w intencji rodziny Żółtowskich w miejscowym kościele, a ksiądz proboszcz dr Ryszard Tomczak w kazaniu nawiązuje do modlitwy wiernych przygotowanej i odczytanej przez Elę z Kutna, jakby się wcześniej umówili.
Po mszy udajemy się do Parku Drogowskazów i Słupów Milowych Cywilizacji na spotkanie z prezesem Towarzystwa Przyjaciół Witnicy Zbigniewem Czarnuchem. Lidka z Sulechowa rozpoznaje w nim druha Czarnucha, nauczyciela historii, pedagoga, wychowawcę młodzieży w zielonogórskim szczepie harcerskim Makusynów (od nazwiska Kornela Makuszyńskiego). Pan Zbigniew daje nam się poznać jako przeuroczy gawędziarz, pasjonat, zapalony mówca pełen energii jak na swoje 87 lat! Człowiek ogromnej kultury i dużej wiedzy historycznej, orędownik dobrosąsiedzkich stosunków polsko-niemieckich, regionalista z werwą oprowadza nas po parku, który stworzył w latach 1994 – 1995. Teren, na którym zgromadzono pamiątki związane z szeroko rozumianym rozwojem cywilizacji technicznej, drogownictwa i przemysłu pełni też rolę ogólnodostępnego parku miejskiego z amfiteatrem. Podzielony jest na cztery działy: przestrzeń kultury drogi, przestrzeń słupów milowych cywilizacji, przestrzeń refleksji i przestrzeń fantazji. Obiekty zgromadzone w ekspozycji są szczegółowo opisane i wiążą się przede wszystkim z historią Ziemi Lubuskiej i Brandenburgii. Niestety, załamanie pogody i padający deszcz nie pozwalają nam zwiedzić całego parku. Na szczęście do wieczora się wypogadza.
Leonek ze Szczecina
Ostatnia już kolacja przygotowana jest w formie grilla w plenerze, pod wiatami. Biesiadowaniu i rozmowom nie ma końca – jakby ten Zjazd dopiero się zaczął. Nie możemy się sobą nacieszyć po rocznej rozłące. Czas pożegnań jednak nieuchronnie się zbliża, i choć rozsądek podpowiada, żeby wyspać się przed podróżą, wracam do pokoju o 1. w nocy. Ula, Paulina, Amelia, Dominika – mam nadzieję kontynuować tę rozmowę w przyszłym roku podczas XXVII Zjazdu!
Ewa z Warszawy, Krystyna z Pruszkowa, Grażyna ze Szwajcarii, Krystyna z Warszawy, Agnieszka z Wrocławie, Mirella i Mariusz ze Sztumu
XXVI Zjazd Związku Rodu Żółtowskich dobiega końca. Żegnamy się z nadzieją, że w przyszłym roku znowu się spotkamy, oby w liczniejszym gronie. Ostanie uściski, pakowanie walizek, pożegnalne klaksony. Wrocławska drużyna z powrotem w aucie. W bagażniku nieliczne wolne miejsca wypełniają lubuskie jasne pełne. Niech Ci, którzy byli nieobecni, też zasmakują lokalnego trunku.
Do zobaczenia w przyszłym roku!
Mariusz Żółtowski – prezes Zarządu
Rafał Żółtowski – prezes Honorowy
Bożena Lipińska – wiceprezes Zarządu
Agnieszka Żółtowska – skarbnik
Elżbieta Żółtowska – członek Zarządu
Władysław Żółtowski – członek Zarządu
Posiedzenie otworzył prezes Mariusz Żółtowski.
– Uczestnicy zebrania ustalili, że wysokość składki członkowskiej będzie nadal wynosiła 60 zł rocznie.
– Miejsce Przyszłorocznego Zjazdu, zaproponowali Katarzyna i Jerzy Podmokły ze Złotowa, ośrodek „Leśna Chata” w Jastrowie. Agnieszka z Wrocławia sprawdziła ten ośrodek w Internecie. Okazało się, że to ciekawa lokalizacja, wygląd i cena. Ośrodek został wstępnie zaakceptowany, ale poszukiwania mają trwać nadal, może udałoby się znaleźć coś ciekawego bliżej centrum Polski.
Padły propozycje miejscowości: Konin, Kalisz, Leszno. Michał ze Szczecina zachwalał Góry Sowie i Sokolniki.
– Prezes Mariusz zainicjował dyskusję na temat atrakcyjności Zjazdów dla przyjeżdżającej młodzieży. Należałoby bardziej zaangażować młodzież w przygotowaniu zajęć odpowiednich dla młodych ludzi. Młodzież bowiem najlepiej wie, co jest dla niej atrakcyjne i ciekawe. Na początek Paulina z Warszawy złożyła obietnicę doboru odpowiedniej muzyki na uroczystą kolację.
Młodzież na Zjeździe grupuje się we własnym gronie. Część nie przyjeżdża, wkracza w dorosłe życie i nie ma czasu, część nie jest zainteresowana Zjazdami. Niektórzy młodzi twierdzą, że osoby przyjeżdżające na Zjazd, są dla nich obcymi ludźmi. Agnieszka zaś oświadczyła, że przyjeżdżać będą te osoby, które czują klimat wspólnoty. A taki klimat bliskości i wspólnoty można osiągnąć właśnie przez uczestnictwo w życiu Rodu.
– Narodził się pomysł publikacji listów w kwartalniku, które Michał z Lasek pisał do wielu Żółtowskich.
Agnieszka zobowiązała się zeskanować listy, które otrzymywała od Michała i przesłać je do Bożenki. Znalazła także w Internecie publikację „Życie w Krzemieniewie”, o Alfredzie Żółtowskim, bracie Michała z Lasek, autorstwa Leonarda Dwornika. Można by tę publikację zamieścić w naszym piśmie, ponieważ autor korzystał z materiałów ogólnodostępnych.
– Zarząd postanowił, aby co roku w niedzielę przed świętem Bożego Ciała odbywała się msza św. za Ród Żółtowskich w kościele w Mochowie. Pomysł ten spotkał się z akceptacją i zaproszeniem proboszcza księdza Grzegorza Mierzejewskiego. W tym roku 11 czerwca odbyła się już pierwsza taka msza.
– Podjęto decyzję o uhonorowaniu i wręczeniu medalu im. Michała z Lasek.
– Mariusz poszukuje książek autorstwa Michała z Lasek. Chciałby przekazać je do Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie. Dyrektor placówki jest pasjonatem tej tematyki.
– Agnieszka zaproponowała , by zmienić wygląd dotychczasowych bawełnianych żółtych koszulek zjazdowych, które są już niezbyt atrakcyjne.
– Padła propozycja, aby osoby, które ukończyły 80 lat przyjeżdżające na Zjazd, zostały uhonorowane, np. dyplomami z podziękowaniem za wieloletnie uczestnictwo w Zjazdach.
– Elżbieta zaproponowała, by kolejne posiedzenie Zarządu odbyło się w Kutnie, w jej i Kazia domu rodzinnym . Propozycja została zaakceptowana. Spotkanie zarządu odbędzie się 27 października br.
16 lutego 2017 roku zmarł
w domu, w otoczeniu najbliższych, nasz kochany
Mąż, Ojciec, Dziadek i Pradziadek śp. STEFAN ŻÓŁTOWSKI
urodzony 12 maja 1928 roku w rodzinnym majątku Sobowo,
syn Stefana i Romany z Woynów.
Lekarz medycyny, radiolog,
człowiek licznych pasji, życzliwy ludziom, ciekawy świata.
Pozostawił po sobie dobre imię i pamięć.
Ze czcią żegnają żona Zofia,
dzieci – Maja i Stefan z Agatą,
wnuki – Ola, Zosia z Tomkiem, Stefan, Helenka, Jerzyk, Edzik i Witek
oraz prawnuki Staś, Zuzia i Łucja.
Rodzinie, wyrazy najszczerszego współczucia
składa Prezes Związku oraz członkowie zarządu.
ŚP. Stefan Żółtowski zmarł 23 lutego 2017 roku przeżywszy 89 lat
Żegnamy osobę nam najbliższą, kochanego męża, ojca, dziadka i pradziadka. Żegnamy Go też w imieniu jego siostry Rysi, nieobecnej tu
z powodu stanu zdrowia.
Dziękujemy wszystkim za tak liczną obecność, rodzinie, znajomym bliższym i dalszym.
Tata miał długie i piękne życie, choć przypadło ono na trudne lata i było naznaczone ciężkimi chwilami. Trudno je zawrzeć w kilku zdaniach.
Szczęśliwe dzieciństwo w majątku Sobowo w kochającej się rodzinie przerwane zostało brutalnie przez wojnę. Jego lata młodzieńcze, to czas okupowanej Warszawy i jej dramatu. Z okien kamienicy na Złotej widział zagładę getta. Do końca życia nie mógł się z tym pogodzić. W przeddzień Powstania Warszawskiego stracił w ulicznej akcji starszego brata Andrzeja. Dramat i zniszczenie ukochanego miasta były dla niego trudne do zaakceptowania. Słowo ojczyzna nigdy nie przybierało u niego górnolotnych form. Stronił od patriotycznych uroczystości i uniesień. Powojenna rzeczywistość nie zawsze była dla niego łaskawa. Odnalazł w niej miejsce jako mądry lekarz. Pracował dużo i do końca życia. Ale co najważniejsze stworzył z Mamą kochającą się rodzinę. Przeżyli razem szczęśliwie 55 lat.
Był człowiekiem rodzinnym i troskliwym, cieszył się każdą chwilą spędzoną z najbliższymi.
To dzięki niemu udało się nam stworzyć w Podkowie Leśnej miejsce gdzie gromadzili się wszyscy na rozmowach, przy stole i na spacerach. Liczne wnuki, a potem i prawnuki były jego wielką radością. Do końca dbał o ich przyszłość i edukację. Był człowiekiem otwartym, ciekawym świata i ludzi, nie bojącym się współczesności. Na starość odkrył bogactwo świata Internetu i nowych technologii.
Ukochane książki z łatwością zamieniał na ebooki. Miał dar zjednywania sobie ludzi, był towarzyski i dowcipny. Jego życie dopełniały pasja podróżowania, gra z brydża i łowiectwo, czego do końca życia trochę się wstydził.
To wszystko, to już czas przeszły. Pozostawił po sobie jednak dobre imię i pamięć.
Pobraliśmy się ! Kościelny ślub w parafii w Aninie odbył się 25 grudnia w pierwszy dzień Bożego Narodzenia 1974 roku. Ślub cywilny był 14 grudnia.
Wówczas w Warszawie trudno było zgrać cywilny z kościelnym w jednym dniu. Ksiądz sugerował, byśmy ślub zawarli w drugi dzień świąt, ale po naszych tłumaczeniach, że większość rodziny mieszka daleko od Warszawy, ustąpił i zgodził się na pierwszy dzień świąt. Ślub skromny z udziałem rodziny oraz koleżanek i kolegów z grupy studenckiej. Wesela praktycznie nie było, jedynie przyjęcie dla rodziny w naszym mieszkaniu. Trwało do rana, było wesoło, więc wesele było. Rodzice rano ogarniali dom po nocnej imprezie, a ja i moja młodziutka żona na stację kolejową Warszawa Wschodnia i do Jeleniej Góry w podróż poślubną na 7 dni.
Przed dworcem stał dla nas samochód. Był to jeden z wielu służbowych samochodów Zarządu Dróg. Podwiózł nas kilka kilometrów do Ośrodka Wypoczynkowego Lotników. Tam udostępniono nam pokój. Wyżywienie było we własnym zakresie, podróże też. Podejrzewam, że za pozostałe usługi zapłacił ojciec. On nigdy nie użył samochodu służbowego, jeśli za niego nie zapłacił. To był prawdziwy Żółtowski. Trochę znałem te tereny, więc mogłem żonie pokazać ciekawe miejsca i turystyczne szlaki. Byliśmy na Chojniku, w Szklarskiej Porębie, w Karpaczu, w schroniskach i kościółku Wang. Siedem dni szybko minęło, trzeba było wracać. Pod Ośrodkiem Lotników stał już samochód, który odwiózł nas na stację kolejową i dalej do Warszawy.
Wiele rzeczy, wydarzeń uciekło mi już z pamięci. Minęły 43 lata od tamtych chwil. Zwykłe codzienne sprawy ulegają zatarciu, jedynie pamięta się te, które wnikają głęboko w psychikę człowieka. Nie pamiętam więc jak wracałem, jakie mieliśmy walizki, czy przywieźliśmy sobie jakieś pamiątki. Nie były to rzeczy istotne, dlatego uległy zapomnieniu. Tak by powiedzieli matematycy!
Trzeba było wracać do rzeczywistości. Moje dyżury w Pogotowiu Ratunkowym, a także praca Stefanii nie mogły czekać. Byliśmy związani umowami. Zarabialiśmy skromnie. Byliśmy na garnuszku rodziców, za mieszkanie też nie płaciliśmy. Mieliśmy więc z Libiutką swoje pensje dla siebie. Rodzice nie żądali od nas wkładu do życia we wspólnocie.
Stefania była wielką „przylepą”. Potrafiła się znaleźć w każdej sytuacji. Kiedy moja mama, a jej teściowa, wracała z pracy zmęczona, zwłaszcza w letnie upały, Stefania wyręczała ją we wszystkich pracach domowych. Mój tato bardzo ją lubił. Może dlatego, że nie miał córki. Rano w tygodniu razem szli na stację Warszawa Wawer, udając się do pracy. Tata żartował z jej figury. Mówił, żeby brała ze sobą cegłę, bo wiatr ją zwieje z peronu. Taka była szczupła. Jeździli tak przez kilka miesięcy.
Tata umarł 5 kwietnia 1976 roku. W tym czasie kończyłem studia i pisałem pracę magisterską. Oczywiście nadal pracowałem w Pogotowiu Ratunkowym. Często noce spędzałem w pracy. Miałem więcej dyżurów. Chciałem nawet odejść, bo było mi trochę ciężko, ale starszy lekarz miasta nie chciał mnie puścić. Dał mi dwie grupy więcej, za to raz w tygodniu musiałem pracować jako dyspozytor. Rozsyłałem karetki po mieście. Było wtedy 107 zespołów jeżdżących. Na dyspozytorni było lżej, zwłaszcza zimą. Nie trzeba było nosić ciężkich noszy po zaśnieżonych uliczkach osiedlowych. Nikt nie zgadnie, ile same ważyły. No więc 47 kilogramów. Do tego trzeba dodać wagę przenoszonej osoby. Jeżeli trafił się chory tak około setki kg, to już był wyczyn jak się go przeniosło.
Skończyłem studia. Pracę napisałem, wydrukowałem, oprawiłem i prawie z marszu obroniłem jako drugi na roku. Przedtem jednak obie panie, mamę i żonę wysłałem do Przewięzi na wypoczynek, by nie przeszkadzały mi w przygotowaniu do obrony. Cała ta obrona trwała pół godziny, a tyle było strachu.
Jestem więc magistrem farmacji. Powinienem się cieszyć, ale jakoś nie umiałem. Opuszczał mnie stres, powoli. Po doktoracie było podobnie. No cóż, przede mną jeszcze zaplanowane dyżury. Muszę je odbyć, a dopiero potem rozwiązać umowę z pracodawcą. Kierownikiem zespołu był mój brat Michał, który jeździł już jako lekarz. Sanitariuszem był magister farmacji Rafał, czyli ja. W dyspozytorni żartowali sobie, wołając nas przez radio, by najmocniejszy zespół zgłosił się do bazy.
Jak wspomniałem mama i Stefania wypoczywały w Przewięzi. Ich ukochanym zajęciem było zbieranie grzybów. Córka leśnika znała to od dziecka. Często jako mała dziewczynka chodziła z ojcem i rodzeństwem do lasu po grzyby do skupu. Dla siebie mieli pod dostatkiem. Suszonych kilogramy, a słoików do marynowania brakowało. W Przewięzi z mamą więcej suszyły, bo kto miał dźwigać te słoiki do Warszawy. Po ojcu został mały Fiat, ale nikt nie miał prawa jazdy. Potem młodszy brat Jacek miał prawo i służył jako nadworny nasz kierowca, gdy była potrzeba użycia samochodu.
Mój zmiennik wziął za mnie kilka dyżurów, a ja pojechałem do moich Pań do Przewięzi. Była piękna końcówka lata. Faktycznie, grzybów brud. Sam uzbierałem pół worka od ziemniaków w ciągu godziny. Zwłaszcza dużo było podgrzybków. Moje panie ucieszyły się, kiedy mnie zobaczyły. Już wcześniej dostały mój telegram, że obroniłem magisterkę. Jakież to są miłe wspomnienia. Może właśnie to była ta radość, która uciekła mi wcześniej. I to jest prawda.
Samemu trudno się radować. Radość powinna być w grupie.
Byliśmy jeszcze kilka dni i wracaliśmy do Warszawy. Zapomniałem napisać, że jadąc do Przewięzi, musiałem z Warszawy zabrać mego psa Tropa. Jechało nam się wspaniale. Kto zajrzał przez okno do przedziału, szedł dalej szukać wolnego miejsca. Jakoś z moim Tropem nie chciano podróżować.
Jeszcze za życia mego taty podpisaliśmy umowę przedwstępną ze Starogardzkimi Zakładami Farmaceutycznymi na pracę w tym Zakładzie. Stefania dostała pracę w Rejonie Dróg Publicznych w Starogardzie Gdańskim. Więcej zarabiała niż ja stażysta w fabryce, choć była technikiem drogowcem, a ja magistrem farmacji i Mistrzem na Wydziale Ampułkarni i miałem pod sobą 300 kobiet. Podjąłem się tej pracy.
Dostaliśmy mieszkanie na strychu. Boczne ściany chodziły tak jak dach, a jedynym oknem była taka kukułka. Do pokoju, kiedy urodził się Romek nie wchodził już wózek, więc stał na korytarzu na czwartym piętrze. Pewnego dnia ukradli nam ten dziecięcy wózek. To był dla nas cios. Stefania wzięła pożyczkę w pracy. Pojechała do Gdańska i kupiła nowy. Podjąłem pracę w aptece w Rynku w Starogardzie na pół etatu. Dzięki dobrym ludziom. Żona mojego kierownika w „Polfie” pracowała w dużej aptece w Starogardzie. I to oni mi pomogli. Tam przez pół roku odbywałem staż apteczny.
Chciałbym przedstawić dzieje mojej rodziny pod takim właśnie tytułem, aby ocalić ją przed zapomnieniem. Wszystkie te wiadomości spisywałem z przekazu bliskich mi osób, które odeszły już na wieczny spoczynek .
Pokolenie pierwsze – pradziadek Tomasz urodzony w 1860 roku,
Pokolenie drugie – dziadek Władysław urodzony w 1886 roku,
Pokolenie trzecie – ojciec Wacław urodzony w 1919 roku,
Pokolenie czwarte – autor Władysław urodzony w 1949 roku,
Pokolenie piąte – moi synowie Marcin (1972) i Tomasz (1974) rok,
Pokolenie szóste – moi wnukowie Mikołaj syn Tomasza i Gabryel syn Marcina.
POKOLENIE PIERWSZE
Pradziadek Tomasz urodził się we wsi Mileszewy, obecnie gmina Ciechocin województwo kujawsko – pomorskie w 1860 roku. Pradziadek Tomasz miał dwie młodsze siostry Bronisławę (1862), która wyszła za mąż za Głowackiego, żyła i mieszkała w Mileszewach oraz Kazimierę z męża Rostek. Ona także mieszkała w Mileszewach. Można znaleźć ich groby na cmentarzu w Ciechocinie.
Pradziadek Tomasz, mając 16 lat, emigrował za chlebem za dużą wodę i znalazł się w Ameryce w Chicago. Tam mieszkał w polskiej rodzinie wcześniejszych emigrantów, pracował ciężko i zarabiał niezłe pieniądze. Ale tęsknota za ojczyzną i bliskimi była ogromna, dlatego postanowił w 1885 roku wrócić do kraju i ponownie znalazł się w Mileszewach. Zarobione pieniądze pozwoliły mu na ułożenie sobie życia i swoim siostrom. Gospodarstwo odziedziczył po rodzicach. Wybudował w Mileszewach kuźnię, ożenił się z Franciszką Osowską w 1885 roku i rozpoczął dorosłe życie z myślą o przyszłej rodzinie, która systematycznie rosła w siłę. W 1886 roku urodził się Władysław, mój dziadek, o którym napiszę później. Potem na świat przychodziły kolejne dzieci,
c. Władysława 1890 r. z męża Kęsicka, s. Franciszek 1892 r., był znanym i cenionym rzeźnikiem i wędliniarzem, miał duży zakład w Kawęczynie, c. Antonina 1894 r. z męża Rumińska, późniejsza więźniarka obozów koncentracyjnych, c. Bronisława 1896 r. z męża Lubieniewska, c. Marcjanna 1897 r. z męża Kłosowska. Tak duża rodzina wymagała dużego nakładu finansowego na utrzymanie. W 1900 roku pradziadek postanowił przepisać ojcowiznę siostrom, a sam kupił dom z kuźnią w Dobrzejewicach, większej wiosce w Gminie Obrowo. Tam też wszystkie dzieci uczyły się i przygotowały do samodzielnego życia.
Pradziadek zaczął dobrze prosperować, rozbudowywał kuźnię, Dbał nie tylko o kopyta końskie, ale także robił przepiękne dorożki, wozy transportowe, rolnicze, i piękne, kute ogrodzenia. Pochowany jest wraz z żoną na cmentarzu parafialnym w Dobrzejewicach.
POKOLENIE DRUGIE
Dziadek Władysław s. Tomasza urodził się w Mileszewach w 1886 roku jako pierwsze dziecko Tomasza i Franciszki. Po przeprowadzce rodziców do Dobrzejewic resztę swego życia spędził już w tej wiosce.
Życie Władysława, jak i jego rodzeństwa, nie rozpieszczało. Ożenił się z Martą z domu Hinc, z mieli pięcioro dzieci: c. Janinę 1912, po mężu Szymańska, żyła długo, do 2004 roku, a więc 102 lata, pochowana w Toruniu, c. Kazimierę 1925 r. panna do końca życia, zmarła w Toruniu w 2001 r., s. Wacława 1919 r – mojego ojca, jemu poświęcę więcej miejsca w trzeciej części, s. Zygmunta Włodzimierza 1921 zmarł w 1986, miał trzech synów Ryszarda 1949, Wojciecha 1950 i Krzysztofa, s. Eugeniusza 1922 r, zamieszkały w Toruniu zmarł w 1999 r. w Toruniu.
W 1924 roku zmarła żona Marta i dziadek pozostał sam z pięciorgiem małych dzieci, dlatego w 1925 roku ożenił się ponownie z Teresą Piotrowicz. Z tego związku urodziły się jeszcze: c. Sabina 1929 r. c. Jadwiga 1931r. oraz Henryk 1934 r. ojciec Marka 1962 r. i Piotra 1967 r. Dziadek zajmował się kupiectwem, miał sporą bazę transportową. Skupywał w okolicy trzodę chlewną i bydło i dostarczał to do rzeźni w Toruniu i do rzeźni Warszawa Wola, zaopatrywał również brata Franciszka, który miał duży zakład w Kawęczynie.
Praca ciągle w rozjazdach nie służyła dobremu zdrowiu, nabawił się choroby żołądka. W czasie I wojny światowej, dziadek został wcielony w 1915 roku do armii rosyjskiej i bywał na różnych frontach, wszędzie tam, gdzie były działania wojenne, wrócił do domu w 1918 r.
Zmarł w 1937 roku po ciężkiej chorobie, pochowany na cmentarzu w Dobrzejewicach gm. Obrowo.
Cdn.
Już po raz trzeci w pięknie odrestaurowanym pałacu hr. Sierakowskich w Waplewie Wielkim koło Sztumu, będącym oddziałem Muzeum Narodowego w Gdańsku, zorganizowano konkurs dotyczący tradycji szlacheckiej.
Wpłynęło ponad sto prac pisemnych, plastycznych i multimedialnych w różnych kategoriach wiekowych, od szkół podstawowych po ponadgimnazjalne.
Patronat honorowy nad tym wydarzeniem objęli: hr. Izabella Sierakowska-Tomaszewska, córka ostatnich właścicieli pałacu, poseł na Sejm RP Kazimierz Smoliński, senator RP Antoni Szymański, dyrektor Gdańskiego Oddziału IPN prof. Mirosław Golon i Wielki Kanclerz Przeoratu Pomorskiego Orderu św. Stanisława Stefan Kukowski. Tak jak w poprzednich edycjach Związek Rodu Żółtowskich włączył się w organizację konkursu, fundując okolicznościowe medale, pięknie wykonane przez Jarosława ze Skierniewic, za co mu serdecznie dziękuję. 5 czerwca 2017 r. w sali reprezentacyjnej pałacu zgromadzili się licznie zarówno uczestnicy, jak i ich rodzice i opiekunowie szkolni, pod których kierunkiem wykonywali swoje prace. Przywitał ich pomysłodawca i główny organizator konkursu Piotr Stec, radny Powiatu Sztumskiego oraz gospodarz obiektu, Maciej Kraiński będący skarbnicą wiedzy o pałacu, jego byłych mieszkańcach i ich koligacjach. Tym razem do tradycyjnych tematów dołączono opracowania dotyczące rodzin Sierakowskich i Żółtowskich.
Miło mi poinformować, że właśnie praca dotycząca Rodu Żółtowskich zdobyła główną nagrodę w najstarszej kategorii wiekowej. Całość spotkania uświetnił występ wokalny uczennicy Agaty Trafalskiej, nieco stremowanej, gdyż nie możemy zapominać, że w tych wnętrzach koncertował nasz wielki Fryderyk Chopin. Przemiły charakter spotkania zmąciła jedynie wiadomość o chorobie hr. Sierakowskiej, która w ostatniej chwili musiała odwołać swój przyjazd. Po raz kolejny okazało się, że spuścizna kultury stanu szlacheckiego cieszy się żywym zainteresowaniem młodzieży .Mam nadzieję na kolejną edycję w przyszłym roku.