Autor: jmzolt1

  • Pożegnanie z cyklem artykułów „Moje życie”

    Kiedy podjąłem decyzję, że będę pisał o swoim życiu, a było to w 2011 roku, myślałem, że będzie to cykl 4- 5 artykułów.

    Cel był prosty. Na ogół w kwartalnikach pojawiały się informacje o Żółtowskich  od XIX do XX wieku. Były to wspomnienia wielu potomków znakomitych rodów, często koligacji z innymi nie mniej znakomitymi rodami, ale to wszystko była historia.  

    Nie spodziewałem się, że zamiast planowanych kilku artykułów  napiszę ich aż  18.

    A czemu cel był prosty? Prosty, bo dzisiejszy, bo aktualny.

    Z całym szacunkiem dla przodków, których na   pewno nigdy nie zapomnimy, ale my żyjemy w innej rzeczywistości. Świat się zmienił, własność prywatna od wieków kultywowana została zagrabiona. Poziom życia z dostatniego spadł do skrajnego. Działo się to wszystko także z powodu „niewłaściwego nazwiska” – ja to odczułem.

    „ Kto chce osiągnąć wysoką przeciętną rodzinną, musi dążyć indywidualnie ku tym górnym regionom, na których świecą: samodzielność myśli, bohaterstwo czynu, świętość życia.” To cytat z motta naszego kwartalnika   z książki Jana Żółtowskiego. Wielu z nas w dzisiejszych czasach sprawuje w Polsce wysokie stanowiska. Są specjalistami, ludźmi wysokiej wiedzy w swoich dziedzinach. Nie możemy o nich zapomnieć.

    Stąd moje artykuły. Chciałem pobudzić wśród Żółtowskich chęć pisania o sobie. Dużo więcej wiedzielibyśmy o nich. Twarze poznajemy, imiona też pamiętamy i co dalej. A może wśród tych corocznych bywalców naszych spotkań tkwią ciekawe osoby, wybitne talenty, kolekcjonerzy, poeci itp.

    Nie  udało mi się zachęcić innych  osób, by chwycili za pióro i trochę napisali o sobie.

    Jednak  z Elą z Kutna wymyśliliśmy, że skoro Żółtowscy nie chcą pisać sami, to my za nich napiszemy. Ja kończę swój cykl, lecz nie pozostawiam nic w zamian. Teraz Ela będzie przeprowadzać wywiady z poszczególnymi członkami naszego związku. Zadaje pytania, skrzętnie notuje i daje do druku.

    Piękna rozmowa z Jackiem z Łodzi. Choć to moja najbliższa rodzina nigdy nie wiedziałem, że pracował w Pakistanie. A teraz już wiem. Ciekawie opisane rodziny przez Władysława z Torunia w cyklu „Sześć Pokoleń”.

    Teraz pokolenie trzecie, będzie ciąg dalszy. Wiec coś powoli się rusza. Oby tak dalej.

    Dlaczego nie chcę pisać dalej. Skończyło się życie sielskie i anielskie, zaczęła się smutna rzeczywistość. Zmarła mi mama na raka w wieku 60 lat.

    Zostałem z żoną Stefanią i trójką dzieci. Codzienny scenariusz. Praca, dom, zakupy, trochę telewizji, latem ogródek. Za to w niedzielę wyjazd do Augustowa na jeziora, czasami na ryby lub do rodzeństwa mojej żony. Opisać teraz kolejne 30 lat nie jest łatwo. Jako początkujący i raczkujący literat nie mogę podjąć się tego zadania. Boję się, że nie dam rady. Wyjdzie z tego masło maślane. Rano to, w południe to, po południu znów to samo co wczoraj itd.

    Poza tym pisałbym o moich znajomych, często kolegach, w moim wieku lub trochę starszych ode mnie. Mogę wyrażać o nich swoje opinie i spostrzeżenia, co do ich działalności, charakterów, przywar itp. Nie chcę tego, gdyż mogę ich w jakiś sposób urazić. Kolejna wojna polsko-polska jest zupełnie niepotrzebna.

    Mieliśmy także przyjaciół zwłaszcza wśród lekarzy, aptekarzy a nawet wśród wzorowych i liczących się rolników i sadowników. To także okres, kiedy przystąpiłem do egzaminów specjalizacyjnych II stopnia z farmacji aptecznej.

    Pierwszy stopień zdobyłem kilka lat wcześniej. Dobrze mi poszły na samych piątkach więc mi za to powiesili Brązowy Krzyż Zasługi.

     W 1987 roku urodził się Tomek. Było dużo radości. Stefania odmłodniała, ja też czułem się młodym tatą. Rozwijaliśmy działalność gospodarczą. Ja miałem dwie apteki w Korycinie i w Jaświłach a potem w Goniądzu i Jaświłach. Stefania miała osiem sklepów spożywczych i dwie kwiaciarnie. Zatrudnialiśmy 18 osób. Był kierowca zaopatrzeniowiec, samochód dostawczy i codzienne dostawy nowego towaru. Ale to ciężka praca.

    Wojewódzki konsultant ds. farmacji zaproponował mi doktorat. Na początku nie chciałem się zgodzić, w końcu uległem. Dostałem materiał doświadczalny do domu na wieś, czyli białe szczury. Ogólnie zoperowałem 200 sztuk. Napisałem pracę doktorską, obroniłem, no i tak stałem się dr n. med. gdyż broniłem się na wydziale lekarskim a nie na farmacji.

    Stefania zachorowała na raka. Jak przestała jeździć do swoich sklepów, to pracownicy zaczęli nas okradać. Coraz mniejsze były przychody i coraz mniej towaru na półce. Musieliśmy kolejno zamykać sklepy i kwiaciarnie. Ze Stefanią było coraz gorzej. Zlikwidowałem swoje apteki i poszedłem do pracy, do kogoś. Lepiej na tym wychodziłem, bo więcej zarabiałem, niż we własnych aptekach. Ale byłem poza domem przez cały tydzień. To też bardzo niekomfortowa sytuacja, tym bardziej, że choroba Stefanii pogłębiała się.

    Zmarła biedaczka 7 grudnia 2007 roku w ciężkich bólach. Nawet Żółtowska Teresa z Białegostoku – konsultant wojewódzki ds. onkologii  była bezradna.

    I w tym momencie skończyło się MOJE  ŻYCIE.  No niby żyję, ale co to za życie może wiedzieć tylko ten, kto został sam.

    Mam kochane dzieci, dobrze, że je mam. Ale one są daleko. Latam do nich co roku na dłużej lub na krócej, byłem już pięć  razy. Na początku maja planuję polecieć, bo wnuczka moja Natalka ma I Komunię św. Wskazanie jest żeby dziadek był.

     Kończę ten cykl artykułów dziękując wszystkim moim czytelnikom za to, że cierpliwie czytali. Jeśli było w tym trochę zainteresowania, to satysfakcja dla mnie. Tym osobom, które omijały mój tekst także dziękuję.   Nie wszystkim musi się  podobać.

     Obiecuję, że kiedyś jeszcze będę pisał. Już nie jako cykl artykułów a jedynie jako fragmenty z życia. Zachęcam nadal Żółtowskich do pisania o sobie. Nasz kwartalnik musi się zmieniać, żyć życiem dzisiejszym, być aktualnym i na bieżąco.

    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję, Bożenie, naszej redaktor kwartalnika, za wysiłek i trud w opracowaniu tych tekstów przez bite siedem lat.

     

    RAFAŁ Z KORYCINA

     

    W trakcie pisania wspomnień wkradł się błąd.
    Mój kolega z Lipna nie nazywa się Marcinkiewicz lecz Marcinkowski.
    Przepraszam Tomku!

     

  • Narodziny Blanki Żółtowskiej

    Witaj na świecie!

    29 listopada 2017 r. urodziła się w Prudniku

    Blanka Żółtowska

    pierwsza córka Magdaleny i Marcina Żółtowskich.

    Szczęśliwi rodzice wraz z dzieciątkiem mieszkają w Konradowie koło Głuchołaz.

     

  • Perełki słodkiej historii

    Perełki słodkiej historii

    Artykuł ukazał się w
    DZIENNIKU TORUŃSKIM
    „Nowości” – 2017 r
    
    
    

    Krzysztof Rumiński, twórca firmy od wielu lat wypiekającej słodkości i pieczywo w Głogowie, otwiera szafę i odkrywa przed nami skarby. Od dawna gromadzi cenne pamiątki po mistrzach cukiernictwa, od których uczył się swojego fachu. Na parterze w siedzibie firmy można znaleźć maszyny cukiernicze z dawnych czasów czy tradycyjny piec.

    – Proszę spojrzeć – mówi Krzysztof Rumiński, trzymając księgę receptur Alfonsa Czarneckiego. W środku dokładnie rozpisane przepisy na ciastka, babki z lat 30. 40. i 50. Czarnecki relacjonuje też proces technologiczny z najmniejszymi szczegółami.

    – Najważniejsze są proporcje – tłumaczy Rumiński. W tamtych czasach niektórzy cukiernicy dziwili się, że ciasto nie wychodzi im tak, jak powinno. A to dlatego, że nie zastosowali odpowiedniego reżimu technologicznego i dobrej receptury. O kunszcie cukierników z dawnych czasów wiele można się dowiedzieć z archiwalnych numerów „Przeglądu Cukierniczego”. Pan Krzysztof szczególnie upodobał sobie egzemplarz z listopada 1933 r. oraz pewien artykuł. „Stolica Pomorza, Toruń – czytamy w tekście na stronie. 164 – który w roku bież. Obchodzi 700-lecie swojego istnienia, od wielu już wieków słynie ze swych pierników. Znane one były i są w każdym niemal zakątku ojczystego kraju pod nazwą pierników toruńskich (…)  Najróżnorodniejsze sceny o treści historycznej, religijnej, obyczajowej, mitologicznej, przyrodniczej podziwiać można na piernikach toruńskich”.

    – My też robimy pierniki i korzystamy z niejednej, tradycyjnej receptury, którą można odnaleźć w przepisach sprzed wielu lat – mówi Krzysztof Rumiński i podkreśla, że  dorobek przodków jest bardzo ważną wartością w jego życiu.

    Wszystko zaczęło się w latach 70., kiedy pan Krzysztof nauczony przez rodziców odpowiedzialnością za własną przyszłość,  zdecydował się na zawód cukiernika. Teorię poznawał w szkole zawodowej, ale wcześniej codziennie od godz. 6. rano  pracował na „rzemiośle”, czyli jako uczeń u rzemieślnika. – Czasem i po szkole biegło się do zakładu, a do domu wracało wieczorem – opowiada Rumiński. – To były ciężkie czasy, ale wiele się wtedy nauczyłem. Pan Krzysztof ma swoje zdanie na temat dzisiejszej edukacji zawodowej i technicznej. – W obecnej formie edukacji powinno się również wiele zmienić w kształceniu przyszłych fachowców – tłumaczy Rumiński. Jestem przeciwnikiem warsztatów w szkołach zawodowych. One niestety nic nie dają. Uczeń kończy szkołę bez umiejętności potrzebnych do wykonywania zawodu ślusarza, piekarza czy cukiernika.  Ja proponowałbym coś innego: umowę o pracę z przedsiębiorstwami i zakładami rzemieślniczymi dla każdego ucznia szkoły zawodowej i technikum, od pierwszej klasy.  Dałoby to możliwość praktycznej nauki zawodu, w konkretnym środowisku pracy.  Po ukończeniu takich praktyk uczeń miałby nie tylko  gwarancję zatrudnienia, ale przede wszystkim wysokie kwalifikacje.

    Nauka zawodu miała swoje etapy, od mycia blach, przez pieczenie kruchego ciasta i babek, po tworzenie własnych, oryginalnych wypieków.  Potem był egzamin  zawodowy i Krzysztof Rumiński został   cukiernikiem. Podjął pracę w toruńskiej PSS „Społem”. Dziś wspomina, że zasady cukiernictwa poznał, podglądając mistrzów: Zbigniewa Świejkowskiego, Mariana Przymorski czy Alfonsa Czarneckiego. Podkreśla też rolę Jerzego Kuffla, niegdyś kierownika piekarni wojskowej na ul. Dąbrowskiego w Toruniu, który uczył go piekarstwa. Szybko zaczął myśleć o założeniu własnej działalności. Był bliski wydzierżawienia cukierni w Ciechocinku, ale ostatecznie wszedł w spółkę z kolegami i w ten sposób stał się przedsiębiorcą. Kilka lat później, w 1986 r.  razem z jednym wspólnikiem stworzyli firmę, którą dzisiaj znamy pod szyldem „Piekarnia i Cukiernia Barbara  i Krzysztof Rumińscy”. – Wtedy interes prowadziło się dużo prościej, niż dziś – opowiada. – Sam potrafiłem wyliczyć, jaki podatek muszę zapłacić i ile wyniesie wynagrodzenie dla pracowników.

    Codzienność bywała jednak trudna. Pan Krzysztof wstawał wcześnie rano i wsiadał w samochód, by osobiście rozwieźć murzynki, cukierki krówki i marcepanki do okolicznych punktów. Dziś odbiera dziesiątki telefonów dziennie, a wtedy wykonanie jednego połączenia było już sporym osiągnięciem. – Zamawiałem rozmowy z kilkoma miastami na poczcie głównej w Toruniu, jechałem rano i czekałem, aż telefonistka mnie połączy – opowiada Krzysztof Rumiński. – Jeśli wróciłem o godz. 13 z czterema wykonanymi telefonami, byłem szczęśliwy, bo wiedziałem na czym stoję.

    Jeszcze w czasach PRL-u Rumiński dostał zlecenie na eksport „krówek” do Obwodu Kaliningradzkiego. Stawił się w umówionym miejscu z dostawczym Żukiem, wypełnionym ciastkami po dach. Okazało się jednak, że delegacja ze Związku Radzieckiego, po „krówki” przyjechała… ciężarówką Kamaz z przyczepą.

    W nowej Polsce nie było łatwiej. Kiedy nastąpiło załamanie gospodarcze, pan Krzysztof musiał wyjechać do pracy zagranicę, a później rozszerzyć działalność na inną dziedzinę. – Uznałem, że chleba potrzebuje każdy – opowiada dzisiaj, a w hali pełnej rozgrzanych pieców pachnie chlebem jak z dzieciństwa.

    Od 1995 r. pana Krzysztofa bardzo wspiera żona, która szlify w zawodzie zdobywała na początku lat dziewięćdziesiątych. – Jest dla mnie dużym oparciem. Dba, żeby w firmie wszystko działało tak, jak powinno – mówi Rumiński.  Sporo pomagają też jego synowie, którzy kształcą się na informatyków.  Pan Krzysztof po cichu marzy jednak o tym, by zdecydowali się przejąć w przyszłości rodzinny interes.

    W Głogowie pod Toruniem, gdzie znajduje się zakład   Barbary i Krzysztofa Rumińskich, i skąd pochodzi pan Krzysztof, tradycja miesza się ze współczesnością.  Nad archiwalnymi dokumentami z historii cukiernictwa pan Krzysztof nie kryje wzruszenia na wspomnienie o „młodzieńczych latach”. –  Mój tata zawsze powtarzał: „wszystko rób tak, żebyś nie wstydził się przyznać, że to ty robiłeś”.

    Zasada, którą pan Krzysztof przejął  z kolei po mistrzach w swoim fachu, brzmi tak: „Trzeba mieć silny wzrok zawodowy”. – Zauważać to, czego nie widzą inni – tłumaczy pan Krzysztof.  Tę zasadę stosuje w cukiernictwie i piekarstwie, ale i w prowadzeniu biznesu. Firma ma 16 sklepów firmowych, w których można kupić pieczywo i ciasta najwyższej jakości. Stawia nie na ilość, ale na jakość. Wszystko po to, by tak jak przed osiemdziesięciu laty, toruńskie wypieki „biły na głowę” wszystkie inne.

     

    Tekst nadesłał Maciek z Torunia

     

  • Sztuka pieczenia

    Rozmowa z KRZYSZTOFEM RUMIŃSKIM,
    właścicielem Piekarni-Cukierni B.K. Rumińscy
    na temat wypieku chleba rozmawia
    Mariusz Sepioło.

    DZIENNIK TORUŃSKI

    Krzysztof Rumiński -po prawej

    Jakie pieczywo jest najzdrowsze?

    Najlepsze jest pieczywo z mąki żytniej. Powstające z niej chleby są zwarte, ciężkie i zdrowsze niż pszenne. Żyto ma twarde ziarno z większą ilością wysmuklającego i pobudzającego trawienie błonnika. W przeciwieństwie do pszenicy zakorzenia się bardzo głęboko, czerpie składniki mineralne z głębszych pokładów gleby. Chleb żytni żuje się długo i mniej się go zjada. Jednak żeby go upiec, trzeba się znać na sztuce piekarniczej. Aby wyprodukować zakwas, potrzeba czasu. Chleb rośnie powoli. W zakwasie powstają naturalne bakterie octowe, drożdże i witaminy z grupy B, dobroczynne dla naszego żołądka i jelit bakterie mlekowe, które oczyszczają organizm z trucizn i ze związków rakotwórczych (tj.  toksyn pleśniowych, azotanów). Ważne jest też trzymanie temperatur prowadzenia zakwasu, w każdej z kolejnych faz – od 24 do 30 stopni. Wtedy rozwijają się odpowiednie kultury bakterii. Taki chleb będzie dla nas jak lek. Co innego chleb „oszukaniec”.

    Jak rozpoznać, który jest tym „oszukańcem”?

    Do wypieku takiego chleba wystarczy mąka pszenna, wiaderko chemicznych środków, spulchniaczy i polepszaczy, godzinka na wyrośnięcie i do pieca. Rośnie jak szalony, a w środku wata. Pszenica ma miękkie kleiste ziarno, jeśli pozbawi się ją łuski, nie zawiera prawie wcale błonnika, ma mniej witamin i minerałów niż żyto. Chleba pszennego nie trzeba żuć, rozpływa się w ustach, szybciej wchodzi w biodra i żeby się nasycić, trzeba go zjeść więcej. Chleb bez konserwantów, prawdziwy chleb, nigdy ich nie ma bo nie potrzebuje. Rolę konserwantu odgrywa w nim zakwas. Uważajcie jednak na pieczywo pozbawione smaku i zapachu. Należy zwracać uwagę na wagę chleba, a nie na jego puszystość. Markety, walcząc o klienta,  obniżają cenę i pieką coraz tańsze i coraz bardziej puszyste bochenki.

                    Klienci zwracają uwagę na cenę.

    To prawda, ale jakości pieczywa zaakceptowanej przez konsumenta nie da się zastąpić niczym, a zwłaszcza niższą ceną przy znacznie obniżonej jakości. Może to dać efekt tylko krótko terminowy i to w społeczeństwie bardzo ubogim oraz bez wyrobionych nawyków żywieniowych.  Polskie społeczeństwo – wbrew informacjom zajmującym niekiedy niewiele miejsca w środowiskach masowego przekazu – nie lubi podwyżek cen. Ale po ulubiony, zaakceptowany przez nas chleb, jeździmy niekiedy daleko lub stoimy w długiej kolejce. Mimo iż w sklepie obok można kupić bez kolejki, czasem nawet tańszy chleb.

                    Co jest ważne w pracy piekarni?

    Przede wszystkim utrzymanie stałej jakości produktu piekarskiego. A do tego niezbędna jest stała jakość wszystkich surowców. A zwłaszcza mąki pszennej i żytniej. Nie jest to jednak taka prosta sprawa,  bo wytwarzane są one z produktów naturalnych, jakimi są ziarno pszenicy i żyta, których jakość ulega niekiedy dużym wahaniom w kolejnych latach, w zależności od warunków agroklimatycznych panujących w okresie wegetacji roślin i zbioru ziarna. Obecnie niedobór ziarna  o odpowiednich cechach jakościowych zmusza firmy młynarskie do poszukiwania na terenie całej Polski ziarna o odpowiednich cechach jakościowych. W naszym przypadku jest to wysokiej jakości ziarno pszenicy i żyta, a jego cena się waha. Ważne jest też by w piekarni zachować standardy higieny, dzięki którym jest odpowiedni mikroklimat dla produkcji.

     

    Tekst nadesłał Maciek z Torunia

     

  • Wielki powrót Bogini Łowów

    Wielki powrót Bogini Łowów

    Park Szczytnicki jest jednym z największych parków Wrocławia. Zajmuje powierzchnię około 100 hektarów. Do końca XVIII wieku był lasem i terenem łowieckim. W 1783 roku komendant garnizonu wrocławskiego Fryderyk Ludwik Hohenlohe wykupił go i założył tu jeden z pierwszych parków na kontynencie europejskim urządzonych w stylu angielskim. XIX wiek to okres przekształcania parku w teren rekreacyjny coraz popularniejszy wśród wrocławian. W 1833 roku powstał tu Tor Wyścigów Konnych, którego pozostałością jest Pergola, a trybuna główna mieściła się najprawdopodobniej w miejscu dzisiejszej Iglicy. Wyścigi organizowano tu aż do 1907 roku. Następnie rozbudowywano kompleks – powstało Zoo, Hala Stulecia, Pawilon Czterech Kopuł, Ogród Japoński.

    Park Szczytnicki przez dłuższy czas był jedynym terenem rekreacyjnym dla mieszkańców. Chodzili do niego przez most Szczytnicki, a zaraz za nim witała ich Diana – bogini łowów. Pomnik Diany był jednym z najbardziej charakterystycznych wrocławskich atrakcji. Jego wizerunek zdobił kartki pocztowe wysyłane z pozdrowieniami z Wrocławia.

    Agnieszka z babcią Janeczką z Wrocławia

    Uroczyste odsłonięcie pomnika nastąpiło 16-go sierpnia 1898 roku. Pomnik Diany, a właściwie Grupa Diany (niem. Dianegruppe), stał w parku Szczytnickim u zbiegu ulic Mickiewicza i Wróblewskiego (dzisiejszy skwer Zbyszka Cybulskiego). Antyczna bogini trzymała w ręku włócznię i towarzyszyły jej dwa psy myśliwskie. Wbiegała na cokół ułożony z głazów, które imitowały górski krajobraz. Wokół zasadzono drzewa iglaste i roślinność alpejską. Tę część parku nazywano Ogrodem Diany.

    Autorem pomnika był Ernst Seger (1868 – 1939), rzeźbiarz urodzony w Nowej Rudzie, studiował we Wrocławskiej Szkole Sztuki, później w Paryżu. Spod jego dłuta wyszły m.in. postaci młodzieńca i lwa stanowiące alegorie walki i zwycięstwa zdobiące fontannę z 1905 roku na wrocławskim placu Jana Pawła II.

    W 1945 roku figura bogini zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Po blisko 70-ciu latach inicjatywą Towarzystwa Miłośników Wrocławia, Polskiego Związku Łowieckiego i miasta Wrocławia podjęto decyzję o rekonstrukcji pomnika i przywróceniu go parkowi. Swój wkład finansowy mieli także wrocławianie, darczyńcy w pełni pokryli koszty rekonstrukcji i udowodnili, że kochają Wrocław i jego sztukę. Autorem rekonstrukcji jest Ryszard Zarycki, absolwent wrocławskiej ASP.

    Pomnik Diany ponownie odsłonięto 10-go września 2015 roku na skwerze Zbyszka Cybulskiego. Jak przed laty trzyma w ręku włócznię a towarzyszą jej dwa ogary polskie. Znów może być podziwiana przez wrocławian, którzy równie chętnie jak przed laty korzystają z walorów rekreacyjnych parku Szczytnickiego.

     

                                                                                                                                 AGNIESZKA Z WROCŁAWIA

  • Korespondencja Michała z Lasek z Żółtowskimi (drugi list do Krystyny – Kici ze Szczęsnego)

                                                                                                                                                                  Żułów. 1.IV.98 r.

    Kochana Krysiu, Kiciu

                    Jesteś naprawdę bardzo miła, że zadałaś sobie trud napisania tak długiego listu. Dziękuję za to, że zamiast skrytykować moje wspomnienia wojenne, znalazłaś w nich dobre strony. W rzeczywistości ta kampania była zaledwie początkiem, a to co przeżyła większość Polaków później było straszne. Na razie dopiero przejrzałem wspomnienia twego teścia. Mam rację określając je jako makabryczne. Można podziwiać postawę tych Polaków, którzy nie stracili ducha w tych okropnych sytuacjach obozowych czy więziennych. Teraz wyszło po 1989r. kilka tomów „Wspomnień Sybiraków” – jak dotąd osiem. Przeczytałem kilka i jestem pod wrażeniem brakiem nienawiści z jakim piszą autorzy o NKWD i innych władzach. To jest ładna cecha Polaków, że umiemy przebaczać. A ile tam troski wzajemnej o przetrwanie. Matka z córką które odwiedzały syna zamkniętego w obozie przeszły w ciągu  2. lat 800 km po zaspach, tajgach, przechodząc rzeki, żeby mu donieść żywność ………..wyleczył tam gruźlicę. Wszystko przetrzymał i chyba poszedł do wojska polskiego.

    Patrząc na tyle zła panoszącego się w kraju, trzeba dostrzegać też sumę dobra, która nadal jest wielka. Mam okazję czytywania „Niedzieli” i „Gościa Niedzielnego”. Ta lektura pokazuje właśnie to nieznane, a często szkalowane dobro.  Interesują mnie np. szczegóły dotyczące nowych szkół katolickich. Ta z Bydgoszczy, której absolwenci wygrywają olimpiady, błyszczą poziomem wykształcenia i kultury, a szkoła musi znieść ciągłe szykany władz. Jest tych szkół jeszcze około 170, a  niektóre naprawdę wybijają się i może wydadzą ludzi zdolnych mądrze rządzić krajem.

                    Na naszych zjazdach trudno zaplanować rozmowy, ale myślę, że jeśli znajdziesz trochę czasu, to mielibyśmy o czym porozmawiać.

    W Wilnie byłem przed wojną dwa razy. Mieszkałem z dobrym przyjacielem z tamtych stron i nauczyłem się cenić tamtejszych ludzi. Mieli wiele cech brakujących Polakom z innych dzielnic. Ich patriotyzm był wspaniały, pociągający. Znajomi, którzy służyli w kresowych pułkach byli pod wrażeniem ideowości korpusu oficerskiego. Teraz Wilno jest po części zakłamane fałszywymi informacjami o jego historii, a po części zatarto jego polski charakter.

    Przed wojną Wilno było typowym miastem uniwersyteckim. Wyższe uczelnie nadawały sens całemu życiu, profesorowie prowadzili otwarty dom, schodzono się u nich na dyskusje.  A „Słowo Wileńskie” należało do najlepszych pism w Polsce. Na tygodniu społecznym Odrodzenia we Lwowie, grupa odrodzeniowców z Wilna  wyróżniała się zwartością, poziomem i liczebnością.

    Jest mało znany fakt historyczny, że ok. 1390 r. gdy Wilnu groził atak ze strony Krzyżaków, z Polski przybyła pomagać im w obronie grupa rycerzy. Wówczas jeszcze nie śniło się o Unii. A tego na pewno Litwini dzisiejsi nie wiedzą.

    Rozpisałem się, może nadmiernie.

    Raz jeszcze dziękuję Ci Kiciu, za życzliwe  przeczytanie moich wspomnień i za przesłanie wspomnień Twego teścia, rączki Ci całuję i najserdeczniej pozdrawiam.

                                                                                                                                                                  MICHAŁ

  • Moje Stany – Spotkanie z Rodziną

    MOJE  STANY

    Bogusia z Białej i córka Ania z wnuczką Apolonią Anną Tomaszewskie

    Wielu ludzi, jestem o tym przekonana, ma marzenie, aby zobaczyć Amerykę.

    Moje właśnie się spełniło!

    Wiza

    Już cztery dni po złożeniu wniosku wizowego byłam umówiona na rozmowę w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Warszawie. Bez problemu uzyskałam upragniony przez wielu naszych rodaków stempel, a przy okazji odbyłam interesującą wycieczkę po mojej ukochanej stolicy. Okolice ambasady amerykańskiej to niezwykle ciekawe miejsca. Aleja Róż – nazwana ulicą pełną poetów. Tutaj przechadzali się między innymi: Konstanty Ildefons Gałczyński, Władysław Broniewski, Antoni Słonimski, Leon Kruczkowski, nie wspominając o prominentach ówczesnego świata polityki. Dalej Aleje Ujazdowskie pełne urokliwych i historycznych miejsc. Uwielbiam tędy spacerować i zaglądać do Łazienek Królewskich czy Parku Ujazdowskiego, podziwiać ogromne gmachy kolejnych ministerstw, albo niewielki w swojej formie, ale wielki dla dziejów Polski budynek Belwederu. Pełno tu pałaców, odbudowanych pieczołowicie po wojennych zniszczeniach z ogromną dbałością o oryginalne detale architektoniczne.

     

     

    Lot

    Pomijając jeden incydent lotniczy, który wydarzył mi się przeszło trzydzieści lat temu (lot z Moskwy do Warszawy przez Berlin), nigdy później samolotem nie leciałam. Można więc powiedzieć, że to był mój pierwszy lot, w tamtą stronę z przesiadką w Amsterdamie, a w drodze powrotnej we Frankfurcie nad Menem. Obserwowałam innych pasażerów i starałam się nie wyjść na kompletnego laika. Ale jak tu wyjść z twarzą z sytuacji, kiedy drzwi do toalety nie mają żadnej klamki, a stewardessa odzywa się w języku angielskim i pyta, co chciałabym zjeść na obiad – „cziken oder pasza”? Chiken brzmiał bardziej znajomo i okazał się „strzałem w dziesiątkę”. Smakowało!

    Bogusia Żółtowska z Białej

    Z góry podziwiam niezwykłe widoki. Jestem fanem obserwowania startów i lądowań samolotów. Pozostało mi to chyba z dzieciństwa, ponieważ wychowałam się w pobliżu radzieckiego lotniska wojskowego. Bardzo często, kiedy jestem w Warszawie, odwiedzam taras widokowy Okęcia lub specjalne miejsce w pobliżu lotniska ulubione przez podobnych jak ja pasjonatów i fotografów. Od niedawna mogę też obserwować niezwykłe maszyny zza płotu ogradzającego warszawskie lotnisko, ponieważ babcia mojego zięcia Rysia ma tam działkę rekreacyjną. Ale wracając do lotu. Wszystko robi na mnie ogromne wrażenie. Widzę największą na świecie wyspę Grenlandię, rozległe wody oceanu, a linia brzegowa przypomina namalowaną żółtą barwą kreskę i wyraźnie oddziela ląd od błękitu wody.

    Na lotnisku w Waszyngtonie gorące przywitanie moich dzieci – Ani i Rysia oraz pierwsze spotkanie „w realu” z trzymiesięczną Wnusią – Amerykanką Apolonią Anną Tomaszewską, a właściwie Tomaszewski. Ogromna radość, wielki bukiet żółtych róż, które uwielbiam, a potem droga do domu. Ten dzień, ze względu na różnicę czasu, zdaje się nie mieć końca. Po niemal dobie podróżowania kładę się spać, budzę się wyspana, wypoczęta i nawet tak zwany „jet lag” niespecjalnie mi dokucza.

     

     

    Waszyngton

    Już w trzeciej dobie mojego pobytu na amerykańskiej ziemi znalazłam się przed, (chyba), najważniejszym budynkiem całego świata – siedzibą prezydenta USA – Białym Domem. Fotografia na tle mieszkania zajmowanego przez aktualnie urzędującą głowę państwa jest obowiązkowym punktem pobytu w stolicy Stanów Zjednoczonych każdego szanującego się turysty. Moja Wnusia, ubrana w stosowną na tę chwilę bluzeczkę z napisem „The future president” jest tutaj już po raz drugi (chociaż ma dopiero trzy miesiące).

    Ponieważ Ania, Rysiu i Pola mieszkają w odległości godziny drogi od stolicy jedziemy tam jeszcze kilkakrotnie. Odwiedzamy waszyngtońskie zoo z główną atrakcją, zwierzęciem, którego nie ma w żadnym polskim ogrodzie zoologicznym – pandą wielką, niezwykłe muzea, a także urokliwy ogród botaniczny i arboretum. Mieszkańcy Waszyngtonu oraz turyści mają to szczęście, iż wszystkie te obiekty mogą zwiedzać, nie płacąc za to ani centa. Jest to możliwe dzięki powstałej w 1846 roku fundacji na podstawie testamentu brytyjskiego chemika i mineraloga Jamesa Smithsona. W Narodowym Arboretum Stanów Zjednoczonych podziwiamy wiele pięknych roślin i drzew, ale największe wrażenie robi kolekcja kilkudziesięciu drzewek bonsai z tak niezwykłym okazem, który pielęgnowany jest od 1625 roku. Jest nim sosna drobnokwiatowa przywieziona z Hiroszimy, gdzie przetrwała atak bombowy w 1945 roku.

    Podczas kolejnych wizyt w stolicy USA podziwiamy niezliczone pomniki, posągi i monumenty, żeby wymienić chociażby: pomnik Waszyngtona, mauzoleum Abrahama Lincolna, pomniki upamiętniające poległych w Wietnamie i Korei, pomnik Jeffersona (do tego prezydenta jeszcze wrócę), czy też wyjątkowy pomnik Alberta Einsteina, na którego kolanach można usiąść, zrobić zdjęcie i być pod wrażeniem tego geniusza. Najbliższy naszemu polskiemu sercu jest, oczywiście, pomnik Tadeusza Kościuszki, który znajduje się w parku obok Białego Domu.

    W Waszyngtonie, a także w Nowym Jorku oraz innych miejscach Stanów Zjednoczonych nasuwa mi się refleksja: Jak to fajnie czasem zobaczyć coś, co się poprzednio widziało na filmach lub pocztówkach, albo na odwrót, oglądając jakiś amerykański film ekscytować się: Tu byłam! To widziałam! Kawałek amerykańskiej historii.

    Którejś niedzieli wybieramy się do Georgetown. Obecnie to jedna z dzielnic stolicy leżąca na brzegu rzeki Potomak, wcześniej niezależne miasto, założone wcześniej niż Waszyngton. Okolica ładna, czysta, pełna młodych ludzi, szeregowych domków i zieleni. W domkach mieszkają, w większości, wykładowcy, a młodzi ludzie to studenci założonego w 1789 roku Uniwersytetu Georetown. Na kampusie, wśród zieleni odnajdujemy pomnik – ławeczkę legendarnego kuriera, świadka Holocaustu Jana Karskiego. Ten wybitny prawnik, dyplomata i historyk był profesorem uniwersytetu w latach 1960 – 2000. Zmarł w Waszyngtonie i został pochowany na cmentarzu Mount Olivet.

     

    Jedną z najfajniejszych wycieczek zorganizowała dla całej rodziny (dołączają jeszcze rodzice Rysia i jego siostra Magda ) Ania. Zarezerwowała bilety na zwiedzanie Kapitolu – siedziby Kongresu Stanów Zjednoczonych. Najokazalszą częścią budynku jest oczywiście rotunda, niezwykła z zewnątrz, zachwycająca od wewnątrz. Podczas wycieczki z przewodnikiem podziwiamy wiele malowideł i marmurowych posągów przedstawiających najważniejsze momenty i postaci w historii Ameryki oraz tych, którzy tę historię tworzyli. Podziemnym przejściem udajemy się do największej tego typu instytucji na świecie – Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych. Przepiękne wnętrza zachwycają, zaś ogrom zbiorów, które są w posiadaniu biblioteki może przyprawić o zawrót głowy. Cały bogaty dział, ponad 6 tysięcy tytułów to prywatne zbiory Thomasa Jeffersona, które w 1815 roku sprzedał Kongresowi, a ten z kolei przekazał je bibliotece. Podziw zwiedzających wzbudza, eksponowana w specjalnej gablocie, Biblia Gutenberga jedna z nielicznych pozostałych z pierwszego, przygotowanego do druku w latach 1452 – 1455 w Moguncji, wydania.

    Zięć Ryszard Tomaszewski, Bogusia z córką Anią Tomaszewską i wnuczką

     

    Nowy Jork

    Zwiedzenie tej metropolii było możliwe dzięki temu, że mogliśmy zatrzymać się u mieszkającej w New Jersey siostrzenicy naszej babci Stasi Żółtowskiej. Julia mieszka w Ameryce już blisko czterdzieści lat i zawsze chętnie udziela gościny polskiej rodzinie. Tym razem trafiamy na zaręczyny jej najmłodszej córki, które gromadzą zarówno wielu Amerykanów, jak i Polaków z miejscowej Polonii. Towarzystwo wspaniałe, zabawa przednia, a potrawy przygotowane własnoręcznie przez panią domu – przepyszne. Istna „uczta Lukullusa”. Wypoczywamy po podróży ze stanu Maryland, poprzez Pensylwanię do New Jersey oraz po wspaniałym przyjęciu i następnego dnia udajemy się do Nowego Jorku. Rysiu parkuje w samym centrum Manhattanu, mała Pola śpi w wózeczku, a my, a właściwie ja, bo Ania i Rysiu już tutaj byli, podziwiamy i robimy milion zdjęć. Najdroższa na świecie Fifth Avenue, Times Sqare – centrum Wszechświata, tutaj zaczyna się Broadway. Centrum kulturalno – rozrywkowe USA, przyciągające turystów i wykonawców z całego świata. Obowiązkowy punkt programu – spacer po monumentalnych metalowych, czerwonych schodach będących symbolem kabaretu, rewii, show, wszystkiego tego, z czym kojarzy się ta znana na całym świecie ulica. Można tu usiąść, zachłysnąć się tym niezwykłym miejscem, napawać się radością, że jest się właśnie w TYM miejscu. O Nowym Jorku można by pisać bez końca. Zachwycił mnie, zauroczył, dołączyłam do, niewątpliwie, wielomilionowej rzeszy wielbicieli tego miasta, które nie zasypia nigdy. W Central Parku robimy sobie chwilę odpoczynku, posilamy się tradycyjnymi bajglami, Ania karmi córeczkę. Ponieważ rozmawiamy po polsku po chwili przysiada się do nas Pani, która ponad czterdzieści lat mieszka w pobliżu Nowego Jorku, często spaceruje po Central Parku, a pochodzi z mojego ukochanego Szczecina. Korzysta z możliwości porozmawiania w ojczystym języku, którego, mimo tak długiego pobytu poza krajem, nie zapomniała.

    Wracamy do samochodu, zwiedzając jeszcze katedrę św. Patryka. To największa neogotycka świątynia katolicka w USA. Położona przy Piątej Alei, jest wciśnięta między drapacze chmur Manhattanu. I chociaż wieże kościoła mają 100 metrów wysokości, czyli mniej więcej tyle, co najwyższe kościoły w Polsce, w porównaniu z otoczeniem, budowla wydaje się malutka i krucha. Również tutaj pojawia się akcent polski. W bocznej nawie odnajdujemy kaplicę Matki Bożej Częstochowskiej z umieszczonym w centralnym miejscu obrazem Pani Jasnogórskiej.

    Niedzielny Nowy Jork, w samym środku długiego weekendu z okazji Dnia Niepodległości, nieco senny,  wolniejszy pozwolił nam na zwiedzenie i zobaczenie wszystkiego, co sobie zaplanowaliśmy. Na pewno nigdy nie zapomnę tych magicznych chwil, a reakcja mojego Wnuczka Filipka: „Babciu, to ty byłaś w Nowym Jorku”?! – bezcenna.

    Wracamy do gościnnej Julii. Niemal całe popołudnie spędzamy w basenie przy jej nowym domu. Czasem na coś luksusowego mówi się: „ Ameryka” i nie ma w tym ani odrobiny przesady.

    Ocean Atlantycki

    Pierwsze moje spotkanie z tym bezmiarem wody odbyło się z pokładu samolotu. Następne już było zupełnie niezwykłe. W drodze powrotnej do domu z Nowego Jorku nasza wycieczka w składzie: Ania, Rysiu, Pola i ja spotkała się z wycieczką w składzie: Romek (syn Rafa), jego żona Lidka, córka Natalia i mama Lidki – Basia. Z Romkiem nie widzieliśmy się już od wielu lat, a tu takie spotkanie! Rozkładamy się na plaży, opowiadamy sobie co u nas słychać, co się zmieniło, co u Tomka. Ot, taka sobie pogawędka Rodaków tysiące kilometrów od Polski.

    Potem jeszcze wiele razy wracamy nad ocean, kilka dni spędzamy w Ocean City. Miasto jak z amerykańskich filmów, plażę mamy dwa kroki od hotelu. Na spacer chodzimy na promenadę, która ciągnie się wzdłuż wybrzeża przez wiele kilometrów. Właściwie to było moje największe marzenie – zobaczyć ocean. I spełniło się.

     

     

     

     

     

     

    Zatoka Chesapeake, Baltimore, Annapolis

    Zatoka połączona jest z Oceanem Atlantyckim, jej brzegi należą do stanów Wirginia i Maryland. W najwęższym miejscu, w okolicy Annapolis wybudowano Bay Bridge – most nad zatoką, mierzący niemal 7 kilometrów, a tak wysoki, że przepływają pod nim duże oceaniczne statki. Przejazd tym mostem, za każdym razem dostarczał mi mocnych wrażeń. Jest tak ogromny, że widziałam go nawet z samolotu, kiedy wracałam do Polski. Do zatoki uchodzi około 150 rzek i strumieni, między innymi Potomak oraz rzeka, której nazwa, według mnie, pochodzi z czasów osadnictwa Indian i bardzo mi się podoba ze względu na swą melodyjność – Susquehanna.

    Odbywamy kilka wycieczek nad zatokę, podziwiamy niezwykłe latarnie morskie, obecnie muzea, gdzie można zapoznać się z dawną pracą latarnika, podwodny świat flory i fauny zatoki i zajadamy się krabami – to specjalność tej części stanu Maryland. Stan ten nazywany jest „ Ameryką w miniaturze” – z jednej strony woda (Zatoka Chesapeake i Ocean Atlantycki), a z drugiej góry Appalachy.

    Baltimore – tutaj właśnie, w szpitalu św. Agnieszki przyszła na świat moja Wnuczka Apolonia. Chociaż miasto jest największe w stanie Maryland (należy też do dwudziestki największych miast USA)  funkcję stolicy pełni znacznie mniejsze Annapolis. Wybieramy się na zwiedzanie Baltimore. Przepięknie położone nad zatoką, rozległe, z wieloma drapaczami chmur. W porcie obok jednostek zupełnie nowoczesnych zacumowane są statki związane z historią Stanów Zjednoczonych – przepiękny żaglowiec, łódź podwodna, a także jeden z nielicznych ocalałych z ataku na Pearl Harbor. Jest też zabytkowa latarnia morska. W płytach na deptaku spacerowym wokół portu wmurowane są tabliczki informujące o szlaku turystycznym w kilkunastu językach świata, w tym również w języku polskim, co wzbudza w nas wielki entuzjazm. A żeby zrobić zdjęcie z tym napisem, musimy się niemal położyć na chodniku.

    Ciekawostką jest, że w 1814 roku stoczono pod Baltimore zwycięską morską bitwę z Anglikami. To zainspirowało poetę Francisa Scotta Key do napisania wiersza „Gwiaździsty Sztandar”, który stał się później tekstem hymnu narodowego USA. Annapolis jest, jak już wspomniałam, stolicą stanu Maryland. Urokliwe miasteczko pięknie położone nad zatoką jest siedzibą Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Kadetów, przyszłych Marines spotyka się na każdym kroku w ich charakterystycznych białych mundurach. Kampus uczelni jest dostępny dla zwiedzających.

    Appalachy

    To pasmo górskie rozciąga się wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Odbyliśmy kilka wycieczek, odkryłam wiele urokliwych miejsc. Byliśmy w Parku Narodowym Shenandoah. Przez cały park wiedzie droga z miejscami widokowymi Skyline Drive. Kierowca ma najgorzej, ale pasażerowie mogą do woli podziwiać przepiękne widoki. Oczywiście zatrzymywaliśmy się wielokrotnie, żeby móc nacieszyć oczy wspaniałej, rozległej górskiej panoramy. Droga zawiodła nas do Luray Caverns. Jest to zespół jaskiń krasowych, w których podziwialiśmy fantastyczne stalagmity, stalaktyty, stalagnaty oraz inne spektakularne formy nacieków jaskiniowych, tak zwane draperie, misy, makarony, jeziora lustrzane. Odwiedziłam sporo jaskiń, ale czegoś tak pięknego jeszcze nie widziałam. Jak to w Ameryce, wszędzie oświetlone, szerokie chodniki, mogliśmy więc spokojnie wejść tam razem z Polą w wózku.

    Byliśmy w urokliwym miasteczku u stóp Appalachów, takie nasze Zakopane. Nawet główna aleja spacerowa przypominała nieco Krupówki. Spacerując po ulicach Charlottesville i podziwiając pomnik generała Lee nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że za tydzień ten monument stanie się zarzewiem konfliktu, o którym będzie mówił cały świat. Tutaj należy wspomnieć o Szlaku Appalachów, który biegnie niemal wzdłuż całego wschodniego wybrzeża USA. Liczy około 3500 kilometrów, jest najdłuższym szlakiem turystycznym na świecie, a niezliczone rzesze turystów stawiają sobie za punkt honoru jego pokonanie.

    Monticello

    Z Charlottesville udajemy się do pobliskiego Monticello. Jest to posiadłość trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych Thomasa Jeffersona. Zaprojektowana przez samego właściciela budowla na wzgórzu plantacji, w stylu nawiązująca do klasycyzmu została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dom otacza założony przez Jeffersona park, warzywnik, sad oraz ogród tak zwany eksperymentalny, w którym prezydent hodował warzywa i owoce z nasion przywożonych z licznych podróży do Europy. Podczas zwiedzania domu dostrzegam portret Tadeusza Kościuszki. To kolejny polski ślad podczas mojej podróży po USA. Część pieniędzy uzyskanych od rządu Stanów Zjednoczonych za walkę o niepodległość Tadeusz Kościuszko przeznaczył na wykup i kształcenie niewolników, w czym miał mu pomóc jego przyjaciel Thomas Jefferson, ale ten, mimo że jeden z ojców założycieli postępowej Ameryki, nigdy się nie wywiązał z umowy, bo sam był właścicielem setek niewolników – część z nich trzymał nawet jako prezydent w Białym Domu.

    W tle Ania z Bogusią

    Flora i fauna

    Na codziennych spacerach spotykaliśmy sarny, niemal na wyciągnięcie ręki. W różnym wieku i różnej wielkości – od dorosłych samic, po malutkie jelonki – takie, jak bohater disneyowskiej baśni  ”Bambi”. Były bardzo ufne i w ogóle nie bały się ludzi. Tylko raz przemknął ogromny jeleń, ale ten z kolei szybko skrył się w zaroślach. Widywaliśmy mnóstwo szarych wiewiórek. One pojawiały się często na tarasie położonego na parterze mieszkania, okropnie denerwując rudego kota Filemona. Codziennie spotykaliśmy jakieś zwierzęta żyjące na wolności. Były zające, szopy pracze i susły. Kiedyś pojechaliśmy nad ocean, tam na wyspie jest park narodowy, gdzie na swobodzie biegają dzikie konie. Uprzykrzają życie plażowiczom, ale to one mają tutaj większe prawa, turyści są tylko dodatkiem. W winnicy spacerował sobie żółw, a na którymś z postojów w parku Shenandoah w spróchniałym pniu spał wąż. Rysiu powstrzymał mnie przed obudzeniem zwierzęcia patyczkiem, bo czytał, że w tej okolicy żyją węże jadowite.

    Jeżeli chodzi o rośliny, to w lesie liściastym ( z przewagą grabów ) rosły maliny, jeżyny i kurki. Wyglądem przypominały polskie owoce leśne i grzyby. Ale czy są takie same w smaku nie odważyłam się spróbować. Przecież to inny kontynent. Więc to, co wyglądem przypomina nasze rodzime rośliny może być niejadalne lub wręcz trujące. Gdybym się zdecydowała zamieszkać w USA, na pewno brakowałoby mi grzybobrania, bo to jest moje ulubione jesienne zajęcie.

    Harpers Ferry

     

    To malowniczo położone na górskich wzniesieniach historyczne miasteczko. Jedno z nielicznych miast, przez które przebiega Szlak Appalachów. Trafiamy do niego w piękną, słoneczną niedzielę i znajdujemy się w środku … wojny secesyjnej. W pobliżu miasteczka miała miejsce jedna z ważniejszych bitew tej wojny. I właśnie grupy rekonstrukcyjne próbują pokazać, jak to się rozegrało. Jest szpital polowy, oddziały uzbrojonych żołnierzy, wszelkiego rodzaju kramy i stoiska, gdzie można nabyć różnorodne gadżety. Miasteczko w ogóle przypomina skansen. W każdym z malowniczych domków odtworzono, z dbałością o ówczesne realia: aptekę, sklep, więzienie, arsenał i dom szeryfa.

    Miasteczko położone u zbiegu rzek Potomak i Shenandoah jest rajem dla turystów, którzy opalają się na wystających z płytkiej wody ogromnych głazach albo pływają na różnokolorowych pontonach. My też nie możemy się powstrzymać i zażywamy chłodnej kąpieli w wodach Potomaku. To przecież ta rzeka, która przepływa przez sam środek amerykańskiej stolicy.

    Miasteczko nie tylko jest bardzo piękne, ale ma też bogatą historię. W 1859 roku abolicjonista John Brown, nieprzejednany wróg posiadaczy niewolników, próbował wywołać powstanie na Południu Stanów Zjednoczonych. To właśnie jego wystąpienie stało się jedną z przyczyn wojny secesyjnej. Za bohatera uznało go wielu pisarzy, między innymi Cyprian Kamil Norwid, który poświęcił mu wiersz

    „ Do obywatela Johna Brown”, a moje pokolenie śpiewało o nim pieśni.

    Epilog

    Wszystkim moim kochanym Dzieciom i Wnuczętom za pomoc, za wsparcie, kibicowanie, zawiezienie mnie i odebranie z Okęcia, za pokazanie mi niemal całego wschodniego wybrzeża USA, za cierpliwość w czasie długich, nie kończących się podróży – z całego serca – Dziękuję!

    Jeżeli chodzi o „ zaliczenie” kolejnych stanów, to było tak: mieszkałam w Maryland, często bywaliśmy w Wirginii, a raz nawet w Wirginii Zachodniej. Przejechaliśmy przez Pensylwanię, aż do stanów Nowy Jork i New Jersey. Zahaczyliśmy też o Delaware.

    To dopiero wschodnie wybrzeże USA. Przede mną jeszcze Chicago, wodospad Niagara, San Francisco, no i oczywiście Los Angeles z „ fabryką snów”.

    I have a dream

    Pozdrawiam serdecznie

                                                                                                                                 BOGUSIA z BIAŁEJ

  • Historia Rodu Żółtowskich – Listy

    Kochany mój Jasiu.

    Piszę do Was z Berlina skąd jutro na dni kilka pojadę do domu, aby tu znowu powrócić, iż w naszej izbie toczyć się będą rozprawy nad ważnymi sprawami Kościół i naród wasz obchodzącymi. Bardzo tu trudne nasze położenie dla mnie było ono tam przykrzejsze, że obok innych trosk z Waszej strony zamiast pociechy, wielkiego doznał zamartwienia. Cenzury Wasze w najważniejszych przedmiotach łacinie i greczyźnie takie liche że mnie aż wstyd pomyśleć jak i naród Wasz i rodziny w lekceważenie u waszych kolegów podajecie, przez tak niesumienne pełnienie waszych obecnie najważniejszych obowiązków. Wydaje Ci się mój Jasiu ze zwykłą twoim wieku lekkomyślnością, że do wykupienia nie przyjdzie. Otóż się mocno mylisz, bo rząd już sto milionów marek od sejmu zażądał aby mieć stosowne fundusze na to przedsięwzięcie. Więc jak wam w przeszłym liście pisałem w ……….. i prawie tylko jedyna Wasza niechaj będzie nadzieja, bo nasamprzód że tych skarbów, skoro je raz posiądziecie żadna siła ludzka już Wam odebrać nie potrafi, a potem że za niemi idzie także  błogosławieństwo Boże bo ora et labora jest i będzie zawsze zadaniem całego życie. Zaklinam Was przeto na wszystko moje kochane chłopcy na pamięć Waszych najdroższych rodziców uczcie się pilnie, to właśnie przedmioty które w łacinie i greczyźnie jako tych które podstawę wyższego wykształcenia stanowią. Do wszystkich moich kłopotów nie dawajcie jeszcze i tego,  abym się miał o Wasze nauki niepokoić, bo byście sobie potem gorzko wyrzucać  musieli  żeście nie chcieli słuchać przestróg i napomnień które Wam z najserdeczniejszego przywiązania do Was i najczulszej o całą Wasza przyszłość troskliwości przesyła najprzywiązańszy dziadzia.

     

    Berlin 28/2 86                                                                                                                                                  M.Ż.

    __________

    Kochany Dziadziu

    Ze zbiżającemi się kochanego Dziadzi imieninami, piszę do Dziadzi, żeby mu na rok przyszły zdrowia, szczęścia i pociechy z powodu nas życzyć i życzę Mu zarazem, żeby się długich lat życia mógł doczekać. Izio wiele lepiej teraz jest w szkole  i nasz profesor już mu raz czy dwa powiedział, że jeżeli i przez resztę miesiąca tak zostanie, nie potrzebuje się obawiać dostać „nicht genügent”. Z niecierpliwością oczekujemy odpowiedzi na list Izia, przy którym pewno Dziadzi napisał żeśmy owoce z Gorz już dostali. Do Dziadunia i Buni z powinszowaniami na Nowy rok już napisaliśmy a niedługo i do Dziadunia na imieniny napiszemy. Już przeszło od tygodnia lało tu ale wczoraj trochę marzło i przez noc taki spadł śnieg, że prawie na dwie stopy teraz leży.  Na loterię ja wygrałem neseserek podróżny w którym jest nóż, widelec i łyżka, flakonik mały i serwetka. Jest tak mały że go można włożyć do kieszeni. Chowam go tu żeby móc podczas wakacji Wujciowi Xianiowi darować, bo on bardzo takie rzeczy lubi i myślę że się bardzo z powodu tego ucieszy, zwłaszcza że na Wołyniu taki neseserek bardzo jest wygodny. Całuję kochanemu Dziadzi rączki i zostaję Jego przywiązanym wnukiem.

    Kalksburg, 10.I.1886 r.                                                                                                                     Jaś Żółtowski

     

     

  • Informacja od Prezesa Mariusza ze Sztumu. Dotyczy tegorocznego Zjazdu.

    Moi Drodzy,

    Wielkimi krokami zbliża się termin ostatecznych wpłat na najbliższy Zjazd (należy ich dokonywać do 28.02.2018 r.).  Przypominam, że zgodnie z umową, którą otrzymaliście, przedpłaty mają charakter bezzwrotny.

    Z uwagi na atrakcyjność terenu, Zajazd Jurajski nie będzie czekał na spóźnialskich  i wyprzeda pozostałe wolne miejsca po uzgodnionym terminie. Dla przypomnienia garść szczegółów:

    Miejsce Zjazdu:

    Zajazd Jurajski Podlesice 1 gmina Kroczyce

    tel.343152175, 343155033, 508786861, 509691900

    adres e-mail zajazd@zajazdjurajski.pl

     

    Przedpłata w wysokości 113 zł od osoby – w tytule należy podać imiona i nazwiska osób wpłacających (ważna jest ilość osób), że dotyczy ona Zjazdu Rodu Żółtowskich oraz datę przyjazdu i wyjazdu (stawki dla dzieci określone zostały w umowie i należy wpłacić za nie wartość jednego osobodnia)

    Wpłat dokonujemy na konto 46 8277 0002 0030 0000 5242 0001 Zajazd Jurajski Podlesice.

    W dniu przyjazdu wpłacamy pozostałą kwotę gotówką. Opłata za uroczystą kolację 80 zł płatna również w dniu przyjazdu.

     

    W razie pytań proszę o kontakt z Zajazdem lub ze mną . Mój telefon: 602469965.

    Do dnia 19.02.2018 r. wpłat dokonało 17 osób.

    Pozdrawiam.

    Mariusz ze Sztumu, Prezes

     

     

  • Posiedzenie Zarządu Związku Rodu Żółtowskich

    Posiedzenie Zarządu odbyło się 21.10.2017 r. w Kutnie, w domu rodzinnym Eli i Kazimierza.

    W spotkaniu wzięli udział następujący członkowie Zarządu:

    1. Mariusz ze Sztumu        – prezes
    2. Bożena z Warszawy       – wiceprezes
    3. Bogusia z Białej              – wiceprezes
    4. Kalina z Torunia              – sekretarz
    5. Agnieszka z Wrocławia  – skarbnik
    6. Ela z Kutna                      – członek zarządu
    7. Władysław z Torunia     – członek zarządu

    Poruszone były ważne sprawy dla naszego Związku, chociażby uzupełnienie Genealogii, kontynuowanie naszego udziału w konkursach w Waplewie czy pomoc Andrzejowi Mieczysławowi w uporządkowaniu Jego ogromnego zbioru materiałów niepublikowanych, znajdujących się w Jego posiadaniu. Zarząd wytypował osobę do odznaczenia medalem Michała z Lasek w czasie Zjazdu w przyszłym roku.

    Dużo emocji było przy szukaniu i ewentualnym wyborze miejsca na nasze spotkanie w 2018 r. Z informacji w Internecie i rozmowach z osobami z tych ośrodków, wybraliśmy ten który najbardziej odpowiadał naszym wymogom.

    Decyzję ostateczną będziemy mogli jednak podjąć, po obejrzeniu ośrodka przez osoby z zarządu i po ustaleniu szczegółów. Informację prześlemy wraz zaproszeniami, które będą wysłane niezwłocznie po ostatecznej decyzji.               

    Protokołowała Kalina Nowacka