Autor: jmzolt1

  • Zapiski z rejsu dookoła świata – część I

    Andrzej Drapella (1929-2017)

    Któż z nas nie marzy, zwłaszcza w młodości, o dalekich podróżach, poznawaniu innych cywilizacji, odkrywaniu tajemniczych miejsc, oglądaniu bajecznych dzieł natury i człowieka? Nie byłem tu wyjątkiem ale okoliczności niezbyt sprzyjały. Wychowany w czasach PRL miałem, jak większość społeczeństwa, ograniczone możliwości wyjazdu poza Blok Wschodni. Wszystko zmieniło się w 1989 r.

    W maju tego roku spotkałem się z ojcem mojego szkolnego przyjaciela Darka Drapelli, kapitanem Andrzejem Drapellą, który poinformował mnie, że będzie płynął w rejs dookoła świata dowodząc statkiem PLO i proponuje mi stanowisko lekarza okrętowego. Warunkiem zatrudnienia jest zaliczenie kursu z medycyny morskiej i tropikalnej. Bardzo mnie ta oferta ucieszyła. Wziąłem zaległy urlop i ukończyłem wspomniany kurs. Po naradzie rodzinnej (miałem już żonę i dwójkę dzieci) oraz zapewnieniu pomocy teściów na czas rejsu, złożyłem w PLO stosowne dokumenty.

    Miła pani w kadrach poinformowała mnie, że czas oczekiwania na rejs wynosi 2-3 lata i najpewniej będzie to Ameryka Południowa albo wybrzeże Afryki Zachodniej. Bezczelnie odparłem, że interesuje mnie wyłącznie rejs dookoła świata, co wywołało zrozumiałe zdumienie. Wiedziałem o niepisanej zasadzie obowiązującej w PLO, że kapitan odchodzący na emeryturę ma prawo wyboru załogi na swój ostatni rejs, a taka sytuacja właśnie miała miejsce. Pozostała kwestia uzgodnienia z dyrekcją szpitala w Chojnicach, gdzie wówczas pracowałem, urlopu bezpłatnego. Ponieważ w następnym roku czekały mnie egzaminy na II stopień specjalizacji z chirurgii ogólnej poprzedzone wielotygodniowym kursem atestacyjnym wiążącym się z nieobecnością w pracy, ze swojej strony zobowiązałem się do rezygnacji z kursu i uzyskałem zgodę na urlop bezpłatny na czas rejsu. Pozostało czekać.

    Rok 1989 był rokiem przemian ustrojowych, które nie ominęły również środowiska lekarskiego. Reaktywowano Izby Lekarskie. Zostałem wybrany delegatem na Zjazd Wojewódzki Bydgosko-Pilskiej Izby lekarskiej, a z jej ramienia na I Zjazd Krajowy w Warszawie, który rozpoczął swe obrady 12 grudnia. 13 grudnia otrzymałem telegram z wiadomością o zakwalifikowaniu mnie na wymarzony rejs, który miał się rozpocząć 27 tegoż miesiąca. Pozostało niewiele czasu, a do załatwienia mnóstwo spraw w tym wykonanie zdjęć do książeczki marynarskiej, szczepienia ochronne, badania lekarskie i zwrot karty mobilizacyjnej. Zdjęcia początkowo wykonałem w automacie na Dworcu Centralnym, jednak po ich obejrzeniu doszedłem do wniosku, że nadawałyby się jedynie do listu gończego. Kolejne, w trybie ekspresowym, zrobił fotograf w Chojnicach. Gładko przebrnąłem kwalifikację lekarsko-dentystyczną i szczepienia w Gdyni. Najwięcej kłopotów sprawił mi zwrot karty mobilizacyjnej. Udałem się do Wojskowej Komendy Uzupełnień w Świeciu, gdzie dowiedziałem się, że jej szef przebywa na urlopie, a nikt inny karty przyjąć nie może. Szczęście się jednak do mnie uśmiechnęło, bo jak się okazało, pułkownik był mieszkańcem Chojnic. Zdobyłem jego adres i wręczyłem mu kartę mobilizacyjną w jego domu w ostatnim momencie, bo właśnie szykował się do wyjazdu na Święta Bożego Narodzenia do syna.

    Był 23 grudnia. Szybko spakowałem niezbędne rzeczy i w drugi dzień Świąt udałem się do Gdańska, by wczesnym rankiem 27 grudnia wsiąść w Gdyni do autokaru, który miał nas zawieźć do portu w Hamburgu, gdzie oczekiwał statek.
    Podróż nie była pozbawiona elementów humorystycznych. Na granicy autokar nagle zatrzymał się, bo przyszła wiadomość faksem (nie było wtedy telefonów komórkowych – informacja dla młodzieży), że musimy poczekać na „wojewodę Szablewskiego”, który dojedzie ze Szczecina. Zdziwiło nas mocno, że jakiś wojewoda chce się z nami spotkać. Po dwóch godzinach sytuacja się wyjaśniła. Nadjechała taksówka, z której wysiadło dwu mężczyzn. Młodszy, z gitarą w dłoni, miał na nazwisko Wojewoda i był radiooficerem, starszy marynarz nosił nazwisko Szablewski.

    Na kolejnym postoju, już na terytorium Niemiec, podszedł do mnie szczupły mężczyzna z wąsikiem, jak się okazało steward i zapytał, czy jestem lekarzem. Po otrzymaniu odpowiedzi twierdzącej poczuł się w obowiązku ostrzec mnie przed kapitanem, z którym pływał na „Batorym”. Krótką prezentację zakończył słowami: „Panie, to jest prawdziwy diabeł!” Trzeba było widzieć jego minę, gdy na parkingu w Hamburgu „diabeł” podszedł najpierw do mnie i przywitał się „na niedźwiadka”. Nocleg spędziliśmy w podrzędnym hotelu (oszczędności!) i następnego dnia zamustrowaliśmy na statek.

    Zmieniałem miłą panią doktor radiolog. Marynarze, dowiedziawszy się że jestem chirurgiem, przyjęli to z ulgą. Poza portem byli zdani na wiedzę i umiejętności praktyczne lekarza okrętowego. Do moich zadań przed wypłynięciem należało uzupełnienie apteczki. Upewniwszy się, że nadal obowiązuje profilaktyka przeciwko malarii, postanowiłem zamówić zdecydowanie droższy lek niż powszechnie stosowana Arechina, gdyż wiedziałem, że daje ona działania uboczne a marynarze najczęściej zamiast ją połykać, dzielą się nią z Neptunem. Kiedy dostarczono nam leki wraz z rachunkiem opiewającym na równowartość dużego Fiata, kapitan wezwał mnie do siebie. Powiedział, że jak armator zobaczy ten rachunek, to obaj pójdziemy siedzieć. Po wysłuchaniu moich racji machnął ręką i zamówienie podpisał. Otrzymałem pierwszą wypłatę w wysokości 70 marek zachodnioniemieckich – jak na tamte czasy suma była całkiem spora. Kapitan powierzył mi też nieoficjalnie funkcję „czwartego do brydża” wraz z talią kart. W czasie rejsu niejednokrotnie grywałem w tę szlachetną grę z Holendrami, będącymi pasażerami tzw. kajut armatorskich. Poza nimi, oprócz załogi, płynęła również żona kapitana z córką, żona motorzysty, żona II oficera, dziennikarz z Warszawy, emerytowany inżynier lotnictwa oraz starsze małżeństwo udające się w odwiedziny do dzieci mieszkających w Nowej Zelandii.

    Kapitan uświadomił mi, że marynarze często uważają lekarza na statku za osobę obcą ich środowisku. Zaproponował sposób w jaki mógłbym pozyskać sobie załogę. Do chłodni trzeba było przenieść zapas prowiantu potrzebny na czas kilku miesięcy podróży. Oczywiście nie należało to do obowiązków oficera ale chętnie pomogłem nosić spore skrzynki co zjednało mi sympatię załogi. To był „strzał w dziesiątkę”.
    Mając kilka godzin wolnego czasu wybrałem się na spacer po Hamburgu, zwiedziłem m.in. kościół św. Michała, gdzie pochowany jest Johann Brahms oraz oranżerię. 30 grudnia o godz. 16.50 podnieśliśmy kotwicę i odbiliśmy od nabrzeża. Zaczęła się morska przygoda.

    Cdn.
    MARIUSZ ze Sztumu

    źródło foto: www.zofiadrapella.wordpress.com
  • Nekrolog Śp. Teresy Żółtowskiej z Bielska Białej

    2 lipca 2018 roku zmarła
    Śp.
    TERESA ŻÓŁTOWSKA
    z Bielska Białej
    Pogrzeb odbył się 5 lipca br.

    Wyrazy współczucia synom zmarłej Witoldowi i Januszowi
    oraz pozostałym członkom rodziny składają,

    Prezes Związku Rodu Żółtowskich wraz z zarządem.

  • Pożegnanie Śp. Mieczysława Jana Żółtowskiego

    23 lipca 2018 roku zmarł w Gliwicach mój Stryj

    Śp. MIECZYSŁAW JAN ŻÓŁTOWSKI,

    urodzony 2 marca 1938 roku we Lwowie.
    Ostatni przedstawiciel – przybyłego po 1945 roku na Śląsk – pokolenia
    zrodzonego jeszcze w utraconym Grodzie Semper Fidelis.
    Emerytowany dyplomowany inżynier-górnik, absolwent Wydziału Górniczego Politechniki Śląskiej w Gliwicach.
    W latach dziewięćdziesiątych członek zarządu Bytomskiego Bractwa Kurkowego.
    Spoczął na gliwickim Cmentarzu Centralnym, w grobie rodzinnym u boku swej pierwszej ukochanej żony, Ireny z Banasiów Żółtowskiej
    w otoczeniu pozostałych – „natus Leopolis” – odeszłych Żółtowskich.
    Pozostawił po sobie dobrą pamięć i wspomnienia.
    Wieczny spoczynek racz Mu dać Panie…

    Andrzej „Zoltan” Żółtowski z Gliwic.

    Rodzinie przekazujemy najgłębsze wyrazy współczucia
    Prezes Związku Rodu Żółtowskich wraz z zarządem

  • Wywiad ze Zbyszkiem z Warszawy. Zbyszek, jakiego jeszcze nie znamy.

    Zbyszku! Proszę abyś przybliżył czytelnikom historię swojej rodziny. Twoje korzenie?

    Przed reaktywacją Związku Rodu Żółtowskich, do pochodzenia nazwiska i przodków nie przywiązywałem większej uwagi, stąd moja wiedza o nich jest nader uboga. Wręcz przeciwnie niż ówczesne władze, rozpasanego stalinizmu. Odczułem to na własnej skórze, kiedy do przeprowadzenia powszechnego spisu ludności angażowano studentów. Wyznaczono mnie na komisarza rejonowego, ale nim nie zostałem, bo podejrzewano, że mogę pochodzić ze znanego w Wielkopolsce rodu hrabiowskiego i jako obcy klasowo tej funkcji pełnić nie mogę. Nie ubolewałem z tego powodu, ponieważ kiedy moi koledzy chodzili po domach i spisywali mieszkańców, ja miałem trzy dni wolnego i odpoczywałem.
    Udokumentowana historia linii moich przodków sięga roku 1694 i wywodzi się od Stanisława ze Służewa. Z opowiadań rodzinnych utkwiła mi w pamięci jedynie informacja, że mój dziadek, ojciec mojego ojca był młynarzem i zginął tragicznie w roku 1915 kiedy mój ojciec miał zaledwie 12 lat. Pozostawił żonę Marię i siedmioro dzieci: Józefa, Wiktorię, Jana, Ignacego, Annę, Bolesława i Leona. Wieku dojrzałego dożyło jedynie troje: Jan – właściciel renomowanego zakładu krawieckiego w Poznaniu, Leon – prezes Spółdzielni Odzieżowej i właściciel zakładu naprawy maszyn biurowych w Myśliborzu oraz mój ojciec Ignacy. Bliższych informacji o wcześniejszych przodkach nie uda się już odtworzyć, ponieważ całe pokolenie moich rodziców dawno odeszło w cień.
    Mój ojciec urodził się w roku 1903 we Włocławku, (wówczas w zaborze rosyjskim). Cała rodzina przeniosła się do Aleksandrowa Kujawskiego. Powołany w roku 1924 do odbycia zasadniczej służby wojskowej pozostał wojsku wierny do końca kampanii wrześniowej 1939 roku jako podoficer zawodowy w stopniu sierżanta. Służył najpierw w 8. Pułku Saperów w Toruniu, następnie w 8. Batalionie Pancernym w Bydgoszczy i ostatecznie w 12. Batalionie Pancernym w Łucku. Po stoczonych bitwach z niemieckimi czołgami pod Chełmem i Kowlem oraz niespodziewanej napaści sowieckiej 17.09.1939 roku, z częścią armii polskiej ewakuował się na Węgry, gdzie został internowany do obozu w Nagycenk. Tam pracował dla polskiego ruchu oporu w ramach Garażu Polskiego, który oficjalnie zajmował się naprawą i sprzedażą polskich samochodów z obozów, faktycznie zaś, szmuglowaniem uciekinierów z obozów internowania do granicy jugosłowiańskiej i ich dalszą ewakuacją do wojska polskiego we Francji. Po likwidacji Garażu i opanowaniu Węgier przez Niemcy został za działalność konspiracyjną aresztowany i wywieziony do prac polowych w Simmering, skąd udało mu się zbiec. Pod koniec wojny pracował na Węgrzech jako kierowca autobusu.
    Po zakończeniu wojny powrócił do Polski i wraz z rodziną – żoną Zofią i nieletnimi synami: Zbigniewem i Waldemarem, osiedlił się na modnych wówczas Ziemiach Odzyskanych, w Zielonej Górze. Tam, resztę życia zawodowego, poświęcił energetyce, w Zielonej Górze, później w Instytucie Energetyki w Poznaniu.
    Pracował 20 lat ponad wiek emerytalny, mnie pozwolono jedynie na połowę tej nadwyżki.
    O ciągłość rodziny zadbał mój brat Waldemar z Poznania (ur.1933 – mgr inż. technolog drewna), który ma dwóch synów – Janusza (ur.1965 – mgr inż. obecnie biznesmen w Poznaniu) i Piotra (ur.1971 mgr ekonomii – bankowiec w Warszawie).
    Ci z kolei mają synów – Janusz -Jana (ur. 1992 – mgr inż. w Europejskiej Agencji Kosmicznej w Holandii) oraz Wojciecha (ur. 1996 – studenta informatyki na Politechnice Poznańskiej, Piotr – nieletniego syna Stanisława.

    Czy ojciec opowiadał o swoich przodkach?
    Byłem wówczas chłopcem i nie przypominam sobie, aby opowiadał mi o swoich przodkach. Przypuszczam, że jego wiedza o nich była podobna do mojej, wszak, kiedy zginął jego ojciec, miał dopiero 12 lat. A może był oszczędny w słowach, bo nawet o jego losach wojennych dowiedziałem się nie od niego, lecz z dokumentów i zeznań świadków.

    Jaki był Twój rodzinny dom?
    Mój dom rodzinny nie odbiegał raczej od wielu katolickich domów. O dom i dobrą w nim atmosferę dbała głównie mama – Zofia z d. Ciżewska. Ojca często nie bylo, znikał na różne manewry, ćwiczenia wojskowe i szkolenia zawodowe. Często bywał w Warszawie, skąd przywoził mi łakocie i różne zabawki. Wspominam huśtawkę w drzwiach, swoisty sposób mamy uczenia mnie pływania w rzece, ślizganie na łyżwach, majówki, na które rodziny wojskowe wyruszały autokarami, czy ciężarówkami. Troskliwość rodziców podczas choroby, troskę mamy o piękne ubieranie synów, która posiadała umiejętności krawieckie. W domu nie było awantur rodzinnych, nie piło się mocnych trunków, nie paliło się papierosów, nie przeklinało się.
    Tę sielankę przerwał wybuch wojny. Ojciec zniknął z domu na długie 6 lat. Kiedy w roku 1939 wyjeżdżał na front byłem jeszcze dzieckiem, trzymał mnie na kolanach i tulił do siebie, głaskał po główce. Gdy wrócił, puszczał mi się już wąs, a Ojciec wydał mi się obcym człowiekiem. Musiało nieco czasu upłynąć, zanim mogłem się do niego przytulić. Trwał proces scalania rodziny, ale nie na długo. 4 lata później wyfrunąłem już z domu na studia prawnicze w Poznaniu, wkrótce po mnie także mój brat – Waldemar i rodzice pozostali osamotnieni w Zielonej Górze do roku 1958, kiedy przenieśli się na dobre do Poznania, aby być bliżej synów. Przeżyli ze sobą w związku małżeńskim 58 lat.

    Czy często wspominasz przeszłość?
    Raczej nie. Wspominanie przeszłości jest przywilejem zaawansowanego wieku, a ja mam przecież dopiero … 88 lat. Ale jeśli już, to najczęściej staje mi przed oczyma obraz Mamy z siwymi włosami siedzącej na kanapie, otulonej białym lub czerwonym szalem wełnianym, cieszącej się z mojego przyjazdu i błogosławiącej mnie podczas pożegnania i odjazdu.

    Jak trafiłeś do Warszawy ? Twoje dalsze losy?
    Życiem moim często rządził przypadek na przekór powiedzeniu, że “człowiek jest kowalem własnego losu”. Przypadek zrządził, że trafiłem do Warszawy, że zacząłem wyjeżdżać za granicę, kiedy o paszport było trudno, przypadek uczynił mnie członkiem-założycielem naszego Związku Rodowego.
    W latach 1949-1952 studiowałem prawo na wydziale prawno-ekonomicznym Uniwersytetu Poznańskiego. Traf chciał, że na jednym z końcowych egzaminów, z prawa międzynarodowego publicznego, egzaminował mnie sam profesor-kierownik katedry, który normalnie wykłady i ćwiczenia pozostawiał swemu asystentowi – adiunktowi Krzysztofowi Skubiszewskiemu, późniejszemu ministrowi spraw zagranicznych. Czy to spodobały się profesorowi moje wynurzenia na temat relacji między prawem międzynarodowym a prawem naturalnym, czy zaważyły moje oceny w indeksie (5 celujących i 38 bardo dobrych), dość, że zaproponował mi stanowisko swojego asystenta. Byłem zaszokowany niespodziewaną propozycją, ale chętnie ją przyjąłem. Widziałem w niej Palec Boży, bo jaka rysowała się moja przyszłość? Zgodnie z obranymi specjalizacjami nie miałem nadziei na ciekawą pracę, a do tego wisiała nad moją głową groźba wcielenia mnie do służby bezpieczeństwa na podstawie obowiązujących absolwentów nakazów pracy. Absolwenci kuszeni byli do podjęcia pracy i otrzymywali ponętne oferty w służbach: w mundurze lub bez, szlify oficerskie, miejscowość do wyboru, wywiad, kontrwywiad itp., jakby na kilometr nie było widać, że nie mam żadnych zadatków na Jamesa Bonda. Obcesowa odmowa mogła utrudnić życie zawodowe już na starcie, więc trzeba było lawirować, kręcić, wić się jak piskorz. Pamiętajmy! Był rok 1952, stalinizm w Polsce w pełni rozkwitu, (Stalin umrze dopiero za rok).
    Wobec dwustopniowości studiów musiałem dla zrealizowania propozycji profesora odbyć wcześniej studia magisterskie w Warszawie, gdzie w dwunastoosobowym gronie magistrantów z całej Polski tylko jedno miejsce przypadało dla Poznania. Mimo silnej konkurencji – około trzydziestu kandydatów – profesor mi to miejsce zapewnił. Będąc w Poznaniu niekiedy odwiedzam jego grób na tamtejszym cmentarzu.

    Jak potoczyła się Twoja kariera zawodowa?
    Po obronie pracy magisterskiej ” Suwerenność państwa w przestrzeni powietrznej” naturalnym miejscem pracy było ministerstwo spraw zagranicznych, ale w tajemniczy sposób tylko czwórka z dwunastu została w nim zatrudniona. Reszta pozostała na pastwę Komisji Przydziału Pracy, która wydawała 3-letnie nakazy pracy do wskazanej przez siebie jednostki. Do Poznania z braku etatu dla mnie nie mogłem wrócić, a do proponowanego etatu w obcym mi Lublinie nie paliłem się. Życie jednak nie znosi próżni, zatem dostałem nakaz pracy do pozornie pokrewnego resortu handlu zagranicznego, do centrali handlu zagranicznego. Zacząłem zgłębiać teoretyczne podstawy handlu zagranicznego, stosować je w praktyce, szlifować języki obce, powoli zacząłem wyjeżdżać służbowo za granicę, awansować, ale tylko do stanowiska kierownika działu. Wyższe stanowiska były już objęte nomenklaturą partyjną, zatem dla mnie niedostępne.
    W handlu zagranicznym przepracowałem 19 lat, po czym przez 22 lata kontynuowałem „karierę zawodową” w wystawiennictwie krajowym i zagranicznym. Przez cały ten okres byłem sekretarzem Komitetu Wystawców przemysłu ciężkiego, maszynowego i hutnictwa i w znacznym stopniu byłem odpowiedzialny za organizację i obsługę jego ekspozycji, głównie na licznych imprezach na terenach Międzynarodowych Targów Poznańskich zajmującej nawet połowę całej ich powierzchni, ale także w znacznie mniejszej skali za granicą – w NRD, NRF, ZSRR, CSRS, na Węgrzech, w Rumunii, na Białorusi czy Litwie.
    Łabędzim śpiewem mojej działalności wystawienniczej przed przejściem na emeryturę był znaczący udział jako zastępcy kierownika pawilonu polskiego w organizacji ekspozycji na Wystawie Światowej EXPO’93 w mieście Taejon w Korei Południowej oraz samodzielnie polskiej ekspozycji na Targach Międzynarodowych w Bazylei-Szwajcaria w roku 1994.
    Nie pozwolono mi jednak długo odpoczywać, bo wkrótce na 9 lat objąłem stanowisko kierownika Ośrodka Informacji Naukowej i Współpracy z Zagranicą w Instytucie Szkła i Ceramiki w Warszawie.
    Pracowałem 10 lat ponad wiek emerytalny, ale rekordu ojca – 20 lat – nie pobiłem.

    Wiem, że zaangażowany byłeś w działalność społeczną?
    Ponoć już Arystoteles mawiał, że („homo animal sociale est”) człowiek jest istotą społeczną. Ta przypadłość dopadła także mnie. Już w szkole podstawowej udzielałem się społecznie – deklamowałem wiersze na akademiach okolicznościowych, grałem w Jasełkach. W gimnazjum kwestowałem na różne cele społeczne, grałem w teatrze, celem zebrania funduszy na sztandar szkolny, w liceum byłem przewodniczącym samorządu szkolnego, prezesem Sodalicji Mariańskiej, prowadziłem koło ministrantów, a na studiach kierownikiem Zespołu d/s Pomocy w Nauce. W okresie działalności zawodowej prowadziłem prasówki, byłem też krótko wiceprzewodniczącym rady zakładowej, odwołanym za naruszenie kierowniczej roli partii. a równolegle przez 20 lat prezesem Oddziału Warszawskiego Towarzystwa Polska-Ameryka Łacińska. Na różnorodnych imprezach organizowanych dwa razy w tygodniu, często przy udziale ambasadorów krzewiłem wiedzę o ludziach i kulturze państw tego regionu paradoksalnie nigdy tam nie będąc. Meksyk śladami konkwisty zwiedziłem dopiero 20 lat później już długo po ustaniu działalności z powodu utraty lokalu i braku środków finansowych.
    Teraz na emeryturze uczestniczę w niektórych w imprezach klubów osiedlowych „Panorama” i „As”, w wycieczkach przez nie organizowanych, dzielę się wspomnieniami z moich wypraw zagranicznych.

    Skąd wzięła się u Ciebie pasja do podróżowania, do poznawania świata?
    Zaczęło się w czasach studenckich od tak „wielkich” wypraw jak w polskie i słowackie Tatry i na Śnieżkę, która przecież w części jest czeska. Tak naprawdę o pasji podróżowania można mówić dopiero na emeryturze, kiedy na nią było więcej czasu, granice coraz bardziej otwarte, ułatwienia w podróżowaniu większe, a wcześniej pozyskane oszczędności pozwalały na realizację coraz śmielszych fantazji. Lubiłem podróże dalekie, objazdowe, ale nie zaniedbywałem też poznawania kraju podczas zjazdów rodowych i wycieczek klubu osiedlowego. W ten sposób odbyłem co najmniej 50 wycieczek krajowych. Teraz muszę z żalem już pasować, bo nogi zaczynają protestować.
    Natomiast trudno zaliczyć podróże służbowe do pasji, to był po prostu obowiązek służbowy, choć przy okazji udało się co nieco zobaczyć.

    Zwiedziłeś prawie cały świat. Proszę, abyś w pigułce opowiedział jakie kontynenty I kraje zwiedziłeś?
    Prawie cały świat, to gruba przesada. Podróże służbowe ograniczały się głównie do Europy i Azji. Europę zjeździłem prawie w całości, natomiast w Azji obie Koree – Północną i Południowa, Chiny, Pakistan, Indie, Cejlon, obecnie Sri Lanka.
    „Rozszalałem się” na dobre dopiero na emeryturze. Wówczas doszły Filipiny, niektóre wschodnie i zachodnie stany USA wraz z Hawajami, Ziemia Święta wraz z greckimi wyspami Patmos, Rodos, Cyprem i Kretą, Tunezja, Liban, Kair z piramidami, Tybet, Nepal, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Oman i Meksyk. W niektórych krajach byłem tylko raz, w innych wielokrotnie. Kąpałem się w trzech oceanach: Atlantyckim, Indyjskim i Spokojnym. Dotarłem do pierwszej bazy wspinaczkowej na Mount Everest na wysokości 5300 m n.p.m.
    Ogólnie odbyłem co najmniej 110 podróży zagranicznych, po połowie służbowych i turystycznych, przebywając za granicą prawie 5 lat i oblatując kulę ziemską kilka razy.

    Co Cię najbardziej zafascynowało, a co zaskoczyło w zwiedzaniu świata?
    Spoglądałem na świat z wieży Eiffla, kopuły Bazyliki św. Piotra, wieży Ostankino, z helikoptera nad Wielkim Kanionem, ze 124. piętra drapacza chmur Burj Khalifa i Burj al Arab, wież World Trade Center i Empire State Building, ale najbardziej mnie urzekł szpaler ośnieżonych i skrzących w słońcu czterech ośmiotysięczników himalajskich widzianych z przełęczy Taxizon w Tybecie – Makalu, Lhotse, Mt. Everest i Cho Oyu, a podziw wzbudziły Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie rzeczywistość przerasta wyobraźnię, gdzie wszystko musi być największe, najwyższe i najdłuższe w świecie.

    Są miejsca do których lubisz wracać?
    W zasadzie nie lubię wracać do miejsc, w których raz już byłem, chyba że upłynął znaczny okres czasu. Powroty ograniczają możliwości poznawania nowych i ciekawych miejsc. Jeżeli już, chętnie wracam do Francji i Włoch, bo w moim odczuciu są bliskie mentalnie Polakom.

    W czasie pobytów na Zjazdach zauważyłam, że wszystko dokumentujesz. Czy Twoją pasją jest także filmowanie I fotografowanie miejsc?
    Można tak powiedzieć. Zaczęło się we wczesnej młodości od prostego aparatu fotograficznego typu „camera obscura”, później używałem już bardziej „nowoczesnych” – marki Druh i Start, małoobrazkowych Fenix, wreszcie rosyjskich Fed i Zorkij. Filmy małoobrazkowe miały 36 klatek, zmuszały zatem do umiaru przy robieniu zdjęć początkowo czarnobiałych, później kolorowych, Naświetlone filmy wywoływało się i robiono odbitki w zakładach fotograficznych. Później te czynności wykonywałem samodzielnie w ciemni łazienkowej na sprzęcie przywiezionym z Moskwy. Z nastaniem ery aparatów i kamer cyfrowych umiar prysł. W ten sposób dorobiłem się kilkunastu tysięcy zdjęć i kilkunastu filmów nagranych na płytach CD i DVD, po które poza mną nikt pewnie nie sięgnie.

    Czy masz jeszcze inne hobby?
    Miałem zainteresowania wielokierunkowe, zatem próbowałem różnych zajęć. Uczyłem się gry na pianinie i mandolinie, samodzielnie języków obcych, łaciny, próbowałem kajakarstwa, łyżwiarstwa, zbierałem banknoty i etykiety zapałczane, kolekcjonuję polskie znaczki pocztowe, trochę numizmatyki, ale jakiegoś wyraźnego „bzika” nie miałem, czego żałuję.

    Jak myślisz, czy warto realizować swoje marzenia?
    Każdy ma niewątpliwie marzenia i pasje mniejsze lub większe, które są motorem jego działania. Trzeba je mieć i dążyć do ich realizacji. Muszą jednak zawierać jakieś źdźbło realizmu, w przeciwnym przypadku mogą zrodzić tylko frustracje, a nawet doprowadzić do głębokiej depresji.

    Zbyszku! Od jak dawna przyjeżdżasz na Zjazd Związku Rodu Żółtowskich i jakie w związku z tym masz wspomnienia?

    W przeddzień zjazdu założycielskiego 6 września 1992 roku zjawił się u mnie w Warszawie w drodze na zjazd mój bratanek – Piotr, wówczas jeszcze student Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Poznaniu, który pomagał Michałowi z Łodzi zbierać w urzędach stanu cywilnego i parafiach dokumenty genealogiczne dotyczące mojej rodziny, o czym wcześniej nie wiedziałem. Mimo wczesnej jesieni, pogoda tego dnia była okropna. Niebo zalegały ciemne chmury, padał deszcz, dął nieprzyjemny wiatr. Żal mi się go zrobiło, aby przy takiej pogodzie wlókł się do Skierniewic środkami komunikacji publicznej, postanowiłem zatem zawieźć go tam samochodem – przepraszam, maluchem, i zaczekać na niego w samochodzie do zakończenia obrad. Deszcz zacinał, trudno było tyle czasu wytrzymać w samochodzie. Schroniłem się więc w willi Zbigniewa, a kiedy to uczyniłem … stałem się przypadkowo jednym z 36 członków-założycieli Związku. Od tej pory uczestniczyłem we wszystkich zjazdach z wyjątkiem czterech wcześniejszych (w Zajączkowie, Rucianem-Nidzie, Ciechocinku i Wigrach).

    Co dają Ci te coroczne spotkania?
    Poczucie dumy z przynależności do rodu o nobliwym pochodzeniu, możliwość spotkania i konfrontacji przeżyć innych z własnymi, niekiedy nowych pomysłów na życie. Coroczne spotkania stwarzają ponadto okazję do poznania jakiegoś nowego pięknego zakątka kraju, wspólnej zabawy przy ognisku lub uroczystej kolacji, choć wiek i dolegliwości pooperacyjne nie pozwalają mi już brykać na parkiecie.

    Co Cię w życiu cieszy, a co denerwuje?
    Z natury mam usposobienie łagodne, więc nie narzekam, cieszy mnie, budząca się wiosna, zdrowie, które w miarę jeszcze dopisuje a nawet … rewaloryzacja emerytury, choć doświadczam, że z wielu zachcianek muszę już rezygnować.
    Denerwuje zaś powszechne i publiczne plugawienie języka polskiego wulgaryzmami, bezkarność grafficiarzy mażących na elewacjach budynków, na ławkach w parkach, peronach, tunelach, niechlujstwo palaczy papierosów, którzy rzucają pety, gdzie popadnie, „miłośnicy” zieleni zadeptujący trawniki w parkach, złodzieje i łobuzy, którzy powodują, że strach wyjść wieczorem na ulicę czy iść przez park, że niczego nie można na chwilę pozostawić w miejscu publicznym bez obawy o zniknięcie, że z ich powodu wszędzie musi być ochrona, kamery, płoty, szlabany.
    Marzy mi się partia. która programowo podejmie walkę z tymi plagami.

    Z czego jesteś dumny?
    Dumny jestem, że udało mi się przeżyć w miarę ciekawe życie, choć często trudne, w dobrej rodzinie, w zgodzie z własnym sumieniem i pryncypiami, że pracę miałem ciekawą, urozmaiconą, nie nudną i bez przesady przydatną także dla gospodarki narodowej, bo w każdym ważnym obiekcie przemysłowym tkwiła, a może jeszcze tkwi, cząstka mojej pracy.
    Dziękuję za rozmowę, życzę zdrowia I realizacji dalszych podróżniczych pasji.

    Ze Zbigniewem z Warszawy rozmawiała
    ELŻBIETA ŻÓŁTOWSKA

  • Wesołych Świąt!

    KOCHANI!

    ŻYCZYMY WAM

    RADOSNYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH,

    WSZELKIEJ POMYŚLNOŚCI, ZDROWIA, SPOKOJU, NADZIEI

     I DUŻO WIOSENNEGO SŁOŃCA

     

    Prezes Związku Rodu Żółtowskich

    Mariusz Żółtowski

    oraz członkowie  zarządu

     

  • Sześć pokoleń

    Sześć pokoleń

    POKOLENIE CZWARTE

     

    W poprzednich  trzech częściach opisałem poprzedników, pradziadka Tomasza, dziadka Władysława, ojca Wacława, a teraz jest kolej na mnie.

     Urodziłem się 29 stycznia 1949 roku w Toruniu, na imię  dano mi Władysław, po dziadkach Żółtowskim i Kowalskim (ojciec mojej mamy). Dzieciństwo moje było smutne. Kiedy się urodziłem Ojciec był więźniem politycznym, bardzo nam go brakowało. Później było już lepiej. Po liceum ogólnokształcącym trzeba było podjąć trudną decyzję w sprawie dalszej edukacji, a dla osiemnastolatka, to niełatwa sprawa.

    Zdawałem na politechnikę gdańską, ale nie dostałem się. Powstało pytanie, co dalej. Mogłem trafić do wojska do służby czynnej, ale to dwa lata stracone i pozostaję bez zawodu. Wytworzyła się okazja, otwierano po raz pierwszy Wyższe Szkoły Oficerskie.  Jest szansa, aby zdobyć zawód i wykształcenie. Zostałem przyjęty bez egzaminu, musiałem zdać tylko psycho testy i sprawność fizyczną, więc nie było problemu. I tak przed wojskiem uciekłem do wojska. Z nauką nie miałem kłopotu, ale służby doszukały się, że jestem synem więźnia politycznego. Szukano powodu aby skreślić mnie z listy studentów podchorążych. Nie udało się i w 1971r.

    10 września zostałem promowany na pierwszy stopień oficerski podporucznika w korpusie wojsk rakietowych i artylerii, było to ogromne przeżycie, dla mnie niezapomniane, do dziś pamiętam te wydarzenia. 

    Urlop i do pracy. Pierwszą moją jednostką był 14. Sudecki Pułk Artylerii Przeciwpancernej w Kwidzyniu, było super, dużo szkolenia, dużo strzelania, poligon za poligonem, nowe wyzwania. Po roku przenosiny do Torunia, do Wyższej Szkoły Wojsk Rakietowych i Artylerii, tam trafiłem na etat dowódcy plutonu.

     Praca z przyszłymi oficerami była bardzo ciekawa  i satysfakcjonująca. Mam około sześćdziesięciu swoich wychowanków, niektórzy zaszli bardzo wysoko, nawet do stopnia generała, to duży sukces i zadowolenie dla pierwszego nauczyciela i wychowawcy .

    Przyszła kolej na zmiany. Od 1980 roku zacząłem  służbę w Kielcach. Byłem wykładowcą  szkolenia wojskowego w studium wojskowym Politechniki Świętokrzyskiej, i tam już pracowałem do końca służby.

    W latach 1983-85 ukończyłem studia magisterskie w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, następnie studia podyplomowe.

    Moja przygoda z wojskiem zakończyła się w 1992 roku, i w wyniku przemian zlikwidowano szkolenie wojskowe na wyższych uczelniach cywilnych . Służbę wojskową zakończyłem w stopniu pułkownika, z czego jestem dumny.

    Kolejny etap, to dalsza praca na mojej uczelni gdzie zostałem wykładowcą i zajmowałem się obroną cywilną i sprawami obronnymi. Pracowałem na uczelni do września 2009 roku.

    Postanowiłem przeprowadzić się z Kielc do Torunia, i od września 2009 roku mieszkam w moim ukochanym Toruniu.

    Zaczynam nowy etap w moim  życiu i podjąłem  pracę w samorządzie w Gminie Chełmża. Odpowiadam za sprawy obronne obrony cywilnej i ochotniczej straży pożarnej. Praca bardzo odpowiedzialna i dająca dużo satysfakcji. Tu pracowałem do 2016 roku .

    Władyslaw Żółtowski i Maciej Drożdżal z Torunia

     

    Praca ze strażakami ochotnikami spowodowała przystąpienie moje do Ochotniczej Straży Pożarnej. Zostałem więc druhem ochotniczej straży, z czego jestem niezmiernie dumny.

    Pozostało mi do napisania jeszcze o moich synach i wnukach, ale to w następnym numerze.

     

                                                                           WŁADYSŁAW  Z  TORUNIA

     

  • Informacje o tegorocznym zjeździe

    Moi Drodzy, przypominam informacje dotyczące tegorocznego Zjazdu, które Prezes Mariusz zamieścił na naszej stronie internetowej.

    „Moi Drodzy

    Wielkimi krokami zbliża się termin ostatecznych wpłat na najbliższy Zjazd (należy ich dokonać do 28.02.2018 r.) Przypominam, że zgodnie umową, którą otrzymaliście, przedpłaty mają charakter bezzwrotny z uwagi na atrakcyjność terenu. Zajazd Jurajski nie będzie czekał na spóźnialskich, i wyprzeda pozostałe miejsca po uzgodnionym terminie. Dla przypomnienia garść szczegółów.

     

    Miejsce Zjazdu

    Zajazd Jurajski Podlesice 1 gmina Kroczyce

    Telefony: 343152175, 343155033, 508786861, 509691900

    Adres e-maila         zajaz@zajazdjurajski.pl

     

    Przedpłata w kwocie 113 zł od osoby – w tytule należy podać imiona i nazwiska osób wpłacających (ważna jest ilość osób), że dotyczy ona Zjazdu Rodu Żółtowskich oraz datę przyjazdu i wyjazdu (stawki dla dzieci określone zostały w umowie i należy wpłacać za nie wartość jednego osobodnia).

     

    Wpłat dokonujemy na konto:     46 8277 0002 0030 0000 5242 0001

                                                                   Zajazd Jurajski Podlesice

    W dniu przyjazdu wpłacamy pozostałą kwotę gotówką. Opłata za uroczystą kolację 80 zł płatne również gotówką.

                                                                                                                  Prezes Mariusz Żółtowski

     

    Dodatkowe informacje:

    Osoby które zarezerwowały pokój jednoosobowy i wpłaciły 113 zł proszone są o dopłacenie 25 zł przekazem lub zaraz po przyjeździe, gdyż osobodzień w pokoju jednoosobowym wynosi 138 zł.

    Rozliczenie pobytu może być dokonane tylko gotówką.

    W czasie uroczystej kolacji zamierzamy zorganizować licytację. Zachęcamy do przywiezienia przedmiotów, do wystawienia na tę okoliczność.

    Alkohol, można będzie kupować indywidualnie w bufecie.

    Ci  którzy spóźnili się z wniesieniem przedpłaty, po uprzednim  skontaktowaniu się z osobą z  Zajazdu Jurajskiego, mogą pytać o ewentualne wolne miejsca.

     

                                                                                                                                 Prezes i członkowie zarządu

                                                                                                                                 serdecznie wszystkich zapraszają.

                                                                                                                                 Do rychłego zobaczenia

     

  • Nekrolog – ś.p. Krystyna Hanczewska

    Pogrążeni w smutku zawiadamiamy, że

    19 stycznia 2018 roku

    zmarła nasza Kochana Żona, Mama, Babcia

    ŚP

    KRYSTYNA HANCZEWSKA

    Uroczystości pogrzebowe odbyły się w Toruniu

    26 stycznia 2018 roku

    na cmentarzu parafialnym w Kaszczorku

     

    Pogrążona w smutku

                                               Rodzina

                                       ——————————————————————————

    Rodzinie przekazujemy serdeczne wyrazy współczucia

                                                                             Prezes Związku i zarząd.

  • Nekrolog – ś.p. Zofia Teresa z Lipskich Andrzejowa Żółtowska

    ŚP

    ZOFIA TERESA

    z LIPSKICH ANDRZEJOWA

    ŻÓŁTOWSKA

    ur. 31.VIII 1924 roku Sudół

    zm. 26.XII 2017 roku Warszawa

    opatrzona świętymi sakramentami.

    Łączniczka przy Sztabie Gen. Montera w Powstaniu Warszawskim.

    Była pomocą wszystkich potrzebujących.

    Kochała kwiaty, psy i świat Boży.

     Pogrzeb odbędzie się w Warszawie, w kościele pw. Św. Karola Boromeusza

    (ul. Powązkowska 14), dnia 5 stycznia 2018 roku (piątek) o godz. 10.00,

    Po czym nastąpi odprowadzenie Zmarłej do grobu na Stare Powązki.

    Mąż, Siostrzenice, Siostrzeńcy, i Rodzina.

                                 Zamiast kwiatów Prosimy o przekazanie pieniędzy na schroniska dla zwierząt

                          —————————————————

                                                                           Prezes Związku oraz członkowie zarządu

                                                                           przekazują rodzinie wyrazy współczucia

  • Nekrolog – ś.p. Tomasz Janiszewski

    20 stycznia 2018 r.  zmarł

    Ś.p.

    TOMASZ JANISZEWSKI

    Pogrzeb odbył się 25.01.2018 r. o godz. 12.00

    w kaplicy na cmentarzu Ewangelicko Reformowanym przy ul. Żytniej 42.

    Po mszy św. nastąpiło odprowadzenie do grobu

     

                               Żonie Halinie z Podkowy Leśnej, oraz rodzinie

                          składamy wyrazy współczucia

                             Prezes Związku oraz członkowie zarządu