Autor: jmzolt1

  • Południe

    Południe.
    Słońce od Judzików.
    Środek dnia. Spiekota, gorączka
    Usycha nasza łączka.
    Trawa błaga o deszcz
    Skręcona w żółtą się zmienia
    Na wędkę złapał się leszcz.
    Parzy gorąca ziemia.
    Nigdzie nie ma cienia.
    Nawet psy z tego powodu
    Pochowały się w cień samochodu.
    Gdy wiatr wzdłuż wody powieje
    Upał jakby trochę lżeje
    Nie parzy, nie pali, nie smali
    I skwar już nie taki.
    Słońce świeci od zachodu
    Poszło na Lepaki.

    RAFAŁ z KORYCINA

  • Dziki wiatr

    Dziki wiatr
    Jak ten koń z lepackiej góry.
    Dziki wiatr
    Wieje z ciemnej chmury.
    Dziki wiatr
    Wychylił modrzewie
    W ostrym powiewie,
    Dziki wiatr
    Połamał sitowie
    I poczochrał włosy na głowie
    Wychylił wierzby i sosny,
    Nawet ciepły i radosny
    Wśród ptaków zgiełku
    Układa fale
    Od Bieni do Ełku
    Dziki wiatr
    Już przestał i zaczyna od nowa
    Dziki wiatr z nad Sunowa.

    Rafał Ż.

  • Nekrolog Stefana Żółtowskiego z Warszawy, 27.01.2019

    27 stycznia 2019 roku zmarł
    śp.
    STEFAN ŻÓŁTOWSKI
    z Warszawy

    przeżywszy 50 lat.
    Pogrzeb odbył się w kościele św. Franciszka z Asyżu
    7 lutego o godz. 12.00,
    po czym nastąpiło odprowadzenie zmarłego do grobu na Cmentarz Północny.

    Wyrazy współczucia żonie, córce Oleńce, oraz pozostałym członkom rodziny składają
    Prezes Związku Rodu Żółtowskich wraz z członkami zarządu.

  • Wspomnienie Wacławy Komornickiej

    Za czasów Pierwszej Rzeczypospolitej w tzw. królewszczyznach oraz dobrach biskupich nie było na wsi pańszczyzny, natomiast istniały wiejskie szkółki umożliwiające uczniom podejmowanie pracy rzemieślniczej w miasteczkach lub miastach. Jednym z takich miasteczek był Kazimierz Biskupi w pobliżu Konina, większość mieszkańców trudniła się tam szewstwem.
    Bohaterka mojego opowiadania, Wacława Komornicka, pochodziła właśnie stamtąd. Była córką zamożnego gospodarza i matki szlachcianki. To tłumaczy, że rodzice mieli wyższe ambicje, córkę kształcili w najlepszych we wsi szkołach. Wacława została obdarzona wszechstronnymi zdolnościami. Nie było dla niej tajemnic w zakresie uprawy roli, hodowli wszelkiego rodzaju inwentarza, nawet pszczelarstwa. Doskonale leczyła ziołami.
    Miała dziewiętnaście lat, gdy podjęła pierwszą samodzielną pracę gospodyni domowej u zamożnych ziemian Chołoniewskich. Byli właścicielami pięknego zamku w Janowie, miasteczku położonym w pobliżu Kamieńca Podolskiego. W Rosji szerząca się czerwona rewolucja wkrótce dotarła w tamte strony. Zaczęły się rozstrzeliwania i rabunki. Wacława widziała z okien zamku rozrzucone na rynku miasteczka ciała pomordowanych Żydów. Chołoniewscy na szczęście zdążyli umknąć ostatnimi niezabranymi końmi na zwykłym wozie. Wacława została sama. Dokąd się schronić, jak uciekać? Napad na zamek przetrzymała schowana w piwnicy.
    Wśród rozmyślań usłyszała pukanie do drzwi. Był to mały chłopczyk, którego nigdy dotąd Wacława nie widziała. Przyszedł powiedzieć, że wie co się stało z obrazem Matki Bożej, słynącym łaskami, wiszącym niegdyś w zamkowej kaplicy. Poszli tam razem, by popatrzeć, lecz zobaczyli tylko połamane świeczniki i wszystko – co tylko było – było potrzaskane. Obrazu ani śladu. Chłopczyk jednak odezwał się, mówiąc „ – A ja wiem gdzie ten obraz się znajduje”. Ruszył pierwszy i szli schodami w dół do szeregu pokoi gościnnych, znajdujących się pod poziomem ziemi. Tak kiedyś budowano w okolicach, gdzie ciągle powtarzały się napady Kozaków, Turków i Tatarów. Pokoi w całym zamku było dwadzieścia sześć. Doszedłszy do ostatniego, chłopczyk wskazał na ukryty gdzieś cudowny obraz niewielkich rozmiarów.
    Wacława pożegnała chłopca, dziękując bardzo za to cenne odkrycie. Nigdy później jednak już go nie widziała. A tymczasem musiała pomyśleć o sobie. Zdecydowała się na ucieczkę. Zostawiwszy wszystko co miała, ale zabrawszy ze sobą znaleziony obraz.
    Zbrucz przebywa wpław, trzymając obraz jak najwyżej, straż graniczna jej nie zatrzymała.
    Dalsze losy pani Wacławy znane mi są tylko fragmentarycznie. Małżeństwo, śmierć męża, praca u moich Rodziców w Czaczu, jako zarządzająca domem, potem w 1936 r. objęcie takiej samej funkcji w „Laskach Lubartowskich – Rawitynie”, odkąd mój brat Jerzy tam mieszkał. Zarządzał dużym kompleksem leśnym. Wojna, podczas której cała nasza rodzina znalazła się tam razem w dworku nazwanym przez nas Rawitynem.
    Tam pani Wacława Komornicka miała sposobność wykazania swoich uzdolnień i umiejętności. Stwierdziliśmy, że miewa również sny „prorocze”. O jednym takim fakcie opowiadały mi moje siostry. W 1939 r. zostałem powołany do wojska i przebywałem długo na wschodnich kresach Polski. Po sześciu miesiącach pani Komornicka nagle powiedziała: „dziś pan Michał do nas przyjedzie”. I wszystko sprawdziło się co do joty – w pierwszych dniach marca 1940 r.
    W 1942 r. zaczęły się w powiecie lubartowskim napady band komunistycznych. Pani Komornicka przeżyła ich dwadzieścia sześć. Pomocna jej była dobra znajomość języka rosyjskiego i psychiki ludzi ze Wschodu. Zwykle zapraszała ich do kuchni, raczyła jakimś posiłkiem, i to łagodziło nieco ich łapczywość. Po ich odejściu jednak płaciła za to atakiem serca.
    Po wojnie przez długie lata straciłem z nią wszelki kontakt, dopiero nawiązaliśmy stosunki, gdy pełniła funkcję gospodyni w rodzinie mojego stryja, Benedykta Żółtowskiego. Tam posłyszałem z jej ust to opowiadanie o czasach rewolucji rosyjskiej i o tajemniczym chłopczyku, który odnalazł ukryty obraz. Nie rozstawała się z nim aż do śmierci i przekazała go w ręce synów Benedykta. Widziałem ją w ostatniej chorobie.

    MICHAŁ z LASEK

  • Listy cd.

    Kochany drogi mój Jasiu.

    Od dzisiaj za tydzień mam w Bogu nadzieję Obu Was uściskam, bo do Kalksburga przed południem przyjadę. A nazajutrz kiedy jak mi jeszcze macie być w Wiedniu tam sobie dzień jeden przepędzimy. Po drodze z Czacza wstąpię nasamprzód do Drzewiec i nie zapomnę widzieć się z Marysią, aby kiedy sobie tego przez pamięć na najdroższą Waszą Mamę życzycie być jej w czemkolwiek pomocnym. Chociaż ile mnie się zdaje, ona w potrzebie żadnej nie jest, a jeżeli w liście do Was się skarżyła, to pewnie tylko na smutne swoje opuszczenie przez męża. Zdaje się że nieboraczka nie szczególny wybór zrobiła, bo poszła za jakiegoś wietrzaika i lekkomyślnego człowieka, który pewnie nigdzie długo na miejscu utrzymać się nie potrafi, więc ona przewiduje że się całe życie z nim będzie tułać musiała.
    Tak jak u Was tak i tutaj także mamy czas prześliczny i już wszędzie drzewa i krzewy zielenic się zaczynają. Ciocia i wujcio jadą do …… (cały wiersz zaszyty)…….. przez ten czas gospodarował, więc o tym jego gospodarstwie jak i o różnych innych rzeczach pomówimy ze sobą za tydzień a teraz Was obu drogie moje chłopcy jak najserdeczniej ściska Wasz najprzywiązańszy dziadzia.

    17 kwietnia 1886 r.

    M.Ż
    Dane przez Bronisława dwa kwity na wzięte z kassy 3000 marek i dwóch tys. wartości nie mające,
    po pow ……………..się obowiązują.
    Czacz

    Kochany Dziadziu!
    Nadzwyczaj nas wiadomość o spaleniu się domu Chołoniowskiego zmartwiła, i zaraz na drugi dzień po odebraniu listu od Dziadzi, Izio do Dziadunia napisał. – Co do mojego zdrowia, to Dziadzio może być spokojnym bo naprzód całkowicie zdrów jestem, a potem jadam w infirmerii, gdzie jest znacznie lepsze jedzenie a więc i wiele więcej jadam i przytem prawie tam się tylko mięso dostaje, i podobno od czasu co tam jadam znacznie lepiej wyglądam.
    Iziowi także teraz dobrze w szkole idzie, i myślę że promocję może dostanie.
    Nie mając Dziadziowi nic innego do pisania, kończę list ten, całując kochanemu Dziadzi rączki, i zostając jego najprzywiązańszym wnukiem.

    Kalksburg 9.5.1886 r. Jaś Żółtowski

    Kochany drogi mój Jasiu,
    Pisząc w dzień Twoich imienin zaczynam od najserdeczniejszego uściśnienia Cię i od życzenia Ci tego wszystkiego czego nieodżałowani Twoi rodzice dla Ciebie pragnęli. Nie wiedząc czyście już mieli wiadomości z Chołoniowa o bliższych szczegółach pożaru pałacu, donoszę Wam iż miałem list od Dziadunia, zdaje on się bardzo dotknięty poniesioną stratą pisze iż prócz pałacu spaliły się niemal wszystkie dworskie budynki, gdyż tylko stajnia i wozownia ocalały, ale o powstaniu ognia wcale nie wspomina. Wedle tego co jak się zdaje Ciocia Ciunia do Kopaszewa pisała pożar powstał wskutek nieostrożności jakiejś dziewczyny, która węgle ze samowaru jeszcze się żarzące w jakiś kąt garderoby wysypała. Ogień się tak szybko rozszerzył iż Ciocia ledwie zdążyła pobiedz na górę aby porwać swą córeczkę, której kołyska cała już iskrami była obsypana. Dziadunio pisze że bardzo zajęty dozorowaniem rzemieślników którzy pałac restaurują bo chwilowo musi się wraz z babunią w trzech małych pokoikach na folwarku mieścić. Przytem użala się Dziadunio na panujące tam ciągle zimna, które i nam tutaj dokuczliwie czuć się dają, a co gorsza bardzo niekorzystnie na wzrost zboża i warzywa wpływają. Wujcio Poniński wybiera się w tych dniach do wód Akwizgranu bo ma reumatyzm w ręku szczególniej na każdą zmianę powietrza bardzo dokucza. Ciocia Anielcia z Luciem tymczasowo tu zostaje, później ona pojedzie po Wujcia a Lucio to już tutaj na powrót rodziców czekać będzie. Ściska Was oba tysiącznie drogie moje chłopcy
    Boskiej we wszystkiem oddając Opatrzności Wasz najprzywiązańszy Dziadzia.

    Czacz 16/5 86 r.
    M.Ż.

  • Przypomnienie o Zjeździe

    Uprzejmie przypominam, że tegoroczny Zjazd naszego Związku odbędzie się w terminie od 19 do 23 czerwca w Wiktorowie koło Żnina.
    Ostatecznym terminem wpłat zaliczek za pobyt był 31 stycznia br.

    Osoby, które nie uiściły wpłat w obowiązującym czasie, mogą pytać o ewentualne wolne miejsca pod numerami: 695943763 oraz (52) 3153929.
    Szczegółowe informacje dotyczące Zjazdu znajdują się w ostatnim kwartalniku Nr 89.

    Zapraszam i do zobaczenia, Bożena

  • Boże Narodzenie 2018

    ŚWIĄT WESOŁYCH, PACHNĄCYCH CHOINKĄ,

    SPĘDZONYCH W CIEPŁEJ RODZINNEJ ATMOSFERZE,

    DAJĄCYCH RADOŚĆ I ODPOCZYNEK.

    A Nowy ROK ŻEBY BYŁ JESZCZE LEPSZY NIŻ TEN CO MIJA.

                      Z CAŁEGO SERCA ŻYCZĄ

    PREZES ZWIĄZKU RODU ŻÓŁTOWSKICH,

                                                                      A TAKŻE CZŁONKOWIE ZARZĄDU

  • Od Czarnej Dolnej do Wiktorowa, czyli informacje o XXVIII Zjeździe Rodu Żółtowskich

    Od Czarnej Dolnej do Wiktorowa, czyli informacje o XXVIII Zjeździe Rodu Żółtowskich


    Moi Drodzy. Pamiętamy serdeczne zaproszenie od Wiesława z Chicago do jego włości w Bieszczadach, które padło w trakcie bankietu na ostatnim Zjeździe w Podlesicach. Dobrym obyczajem stało się wizytowanie ośrodków, które mają nas gościć. Korzystając z urlopu zwiedzaliśmy wraz z Mirellą tzw „ścianę wschodnią” i postanowiliśmy zajrzeć do Czarnej Dolnej, do „Wincentówki”, znanej nam już  z pobytu przed 3. laty. Pięknie położone gospodarstwo agroturystyczne, gdzie na poczesnym miejscu znajduje się profesjonalnie przygotowane drzewo genealogiczne Wiesława, już wcześniej urzekło nas swoją urodą. Pokoje o wysokim standardzie, liczne trofea myśliwskie z różnych kontynentów, świetnie wyposażona kuchnia i przede wszystkim przemiła siostra bliźniaczka Wiesława, Basia, zarządzająca tym kompleksem złożonym z dwu budynków mieszkalnych, stajni, pomieszczeń gospodarczych, otaczających łąk i rybnego stawu. Naliczyliśmy około 40 miejsc noclegowych, jednak większość w pokojach rodzinnych. Zarząd po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw (kraniec Polski) doszedł do wniosku, że nie całkiem odpowiada to oczekiwaniom członków Związku i z żalem zmuszony był zrezygnować z zaproszenia. Osobiście polecałbym to miejsce osobom chcącym odpocząć od cywilizacyjnego zgiełku w jednym z najdzikszych zakątków naszego kraju u stóp Otrytu.

    Padła propozycja aby spróbować znaleźć jakiś ośrodek nad morzem lecz te, do których zwróciła się Agnieszka, nie miały jeszcze cennika na przyszły rok a my nie mogliśmy czekać. Wróciła propozycja z ubiegłego roku przedstawiona przez Ośrodek Wypoczynkowy „Wiktorowo” koło Żnina i nawiązaliśmy z nim kontakt, a następnie wraz z małżonką udaliśmy się  by go obejrzeć i omówić szczegóły. Ujęło nas jego piękne położenie wśród lasów nad jeziorem oraz profesjonalizm i elastyczność osób zarządzających. Niektóre pomieszczenia wymagają co prawda odświeżenia ale ma to mieć miejsce w najbliższym czasie. Kompleks składa się z części administracyjno-konferencyjno-gastronomicznej oraz 3. budynków hotelowych posiadających pokoje 2, 3-4 oraz 3-5 osobowe i 3 apartamentów.  Większe pokoje posiadają łóżka parterowe i piętrowe, ale ze spania na „górnym pokładzie” nie będziemy korzystać. Pewnym minusem jest fakt organizacji wesela w dniu

    21. 06. 2019, lecz obsługa twierdzi, że nie będzie to  problem. Poczyniono następujące ustalenia:

    Zjazd odbywać się będzie od 19. 06 do 23. 06. 2019 – w dniu przyjazdu kolacja do godz. 22.00

    Mamy do dyspozycji 4 pokoje 2 osobowe do wykorzystania przez pojedyncze osoby w cenie 70 zł za dobę, 6 pokoi 2-osobowych w cenie 100 zł za dobę dla 2 osób, 6 pokoi większych do wykorzystania przez 2 osoby pokoje (3-4 osobowe) również w cenie 100 zł/dobę, pozostałe pokoje 3-4osobowe to pokoje rodzinne w cenie 150 zł/dobę, niezależnie od ilości osób z nich korzystających, pokoje 5 osobowe przy pełnym ich wykorzystaniu 170 zł/dobę. Ceny posiłków: śniadanie 20zł, obiad 27 zł, kolacja 20 zł.

    Bankiet lub kolacja grillowa 75-120 zł w zależności od wyboru menu. Dzieci do lat trzech przebywają bezpłatnie, od 4 do 10 lat płacą połowę ceny za wyżywienie. Posiłki będziemy spożywać w sali kominkowej, która mieści się na parterze z wyjątkiem 21 06 (wesele) – nasza kolacja będzie pod namiotem i śniadanie w dniu 22 06. Możemy zamówić DJ w cenie ok 800 zł (opcja), wypożyczenie sprzętu nagłaśniającego (dużej mocy) 350 zł (opcja). Korzystanie z parkingu, tenisa stołowego i bilarda nieodpłatnie.  Ustalono, że zaliczki należy wpłacać do 31 stycznia 2019 r w wysokości 200 zł osoba dorosła, 100 zł dziecko, możliwość wycofania rezerwacji i odzyskania zaliczki do 10 marca, aktualizacja danych (data przyjazdu i wyjazdu, posiłki) do 15 kwietnia. Pozostałą kwotę regulujemy w dniu przyjazdu gotówką bądź przelewem-możliwość skorzystania z miejscowego komputera. Na połowy ryb w jeziorze zezwolenie można uzyskać w Gospodarstwie Łowieckim w Łysininie.

    Z Ośrodkiem”Wiktorowo” kontaktujemy się indywidualnie i składamy zamówienie określając czas pobytu i ilość osób oraz preferencje co do pokoi. W odpowiedzi otrzymamy numer naszego zamówienia i numer konta, na które należy dokonać przedpłaty.

    Dane kontaktowe:

    Ośrodek „Wiktorowo” Wiktorowo 22 poczta Gąsawa

    wiktorowo@wiktorowo.com

    tel.(52)3153929,(52)3153930

    tel.kom.695943763

    Serdecznie zachęcam do przyjazdu. Prezes Mariusz

  • Na mazowieckim szlaku tradycji

    – „ nasz” kościół św. Marcina w Mochowie

    Pierwsza wzmianka o kościele pochodzi z 1401 roku, jednak świątynię w obecnej postaci wzniesiono w roku 1684 z fundacji właściciela wsi Marcina Mochowskiego, stąd też imienny patron kościoła, św. Marcin Biskup.

    Już z daleka widoczna jest charakterystyczna, przepiękna bryła budowli, czyniąca ten kościół wyjątkowym. Szczególnie dumnie wznoszące się jego dwie wieże pokryte metalowymi, cebulastymi hełmami z latarniami. Wnętrze zachwyca, przede wszystkim polichromowany strop prezbiterium z motywami figuralnymi i roślinnymi. W ołtarzu głównym znajduje się obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, w bocznych zaś św. Barbary i św. Jana Nepomucena. Pod nim w czasie remontu w 1968 roku znaleziono trzy ludzkie szkielety. Przyjęto, że należały one do przedstawicieli rodziny Żółtowskich, inicjatorów remontu kościoła w XVIII wieku – wojskiego zawkrzańskiego Teofila Żółtowskiego, jego żony i syna.

    Podczas jubileuszowego XXV zjazdu Związku Rodu Żółtowskich dopisano chlubną kartę w historii świątyni. Ufundowano i uroczyście odsłonięto tablicę poświęconą fundatorom przebudowy kościoła w 1780 roku.

    W piękną, słoneczną niedzielę 13 maja 2018 roku świętowaliśmy drugą rocznicę tego doniosłego wydarzenia. Zjechaliśmy z różnych stron Polski. Najdalej mieli Mirella i Mariusz ze Sztumu. Z Warszawy przyjechała Bożenka, a z Mławy Włodek. Z Kutna dotarli Elżbieta i Kazimierz, a z Torunia cała ekipa – Bożenka i Marian, Barbara i Krzysztof Rumińscy z synem Krystianem oraz przyjaciółmi. Najbliżej miała, pisząca te słowa – Bogusia z Białej.

    Ksiądz proboszcz Grzegorz Mierzejewski pięknie przywitał „liczną delegację Związku Rodu Żółtowskich”, w kazaniu nawiązywał do tego, co tworzymy współcześnie, pamiętając o naszej przeszłości i w trosce o przyszłość. Kapłan w homilii stwierdził między innymi, że Niebo nie jest wcale takie odległe, jak nam się wydaje. Ono jest w naszych sercach: pięknych, otwartych na potrzeby innych, kochających Boga i bliźniego. W tytule użyłam określenia  „nasz kościół”, bo tak właśnie wyraził się ksiądz Grzegorz mówiąc: „To jest też Wasza parafia, Wasz kościół”.

    Po uroczystej mszy pięknie dziękujemy księdzu Grzegorzowi, polecając jednocześnie jego modlitewnej pamięci cały nasz wspaniały ród Żółtowskich. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia i żegnamy się z życzliwym nam kapłanem.

    Udajemy się do Sierpca. Tam w nowo wybudowanym Hotelu Skansen Conference & Spa, w restauracji o wdzięcznej nazwie „Regionalna” przy pysznym obiedzie możemy podyskutować o zbliżającym się zjeździe, naszych sprawach rodzinnych i powspominać.

    A zebrało się tych wspomnień niemało. Dzieci nam podorastały, rosną wnuczęta. Lubimy się nimi chwalić. Tematów do rozmów było wiele. Państwo Rumińscy nie mogą być na tegorocznym zjeździe, ale obiecują,  że chleb z Ogończykiem na pewno zostanie upieczony i dostarczony, zgodnie z wieloletnią już tradycją. Żegnamy się z nadzieją rychłego spotkania. Bardzo dziękuję Wszystkim.

    To było naprawdę fajne spotkanie!

                                                                                                                                                 BOGUSIA Z BIAŁEJ

  • Zapiski z rejsu dookoła świata

    Zapiski z rejsu dookoła świata

     

    część II-Europa

    Po niecałej dobie zacumowaliśmy do nabrzeża w Rotterdamie. Miałem kilka godzin wolnego czasu i rower wypożyczony od kapitana więc jak przystało na Holandię, tym środkiem lokomocji w towarzystwie ochmistrza udałem się na krótkie zwiedzanie. Przejeżdżając przez Maas Tunel, którędy wiodła droga z portu do miasta, ze zdziwieniem usłyszałem  śpiew słowików. Oczywiście był on nagrany i płynął z głośników. W mieście nieco się pogubiliśmy i zapytaliśmy o drogę starszą panią poruszającą się tak jak my rowerem. Kazała nam jechać za sobą ale ledwo mogliśmy nadążyć. Po powrocie na statek zaczęły się przygotowania do zabawy sylwestrowej. Wraz z dziennikarzem I Programu Polskiego Radia, Marianem, uczestniczącym w rejsie w charakterze pasażera, wzięliśmy na siebie rolę wodzirejów. Były tańce, scenki rodzajowe z udziałem przebierańców, quizy i konkursy zręcznościowe. Znakomity kucharz okrętowy, Andrzej, zadbał o nasze żołądki a kapitan o szampana. Przed północą wysłuchaliśmy orędzia noworocznego i odebraliśmy życzenia od przewodniczącego „Solidarności” PLO. Nikt z marynarzy nie zszedł na ląd, by tam świętować Nowy Rok, co podobno było wydarzeniem bez precedensu.

    Rotterdam po nocy sylwestrowej przypominał „krajobraz po bitwie”, lecz służby miejskie uporały się z bałaganem w ciągu kilku godzin. Zostałem wezwany celem udzielenia pomocy medycznej na innym polskim statku MS „Smolny”, cumującym nieopodal, a pierwszym moim pacjentem w tym rejsie był…lekarz okrętowy. Wieczorem, w małej sali gimnastycznej, testowaliśmy stół do tenisa stołowego. Ponieważ załadunek trwał kilka dni, korzystałem z roweru i zwiedzałem miasto. Tu należy się pewne wyjaśnienie. Kapitan już na początku dał mi „wolne” w portach, gdyż pod ręką były służby medyczne, które w razie nagłego zdarzenia mógł wezwać na pomoc, a zakres ich możliwości był znacznie większy od mojego.

    4 stycznia o godz. 5.00 opuściliśmy Rotterdam, a już w godzinach popołudniowych zapachem siarkowodoru powitała nas Dunkierka. Wieczorem udaliśmy się do Domu Marynarza prowadzonego przez pastora. Po chwili do naszego stolika przysiadł się pan Piotr, Polak od wielu lat zamieszkały za granicą i trudniący się handlem używanymi samochodami. Rozmowy przy francuskim winie trwały do późna. Rodak zaproponował nam wycieczkę do Paryża, z której niestety nie mogliśmy skorzystać z uwagi na brak czasu a poza tym książeczki marynarskie to nie paszporty i pozwalały nam  poruszać się jedynie na obszarze portu i najbliższej okolicy.

    Następnego dnia zwiedzamy historyczne miasto pamiętne z ewakuacji wojsk francuskich i angielskich w maju i czerwcu 1940 r (ok. 300 tys. żołnierzy). Załogę i pasażerów zaczęła nękać jakaś infekcja grypowa, na szczęście objawy były łagodne i Polopiryna szybko sobie z nimi poradziła.

    Po niecałej dobie podróży dopływamy do portu Le Havre  liczącego ok. 200 tys. mieszkańców. Miasto niezbyt piękne, z dużą ilością betonowych budowli. Ponieważ jest niedziela, szukamy kościoła, gdyż audycja „Dla tych co na morzu” jest słabo słyszalna. Po powrocie na statek wziąłem się za segregowanie leków z darów.

     Kapitan podzielił się ze mną informacją, że w stoczni cumuje najnowocześniejszy jacht świata wybudowany przez firmę Nautic „Club Mediteran II” i zapytał, czy chciałbym go obejrzeć. Odpowiedź była oczywista. Ubrani w gustowne dżinsy i sweterki na rowerach przebyliśmy kilkanaście kilometrów. U celu okazało się, że wejście do stoczni wymaga przepustki a ponadto akurat w tym dniu ma miejsce uroczyste podniesienie bandery i wstęp mają tylko osoby zaproszone, a akredytację wyłącznie program pierwszy telewizji francuskiej. Przed bramą parkowały pojazdy klasy premium, z których wychodzili panowie we frakach i panie w drogich kreacjach. Kapitan przedstawił się strażnikowi dodając, że jest również kapitanem wielkim jachtowym i nie szczędził słów zachwytu nad nowym dzieckiem techniki francuskiej. Strażnik, sam nie mogąc podjąć decyzji, poprosił szefa ochrony, który po wysłuchaniu naszej prośby nie dość, że wydał przepustkę, to jeszcze przydzielił nam przewodnika, zgodził się również na wykonywanie zdjęć. Jak się dowiedzieliśmy, jacht kosztował 2 mld franków, posiadał 5 masztów i mierzył ponad 140 metrów długości, a pokład był wykonany z drewna tekowego. Załogę jego stanowiło 140 osób, zabierał 400 pasażerów. Przewodnik się przydał, gdyż można się było zagubić wśród kasyn, basenów, sal balowych, kajut i korytarzy. Największe wrażenie zrobiła na mnie sterówka, której wyposażenie przywodziło na myśl kokpit samolotu pasażerskiego. Wszystkie żagle były stawiane i zwijane elektrycznie. Zadbano również o bezpieczeństwo i na obu burtach umieszczono liczne kryte szalupy, do których wchodziło się przez „rękaw” jak na lotnisku. Swoją budową przypominały amfibie. W dziewiczy rejs jacht wyruszał w dniu następnym udając się na Wyspy Kanaryjskie. Oczywiście wszystkie bilety były wyprzedane. Poruszając się wśród tylu znakomicie ubranych gości czułem się trochę nieswojo ale ci zapewne brali nas za ekscentrycznych milionerów, nie przejmujących się konwenansami. Kiedy skończyliśmy zwiedzanie,  przewodnik odprowadził nas do bramy i zapytał, gdzie zostawiliśmy nasze samochody? Odpowiedzieliśmy, że za rogiem i już nas nie było. Na statek wróciliśmy w doskonałych humorach.

    Wieczorem odbiliśmy od nabrzeża biorąc kurs na Panamę – przygoda morska zaczęła się na serio. Następnego dnia zbliżyliśmy się do owianej złą sławą Zatoki Biskajskiej. Dotarła do nas przygnębiająca informacja o katastrofie w tym rejonie, która miała miejsce 2 dni wcześniej. W czasie sztormu statek towarowy przełamał się na pół i wraz z załogą poszedł na dno – nie było szans na jakikolwiek ratunek. Oczywiście nasze rodziny też dowiedziały się z mediów o tej tragedii i wiedząc, że jesteśmy w pobliżu upewniały się, czy wszystko w porządku. Kołysało coraz bardziej i co wrażliwsi zwrócili się do mnie po tabletki przeciwko chorobie lokomocyjnej. Wziąłem i ja. Pomogło na jakiś czas ale podczas gry w tenisa stołowego, kiedy jedną ręką trzeba było trzymać się stołu aby nie upaść, zmuszony zostałem do złożenia daniny Neptunowi.

                                                                                                    MARIUSZ ze Sztumu