część II-Europa
Po niecałej dobie zacumowaliśmy do nabrzeża w
Rotterdamie. Miałem kilka godzin wolnego czasu i rower wypożyczony od kapitana
więc jak przystało na Holandię, tym środkiem lokomocji w towarzystwie
ochmistrza udałem się na krótkie zwiedzanie. Przejeżdżając przez Maas Tunel,
którędy wiodła droga z portu do miasta, ze zdziwieniem usłyszałem śpiew słowików. Oczywiście był on nagrany i
płynął z głośników. W mieście nieco się pogubiliśmy i zapytaliśmy o drogę
starszą panią poruszającą się tak jak my rowerem. Kazała nam jechać za sobą ale
ledwo mogliśmy nadążyć. Po powrocie na statek zaczęły się przygotowania do
zabawy sylwestrowej. Wraz z dziennikarzem I Programu Polskiego Radia, Marianem,
uczestniczącym w rejsie w charakterze pasażera, wzięliśmy na siebie rolę
wodzirejów. Były tańce, scenki rodzajowe z udziałem przebierańców, quizy i
konkursy zręcznościowe. Znakomity kucharz okrętowy, Andrzej, zadbał o nasze
żołądki a kapitan o szampana. Przed północą wysłuchaliśmy orędzia noworocznego
i odebraliśmy życzenia od przewodniczącego „Solidarności” PLO. Nikt z
marynarzy nie zszedł na ląd, by tam świętować Nowy Rok, co podobno było
wydarzeniem bez precedensu.
Rotterdam po nocy sylwestrowej przypominał „krajobraz po bitwie”, lecz służby miejskie uporały się z bałaganem w ciągu kilku godzin. Zostałem wezwany celem udzielenia pomocy medycznej na innym polskim statku MS „Smolny”, cumującym nieopodal, a pierwszym moim pacjentem w tym rejsie był…lekarz okrętowy. Wieczorem, w małej sali gimnastycznej, testowaliśmy stół do tenisa stołowego. Ponieważ załadunek trwał kilka dni, korzystałem z roweru i zwiedzałem miasto. Tu należy się pewne wyjaśnienie. Kapitan już na początku dał mi „wolne” w portach, gdyż pod ręką były służby medyczne, które w razie nagłego zdarzenia mógł wezwać na pomoc, a zakres ich możliwości był znacznie większy od mojego.
4 stycznia o godz. 5.00 opuściliśmy Rotterdam, a już w
godzinach popołudniowych zapachem siarkowodoru powitała nas Dunkierka.
Wieczorem udaliśmy się do Domu Marynarza prowadzonego przez pastora. Po chwili
do naszego stolika przysiadł się pan Piotr, Polak od wielu lat zamieszkały za
granicą i trudniący się handlem używanymi samochodami. Rozmowy przy francuskim
winie trwały do późna. Rodak zaproponował nam wycieczkę do Paryża, z której
niestety nie mogliśmy skorzystać z uwagi na brak czasu a poza tym książeczki
marynarskie to nie paszporty i pozwalały nam poruszać się jedynie na obszarze portu i
najbliższej okolicy.
Następnego
dnia zwiedzamy historyczne miasto pamiętne z ewakuacji wojsk francuskich i
angielskich w maju i czerwcu 1940 r (ok. 300 tys. żołnierzy). Załogę i
pasażerów zaczęła nękać jakaś infekcja grypowa, na szczęście objawy były
łagodne i Polopiryna szybko sobie z nimi poradziła.
Po niecałej dobie podróży dopływamy do portu Le
Havre liczącego ok. 200 tys.
mieszkańców. Miasto niezbyt piękne, z dużą ilością betonowych budowli. Ponieważ
jest niedziela, szukamy kościoła, gdyż audycja „Dla tych co na morzu”
jest słabo słyszalna. Po powrocie na statek wziąłem się za segregowanie leków z
darów.
Kapitan podzielił się ze mną informacją, że w
stoczni cumuje najnowocześniejszy jacht świata wybudowany przez firmę Nautic
„Club Mediteran II” i zapytał, czy chciałbym go obejrzeć. Odpowiedź
była oczywista. Ubrani w gustowne dżinsy i sweterki na rowerach przebyliśmy
kilkanaście kilometrów. U celu okazało się, że wejście do stoczni wymaga
przepustki a ponadto akurat w tym dniu ma miejsce uroczyste podniesienie
bandery i wstęp mają tylko osoby zaproszone, a akredytację wyłącznie program
pierwszy telewizji francuskiej. Przed bramą parkowały pojazdy klasy premium, z
których wychodzili panowie we frakach i panie w drogich kreacjach. Kapitan
przedstawił się strażnikowi dodając, że jest również kapitanem wielkim
jachtowym i nie szczędził słów zachwytu nad nowym dzieckiem techniki
francuskiej. Strażnik, sam nie mogąc podjąć decyzji, poprosił szefa ochrony,
który po wysłuchaniu naszej prośby nie dość, że wydał przepustkę, to jeszcze
przydzielił nam przewodnika, zgodził się również na wykonywanie zdjęć. Jak się
dowiedzieliśmy, jacht kosztował 2 mld franków, posiadał 5 masztów i mierzył
ponad 140 metrów
długości, a pokład był wykonany z drewna tekowego. Załogę jego stanowiło 140
osób, zabierał 400 pasażerów. Przewodnik się przydał, gdyż można się było
zagubić wśród kasyn, basenów, sal balowych, kajut i korytarzy. Największe
wrażenie zrobiła na mnie sterówka, której wyposażenie przywodziło na myśl
kokpit samolotu pasażerskiego. Wszystkie żagle były stawiane i zwijane
elektrycznie. Zadbano również o bezpieczeństwo i na obu burtach umieszczono
liczne kryte szalupy, do których wchodziło się przez „rękaw” jak na
lotnisku. Swoją budową przypominały amfibie. W dziewiczy rejs jacht wyruszał w
dniu następnym udając się na Wyspy Kanaryjskie. Oczywiście wszystkie bilety
były wyprzedane. Poruszając się wśród tylu znakomicie ubranych gości czułem się
trochę nieswojo ale ci zapewne brali nas za ekscentrycznych milionerów, nie
przejmujących się konwenansami. Kiedy skończyliśmy zwiedzanie, przewodnik odprowadził nas do bramy i
zapytał, gdzie zostawiliśmy nasze samochody? Odpowiedzieliśmy, że za rogiem i
już nas nie było. Na statek wróciliśmy w doskonałych humorach.
Wieczorem odbiliśmy od nabrzeża biorąc kurs na Panamę –
przygoda morska zaczęła się na serio. Następnego dnia zbliżyliśmy się do
owianej złą sławą Zatoki Biskajskiej. Dotarła do nas przygnębiająca informacja
o katastrofie w tym rejonie, która miała miejsce 2 dni wcześniej. W czasie
sztormu statek towarowy przełamał się na pół i wraz z załogą poszedł na dno – nie
było szans na jakikolwiek ratunek. Oczywiście nasze rodziny też dowiedziały się
z mediów o tej tragedii i wiedząc, że jesteśmy w pobliżu upewniały się, czy
wszystko w porządku. Kołysało coraz bardziej i co wrażliwsi zwrócili się do
mnie po tabletki przeciwko chorobie lokomocyjnej. Wziąłem i ja. Pomogło na
jakiś czas ale podczas gry w tenisa stołowego, kiedy jedną ręką trzeba było
trzymać się stołu aby nie upaść, zmuszony zostałem do złożenia daniny
Neptunowi.
MARIUSZ ze Sztumu