
Maleńka Kruszynka Igorek, prawnusio Janiny z Wrocławia

Maleńka Kruszynka Igorek, prawnusio Janiny z Wrocławia

Gołębie. Głęboko zapadły mi w pamięci opowieści mojego taty o przedwojennych rasach tych ptaków. Hodował je brat taty Władysław, którego nie znałem, ponieważ zmarł tuż po zakończeniu II wojny światowej. Jego pasja przekazywana była w opowieściach rodzinnych. Zapewne miłość do tych niezwykłych ptaków odziedziczyłem po wujku. Wujek usilnie poszukiwał nowych ras gołębi, nie szczędząc na nie wysokich kwot, a cena za parę rasowych gołębi była równa kwocie za piękną dojną krowę.
Będąc małym chłopcem nie dysponowałem odpowiednią wiedzą, pieniędzmi i pomieszczeniami takimi, jak wuj Władysław, ale nie poddałem się i małymi kroczkami stopniowo rozwijałem się w tej dziedzinie. Z upływem lat, stopniowo zdobywałem wiedzę i coraz lepsze osiągałem wyniki w hodowli.
Hodowla gołębi może być bardzo różna, prowadzona ze względu na trendy ogólnopolskie, europejskie lub światowe.
Gołębie dzielą się na trzy kategorie: gołębie ozdobne, lotne, w tym pocztowe i gołębie konsumpcyjne. Najbardziej rozpowszechniona hodowla tych ptaków jest w USA, ale także w Europie: na Węgrzech, Niemczech, Włoszech, Szwajcarii, Anglii, a także w Arabii Saudyjskiej, Libii i Kuwejcie.
Masa ciała gołębia mięsnego dochodzi czasem do jednego kilograma. Gołąb pocztowy pokonuje w ciągu jednego dnia odległość do tysiąca kilometrów. Niektóre z nich wyróżniają się charakterystycznym, a wręcz akrobatycznym sposobem latania. Rasa „Stawaki” – podczas lotu mocno klaszczą skrzydłami, a gdy wzniosą się na odpowiednią wysokość, podnoszą skrzydła prawie pionowo nad tułowiem i w tej pozycji opadają do pewnego pułapu. Gołębie innych ras potrafią robić różne koziołki, salta, albo wznoszą się w powietrzu spiralą lub prostopadle.
Moja pasja rozwinęła się w hodowli gołębi dwóch ras: rasy polskich długodziobych lotnych i ich przedstawicieli: srebrniak polski i perłowy polski oraz rasy krótko dzioby polski – szek polski.
Jestem wieloletnim członkiem Wojewódzkiego Związku Hodowców Gołębi Rasowych i Drobnego Inwentarza w Łodzi. Mam możliwość wymieniać się doświadczeniami z innymi miłośnikami tych ptaków. Hodowla stała się dyscypliną naukową, opisaną w specjalistycznej literaturze. Za podstawowe terminy w hodowli uważa się te, które opisują anatomię oraz zewnętrzne cechy ciała gołębia. Informacje na ten temat można znaleźć w każdej powszechnie dostępnej publikacji ornitologicznej lub w specjalistycznych książkach poświęconych hodowli gołębi.
Anatomia ciała gołębia podzielona jest na sześć głównych rejonów morfologicznych głowy: (woskówka, nozdrza, czoła, potylicy, podbródek, źrenica, obwódka powieki), klatki piersiowej, skrzydeł, nóg, ogona i ubarwienia piór.
Dla mnie, gołąb jest uosobieniem ptasiego piękna, inteligencji i wolności. Nie każdy wie, że gołąb jest przywiązany do swojego rodzinnego gniazda. Jest gatunkiem monogamicznym i wiernym wobec życiowego partnera.

Dlatego ważne jest, aby dobrać gołębiom odpowiednich partnerów i połączyć je w pary. W swojej hodowli zwracam na to szczególną uwagę. Lata doświadczenia mają tutaj duże znaczenie. Zdarza się – jak to w przyrodzie bywa, że nawet znakomicie dobrana para nie wyda oczekiwanego potomstwa. Praca hodowcy może wydawać się łatwa, ale to nie jest prawdą. Jest to ciężka, mozolna praca, wymagająca wielu osobistych wyrzeczeń, znajomości różnych tajników hodowlanych i specjalistycznych pojęć weterynaryjnych. Znajomość chorób gołębi, odpowiedni dobór pasz, higiena gołębnika, profilaktyka, właściwe żywienie i pojenie. Hodowla gołębi rasowych jest kosztowna, związana z ponoszeniem wydatków na zakup nowych osobników, lekarstw czy paszy.
Biorę aktywny udział w pokazach i wystawach gołębi województwa łódzkiego i ogólnopolskich (Poznań, Kielce, Warszawa, Ciechocinek).
Odnoszę sukcesy wystawiając je na pokazach i zajmuję czołowe miejsca pomimo dużej konkurencji. Posiadam dyplomy, puchary i wyróżnienia w rasie.
Jestem miłośnikiem hodowli gołębi, a czas im poświęcony, przynosi mi zadowolenie i wiele satysfakcji.
Chciałbym zachęcić osoby, które są miłośnikami gołębi do ich hodowli, by po kilku latach podobnie jak ja cieszyli się wynikami swojej pracy.
Kazimierz z Kutna
Nadszedł świt.
Słońce od Bieni idzie ku górze.
Promień pada na kwitnące róże
Otulając ciepłem
Odparowuje nocną rosę.
Zewsząd w naturze
Kiełkuje życie.
Trawy mokre poszycie
Powoli na wietrze wysycha.
Śpiew ptaków jest blisko
Budzi się obozowisko
Ziewaniem i przeciąganiem
Witają. Nowy dzień nastanie,
Zaraz będzie śniadanie.
Te mniejsze śpiochy
Spływają z łowiska
Zapalają ogniska.
Będą piec kiełbasę lub złowione ryby,
Albo tak, na niby, niech się pali.
Na wodzie nie ma fali.
Dookoła wszystko w kolorze zieleni
A słońce ku górze idzie od Bieni!
RAFAŁ z Korycina
Kochany Dziadziu!
Ponieważ już teraz czas taki piękny i nam się obydwóm dobrze powodzi, chcielibyśmy kochanego Dziadzię poprosić żeby nam choć na ten krótki czas pozwolił jeździć konno, zwłaszcza że i tak teraz niedługo zacznie się …………… podczas którego kilka godzin francuskiego i polskiego tracimy, a jazda konna najwyżej by nam półtorej godziny zabierała, i przytem na początku podczas rekreacji jeździlibyśmy, a zresztą i tak jedenaście godzin bez ustanku uczyć się prawie jest niemożliwe.
Z Chołoniowa od Buni list dostaliśmy ze szczegółami o pożarze. Spalił się dwór z pawilonami, kuchnia i śpichlerz który o ile z listu Buni sądzić można był prawie całkiem próżny. Ogień rozpoczął się od węgli do samowaru przyniesionych i tak prędko rozwlókł się, że go nie można było powstrzymać. Jak Dziadzio już z gazet wie nikt na zdrowiu nie został uszkodzony ale niebezpieczeństwo tak było wielkie że Bunia i Ciocia Xianiowa z małą Zosią miały wielkie dziury w sukniach wypalone. Sprzęty i wszystko co na dole było zostało wyratowane, ale na górze, gdzie Wujostwo Xianiowie mieszkali prawie się wszystko spaliło. Połowa wyprawy Cioci i inne kosztowności i kilka tysięcy rubli.
List Bunia napisała do domu ekonoma, do którego się przeniesiono nim można było w Skuczu dom na tyle osób przygotować.
Całuję kochanemu Dziadzi rączki i zostaje wraz z Iziem (któremu nasz profesor powiedział że jeżeli tak zostanie pewno otrzyma promocję) Jego przywiązanym wnukiem.
Jaś Żółtowski
Kochany Dziadziu!
Przed kilkoma godzinami list Dziadzi odebraliśmy i bardzo Mu za niego dziękujemy, również jak i za starania się kochanego Dziadzi żeby nam wakacje uprzyjemnić.
Przed listem moim jeszcze zapewne Dziadzio cęzury nasze dostanie.- Przykro nam nadzwyczajnie że się Izio obydwóch „nich …….” jeszcze pozbyć nie mógł, ale trudno mu nadzwyczaj było w tym miesiącu w którymśmy jeszcze nowe brali wszystko poprawić, ale w tym miesiącu będzie się starał tak samo jak tu w przeszłym miesiącu w łacinie tak teraz w grece poprawić, a będzie mu to tym łatwiejszem że cały ten miesiąc wyłącznie na powtarzanie i poprawiania dawniejszych cezur jest zostawiony.
Całuję kochanemu Dziadzi rączki, zostając jego najprzywiązańszym wnukiem.
Jaś Żółtowski
Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych
życzymy wspaniałych spotkań w gronie bliskich osób,
dużo zdrowia i radosnego wiosennego nastroju.
Prezes Związku Rodu Żółtowskich oraz członkowie zarządu.
Moja historia związana z województwem kujawsko-pomorskim sięga roku 1976. Oczekiwaliśmy na mieszkanie na Rubinkowie, jednak los rzucił nas do innego regionu Polski.
A potem….potem zmarł Mąż. Zostałam na wiele lat w Elblągu.
Marzeniem moim jednak był Toruń. W 2000 r. moje marzenie spełniło się i zamieszkałam w Toruniu z moim obecnym Mężem Jerzym. Każdy wolny dzień spędzaliśmy na poznawaniu zabytków i innych ciekawych nieznanych nam miejsc. Chętnie korzystałam z uzdrowisk położonych na terenie naszego województwa. Pamiętam, kiedy w 2011 r. zimą byliśmy z Mężem w sanatorium „Przy Tężni” w Inowrocławiu. Pokoik był na drugim piętrze z widokiem na górkę, skąd dzieci zjeżdżały na sankach. Patrząc przez okno, przypomniały mi się młode lata i poszłam tam. Poprosiłam nieznajomą dziewczynkę, by mi dała zjechać na jej sankach – dziewczynka nieco zdziwiona pozwoliła. Miałam wtedy – ho, ho – lat. Zjechałam, by jednak nie blokować zjazdu, poszłam do pokoju, wzięłam karton i gazetę, wróciłam na górkę i zjeżdżałam właśnie na tych „papierowych sankach”. Cóż to były za zjazdy! Tak, jak w dzieciństwie, gdy nie było w domu sanek. Jerzy miał ubaw i potem wszystkim opowiadał jak to jego żona na gazecie zjeżdżała z górki na sankach. Kiedy tylko jesteśmy w Inowrocławiu, to znajomych zapraszamy na kawę do kawiarni sanatorium „Przy Tężni”, przechodzimy koło tej górki, każdemu opowiadamy o moim dziwacznym wyczynie sportowym. To jest jedno z wielu miłych i niezapomnianych moich wspomnień.
Jak już wspomniałam, dużo czasu poświęcamy na zwiedzanie zabytków naszego województwa. Szczególną uwagę przywiązuję do takiego spędzania czasu, gdy przyjeżdżają do mnie wnuki. Program jest ustalony przed ich przyjazdem. Był rok 2003, przyjechali dwaj wnukowie z Gdańska. Robimy wycieczkę do Kruszwicy na Mysią Wieżę. Chłopcy mieli 11 i 10 lat. Zaparkowaliśmy samochód blisko wieży i wchodzimy na szczyt. Jeremi i Barnaba ruszyli ostro po schodach, a ja bałam się, że jak wyjdą na zewnątrz, mogą się wychylać i to dopiero mogłaby być „przygoda”!. Jako babcia „leciwa”, udałam, że nie mam siły iść. Wrócili, jeden wziął mnie za rękę, a drugi popychał z tyłu. I co? Podstęp udał się. Miałam ich przy sobie. Wycieczka niezwykle udana, niezapomniana dla nich, ale i dla mnie, gdyż jeszcze doszedł rejs po Gople, który pamiętają do dziś.
Powtórzyliśmy ten wyjazd w 2013 r. z kolejnym wnukiem, bratem Jeremiego i Barnaby. Tytus miał 9 latek, jak tylko wysiadł z samochodu, spojrzał w górę i pyta: „Babciu, czy to nie Mysia Wieża, gdzie Popiela myszy zjadły”. Byłam zaskoczona jego wiedzą.

Zauroczyły mnie pałace i zamki znajdujące się w okolicach. Kiedy gościmy u nas rodzinę czy znajomych, jedziemy tradycyjnie do Ciechocinka i Inowrocławia. Wybieramy jakiś pałac lub zamek do zwiedzania.
W ubiegłym roku przyjechał do nas wnuk – student i pojechaliśmy do Radzynia Chełmińskiego zwiedzić zamek krzyżacki, gdzie między innymi były kręcone 2 odcinki filmu „Pan Samochodzik i Templariusze”. Nie tylko na wnuku, ale i na mnie zrobiły wrażenie zachowane do dziś znaki Templariuszy.
Ten zamek to prawdziwa perła naszego województwa – choć ruiny.

Potem było zwiedzanie zamku w Golubiu Dobrzyniu.
Do perełek naszego województwa zaliczyłabym klasycystyczny pałac w Lubostroniu, w którym byliśmy kilka lat temu.
Podziwialiśmy także pałac w Ostromecku. Różnorodność stylów pałaców w kujawsko-pomorskim jest ogromna. Lubię styl barokowy z elementami saskiego rokoko. Pewnie dlatego pałac wywarł na mnie szczególnie miłe wrażenie. Na uwagę zasługuje również Kolekcja Zabytkowych Fortepianów.
Następne miejsce, to Jabłonowo Pomorskie. Zamek zbudowany w stylu neogotyku angielskiego. Ku naszemu zaskoczeniu pięknie utrzymany zamek i ogród. Oprócz informacji o historii budowy i właścicieli pałacu, dowiedzieliśmy się, że mieszkają tu siostry pasterki, a w kaplicy pochowana jest założycielka zgromadzenia matka Maria Karłowska.
Pewnego dnia czytając „Nowości” dowiedziałam się, że za Gniewkowem został oddany w maju 2018 r. pałac w Wierzbiczanach. „No to co, jedziemy zobaczyć kolejną perełkę naszego województwa?”, powiedziałam do Męża. I pojechaliśmy.

Pałac jest piękny, z ogromnym parkiem, zbudowany w stylu neorenesansowym. Zrobił na nas fantastyczne wrażenie, jest przytulny. Wewnątrz czuliśmy się jakby nas witali przyjaciele w swojej posiadłości. Ciepły lipcowy dzień sprzyjał spacerowi po parku, a w restauracji pałacowej zamówiliśmy pyszne jedzenie.
Myślę, że w tym roku odbędziemy kolejne podróże, które dostarczą nam wielu wrażeń, a na następne lata niezapomniane wspomnienia. Wszak podróże z przygodami i zwiedzaniem to moja pasja od młodości.
21.09.2018r
KALINA z TORUNIA
P.S. To moje opowiadanie zostało wyróżnione i znalazłam się wśród ośmiu osób, które otrzymały od Marszałka Województwa Piotra Całbeckiego vouchery na trzydniowy pobyt w Sanatorium ” Dom Zdrojowy” w Ciechocinku.
Oczywiście już tam byłam razem z Jurkiem.

Z Europy wzięliśmy kurs na południowy zachód kierując się w stronę Kanału Panamskiego.
Moje obowiązki zawodowe zakładały dyżury w ambulatorium w wyznaczonych godzinach. W rzeczywistości kapitan nie wymagał bym ściśle przestrzegał godzin przyjęć, lecz w zamian miałem być dostępny dla załogi przez całą dobę, a odnalezienie mnie na statku nie nastręczało trudności. Powierzono mi pieczę nad basenem 8x4m. umieszczonym w części rufowej, który po wyczyszczeniu został ubarwiony dowcipnymi rysunkami Bolka, asystenta radiooficera.

Bolko to nietuzinkowa postać. Wszechstronnie utalentowany – poeta (w czasie rejsu dotarła wiadomość o uhonorowaniu jego tomiku wierszy II nagrodą ministra kultury), znakomity rysownik, kompozytor i wykonawca piosenek shanty. Do swoich obowiązków służbowych podchodził jednak w sposób nieortodoksyjny – no cóż – artysta. Pod jego kierunkiem powstał zespół muzyczny, który pod koniec rejsu dał koncert dla załogi. Wśród wykonawców, nie wiadomo dlaczego, znalazłem się i ja mimo twierdzenia, że „trójkę” z muzyki miałem tylko dzięki znajomości teorii. Dni na pełnym oceanie z pewnością dłużyłyby się, gdyby nie pomysłowość kapitana. Zaprosił mnie na pogawędkę i zaproponował wybudowanie baru w części rufowej statku, oddając do dyspozycji cieślę i bosmana oraz niezbędne materiały i narzędzia.
Z doświadczenia wiedział, że mimo zakazu marynarze i tak piją w kajutach (w kantynie można było kupić alkohol legalnie, nie można go było jednak spożywać na statku, bo to miejsce pracy!), a więc lepiej, żeby to robili publicznie, bo wtedy bardziej będą się ograniczać. Na moje wątpliwości co do reakcji armatora odpowiedział, że przez wiele lat pracy wyrobił sobie opinię człowieka bezwzględnie walczącego z pijaństwem na statkach i jeżeli ktoś doniesie o tym fakcie, to i tak mu nie uwierzą. Zabraliśmy się dziarsko do pracy i w kilka dni stanęła drewniana konstrukcja przyozdobiona oczywiście rysunkami Bolka. Tak powstał bar „U Magellana”.

Wieczorami mogliśmy podziwiać zdjęcia z Sahary w pastelowych barwach, łączące zabytki kultury i formy geologiczne, prezentowane przez pasażera Andrzeja, który kilka lat pracował na kontrakcie w Libii (inżynier lotnictwa, żeglarz, kapitan jachtowy, podróżnik, właściciel prywatnego muzeum pod Warszawą, malarz-pejzażysta).Wody oceanu były spokojne i mijając wyspę St. Maria z archipelagu Wysp Azorskich zauważyliśmy towarzyszące nam dwa młode delfiny, dzielnie ścigające się ze statkiem płynącym z szybkością 16 węzłów.
Wraz z kapitanem skontrolowaliśmy stan sanitarny pomieszczeń i było trochę pracy papierkowej. Wieczorem zazwyczaj siadywaliśmy w kilka osób, by przy gitarach poćwiczyć shanty. W zespole, oprócz Bolka i mnie, znaleźli się również: I radiooficer Zbyszek, dziennikarz Polskiego Radia Marian i motorzysta. Któregoś dnia zostałem zaproszony przez pasażerów z Holandii jako czwarty do brydża. Nie mogłem odmówić. Szybko uzupełniłem swoją znajomość angielskiego o licytację w tym języku i jakoś poszło. Przed każdym z uczestników gry stała filiżanka herbaty i leżał jeden herbatnik. Rytuał ten powtarzał się jeszcze wielokrotnie podczas rejsu.
Ludzie morza mają w obowiązku sobie pomagać. Pewnego dnia poprosił o pomoc medyczną kapitan jugosłowiańskiego statku, zostałem więc wezwany do radiostacji. Z informacji jakie mi przekazał wynikało, że jego marynarz najpewniej miał objawy zapalenia wyrostka robaczkowego. Po wymianie kilku zdań okazało się, że kapitan ma żonę Polkę i świetnie sobie radzi w naszym języku, więc dalsza rozmowa potoczyła się wartko. Ponieważ znajdowali się niecałe 2 dni od Vancouver, zaleciłem okład z lodu na brzuch i antybiotyk, oraz jak najszybsze zawinięcie do portu celem przekazania chorego do szpitala. Tyle tylko mogłem zrobić.
Należy wspomnieć, że co dwa dni cofaliśmy wskazówki zegarka o jedną godzinę – można się było przyzwyczaić. Zrobiło się cieplej. Przekroczyliśmy Zwrotnik Raka i wpłynęliśmy na Morze Sargassowe, znane jako jedyne na świecie miejsce tarła węgorzy. Węgorzy co prawda nie widzieliśmy, ale za to na pokładzie lądowały raz za razem „latające” rybki wielkości sardynek. Znaleźliśmy się w tajemniczym Trójkącie Bermudzkim. Późnym wieczorem na horyzoncie ujrzeliśmy rzęsiście oświetlony statek, zapewne pasażerski, a może to UFO?
W dzień moich imienin 19 stycznia minęliśmy Haiti i przemierzaliśmy Morze Karaibskie wzdłuż 17. równoleżnika szerokości północnej. Ponieważ piratów nigdzie nie było widać, rozpoczęły się przygotowania do imprezy inaugurującej otwarcia baru, a okazją były moje imieniny i urodziny bosmana, najstarszego marynarza na statku. Kucharz stanął na wysokości zadania i przygotował tort, a kapitan dołożył szampana w związku z czym jubilat i solenizant postawili kolejkę dla wszystkich. Nie obyło się bez tańców. Bawiła się cała załoga, prócz pełniących wachtę. Następnego dnia wpłynęliśmy na redę Cristobal (Panama). W tym czasie miał miejsce konflikt zbrojny między USA, a Panamą i o zejściu na ląd nie mogło być mowy. Rekompensowałem to sobie robiąc zdjęcia interesująco wyglądających budynków stojących na nabrzeżu. Ku mojemu zdziwieniu wywołało to nerwową reakcję I oficera, który polecił mi natychmiast schować aparat. Okazało się, że beztrosko fotografowałem wojenną bazę amerykańską. Na szczęście obyło się bez reperkusji. Po zatankowaniu paliwa wpłynęliśmy na wody Kanału Panamskiego. Jego budowa pochłonęła ok. 30 tys. ofiar, głównie z powodu epidemii malarii. Skutecznym w walce z komarami okazał się środek DDT i dziś już nie ma tego skrzydlatego zagrożenia. Wokół kanału królują cykady, których ogłuszający chór nie pozwalał nam zasnąć. Budowę kanału zakończono w 1916 r. Jego wody są zasilane z wyżej położonego jeziora, co pozwala wyrównać różnicę poziomów między oceanami wynoszącą 26 metrów. Kanał ma 6 śluz, jest dość wąski, statki są ciągnięte przez małe, lecz bardzo silne lokomotywy poruszające się po szynach na zębatych kołach. Oczywiście pobierana jest opłata w zależności od wyporności jednostki pływającej. Najniższą opłatę, bodajże 27 centów amerykańskich, uiścił pływak, który wpław pokonał kanał. Płynęliśmy w nocy i niestety nie udało mi się wykonać zdjęć o wystarczającej ostrości. Zamarzyło mi się, by w przyszłości przebyć ten kanał w dzień. Nie mogąc zbyt wiele dostrzec na brzegu, obserwowałem dramatyczną walkę ogromnej, kolorowej ćmy wielkości mojej dłoni, która zawzięła się na naszą żarówkę o mocy 1500 W umieszczoną nad basenem. Po przypaleniu sobie skrzydeł spadała do wody w basenie, po czym podrywała się do lotu i ponownie leciała ku swojemu śmiertelnemu przeznaczeniu. Ten wstrząsający spektakl trwał około 1 godziny.
Po północy wpłynęliśmy na wody Pacyfiku, który zgodnie ze swoją nazwą w tym momencie był nad wyraz spokojny.
MARIUSZ ze Sztumu
2018 rok, był szczególnym dla nas Polaków. W różnych regionach naszego kraju odbywały się wydarzenia upamiętniające bohaterów i postaci, szczególnie zasłużone dla przyczynienia się w odzyskaniu niepodległości i pracy u podstaw na rzecz Polski i regionu, w którym mieszkali i pracowali. Postacią taką dla Kutna był Honorowy Obywatel Miasta dr Antoni Troczewski (1861-1928), lekarz, działacz społeczny i polityczny. W związku z wydarzeniami, które przypominały ogromne zasługi jego wielokierunkowej pracy dla miasta, przybliżono także osoby, które z doktorem współpracowały i działały na rzecz rozwoju Kutna.
Jednym z nich był lekarz hrabia Jan Antoni Żółtowski. Używał tytułu hrabiowskiego. W 1917 r. doktor Jan Antoni Żółtowski był drugim obok doktora Antoniego Troczewskiego lekarzem kutnowskiego szpitala. Zajmował się chorobami wewnętrznymi, a także nadzorował oddział zakaźny. W 1917 r. podczas szalejącej w Kutnie i okolicach epidemii tyfusu plamistego, doktor Żółtowski przyczynił się do jej opanowania i zwalczenia. Prasa lokalna obszernie pisała o tym wydarzeniu.
Poza pracą zawodową pełnił wiele społecznych funkcji. Od 1911 r. był prezesem Towarzystwa Teatralno- Muzycznego. Towarzystwo bardzo prężnie działało aktywizując społeczność lokalną. Działał amatorski teatr. Dużym powodzeniem cieszyła się sztuka Aleksandra Fredry pt.”Damy i huzary”, Władysława Anczyca – „Łobzowanie”, „Flisacy”, „Błażej opętany” , a także sztuki innych autorów tamtego czasu. Zapraszano również zespoły teatralne i wybitnych śpiewaków operowych z Warszawy i Włocławka. Organizowano wycieczki, bale karnawałowe, koncerty muzyczne, wystawy malarskie. Dostarczały one mieszkańcom rozrywki, a także wpływały na kulturalny i patriotyczny odbiór dzieł sztuki.
Dr Żółtowski był członkiem założycielem Towarzystwa Popierania Handlu, Przemysłu i Rzemiosła „Rozwój” w Kutnie, które poprzez udzielanie taniego kredytu pomagały w stopniowym przechodzeniu firm w polskie ręce kupcom czy rzemieślnikom. Wspierał obóz niepodległościowy, a w szczególności Związek Strzelecki który powstał w Kutnie w 1912 r. Związek ten był paramilitarną organizacją społeczno-wychowawczą, powstał w 1910 roku we Lwowie z inicjatywy nielegalnego Związku Walki Czynnej, aby umożliwić działania pozwalające na budowę szerszej organizacji militarnej. Członek tego ruchu Z. Malanowski pisał: „Korzystając z patriotycznego ducha naszego oddanego nam sercem dra Żółtowskiego odbyliśmy w jego lokalu przy ul. Toruńskiej wojskową komisję lekarską, na której nieustraszony lekarz wystawił nam orzeczenia kwalifikacji żołnierskiej”. W Kutnie mieszkał w Antoniewie, dzisiaj, ulica Łąkoszyńska. 5 stycznia 1905 roku doktor Żółtowski wpisany był do rejestru ludności Kutna z dopiskiem: „Zapisany na zasadzie nominacji Warszawskiego Gubernatora z dnia 5.I.1905 r. nr 1189 jako naznaczonego na posadę lekarza miejskiego”.
Doktor był ziemianinem, w 1916 r. nabył wraz z żoną Zofią majątek ziemski Emilianów, w powiecie kutnowskim. Mieszkał z rodziną we dworze do 1925 r. Budynek był murowany, parterowy z mieszkalnym poddaszem, z gankiem i balkonem oraz facjatą. Dwutraktowy dach kryty dachówką. Okolony pięknym parkiem dworskim. Po wojnie, po odebraniu ostatnim właścicielom, uległ całkowitemu zniszczeniu. Dziś dworu już nie ma.
Miejscowa prasa z żalem odnotowała opuszczenie Kutna przez doktora Żółtowskiego. Wyprowadził się z rodziną do Poznania, gdzie praktykował jako lekarz. Zamieszkali przy ulicy Libelta 12.
W Poznaniu rozpoczął działalność społecznikowską. Został prezesem Poznańskiego Koła Miejskiego Związku Obrony Kresów Zachodnich. Była to Polska organizacja patriotyczna założona przez działaczy Komitetu Obrony Górnego Śląska, przekształcona w Polski Związek Zachodni. Zadaniem tej organizacji było współdziałanie z władzami w zakresie zagadnień polsko- niemieckich, broniono praw narodowych, walczono z przejawami separatyzmu na terenie Górnego Śląska i Pomorza. W 1934 r. zostaje założycielem i prezesem Komitetu Pomocy Kulturalnej dla Polaków w Czechosłowacji, dotyczącej zapewnieniu podtrzymywania kultury narodowej mniejszości polskiej na tzw. Zaolziu.
Przed wybuchem II wojny światowej wyjechał do syna Janusza do Stanów Zjednoczonych. Tam spędził czas okupacji.
Hrabia Jan Antoni Żółtowski był stryjem Stefana z Podkowy Leśnej, rodzonym bratem jego ojca Stefana Juliana. (Wspominano o nim w nr 6-8 Kwartalnika ZRŻ z października 1994 r.). Wywodzili się z odnogi Trębińsko- Radzanowskiej.
Jan Antoni urodził się 5 grudnia 1875 r. w Sokolnikach w gminie Drobin na Mazowszu Płockim w rodzinie szlacheckiej. Jego rodzicami byli Edmund Ignacy herbu Ogończyk i druga jego żona Helena z Mystkowskich herbu Jastrzębiec.
Dyplom lekarza uzyskał w 1900 r. Rozpoczął praktykę lekarską w Warszawie.
Ożenił się z Zofią Łukawską, córką Ludwika i Bronisławy z Kossobudzkich 8 lipca 1902 r. Małżonkom 10 czerwca 1903 r. przychodzi na świat pierwszy syn Janusz Antoni. Córki doktora rodzą się w Kutnie, w 1907 r. Zofia Maria, a Danuta Stefania w 1913 r.
Syn Janusz, ukończył Państwowe Gimnazjum Męskie im. Gen. Jana Henryka Dąbrowskiego w Kutnie w 1921 r., następnie Wydział Prawa Uniwersytetu w Poznaniu oraz Prawo Międzynarodowe w Hadze. Był dyplomatą. Początkowo pełnił misję we Francji. W latach 1933-1945 pracował jako radca finansowy Ambasady Polskiej w Stanach Zjednoczonych. Aktywnie uczestniczył w procesie wytoczonym władzom francuskim w sprawie transportu polskiego złota zdeponowanego w Banku Francuskim. Po II wojnie światowej krótko był charge d’affaires ambasady PRL w Waszyngtonie, podpisał w imieniu Polski deklarację ONZ w San Francisco. Nie godząc się z kierunkami polityki rządu PRL, w 1950 r. poprosił o azyl polityczny. Zmarł na atak serca w 1969 roku. Pochowany jest w Nowym Jorku.
Córka Zofia Maria wyszła za mąż w 1930 r. w Warszawie za rotmistrza 15. Pułku Ułanów Wielkopolskich Leona Prus-Prusznowskiego. Był on majorem w Sztabie Generalnym. Małżonkowie mieszkali na Litwie. Tam zastała Zofię Marię II wojna światowa. Gdy we wrześniu 1939 r. weszli bolszewicy do Polski, udało jej się w ostatniej chwili uciec do Szwecji, skąd pojechała do swojego brata Janusza do Stanów Zjednoczonych. Majora Leona Prus- Pruszanowskiego bolszewicy zamordowali w Katyniu w 1940 r.
Danutę Stefanię wojna zastała w Szwajcarii, skąd wyjechała do USA.
Żona doktora Zofia Maria przeżyła niemiecką okupację. Doczekała się powrotu męża, który po wyzwoleniu powrócił z USA. Zmarł 12 października 1949 r., został pochowany na jednym z poznańskich cmentarzy. Zofia zmarła w 1963 r. i pochowana została razem z mężem.
Siostry Janusza, mieszkające w USA, jako spadkobierczynie domów w Poznaniu, przekazały je na dobro Zakładu dla Ociemniałych w Laskach.
Hrabia Jan Antoni Żółtowski, znakomity lekarz, działacz społeczny, ziemianin, miał pięknie zapisaną kartę historii swojego życia.
Spacerując z Kaziem ulicami naszego miasta, czujemy, iż stąpamy śladami doktora sprzed 100. lat i jesteśmy dumni, z naszego przodka, za jego zasługi dla Kutna w opanowaniu tak strasznej epidemii tyfusu plamistego i społecznej działalności w stowarzyszeniach, które przyczyniły się do rozwoju, ożywienia życia umysłowego, kulturalnego, patriotycznego i gospodarczego w Kutnie.
ELŻBIETA z KUTNA

Lidko, opowiedz skąd wywodzą się Twoje korzenie?
Protoplastą mojej rodziny był Ludwik Żółtowski, pochodzący z Mazowsza, ale w jakich okolicznościach trafił do Sankt Petersburga, nie wiem. Urodził się prawdopodobnie ok. 1860 r. Pracował w Zakładzie Putiłowa w Sankt Petersburgu. Właścicielem tej fabryki był Nikołaj Putiłow. Była ona największą firmą metalurgiczno-maszynową w Rosji na początku XIX wieku i trzecią co do wielkości w Europie. Produkowano w niej stal i żeliwo, różne typy maszyn, m. in. wojenne.
Z cywilnej produkcji turbiny, lokomotywy parowe, wagony.
Żoną jego była Barbara Jagmin, która zmarła w miejscowości Miedwidy k. Poniewieża w 1935 r. Ludwik Żółtowski zmarł w 1917 r. w Sankt Petersburgu. Małżonkowie mieli dwoje dzieci, Aleksandra urodzonego w 1888 r. i Barbarę, która zmarła w wieku 12 lat w Petersburgu. Aleksander był oficerem armii carskiej. Po I wojnie światowej, prawdopodobnie w związku z odbudową państwowości polskiej, już wiosną 1918 roku rozpoczęła się masowa repatriacja z Petersburga uchodźców i emigrantów narodowości polskiej, którzy wybrali obywatelstwo polskie na Kresy. Dziadek Aleksander został pracownikiem Konsulatu Polskiego na Litwie. Założył rodzinę i ożenił się w 1916 r. z Olimpią Babicz, ur. 1898 r. we wsi Babicze, w pobliżu rzeki Wili, obecnie znajdującą się w granicach Białorusi. Ślub wzięli jeszcze w Sankt Petersburgu. Urodził im się syn – mój ojciec Benedykt Żółtowski 18 marca 1921 r. w Nowej Wilejce, leżącej we wschodniej części Wilna. Ojciec ożenił się z mamą Anną Pozlewicz, ur. 8 kwietnia 1921 r. w Markunach, wsi położonej w rejonie obwodu grodzieńskiego na Białorusi. Rodzice wzięli ślub w 1941 r. w kościele p.w. św. Michała Archanioła w Michaliszkach, obecnie wsi leżącej na Białorusi w rejonie ostrowickim obwodu grodzieńskiego.
Czując się Polakami, po zakończonych działaniach wojennych chcą zamieszkać w Polsce. W 1945 r. są skierowani na Ziemie Odzyskane i tak trafiają do Sulechowa. Tutaj rodzą się dzieci. Najstarszy brat Henryk urodził się 1945 r. w Warszawie, podczas transportu kolejowego do Sulechowa. Kolejno na świat przychodzą córki: Anna, Aleksandra i ja, najmłodsza, Lidia, urodzone już w Sulechowie. Muszę nadmienić, iż z rodzicami przyjechała mama ojca, babcia Olimpia z Babiczów Żółtowska. Dziadek Aleksander nie wrócił z nimi, gdyż jak wynika z relacji babci, dziadkowie się rozstali, ale babcia nie chciała nigdy tej historii swojego życia opowiedzieć nam wnukom, po prostu milczała. Rodzice musieli zacząć budować swoje życie od początku.
W Babiczach byli właścicielami ziemi i zajmowali się prowadzeniem gospodarstwa. Ojca niewiele pamiętam, miałam 6 lat, zmarł w 1960 r. w wieku 39 lat. Pracował w Technicznej Obsłudze Maszyn Rolniczych w Sulechowie. Podobno, był przystojnym, wysokim mężczyzną. Zmarł nagle na zawał serca. Mama z babcią musiały podjąć się heroicznego trudu wychowania nieletnich dzieci. Udało im się. Babcia odeszła w 1975 r., a mama 1996 r. Pochowane są wraz z ojcem na sulechowskim cmentarzu. Mama z babcią niewiele opowiadały o swoim życiu na Kresach. Domyślam się, iż była to dla nich trauma wojenna, zostawienia całego swojego dorobku, tamtego znanego im życia i wyjazdu na nieznane ziemie, po prostu wypierały te wspomnienia. Zajęły się codziennymi problemami, tym bardziej, że zostały same z czwórką małych dzieci. Krążyły opowieści o bogatym i rozrywkowym życiu babci Olimpii. Miała swoją restaurację. Wysoka, szczupła, elegancka, ładnie ubrana i dowcipna, prowadziła ciekawe konwersacje. Mówiła ładną polszczyzną z lekkim wschodnim akcentem. Nic dziwnego, że zakochał się w niej oficer, dziadek Aleksander. Ale to były przedwojenne kresowe czasy, które już nigdy nie wróciły.
Byłaś jedną z niewielu osób, która miała zaszczyt uczestniczyć w II zjeździe Związku Rodu Żółtowskich w Zajączkowie. Jakie odniosłaś wrażenie ze spotkania i kto Cię zaprosił?
Pamiętam dokładnie tę chwilę i dreszczyk emocji, gdy po przyjściu z pracy w sierpniu 1993 roku, otwierając skrzynkę na listy, wyjęłam szarą kopertę z pieczątką Związku Rodu Żółtowskich, a w środku znajdował się list od Zbigniewa Żółtowskiego ze Skierniewic, zapraszający mnie na zjazd do Zajączkowa. Podał także numer telefonu do siebie. Oczywiście, że zatelefonowałam. Zbigniew pracował w Urzędzie Miasta w Skierniewicach i przypadkiem, gdzieś widniało moje nazwisko i tak mnie odnalazł. Dzisiaj byłoby to niemożliwe ze względu na ochronę danych osobowych, ale wtedy nie było to problemem. Pełna radości i niepewności spotkania z Żółtowskimi pojechałam do Zajączkowa k. Szamotuł 9 września 1993 r.. Pamiętam, że Zajączkowo przywitało mnie piękną słoneczną pogodą. Zjechali się Żółtowscy z całej Polski: ze Szczecina, Łodzi, Gliwic, Poznania, Skierniewic, Korycina, Sandomierza, Białegostoku, Warszawy, Podkowy Leśnej czy Suwałk. Przyjechały 63 osoby. W piątek 10 września po śniadaniu zjazd rozpoczął się zebraniem zapoznawczym. Po kolei wstawaliśmy opowiadając, kim jesteśmy, skąd przybyliśmy, krótka opowieść o rodzinie. Dopatrywaliśmy się wspólnych cech dla naszego rodu. Zauroczona byłam spotkaniem z Żółtowskimi, a także trafnym wyborem miejsca zjazdu, czyli zespołu pałacowo-dworskiego należącego wcześniej do rodziny Żółtowskich. Dwór z parkiem okolony jeziorem, w którego wodach odbijały się otaczające je lasy. Toteż na pomoście wysuniętym w jezioro, staliśmy zapatrzeni w malowniczy krajobraz, opowiadając rodzinne historie. Andrzej Ludwik prezes Związku przedstawił nam linię wielkopolską Żółtowskich, z której się wywodził. W sobotę 11 września obyła się wycieczka po wielkopolskich pałacach należących przed wojną do rodziny Żółtowskich: Czacz, Głuchów, Wargowo, Myszkowo czy Jarogniewice. Wieczorem rozpalamy ognisko i się integrujemy. Gwiazdą ogniskowego spotkania był Ryszard z Suwałk, który śpiewająco zabawiał Żółtowskich. Duże wrażenie zrobił na mnie Michał z Lasek. Niewątpliwie wielka i pełna osobistego uroku postać. W niedzielę odbyła się Msza Święta we wsi Psarskie w intencji rodzin Żółtowskich oraz zmarłych przodków. Do zarządu wybrano aż 15 osób, a ja zostałam członkiem pierwszego reaktywowanego zarządu ZRŻ. A właściwie z Bożeną Wandą z Warszawy byłyśmy jedynymi kobietami w męskim towarzystwie Żółtowskich. Stało się tak dlatego, iż na pierwszym zjeździe w Skierniewicach przegłosowano uchwałę o dopuszczeniu do członkostwa także kobiet. Wcześniej kobiety nie miały takich praw. Moim zadaniem było pisanie relacji ze zjazdów.
Co roku przyjeżdżałaś cyklicznie na zjazd, ale od kilku już lat uczestniczysz sporadycznie.
Od kilku lat trapią mnie problemy zdrowotne, ale jakoś doszłam już do siebie i myślę, że w tym roku uda mi się przyjechać na zjazd do Wiktorowa. Korzystam z komunikacji publicznej, lecz nie zawsze połączenia komunikacyjne są dla mnie komfortowe, zwłaszcza, gdy oddalone jest miejsce zjazdu od przystanku kolejowego, czy autobusowego. Ale nie mogę narzekać, na Żółtowskich mogę zawsze liczyć, zwłaszcza w kwestii odbioru mnie ze stacji.
Lidko, czym zajmowałaś się zawodowo?
Przepracowałam 25 lat w administracji, w Spółdzielni Niewidomych „Piast” w Sulechowie. Podobała mi się ta praca, zwłaszcza, iż stykałam się z problemami ludzi niewidomych. Ci ludzie tworzyli wspaniałą niepoddającą się grupę, walczącą o godność i niezależność. Ze względu na moje problemy zdrowotne, wcześnie przeszłam na rentę inwalidzką.
Wiem, że tworzysz piękne artystyczne rękodzieła, teraz bardzo modne. Opowiedz o nich.
W moim domu rodzinnym odkąd sięgnę pamięcią, trzy pokolenia kobiet, czyli: babcia, mama, i ja z siostrami dziergałyśmy włóczki na szydełkach. Tworzyłyśmy różne przepiękne cudeńka, między innymi serwetki, obrusy, firaneczki, torebki oraz ozdoby wielkanocne i bożonarodzeniowe. Sama często wymyślałam wzory, a także korzystałam z fachowych pism. Praca na szydełku pozwala mi zapomnieć o problemach dnia codziennego, po prostu wycisza.
Mogłabyś opowiedzieć o swoich bliskich, czym się dzisiaj zajmują?
Siostra Anna, była główną księgową w przedsiębiorstwie produkującym zbiorniki wodne. Aleksandra, księgową w Kuratorium Oświaty. Brat Henryk , pracował w obsłudze technicznej w Kopalni Miedzi Polkowice. Zmarł w 2016 roku. Siostrzenica Żaneta, skończyła rusycystykę i pracuje w banku, Monika, socjologię, jest asystentką prezesa w zagranicznej firmie, zaś siostrzeniec Andrzej, szkołę wojskową i jest zawodowym żołnierzem Straży Granicznej. Dzieci brata po skończeniu studiów wyjechały za granicę i tam pracują. Aleksander mieszka w Niemczech, a Agnieszka w Szwajcarii.
Czy Sulechów jest dla Ciebie najpiękniejszym miastem?
Ależ oczywiście, jest dla mnie najpiękniejszym miastem na świecie. Sulechów leży w dorzeczu rzeki Odry, okolony malowniczym lasem. W mieście każdy skwerek porośnięty jest zielenią i kwiatami. To miasto pierwszych Piastów, które wchodziło w skład państwa Mieszka I., znajduje się w nim dużo zabytków. Na uwagę niewątpliwie zasługuje piękny neogotycki z XVIII wieku Ratusz Miejski, siedziba władz samorządowych miasta, wieża ciśnień, zamek z wieżą z XV wieku, mury obronne zbudowane z kamienia polnego, piękne aleje lipowo-klonowe. To miasto młodzieży szkolnej i studentów. Tutaj mieszkają moi bliscy. Spędzamy wspólnie święta i rodzinne uroczystości, często wspominając nasz rodzinny dom, pełny życzliwej atmosfery, radości, żartów i śmiechu. Jestem dumna z moich siostrzenic i siostrzeńca. Uczestniczę w różnych wydarzeniach kulturalnych w mieście. W listopadzie rozbrzmiewa muzyka Fryderyka Chopina. Każdego roku odbywają się w Sulechowie festiwale muzyki chopinowskiej. W czasie podróży do Berlina w 1828 r. Fryderyk Chopin zatrzymał się w Sulechowie. Ten epizod z jego życia mieszkańcy upamiętnili okolicznościową tablicą, umieszczoną na ścianie ratusza w 1958 r., z okazji 130. rocznicy pobytu kompozytora w mieście. Fryderyk Chopin miał wtedy 18 lat i zagrał spontaniczne na fortepianie poczmistrza, fantazje na tematy polskich pieśni ludowych. Tutaj każde miejsce jest urokliwe, przepełnione gwarą, optymizmem i śmiechem. Kocham tu mieszkać, tu się urodziłam i tu chcę spędzić resztę mojego życia.
Dziękuję za rozmowę i życzę zdrowia i radości.
ELŻBIETA z KUTNA
Malutki kawałek ziemi.
Kupiony w ostatniej chwili.
Stale nas zaprasza,
Byśmy na nim gościli.
Potulny, nie kapryśny,
Dobrze ułożony
Według planów Stefanii.
Pozwala się obsadzać
Wszelkimi roślinami.
I dźwiga ciężki skalniak
Z pięknymi kwiatami
Między schodami,
A kręgiem na ognisko.
Na samym skraju
Zasiadła rodzina Machonii.
Przyjęły w gościnę dwie Tuje.
Od wody wilgoć się czuje.
Wierzby i Olszyny pną się do nieba.
A nam niewiele trzeba.
Pieścimy te rośliny, łowimy ryby.
Dzieci pluskają się w wodzie,
Psy biegają i sąsiedzi są mili.
Na małym kawałku ziemi
Kupionym w ostatniej chwili.
RAFAŁ z KORYCINA
.