Drogiej Jubilatce
JANINIE OLSZEWSKIEJ
z Wrocławia
z okazji dziewięćdziesiątych urodzin
życzymy, radości i szczęścia,
jak również długich lat życia w zdrowiu.
Prezes Związku Rodu Żółtowskich
Mariusz ze Sztumu
wraz z członkami zarządu

Drogiej Jubilatce
JANINIE OLSZEWSKIEJ
z Wrocławia
z okazji dziewięćdziesiątych urodzin
życzymy, radości i szczęścia,
jak również długich lat życia w zdrowiu.
Prezes Związku Rodu Żółtowskich
Mariusz ze Sztumu
wraz z członkami zarządu

W
Dumny jestem, że jestem Polakiem i noszę tak szlachetne nazwisko
Wiesławie, kto cię odnalazł i zaprosił na zjazd Związku Rodu Żółtowskich?
Do Chicago przyjechał syn Rafała Roman. Kiedy spotkaliśmy się, powiedział, że w Polsce organizowane są coroczne zjazdy Żółtowskich. Spytał czy byłbym zainteresowany tymi spotkaniami. Podał kontakt do swojego ojca Rafa, który przybliżył mi ideę Związku Rodu Żółtowskich i zaprosił na zjazd.
Czy pamiętasz Twoje pierwsze zjazdowe spotkanie i co Cię najbardziej zaskoczyło?
Na pierwsze spotkanie przyjechałem w 2003 roku do Mąchocic Kapitulnych. Jak okazało się, był to już XII zjazd ZRŻ, a w następnym 2004 roku przybyłem do Popowa k. Warszawy z profesorem Wolskim, który przedstawił moją genealogię.
Zachwyciła mnie sama idea zjazdu, że Żółtowscy się integrują, spotykają, że tworzą i mają swój „Kwartalnik”. Samo nazwisko zobowiązuje, po prostu piękny cel.
Twoje korzenie rodzinne, Twój dom.
Do Unii Lubelskiej nie było nazwisk. Wcześniej była przynależność rycerska, były zawołania, miejscowości, umiejętności, imiona. Dopiero po Unii Lubelskiej powstawały nazwiska. I tak nadane od miejscowości Żółtowo spod Mochowa powstało nazwisko Żółtowski, stąd pochodzą moje korzenie. Poprzez podziały i różne koligacje rodzinne, poprzez małżeństwa zawierane z Kamińskimi z Kamionek, z Dzięgielewskimi i innymi rodami trafiliśmy do Włoczewa, parafii Proboszczewice koło Płocka.
Dziadków nie pamiętam. Wcześnie odeszli. Pamiętam tylko babcię od strony mojej mamy, która zmarła tuż po mojej komunii. Rodzinny majątek został podzielony między dzieci. Ojciec wyszedł z siedliska swoich rodziców i osiedlił się na pustej działce. Stworzył gospodarstwo, budując od początku dom i budynki gospodarcze. Ogólnie było biednie, gdyż ojciec musiał spłacić swoje dość liczne rodzeństwo.
Czego nauczyłeś się od rodziców?
Z domu rodzinnego wyniosłem najpiękniejsze cechy. Rodzice nauczyli mnie pokory, szacunku dla innych osób, przede wszystkim starszych. Pielęgnacja i dbanie o kobiety. Są one piękne, delikatne i całe życie trzeba o nie dbać. Ten szacunek wobec kobiet zaszczepił mnie i braciom bliźniakom starszym ode mnie o pięć lat nasz tata. Mam też siostrę bliźniaczkę. Miałem jeszcze siostrę, która w wieku 25 lat zmarła.
Jak potoczyły się Twoje dalsze losy? Dlaczego wyemigrowałeś do USA?
W latach 1976-1978 będąc młodym człowiekiem, pracowałem jako ratownik nad jeziorem Białym k. Gostynina i w Szczutowie k. Sierpca. Zarabiałem nawet dość przyzwoite pieniądze. Była we mnie jednak silna wola wyjazdu za granicę. Pociągał mnie zachód ze względu na możliwość rozwoju młodych ludzi i zarabiania dużych pieniędzy.
Trzykrotnie odmawiano mi wydania paszportu. Miałem przede wszystkim nieuregulowaną służbę wojskową. Ale ja byłem uparty.
Zapisałem się do Wyższej Szkoły Pilotażu w Dęblinie. Pomyślałem, że nauczą mnie latać i ja im ucieknę. Z chętnych kandydatów 36. chłopaków przeszło wytrzymałość fizyczną tylko dwóch, między innymi ja i zostałem przyjęty do tej szkoły. W Płocku należałem do koła fotograficznego i wykonywałem zdjęcia z aparatu „Druh” . Umiejętność ta też mi się przydała.
Poprosiłem majora z WKU w Płocku o wydanie zgody na wyjazd do Wiednia, celem sfotografowania zabytków. Zgodził się. W 1978 r. dostałem paszport na 10 dni. Spakowałem małą walizeczkę i na drugi dzień wsiadłem do pociągu „Chopin” w Krakowie i dotarłem do Wiednia. Rodzina nie wiedziała. Gdy ich poinformowałem, że wyjeżdżam do stolicy Austrii, pukali się w głowę. Oczywiście, potem mieli problemy. Nie mogli otrzymać paszportu.
W Wiedniu przebywałem dziewięć miesięcy. Przytrafiły mi się różne nieprzyjemne przygody. Zostałem oszukany, bez środków do życia. Na szczęście udało mi się dostać pracę. Żyłem tylko myślą wyjazdu do Stanów. Wreszcie po upływie dziewięciu miesięcy 18 października dotarłem do Nowego Jorku. Zamieszkałem na Manhatanie. W tym czasie odbywał się strajk śmieciarzy. Poprosiłem, aby Emigracja Ewidencyjna przeniosła mnie do Chicago. Dokładnie pamiętam, 20 października 1979 roku kupiłem w polskim kościele gazetę „Dziennik Związkowy”, aby wynająć mieszkanie. I tak trafiłem do rodziny, która mnie przyjęła. Dostałem stypendium i zapisałem się na uczelnię. Wysokość opłaty za semestr wynosiła jeden dolar. W okresie wakacyjnym zatrudniłem się w firmie sprzątającej galerie handlowe. Podobała mi się ta praca i w 1983 roku założyłem własną firmę. W pierwszym okresie środki czyszczące kupowałem od firmy zewnętrznej. Wydawały mi się za drogie, wobec czego postanowiłem, że sam zacznę produkować środki do mycia podłóg, szyb, czy dywanów.
Moja firma zajmowała się sprzątaniem już w trzech stanach, a nawet sprzedawałem produkty środków czystości do sklepów. Moja oferta była konkurencyjna, wobec innych przedsiębiorstw na rynku. Zatrudniałem wtedy w najlepszym okresie 900 osób, głównie rodaków z Polski. To nie podobało się konkurencji. W 1988 roku, gdy byłem z żoną na wakacjach nasłali na mnie Urząd Emigracyjny. Trochę przeszkadzali i nękali mnie. W latach dziewięćdziesiątych dowiedziałem się, że w Polsce jest już wolność gospodarcza, wobec tego postanowiłem w 1990 roku zapakować wszystkie maszyny produkcyjne do kontenerów i przewieść je do Polski, do Limanowej. I tak już w roku 1991 powstała w Polsce firma „Gold Drop”, zajmująca się produkcją środków czystości.
Moich dwóch zdolnych menadżerów pochodziło z Bochni i Nowego Targu. Pracowali w Chicago i okazali się dobrymi organizatorami. Powołałem ich na pierwszych prezesów w firmie i nadal pracują.
Odniosłeś sukces. Współpracujesz z wieloma krajami. Produkty Twojej firmy trafiają na rynki prawie całego świata.
Do 44 krajów, czyli prawie 1/4 rynków światowych. Głównie trafiają do krajów Unii Europejskiej, Ameryki, Kanady, Polski i innych.
Członkowie związku mieli okazję na Twoje zaproszenie w 2014 roku, będąc na zjeździe w Szaflarach k. Zakopanego odwiedzić Twoje przedsiębiorstwo w Limanowej, podziwiając wyposażenie zakładu w nowoczesną technologię.
W 2014 roku powstały nowe hale produkcyjne, załadunkowe, logistyki i biurowiec. Wcześniej linię produkcyjną obsługiwało piętnaście osób, a dzisiaj dwanaście linii obsługuje trzech pracowników. Przez 27 lat wzrosła wartość produkcji, a spadł poziom zatrudnienia.
Wiesławie, pełnisz zaszczytną funkcję wiceprezesa Zarządu BCC i Kanclerza Loży Polonii w Chicago. Na czym ta funkcja polega?
Na kojarzeniu biznesowym. Pomagam polskim firmom wejść na rynek w Stanach.
Otrzymałeś wiele prestiżowych nagród i wyróżnień. Proszę, abyś przybliżył nam te, które są dla Ciebie najważniejsze.
Nie występuję o żadne odznaczenia i nagrody. Jednak czuję radość, jak jestem zauważony i doceniony. Przyznano mi nagrody zarówno państwowe jak i kościelne. Do tych najważniejszych należą: Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany przez Prezydenta Bolesława Komorowskiego, Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej nadany przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Srebrny i Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Świętego Stanisława Biskupa Męczennika, czy Krzyż Maltański i inne także dla mnie ważne.
Jesteś osobą bardzo zajętą, wobec tego, czy masz jeszcze czas na odpoczynek , hobby , czy pasje?
Oczywiście, wolne dni od pacy spędzam w Bieszczadach. Mam tam gospodarstwo i opiekuję się zwierzętami. Pracownicy mają wolne. Posiadam 49 zwierząt i je karmię. A są to krowy szkockie, daniele, alpaki, kozy kameruńskie, konie, kuce i koniopodobne.
Koniopodobne? A cóż to za zwierzę?
Są to osiołki. Pewnie by się obraziły, gdyby mnie zrozumiały.
Czy rozważałeś, aby kiedyś powrócić na stałe do Polski?
Jestem więcej w Polsce, niż w Ameryce.
Czy masz czas na kontakty z rodziną w Polsce?
Oczywiście, cały czas utrzymuję kontakty z rodzeństwem w Polsce. Siostra bliźniaczka mieszka w Bieszczadach, a bracia w Płocku i Włoczewie.
A czy można pogodzić rodzinę z karierą?
To jest bardzo trudne. Był taki okres w moim życiu na początku kariery w biznesie, gdy trzeba było poświęcić więcej czasu i nie miałem możliwości bycia i uczestniczenia w dorastaniu moich dwóch starszych córek. Po prostu bezpowrotnie straciłem tamten okres. Lecz gdy urodziła się najmłodsza córka, wspominam z czułością jej pierwsze mądrości i jaki to jest piękny czas kontaktu z dzieckiem. Niejednokrotnie starsze córki, jak coś ode mnie potrzebują, wysyłają Martę jako rzecznika dla załatwienia interesów rodzinnych.
Cieszę się, że starsze córki uczyniły mnie szczęśliwym dziadkiem. Obie mieszkają w Stanach.
Docenili Twoje filantropijne zasługi ojcowie Paulini na Jasnej Górze.
Prawda, za Salą Rycerską, po prawej stronie w kaplicy jest wmurowana marmurowa tablica z napisem „Zasłużony dla Jasnej Góry. Wiesław i Krystyna Żółtowscy. Filantrop”, w podziękowaniu za wniesiony własny wkład finansowy i pomoc w zbiórce pieniędzy wśród Polonii amerykańskiej na remont pomieszczeń i piwnic Klasztoru. Można powiedzieć, że Żółtowscy zaistnieli i są na Jasnej Górze.
Wiesławie, tak na koniec powiedz z czego jesteś najbardziej dumny?
Dumny jestem z tego, że jestem Polakiem i noszę nazwisko ŻÓŁTOWSKI.
Dziękuję za rozmowę i życzę Ci zdrowia i dalszych sukcesów w życiu zawodowym i osobistym.
ELŻBIETA z Kutna
DWA POKOLENIA – JEDNO SPOJRZENIE!
A ja tu – jestem sam.
Pomost od brzegu,
Dębowe nogi w toni,
Kołysze się,
Kiedy wiatr,
Lub kto stoi.
Obok łódka.
Szumią trzciny, tam
Kaczka mieszka z kaczątkami.
Do wyścigu stanęły
Łabędzie z perkozami.
Fala się wzmaga,
Kołuje rybitwa.
Okoń w sitowiu się schował
W oczekiwaniu na obiad.
Rozłożone wędki z żyłkami.
Uwiązane haczyki
Kuszą robakami.
Kaczka woła swoje dzieci.
Wygrały perkozy.
Upał, słońce ostro świeci.
Jakiś zamęt w sitowiu,
Okoń najedzony.
Przyjdzie chyba burza,
Kapie z nieba.
Do wsi pędzą drogą krowy.
Rżnie głośno krajzega,
Jestem sam- właśnie tam.
Rafał z Korycina 2005 r
A ty tam – jesteś sam.
Przy pomoście cumujesz łódkę
Którą wiatr porywa na jezioro.
Słuchasz szumu trzcin,
Gdy fala się wzmaga.
Kaczki, łabędzie, perkozy
I rybitwa kochana.
Tysiące kwiatów w skalniaku
Woń swą rozwiewa,
Gdy Ty na haczyk
Robaki nadziewasz.
A głowa Twoja myślą zaplątana!
Czy to burza, czy tylko
Mocniej wieje.
Na drodze pędzą krowy do wsi
I gdzieś rżnie krajzega.
A Ty jesteś sam – właśnie Tam!
Aleksandra, córka Rafała
.
Ś. P.
ANDRZEJ LUDWIK ŻÓŁTOWSKI
„Żuk”
ur. 25.11.1922 r. Mszczyczyn
zm. 12.09.2018 r. Warszawa
Kapral Podchorąży I Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego na Mokotowie.
Żołnierz Powstania Warszawskiego, odznaczony Krzyżem Walecznych,
awansowany do stopnia Podporucznika. Uczestnik Akcji „Burza”.
Współzałożyciel reaktywowanego Związku Rodu Żółtowskich.
Pogrzeb odbył się w kościele pw Św. Karola Boromeusza,
20 września 2018 roku o godzinie 12.00,
po czym nastąpiło odprowadzenie zmarłego do grobu na Stare Powązki.
Siostrzenice, siostrzeńcy i rodzina.
Rodzinie Zmarłego, wyrazy współczucia składają,
Prezes Związku Rodu Żółtowskich oraz zarząd.
Gdy w 1958 r., po rocznym pobycie za granicą wróciłem do Lasek, umieszczono mnie prowizorycznie w „Starym” Domu Rekolekcyjnym. Prowadzącą go wtedy była s. Stefana Hołyńska, osoba o gorącym sercu. Dzięki niej miałem okazję poznać różnych nieprzeciętnych ludzi.
Kiedyś zawiadomiła mnie, że w Warszawie odbywa się międzynarodowy zjazd historyków. Jest ich pięciuset, a pięćdziesięciu francuskojęzycznych zapragnęło poznać Laski i dowiedzieć się czegoś więcej o kontaktach Zakładu z Francją. Prosiła, bym wygłosił do nich krótkie przemówienie po francusku na ten temat. Kosztowało mnie to trochę czasu, by przygotować się na to, lecz za to miałem rozmowę z nieprzeciętnym człowiekiem.
Po moim wykładzie uczestnicy byli zaproszeni na kolację w „Nowym” Domu Rekolekcyjnym. Poszedłem tam i czekałem na gości. Nie było jeszcze nikogo. Wreszcie zjawił się jakiś starszy, wysoki pan z siwiejącą bródką, poprosił o możliwość bardzo osobistej rozmowy. Zaskoczyła mnie ta dziwna propozycja, lecz zgodziłem się i czekałem w milczeniu. Ów pan zaczął od tego, że nosi w sobie bardzo ciężki krzyż, którego nie ma siły udźwignąć. Szukał pomocy z góry w sanktuariach maryjnych takich jak Lourdes, La Salette i jeszcze innych, ale bez skutku. Posłyszawszy o zjeździe historyków w Warszawie pomyślał, że byłaby okazja pojechać na Jasną Górę i tam swoją sprawę przedłożyć, lecz i ten wyjazd okazał się daremny. – „I niech pan sobie wyobrazi, że kiedy znalazłem się w Laskach, nagle mój krzyż został ze mnie zdjęty”. Mówił to z wielkim wzruszeniem. Tymczasem zaczęli wchodzić goście i musieliśmy przerwać tę rozmowę. Wiem, że gdy podzielił się tą wiadomością z siostrą Stefaną powiedział więcej o sobie. Był synem Rosjanina z dawnej rosyjskiej emigracji i Włoszki. Nigdy więcej go nie spotkałem.
Po wielu latach mojej pracy w Laskach czasem zadaję sobie pytanie: czy ci, którzy Laski krytykują i wynajdują w nich wiele ujemnych stron, zdają sobie sprawę z tego, ile tajemnic kryją w sobie mury Domu Rekolekcyjnego i groby na tutejszym cmentarzu?
W jakiś czas po tym wydarzeniu s. Stefana poprosiła mnie znowu na rozmowę. Właśnie przybył do jej Domu na okres ciszy i skupienia jakiś bardzo nieprzeciętny pracownik naukowy.
Jest jeszcze młody, zna osiem języków, w tym wszystkie skandynawskie. Teraz jego specjalnością jest hinduistyka. Mimo sukcesów życie mu się poplątało. Stracił wiarę, lecz czuł wielki niedosyt duchowy, gdyż brakowało mu ideału dla którego warto się poświęcić.
Ponure myśli tak go gnębiły, że postanowił odebrać sobie życie. Wyskoczył przez okno z wysokiego piętra swej kamienicy, lecz odratowano go bez większych szkód na zdrowiu. Skoczył więc po raz drugi, lecz znowu wrócił szybko do zdrowia. Zdecydował się więc lepiej swoją śmierć przygotować i tym razem upadłszy na ziemię ciężko połamał sobie nogi. Ale odzyskał wiarę.
Silny organizm i „niezłomność” jego woli doprowadziły do tego, że mógł chodzić o kulach i pierwszą rzeczą, której dokonał była piesza pielgrzymka do Częstochowy z podziękowaniem za odzyskanie wiary.
To wszystko opowiedziała mi s. Stefana prosząc o przybycie na dłuższą z nim rozmowę. Oczywiście nie poruszyłem ani słowem tematu jego ostatnich przeżyć, bo mieliśmy dość innych interesujących spraw do omówienia z tym wielkim humanistą.
Kiedyś przyjechała do Lasek jego siostra, która robiła takie bardzo dobre wrażenie, a nie miała trudności z wiarą. Oboje w końcu zaprosili mnie na obiad u siebie.
Wtedy dowiedziałem się, że ich ojciec został zamordowany w Katyniu.
Siostra nowego znajomego opowiedziała mi, że ma pracę biurową, która jej nie odpowiada, gdyż miała o wiele większe, wyższe aspiracje. Ile razy jednak składała podanie o przyjęcie na uniwersytet pisała prawdę o śmierci swego ojca. Za każdym razem otrzymywała odmowę z tego powodu, lecz nieprawdy nie chciała podać.
Z czasem musiałem ograniczyć częstsze spotkania z przyjezdnymi osobami, mając coraz więcej obowiązków w Zakładzie. Tym się tłumaczy, że moje stosunki z tym miłym rodzeństwem się urwały.
MICHAŁ z Lasek
Z dziecięcych lat pozostała mi w pamięci emocjonująca i tajemnicza historia, którą opowiadał nam Ojciec. Dopiero po kilku dziesiątkach lat, po przeczytaniu Wspomnień mojej ciotki Marii z Kwileckich Żółtowskiej z Jarogniewic, udało mi się odtworzyć i zrozumieć główny jej wątek.
W odległym o 20 km od mego rodzinnego Czacza dworze, w Kopaszewie, w XIX w. mieszkali Koźmianowie, a później Chłapowscy. Ostatni właściciel Mieczysław, był znanym gospodarzem i społecznikiem. Został za to rozstrzelany na rynku w Kościanie razem z innymi zakładnikami. Był to akt przemyślany.
Po zakończeniu kampanii wrześniowej, Niemcy chcieli wzbudzić terror na zagrabionych terenach i wyniszczyć inteligencję.
Historia, którą chcę opisać, jest trudna do osadzenia w czasie, wiem tylko tyle, że w końcu XIX wieku, w Kopaszewskim dworze dokonywano remontu posadzki w salonie. W czasie tej pracy natrafiono na zwłoki młodej osoby w balowej sukni, z obciętą głową. Wywołało to w okolicy sensację. Tajemnicę wyjawił umierający proboszcz w jednej z poznańskich parafii. Ośmielił się to zrobić dopiero na łożu śmierci, gdyż zagrożono mu zabójstwem, gdyby to ujawnił wcześniej.
Pewnej nocy obudziło go wejście do sypialni czterech zamaskowanych panów w wieczorowych strojach. Kazali się szybko mu ubierać, po czym zawiązali oczy i wyprowadzili na ulicę, gdzie czekała kareta zaprzężona w parę koni. Ksiądz został do niej wprowadzony z zawiązanymi oczyma, ciągle w otoczeniu nieznanych mu ludzi. Nie tracąc przytomności umysłu, starał się zapamiętać bieg wypadków. Przez dłuższy czas kareta jechała po gładkiej szosie, ale po kilkunastu kilometrach dało się wyczuć, że nawierzchnia jest ułożona z „kocich łbów”. W Wielkopolsce kładziono je we wsiach i miasteczkach celem zmuszania jadących do ograniczenia szybkości. Powtórzyło się to jeszcze po raz drugi.
Ksiądz później się domyślił, że były to przejazdy: pierwszym razem przez wieś Stęszew, a drugim przez miasteczko Czempin. Na koniec konie zatrzymały się przed gankiem niewielkiego dworu, a księdza z zawiązanymi oczyma wprowadzono do domu. Tam zdjęto mu przepaskę z oczu. Zobaczył rzęsiście oświetlony salon, a w nim kilku zamaskowanych mężczyzn oraz jedną młodą kobietę. Celem tego wszystkiego był sąd nad nią. Ustalono skład trybunału, który po naradzie wydał wyrok śmierci. Zasłonięto prowizorycznie jeden z rogów salonu, ustawiono fotel dla księdza, a młodej osobie dano możliwość spowiedzi.
Potem wniesiono na środek pokoju pieniek, młoda kobieta położyła na nim głowę, a jeden z obecnych uderzeniem topora ją uciął. Na tym kończy się relacja starego księdza.
Spróbujmy dzisiejszemu Czytelnikowi dać prawdopodobne wytłumaczenie tej historii. Mój Ojciec przypisywał to wszystko działaniu „karbonariuszy”. Określenie jest obecnie mało zrozumiałe. Pod tą nazwą przez długie lata kryła się tajemnicza, rewolucyjna działalność jakiegoś stowarzyszenia. Karbonariuszami nazywano obozujących w lasach pracowników wypalających węgiel drzewny. Wśród nich ukrywali się rewolucjoniści.
Południowa część Włoch była zawładnięta kolejno przez różne państwa, których rządy dbały o własny interes, a zaniedbywały potrzeby ubogiej ludności. Gdy podniosły się żądania o poprawę losu, a nawet zbrojne powstania przeciw obcym rządom, wkraczały armie i z wielką bezwzględnością tępiły wszelki opór. Trwało to jeszcze za czasów Napoleona i wtedy służący w jego armii Polacy poznali ten ruch. Trzystu z nich przeniosło go do Francji i później do Polski.
Członkowie konspiracji składali przysięgę na ścisłe przestrzeganie tajemnicy. Głównym hasłem była walka z absolutyzmem, zrównanie warstw społecznych, wprowadzenie rządów konstytucyjnych, antyklerykalizm itp.
Niektóre założenia były wspólne z masonerią. Najintensywniej karbonaryzm działał w latach 1830-1831. Potem doprowadził do „Wiosny Ludów” w Europie, a idee jego odżyły w Młodej Polsce.
MICHAŁ z Lasek
Patrz: Encyklopedia PWN – „Karbonaryzm”
Kochany Dziadziu
Bardzo Dziadzi za list jego dziękujemy i obiecujemy mu zarazem że będziemy się starać o ile możności dobre cezury we wszystkiem a zwłaszcza w łacinie i greczyźnie mieć, w drugim półroczu. Bardzo nam było smutno jak dowiedzieliśmy się że tak bardzo źle z Polakami ale jeszcze mamy w Bogu nadzieję że się szczęśliwie skończy, a postanowiliśmy sobie mocno do tych wszystkich kłopotów które Dziadzio teraz mieć musi nigdy się więcej nie przyczynić i przeciwnie zawsze mu tylko radość i pociechę sprawić. Życie nasze jak zawsze bardzo tu jest jednostajne, mało też mam co pisać, chyba to że teraz na zapusty dni kilka wolne, a dla nas wielki spacer, a potem teatrzyk i podobne zabawy.
Kończę bo nic tu nie mam nowego do napisania i całuję kochanemu Dziadzi rączki, zostając jego przywiązanym wnukiem.
Jaś Żółtowski
7 marca 1886 Kalksburg
Kochany Dziadziu
Bardzo Dziadzię przepraszam , żem już tak długo do niego nie pisał, ale przeszłą jak i pozaprzeszłą niedzielę u stryjka Józia w ……….. przepędziliśmy i zatem i czas do pisania listów całkowicie lub też częściowo straciliśmy. Jakeśmy wczoraj u stryjka byli, przyjechał był z panią Krasińską, która zdaje mi się w Zakopanem mieszka, a teraz jadąc wraz z synem do Szwajcaryi i Włoch, dni kilka w Wiedniu przepędziła, i korzystając z sposobności, tutaj wstąpiła i Zamoiskich do parloiru zawołała. Przed kilku dniami profesora naszego się spytałem jak w ogóle cezury nasze w tem miesiącu będą, aby módz Dziadzię trochę przestrzedz nim je dostanie. Więc Dziadzio nie uwierzy, gdy mi powiedział że nie mam się co obawiać i że jeżeli i teraz jeszcze bardzo dobre może nie będą to przecież widzi że teraz wiele pilniejsi jesteśmy.
Nie chcąc Dziadzi długim listem męczyć a sam wiele czasu nie mając, kończę całując kochanemu Dziadzi rączki i zostaję Jego przywiązanym wnukiem.
Jaś Żółtowski
28.3.1886
Prusse
Monsieur le Comte
Marcel Żółtowski
Czacz
Kochany Dziadziu
Ponieważ już Wielkanoc się zbliża, a my od Dziadzi na list mój odpowiedzi nie mamy kazali nam po raz drugi słów kilka do Dziadzi napisać z zapytaniem czy przyjedziecie i kazali zarazem Dziadzię poprosić aby z odpowiedzią nie zwlekał, aby się podłóg listu Dziadzi zastosować można. Czas tu się raptownie zmienił. Gdy ostatni list do Dziadzi pisałem tylko troszkę deszcz popadywał i bardzo jeszcze było ciepło. W tym tygodniu tymczasem bardzo stało się zimno, ustawicznie deszcz pada a wczoraj nawet i śnieg padał i tak mocno że chociaż zdaje mi się mrozu nie było, lekko ziemię przykrył.
Całuję kochanemu Dziadzi od siebie i od Izia rączki i zostajemy jego przywiązanymi wnukami
Jaś Żółtowski
Kalksburg 16 kwietnia 1886
Kochany Dziadziu
Bardzo Dziadzie przepraszam że do niego już od tak dawna nie pisałem ale z najlepszą chęcią nic znaleźć nie mogłem, coby Dziadzię w jaki bądź sposób interesować mogło. W tych dniach Dziadzio zapewne cezury nasze dostanie albo może już dostał. Są one więcej podług całego półrocza niż podług ostatniego miesiąca, odpowiadają zatem dosyć cezurom z pojedynczych miesięcy. O tem co nam w liście swoim ostatnim (za który mu bardzo dziękujemy) donosi to jest że rząd dobra chce wykupić już, przedtem wiedzieliśmy, a dowiedzieliśmy się od kilku z wyższych klass, którym wolno jest niektóre gazety trzymać. Lecz spodziewamy się że plan ten nigdy uskutecznionym nie będzie.
Bardzośmy się ucieszyli dowiedziawszy się z listu Dziadzi że ma zamiar na Wielkanoc do nas przyjechać, zwłaszcza że mamy sobie także więcej niż kiedykolwiek przeszłego Roku rzeczy do kupienia, gdyż tego Roku jeszcze w Wiedniu nie byliśmy oprócz tego razu kiedy nas Pani Zamojska do siebie wzięła a i wtedy nic sobie nie chcieliśmy kupić żeby przypadkiem tem nie zrobić jej niewygody. Bardzo Dziadzi za jabłka dziękujemy które zawsze dostajemy i które doskonale nam smakują. Ciągle jeszcze czytam „ogniem i mieczem” bo tutaj tylko jest jedna godzina na tydzień do czytania zaczynam wtedy dopiero trzeci tom i mało mam nadziei skończyć przed wakacjami. Nadzwyczaj mi tu czasami tęskno bo od początku Roku, przeszło pięć miesięcy nikogo jeszcze z domu nie widziałem. Zresztą tego roku wydaje mi się że tu przyjemniej zwłaszcza dlatego że jesteśmy w wyższej dywizyi, więc już trochę jesteśmy wolniejsi. Między końcem pierwszego a początkiem drugiego półrocza było kilka dni wolnych używaliśmy je żeby zrobić dalsze wycieczki a przez nie nadzwyczaj kasa moja spadła, trzeba kolej żelazną i obiad płacić, i wszystko wydać musiałem, miesięczną pęsyję i to com sobie był uzbierał.
Całuję kochanemu Dziadzi rączki i zostaję Jego przywiązanym wnukiem.
Jaś Żółtowski
21.2.1886 r. Kalksburg
Janina i Piotr z Sandomierza przedstawiają najmłodsze pokolenie – nasze wnuki i wnuczki – od lewej: Milena, Paweł, Bartłomiej , Elektra, Julia, Marica.

Mimo różnicy charakterów, nasze najmłodsze potomstwo scala całą rodzinę, dając iskrę nadziei na to, że korona naszego drzewa genealogicznego będzie się rozrastać.
Z UŚMIECHAMI ZAŁĄCZONYMI NA FOTOGRAFII POZDRAWIAMY CAŁY RÓD ŻÓŁTOWSKICH.
Apelujemy do członków Związku Rodu Żółtowskich o uregulowanie składek związkowych (60 zł. rocznie). Duża część składek pokrywa koszty wydawania kwartalników, które są oczekiwane i chętnie czytane przez państwa. Bez nakładów pieniężnych nie będziemy mogli wydawać naszego pisma. Tym którzy systematycznie regulują składki dziękujemy, zapominalskim przypominamy o wpłatach.
Zarząd

„ W kroplach dni powszednich,
tak samo jak i w morzu,
całe niebo można zobaczyć.”
Maria Dąbrowska
Tutaj nas jeszcze nie było!
XXVII Zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbył się w dniach 30 maja – 3 czerwca 2018 roku. Zjechaliśmy z całej Polski, a także Szwajcarii i USA na przepiękne tereny Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej. Naszą bazą wypadową do zwiedzenia tej niezwykłej krainy były Podlesice, położone u stóp Góry Zborów, największego wzniesienia w okolicy ( 467 m n.p.m. ), z wierzchołka którego rozciągał się zapierający dech w piersiach widok.

Jura Krakowsko – Częstochowska to jeden z najbardziej malowniczych regionów naszego kraju. Rozciąga się na długości około 160 km od Częstochowy do Krakowa. Ponieważ budujące ją skały wapienne powstały w większości w środkowym okresie ery mezozoicznej, stąd , zwyczajowa nazwa, Jura, używana zamiennie do Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej. Malowniczy krajobraz tego regionu tworzą wręcz bajkowe formy wapiennych ostańców, głębokie doliny, przepiękne wzgórza i dziesiątki jaskiń. Naturalny krajobraz uzupełniają dzieła ludzkich rąk – tajemnicze warownie zwane Orlimi Gniazdami – zamki i strażnice, które budowane były na szczytach wzgórz w różnych okresach naszej historii, a służyły obronie terenów przygranicznych. Do dziś zachowały się one w postaci ruin, niektóre zostały odtworzone i pieczołowicie odbudowane, i obok naturalnych tworów przyrody, stanowią niewątpliwie największą atrakcję turystyczną Jury. Piękno jurajskiego krajobrazu i występowanie tu wielu rzadkich gatunków roślin i zwierząt sprawiły, że niemal cały obszar został włączony do parków krajobrazowych, a nad najcenniejszym przyrodniczo fragmentem Doliny Prądnika ustanowiono ścisłą ochronę Ojcowskiego Parku Narodowego.
W tak pięknych okolicznościach przyrody, o których jeszcze będę pisać wielokrotnie odbyło się nasze kolejne spotkanie. Do „ Zajazdu Jurajskiego”, wraz z moją przyjaciółką Elą dotarłyśmy późnym wieczorem w środę. Po powitaniach z przybyłymi wcześniej Żółtowskimi dołączyłyśmy do „grupy dyskusyjnej”, która organizowała się w każdej wolnej chwili na patio zajmowanej przez nas części ośrodka.
Wczesnym czwartkowym rankiem budzi nas ptasi chór, nad którym góruje wyraziste: du, du du; du, du, du. Pierwszy raz w życiu słyszę, i widzę, dudka. I dopiero teraz wiem, skąd wywodzi się jego nazwa. Odgłosy ptaków w pobliskim lesie to istne Tuwimowskie „ptasie radijo”.




W kościele w pobliskich Kroczycach uczestniczymy we mszy i procesji Bożego Ciała. Szczególnie podniosły nastrój uroczystościom dawała gra orkiestry strażackiej, do której dopasował się Wiesław Żółtowski w paradnym mundurze strażaka OSP Limanowa.
Po południu zebranie zarządu, na którym dyskutowano o ważnych dla dalszego funkcjonowania związku sprawach. Padło kilka interesujących i nowatorskich propozycji w ewentualnym tworzeniu nowych działalności związku.
Po zebraniu – niespodzianka. Basia Merkel z Wrocławia obchodzi okrągły jubileusz urodzin. Bliscy postanowili uhonorować Jej święto w sposób szczególny. Był tort, różne inne słodkości, szampany oraz mnóstwo szczerych życzeń.
Droga Basiu, jeszcze raz przyjmij od całego Związku Rodu Żółtowskich najserdeczniejsze życzenia długich lat życia w zdrowiu i szczęściu.
Miło nam było wspólnie, rodzinnie uczestniczyć w Twoim jubileuszu.
Wieczór czwartkowy przeznaczony jest, już tradycyjnie, na spotkania, rozmowy, zwierzenia, et cetera. J chociaż rozchodzimy się do pokojów w późnych godzinach nocnych, to rano wszyscy stawiają się gotowi do udziału w wycieczce.
Kiedyś, ktoś bardzo mądry powiedział, że podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze, a stajemy się bogatsi.
Tak było i tym razem. Tradycyjna piątkowa wycieczka dostarczyła nam wielu wrażeń. Wspólnie z Panem Jerzym Górką – przewodnikiem jurajskim udało się ustalić trasę wyprawy – ciekawą i niezbyt forsowną. Większość z nas ubrała żółte koszulki, wyróżniające nas spośród tłumu innych turystów.



Jadąc autokarem pan Jerzy zajmująco opowiada o mijanej okolicy. Ojców to miejscowość nazwana na cześć ojca Kazimierza Wielkiego – Władysława Łokietka, Ojcowski Park Narodowy został utworzony jako szósty z kolei, jest najmniejszy, jak już wspominałam, ale niezwykle ciekawy i jedyny, do którego wchodzi się bez opłat. Podziwiać tutaj można około 1200 gatunków owadów, 80 gatunków drzew oraz większość występujących w Polsce nietoperzy. Tego mrocznego mieszkańca, licznych na tym obszarze jaskiń, odnajdujemy w logo Ojcowskiego Parku Narodowego. Teren bardzo ciekawy hydrologicznie. Tutaj swoje źródła mają: Warta, dopływ Odry oraz Pilica i Przemsza, dopływy Wisły. Pogoda dopisuje, można wyruszać na szlak!

Rozpoczynamy od zamku, wznoszącego się na skalnym urwisku, do którego wiodą schody z parkingu u podnóża góry. Tuż przy murach zwracamy uwagę na skałę o charakterystycznym kształcie i słuchamy opowieści przewodnika: Zakochaną w młodym giermku Dorotę wbrew jej woli wydano za mąż za starego Piotra Szafrańca, właściciela zamku. Młodzieniec postanowił wtedy wykraść ukochaną z mężowskiego domu. Oboje słono za to zapłacili, giermka rozszarpano końmi, Dorotę zamknięto w wieży i skazano na śmierć głodową. Żyła jeszcze czas jakiś, bo wierny pies przynosił jej pożywienie. To jedna z legend objaśniająca nazwę zamku – Pieskowa Skała. Dużo by pisać o dziejach warowni. Były niezwykle burzliwe, zmieniali się właściciele oraz style architektoniczne każdej kolejnej przebudowy. Obecnie jest to najlepiej zachowana budowla na tak zwanym Szlaku Orlich Gniazd. Spacerkiem udajemy się w pobliże, niewątpliwie, najbardziej znanej skały w Polsce – Maczugi Herkulesa o wysokości 25 metrów. Powstała wskutek nierównomiernej odporności wapienia na wietrzenie. Inaczej jednak jej powstanie tłumaczy legenda. Skałę cieńszym końcem ku dołowi miał postawić diabeł spełniający rozkaz Twardowskiego. Według innego podania więzień mógł odzyskać wolność za przyniesienie pisklęcia sokoła z gniazda na szczycie. Pomogła mu w tym cała gromada dorosłych sokołów, przenosząc go na wierzchołek i z powrotem, dzięki czemu udało mu się spełnić zadanie. Stąd ludowa nazwa skały- Sokolica.


Każdy zamek na Szlaku Orlich Gniazd ma swoją legendę. Czasami nie tylko jedną. A jeżeli chodzi o duchy, to jest ich wszędzie mnogość, obfitość i różnorodność. Przed zamkiem w Bobolicach można nawet zauważyć znak, wzorowany na znakach drogowych: „Uwaga, duchy!”.
Następna atrakcja turystyczna to Pustynia Błędowska, największa pustynia w Europie, określana mianem
„ Polskiej Sahary”, dawny poligon wojskowy, a także plan filmowy. Tutaj kręcono sceny między innymi do nominowanego do Oscara filmu „ Faraon”.
Jak powstała Pustynia Błędowska?
Aby odpowiedzieć na to pytanie należałoby bardzo dokładnie zagłębić się w procesy geologiczne. Faktycznie była to ingerencja człowieka w środowisko. Datowany od XIII wieku rozwój górnictwa srebra i ołowiu oraz hutnictwa w rejonie Olkusza spowodował wycinkę drzew (pierwotnie gęstego boru sosnowego), które posłużyły do wzmocnienia konstrukcji szybów i sztolni. W wyniku intensywnej eksploatacji surowca drzewnego, wykarczowane zostały znaczne połacie lasu. Wówczas znajdujące się tu grube pokłady piasków zostały odsłonięte, uruchamiając procesy przewiewania piasku spowodowane siłą wiatru i tworząc pustynię, którą możemy oglądać do dzisiaj. Zmiany w środowisku spowodowały, że na tym terenie powstał specyficzny mikroklimat, a ponadto można było obserwować zjawiska charakterystyczne dla naturalnych pustyń, takie jak: fatamorgana, burze piaskowe, wydmy.
Tyle nauka, ale znacznie ciekawsza jest legenda. Otóż, jedno z podań mówi, że Pustynia Błędowska powstała za sprawą miejscowego diabła, który swą siedzibę miał w okolicach Olkusza. Z uwagi na odkryte tam bogate złoża srebra, zaczęły powstawać kolejne kopalnie, które zakłócały spokój czarta. Rozgniewany bies postanowił je zasypać. W tym celu nad Morzem Bałtyckim nabrał piasku w olbrzymi wór i poleciał w kierunku Olkusza. Kiedy był już blisko celu, nieopacznie zahaczył workiem o wysoką wieżę kościoła w Błędowie. Cały piach rozsypał się po okolicznych polach i tak oto powstała unikatowa pustynia w środku naszego kontynentu, od nazwy pobliskiej miejscowości nazwana Pustynią Błędowską, a kopalnie srebra w Olkuszu ocalały.

Na zakończenie wyprawy – Ogrodzieniec. Prawdziwa „perełka” na Szlaku Orlich Gniazd. Imponujących rozmiarów ruiny zamku wznoszą się wśród wapiennych ostańców. Jest to największy zamek w Jurze Krakowsko – Częstochowskiej, należy też do najstarszych w Polsce. Owiany legendami, duchów ma wielki dostatek. Jedno z podań dotyczy właściciela zamku Stanisława Warszyckiego, który słynął z okrucieństwa i ogromnego bogactwa. Z tego powodu był nawet posądzany o konszachty z diabłem. Do dziś pod postacią czarnego psa, ciągnącego 3- metrowy łańcuch strzeże skarbów ukrytych w podziemiach ogrodzienieckiego zamku. Chociaż własną rodzinę traktował bardzo brutalnie, to jednak pozytywnie zapisał się w historii naszego kraju. Podkreślana jest między innymi jego bohaterska obrona Częstochowy przed Szwedami. W archiwach sanktuarium na Jasnej Górze zachowała się bogata korespondencja Warszyckiego z przeorem klasztoru – twierdzy Augustynem Kordeckim.
Zwiedzamy kolejne kondygnacje zamczyska, spacerujemy po komnatach i sekretnych przejściach, zwiedzamy sypialnię i gabinet jednego z dawnych właścicieli Seweryna Bonera, wspinamy się na Zamek Wysoki, skąd podziwiamy wspaniały widok na okolicę. Naszej uwadze nie umknęła również zamkowa studnia oraz podziemia, gdzie więziono niepokornych wobec ówczesnej władzy. Obok historii i legend tworzy się współczesna historia zamku. Tutaj w 2001 roku zdobywca Oskara za całokształt twórczości Andrzej Wajda kręcił Fredrowską
„ Zemstę” z plejadą aktorskich gwiazd w obsadzie.
Ponieważ byłam odpowiedzialna za organizację wycieczki, chciałabym bardzo serdecznie podziękować jej uczestnikom. Kochani, chociaż zwiedziliście już niemal cały świat, to i tak spodobały Wam się te miejsca, które zobaczyliśmy, a każde kolejne wyzwanie kwitowaliście zadowoleniem i uśmiechem. Tak trzymać!
Wracamy z wyprawy na tyle wcześnie, że spokojnie można się przygotować do kolacji, którą z uwagi na przebieg, uczestników, a także przygotowane specjały można nazwać uroczystą.
Prezes Mariusz ze Sztumu powitał zebranych, wygłosił laudację, po czym, przy aplauzie zebranych, uhonorował za szczególny wkład w rozwój Związku Rodu Żółtowskich Rafała z Korycina medalem im. Michała Żółtowskiego z Lasek. Wiesław z Chicago, ubrany w polski strój szlachecki odznaczył Prezesa Rodu Krzyżem Kawalerskim św. Stanisława, orderem stworzonym przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Mariusz i Rafał, jak zwykle, i z coraz większą wprawą prowadzą licytację, która momentami jest bardzo zacięta, gdy kilka osób chce wejść w posiadanie licytowanego właśnie przedmiotu. Panie chętnie, panowie „ z pewną nieśmiałością” ruszyli do tańca. Mieliśmy drobne kłopoty z oprawą muzyczną, którą sami musimy sobie zorganizować. Nie licząc, oczywiście, kilku wyjątkowych zjazdów, kiedy do tańca przygrywały nam wynajęte zespoły muzyczne, a raz nawet kapela góralska. Ale my się nigdy nie poddajemy! Zabawa trwa do późnych godzin nocnych.
Sobotnia msza święta w intencji Rodu zostaje odprawiona w pobliskich Kroczycach. Ksiądz sprawujący ofiarę mszy świętej jest pod wrażeniem naszej działalności, podkreśla fakt, że ważna jest dla nas modlitwa, i ani razu nie przekręca naszego nazwiska!
Włączamy się w liturgię mszy świętej – Ela z Kutna przedstawia wezwania Modlitwy Wiernych, ja jestem odpowiedzialna za czytanie, a Piotr z Sandomierza zbiera ofiarę na tacę.
Z parafią w Kroczycach związane są Siostry Karmelitanki Dzieciątka Jezus. Po zakończeniu mszy świętej jedna z nich przedstawia nam rys historyczny kościoła.
Średniowieczni rycerze to mieli gest! Pierwotny kościół parafialny został wybudowany w 1427 r. przez rycerza maltańskiego Piotra Firleja w podziękowaniu Bogu za szczęśliwy powrót z bitwy pod Grunwaldem. Najstarszy opis świątyni pochodzi z XVI wieku. Wtedy to kościół dedykowany był św. Marii Magdalenie, której słynący łaskami obraz, w srebrnej sukni, sprowadzony z Rzymu w 1616 roku, znajduje się w kościelnej kaplicy. W XX wieku świątynia zyskała drugiego patrona – św. Jacka, któremu dedykowano drugą kaplicę kościelną. W kościele podziwiać można ciekawy, niespotykany, piękny ołtarz główny zbudowany w kształcie groty z Lourdes. Materiałem, który posłużył do jego wykonania był kalcyt, czyli występujący w tych okolicach minerał, który między innymi tworzy nacieki w jaskiniach.
Przed świątynią rośnie ogromna 500-letnia lipa o obwodzie pnia wynoszącym 5,6 metra. Na nas wszystkich jej wiek i rozmiary robią ogromne wrażenie.
W sobotnie przedpołudnie staramy się obejrzeć i zwiedzić różne ciekawe miejsca, których tutaj, na Jurze jest bardzo dużo. My z Elą jedziemy do Mirowa i Bobolic. Tam znajdują się kolejne dwa zamki Szlaku Orlich Gniazd. Zamek w Mirowie to malownicza ruina, trwają prace konserwatorskie przy jej zabezpieczeniu. Zostawiamy samochód na parkingu i wąską dróżką wśród wapiennych skałek udajemy się do odległego o 1,5 kilometra zamku w Bobolicach, który ukazuje nam się w pełnej krasie za kolejnym zakrętem drogi. Ta warownia, zbudowana za panowania Kazimierza Wielkiego w drugiej połowie XIV wieku, której zadaniem była obrona zachodniej granicy państwa od strony Śląska, miała więcej szczęścia. Po latach świetności, uległa zniszczeniu w 1657 roku podczas wojen szwedzkich, popadała w ruinę, ale znalazł się prywatny właściciel, który podjął wyzwanie uratowania tego pięknego zabytku. Zamek jest naprawdę imponujący, można zwiedzać wiele zrekonstruowanych komnat i już zdążył „ zagrać” w telewizyjnym filmie „ Korona królów”.
Po obiedzie Prezes Mariusz zachęca do wspólnej wyprawy na Górę Zborów. Idziemy czteroosobową grupą – Mariusz, Bożenka w lekkich warszawskich sandałkach, jak onegdaj wujek Mietek w skórzanych szczecińskich butach ( Karkonosze), moja przyjaciółka Ela i ja. Po krótkiej wędrówce wśród labiryntu przypominającego skalne miasto, mijając liczne wapienne ostańce, wykorzystywane jako ścianki wspinaczkowe, docieramy na szczyt. Warto było podjąć wyzwanie! Bezleśny wierzchołek wzgórza, zakończony zbudowaną podczas okupacji hitlerowskiej wieżyczką triangulacyjną jest znakomitym punktem widokowym. Roztacza się stąd rozległy widok na Skały Kroczyckie. Najwyższe wzniesienie w tej części Jury pozwala podziwiać niesamowite widoki rozciągające się w promieniu kilkunastu kilometrów. Próbujemy odnaleźć te miejsca, które zwiedzaliśmy wcześniej. Spieszymy się, bo nadciąga burza. Ale ona straszyła przez cały czas naszego pobytu w Podlesicach, a szczególnie podczas procesji Bożego Ciała.
Niedzielny poranek to czas pożegnań i powrotów do domu. Do zobaczenia za rok!
Ja mam teraz wakacje i wracam na Jurę, bo jak pisała Deotyma w roku 1859:
„ W tym kraju szczytów, przy tej pieśni grzmotów,
Ptaki i wieszcze szybują z rozkoszą,
Te lasy na kształt zielonych podlotów,
Duszę Polaka w chmurę łez unoszą.
Spojrzałam w niebo: a na niebie wieża!
Wieża Ojcowska, królowa Prądnika,
Jak klucz kamienny, gmach wspomnień odmyka,
Z echowych jaskiń słyszę brzęk pancerza:
To duch Łokietka przelata przez góry!
Tu, dobroczynna szczodrota natury
Kocha lud, sercem Wielkiego Kazimierza.
Ręka przeszłości i piorunów dłuto,
Rzeźbią tę ziemię ubogosławioną.
Rajska dolino! Ty jesteś koroną
Na czole Polski przez Boga wykutą.”
Pozdrawiam serdecznie
BOGUSIA z BIAŁEJ