Autor: jmzolt1

  • Obrazki z polskiej wsi. Wakacje na wsi Siedliska-Bogusz

    Wczasy odgrywają u większości ludzi szczególną rolę, ponieważ dają okazję do poznawania nowych ludzi, nieznanych dzielnic i do oddawania się zajęciom, na które w ciągu roku nie znajdowali czasu. Pracując w szkole, miałem dwa miesiące wakacji. W lipcu 1964 r, znalazłem się w wyjątkowo malowniczej, dużej gospodarskiej wsi dawnego zaboru austriackiego, niedaleko od Jasła. Historyczna przeszłość wycisnęła piętno na ziemiach polskich, pozostawiając ślady państw zaborczych. Dziwną drogą trafiłem raz do miejscowości o nazwie Siedliska-Bogusz, która leży w dolinie nad małą rzeczką i składa się z dwóch złączonych ze sobą wiosek. Namówiła mnie na to p. Munkowa, żona znanego filmowego reżysera. Kiedyś pod wodzą swego profesora socjologii z zespołem kolegów przebywała tam, by prowadzić wywiady z ludnością na temat Jakuba Szeli, rodem z Siedlisk. Zamiarem profesora było doprowadzenie do zbiorowego opracowania gloryfikującego krwawego wodza „rabacji”. Akcja ta spełzła na niczym, gdyż okazało się, że dzisiejsi mieszkańcy wsi nie są dumni, lecz raczej wstydzą się dawnego legendarnego prowodyra. W rodzinie Wójcików, do której skierowała mnie p. Munkowa, żyła jeszcze babka, która go pamiętała. Nie będąc pewnym nastawienia rodziny, wolałem nie poruszać trudnego tematu, póki nie poznam świadectwa o Szeli, jakie pozostawiła babka. Do tej sprawy wrócę na końcu mego opowiadania.

    Miałem natomiast okazję zetknąć się bliżej z życiem wsi. Pan Wójcik był sołtysem, żona jego pracowała w urzędzie gminnym, a jej siostra w wiejskim sklepie. Dwóch synów chodziło do szkoły, była też czteroletnia córka, toteż tematów do rozmowy nigdy nie brakowało. Do sołtysa przychodzili ludzie z różnymi sprawami. Z rana ktoś wstąpił z wiadomością, że podczas pracy w polu koń kopnął w głowę jednego z sąsiadów i stan jego jest poważny. Wkrótce cała wieś o tym wiedziała i widziałem, jak przejmowano się tym nieszczęściem. Od pani domu dowiedziałem się, że dopiero co odbył się pogrzeb dziewczynki zabitej przez piorun. Zgodnie z ludowym obyczajem próbowano ją ratować, zakopując w ziemi, lecz i to nic nie pomogło.
    Potem rozmowa zeszła na niedawno ukończoną elektryfikację wsi. Kosztowała poszczególnych gospodarzy niemało pieniędzy, lecz przyniosła wielkie korzyści. Chroniła przed częstym na wsi zaprószeniem ognia w budynkach gospodarczych, zapewniała lepsze oświetlenie w domu, napęd elektryczny do sieczkarni itd. ,,Ale – jak mówiła gospodyni – przysłano do tej pracy dwóch obcych ludzi, którzy zadanie wykonali, ale pozostawili po sobie dwoje nieślubnych dzieci. Gdyby zaangażowano elektryków pochodzących z Siedlisk, nie byłoby to się zdarzyło”. – Z każdą godziną dowiadywałem się czegoś nowego i czułem bijące tętno tej społeczności wiejskiej.
    Upłynęło kilka dni i pani domu przyniosła mi ciekawą wiadomość. W rannych godzinach miało się odbyć wesele jakiejś młodej pary zamieszkałej w odległej wsi leżącej na skraju parafii i daleko od uczęszczanych szlaków. Radziła pójść pod kościół i popatrzeć, gdyż zapowiadała się niecodzienna uroczystość. Wziąłem szkicownik i składane krzesełko, po czym usadowiłem się niedaleko kościoła. Stało już tam jedenaście furmanek bogato przystrojonych i zaprzężonych w dobre konie. Na chomątach umieszczono różne ozdoby. Ani się spostrzegłem, gdy zjawił się przy mnie milicjant, ,,Kim pan jest i co pan tu robi?” zapytał. Musiałem się wylegitymować, a on skrzętnie notował wszystkie moje dane. No bo cóż? Nieznajomy człowiek, który rysuje, jest prawdopodobnie szpiegiem, agentem obcego wywiadu. Byłem wściekły, ale nie było rady. Sprawa zresztą nie miała dalszych skutków. Słyszałem, że mój dawny nauczyciel rysunku w szkole, Władysław Dołżycki, rektor Akademii Sztuk Plastycznych, przesiedział trzy dni w areszcie za to, że malował z daleka Wrocław.
    Tymczasem wyszła z kościoła młoda para i wsiadła do ustrojonej furmanki. Pozostałe wozy ustawiły się w długi sznur i wszyscy ruszyli z miejsca, Nie ujechali więcej niż pięćdziesiąt metrów, gdy znowu wszystko stanęło. Zgodnie ze starym obyczajem toczono pertraktacje z towarzyszącą im orkiestrą i dopiero, gdy „bryka” ostro zagrała, zastęp furmanek puścił się w drogę.
    Okazało się, iż długie pertraktacje z orkiestrą i uzgodnienie ceny należy do dawnych zwyczajów, które zatarły się w obecnych czasach.
    Od opisywanego pobytu w 1964 r. upłynęło 25 Lat, gdy otrzymałem nagle zaproszenie na odwiedzenie rodziny Wójcików, od ich córki Marysi, którą pamiętałem jako czteroletnią dziewczynkę. Ona mnie jednak nie zapomniała, i prosiła o przyjazd w imieniu swoim i matki. W ciągu ćwierćwiecza wiele się w rodzinie zmieniło. Ojciec wyjechał do Ameryki za lepszym zarobkiem, bracia pożenili się i pracowali w Dębicy. Marysia była nauczycielką. Matka, osoba o pełnej przytomności umysłu, przyjęła mnie z wielką gościnnością. Dzięki temu pozostałem w Siedliskach całe trzy dni. Chcąc przypomnieć sobie dobrze mi znane widoki, doszedłem raz do końca wsi. Stał tam dom ładnie położony na wzniesieniu. Gdy mu się przypatrywałem dłużej, zobaczyłem przy samym domu gromadkę dzieci, przyglądających mi się z ciekawością. Po chwili ruszyły ku mnie biegiem i zaczęły opowiadać, że ich rodzice od razu mnie rozpoznali. ,,To jest ten sam pan, który malował”. Po tylu latach zachowała się pamięć o przybyszu, który zainteresował się ich wioską.
    Jakże to porównać z postawą ludności miast gdzie napotkany przechodzień w ogóle się nie liczy.
    Poruszę jeszcze temat Jakuba Szeli, bo przecież dzięki tej legendarnej postaci znalazłem się w jego rodzinnej wsi. Kiedyś pani Wójcikowa zaczęła mi o nim opowiadać i od razu mogłem wywnioskować, jakie wspomnienie o tym człowieku zachowało się w miejscowej tradycji. ,,Co można powiedzieć dobrego o Szeli – zaczęła – skoro za zorganizowanie tych wydarzeń otrzymał w nagrodę od austriackiego rządu majątek na Bukowinie”.
    Te słowa wyrażały niemal wszystko, co najważniejsze. – ,,Ale – ciągnęła dalej p. Wójcikowa – pan powinien zobaczyć miejsce, gdzie stał jego dom”. Poszedłem i zobaczyłem otoczony niziutkim żywopłotem placyk pozostały po rozebranym domu. Natomiast na cmentarzu parafialnym we wsi Bogusz odnalazłem bez trudu groby pomordowanych ziemian. Źródła podają ogólną liczbę ofiar rabacji – około 1000 osób – w tym także kobiet, dzieci i oficjalistów pracujących w majątkach.
    Problem właściwego załatwienia sprawy pańszczyzny od dawna drążył sumienia polskiej szlachty, a potem ziemiaństwa. W sejmie Królestwa Kongresowego paru posłów wniosło go na porządek dzienny. Za przykład może służyć fakt, że dwaj posłowie: bracia Antoni i Władysław Ostrowscy w swoich dobrach znieśli pańszczyznę. W Wielkopolsce w latach 1820-1840 zrobili to Niemcy. W Galicji garść ziemian z Kornelem Krzeczunowiczem oraz z ziemianinem Franciszkiem Trzecieskim, posłami do Sejmu Galicyjskiego, opracowała projekt oczynszowania wsi i złożyła pismo w tej sprawie do kanclerza Metternicha, wielkiego wroga Polaków. Było to w 1842 r. Nic z tego nie wyszło, gdyż kanclerz szukał właśnie drogi, by zniszczyć warstwę ziemiańską, skłonną do walk o niepodległość. Zamiast oczynszowania wymyślił „rzeź galicyjską”. Odsłonięcie szczegółów przeszłości i nastrojów ludności w obecnych Siedliskach utrąciły pomysł nakręcenia filmu o Jakubie Szeli.
    Nie był to jedyny raz, kiedy Polska Partia Robotnicza chciała opracować bohaterski film o buntowniczym ruchu polskich chłopów. Dwieście lat wcześniej, bo w roku 165l, na Podkarpaciu doszło do podobnych zajść pod wodzą Aleksandra Kostka-Napierskiego, Musiano użyć sił zbrojnych, by zaradzić rozmiarom tego buntu, a przywódcę stracono. Dopiero gdy w XX w. historycy zaczęli badać źródła tej sprawy i okazało się, że Kostka Napierski był agentem Szwecji przygotowującej inwazję na Polskę w 1955 r. Wyjaśnienie tych okoliczności zniechęciło autorów sensacyjnego filmu.
    Po raz trzeci państwo zaborcze – carska Rosja – nie dopuściła do zniesienia pańszczyzny edyktem Rządu Powstańczego w 1863 r., w chwili wybuchu Powstania Styczniowego. Dopiero w dwa lata później rząd carski sam wystąpił jako dobrodziej polskiej ludności wiejskiej, ogłaszając to jako obowiązującą uchwałę.
    Historycy wiedzą, że rząd austriacki przed rozpoczęciem „rabacji” zadbał, by wszystkie wiejskie karczmy były dobrze zaopatrzone w alkohol. Wiadomo też, że tłumy mordujących były pijane. Po zakończeniu rabacji oo. Jezuici na szeroką skalę podjęli misje ludowe w okolicach najbardziej zaangażowanych w mordowanie dziedziców pod wpływem ich nauk nastroje się zmieniły, ludzie tłumnie szli do spowiedzi, w kościele głośno wyrażali swój ból i rozpacz z powodu, iż dali się porwać prymitywnym instynktom. Gdy jednak misjonarze zachęcali do składania ślubu niepicia wódki do końca życia, znowu wtrącił się rząd austriacki, zabraniając Jezuitom prowadzenia księgi abstynentów.

                                            MICHAŁ ŻÓŁTOWSKI z Lasek
  • Zapiski z rejsu dookoła świata

    Zapiski z rejsu dookoła świata

    cz. VI -Nowa Zelandia.

    Do portu Auckland w Nowej Zelandii dotarliśmy bez większych atrakcji, nie licząc wymyślnych prób ukrycia gołębia przygarniętego przez najstarszego z marynarzy, który na rufie statku zbudował dla niego specjalną klatkę. Wykrycie obecności ptaka przez służby celne groziło konsekwencjami finansowymi. Dwa tygodnie wcześniej armator statku, z którego podczas przeładunku spadł na nabrzeże snopek słomy, musiał zapłacić kilkadziesiąt tysięcy dolarów kary.

    Odebrałem list od Mirelli, zawierający informacje o tym co się dzieje w domu.
    Na nabrzeżu czekali na nas przedstawiciele emigracji oferujący swoje towarzystwo i pomoc w poznawaniu ich nowej ojczyzny. Przed wyjściem do portu ostrzeżono nas, by nie zabierać ze statku żywności ze względu na surowe przepisy sanitarne. Ruszyliśmy na zwiedzanie największego nowozelandzkiego miasta, zachowując szczególną ostrożność podczas przechodzenia przez ulice, ze względu na ruch lewostronny. Zrozumiałe zainteresowanie wzbudził bajecznie kolorowy China Market – u nas wówczas podobnych sklepów, gdzie można kupić dosłownie wszystko, jeszcze nie było,
    Zaraz po śniadaniu wybraliśmy się na zwiedzanie muzeum podwodnego, założonego przez słynnego nurka Kelly’ego Tarltona. Bilet kosztował całe siedem dolarów, ale warto było. Przed naszymi oczami w ogromnym akwarium zbudowanym na zasadzie luster weneckich w scenerii złożonej z bajecznie kolorowych koralowców, przepływały majestatycznie rekiny, płaszczki, barakudy, a pomiędzy skałami czaiły się mureny, wysuwając ze swoich kryjówek jedynie fragment uzbrojonego w zęby jadowe pyski. Zwiedzający stali na ruchomym chodniku, który okrążał akwaria, dzięki czemu nie było tłoku. Zostawiwszy podwodny świat udaliśmy się do Muzeum Historii Naturalnej (tym razem za darmo).

    Szczególnie interesujący okazał się dział ukazujący kulturę Aborygenów. Podziwialiśmy m.in. łódź zrobioną z wypalonego pnia drzewa, mogącą pomieścić stu wojowników. Moją uwagę przykuł jednak inny, dość makabryczny artefakt – był to widelec do wyjadania oczu używany przez kanibali (!). Różnił się od zwykłego widelca tym, że cztery ząbki ułożone były w dwu szeregach, a nie w jednym. Kiedy wracaliśmy wieczorem do portu, usłyszeliśmy dochodzącą z kamienicy głośną muzykę, jak się okazało, odbywało się właśnie przyjęcie weselne. Po krótkiej wymianie zdań zostaliśmy zaproszeni przez gościnnych gospodarzy, ale niestety czekające obowiązki kazały nam się wymówić.
    Jest niedzielny poranek i na nabrzeżu pojawiły się samochody z polonusami, którzy zawieźli nas na mszę do polskiego kościoła, którą odprawiał ksiądz pochodzący z Nowego Sącza. Po mszy św. krótkie spotkanie przy kawie w Domu Polskim, po którym poszczególne rodziny „porwały” nas na obiad do swoich domów. Oczywiście rozmowy dotyczyły głównie tego co się działo w ostatnim czasie w Ojczyźnie. Po obiedzie spacer, którego ukoronowaniem było wdrapanie się na szczyt wygasłego wulkanu o nazwie Eden. Wróciliśmy na statek pod ogromnym wrażeniem serdeczności z jaką przyjęli nas rodacy z antypodów.
    Po skończonym załadunku popłynęliśmy w kierunku południowej wyspy i po kilkunastu godzinach rzuciliśmy kotwicę na redzie portu Lyttelton. Musieliśmy poczekać na wejście do portu. Z nudów zaczęliśmy łowić na improwizowane wędki niewielkie rekiny kręcące się wokół statku. Wywołało to nerwową reakcję kucharza, który z tasakiem w dłoni wyskoczył z kambuza i zagroził, że nam zaraz obetnie ręce trzymające wędki. Jak się okazało, istnieje stary, marynarski przesąd mówiący, że obecność rekina na statku (z wyjątkiem rybackiego) wróży nieszczęście. Konflikt został zażegnany przez stadko delfinów, które przegnały rekiny z naszego sąsiedztwa. Mięsa rekina oczywiście spróbowałem, było słodkawe i nie bardzo przypadło mi do gustu. Ktoś z załogi stwierdził, że smakuje podobnie jak ludzkie (?!) – takie tam – „morskie opowieści”. Przyszłe wypadki miały przyznać rację kucharzowi. Postój na redzie zapowiadał się na trzy dni, ale pojawił się istotny problem. Jeden z pasażerów, niemłody już człowiek, zaczął wysoko gorączkować, bolały go stawy, puchły nogi, samopoczucie się pogarszało. Kilka dni wcześniej upadł na rafie przewrócony przez wysoką falę i mocno podrapał sobie plecy, a świeże rany obsiadły jakieś muchy. Objawy nie pasowały mi jednak do żadnej choroby tropikalnej. Zastosowane przeze mnie antybiotyki nie dały efektu. Zdecydowaliśmy się zasięgnąć porady lekarza portowego, dysponującego laboratorium analitycznym. Kapitan uzyskał zgodę na spuszczenie szalupy i wraz z chorym udaliśmy się na ląd. Przyjął nas bardzo miły młody lekarz, który po zbadaniu pacjenta i wykonaniu dostępnych badań laboratoryjnych, bezradnie rozłożył ręce – nie wiedział jaka to choroba. Skierował nas do kliniki uniwersyteckiej w Christchurch, gdzie udaliśmy się taksówką. Na miejscu już czekano na nas, a pacjentem natychmiast zajął się starszy lekarz o profesorskim wyglądzie. Po kilku godzinach intensywnej diagnostyki on również rozłożył ręce i stwierdził, że chory musi pozostać w szpitalu, gdyż nie potrafią postawić diagnozy. Moje ego odetchnęło z ulgą. Wysoko postawiona medycyna Nowej Zelandii okazała się równie bezradna jak ja.
    Powrót szalupą na statek okazał się dość emocjonujący, gdyż kapitan posadził mnie za sterem, a wraz z przeciwnym wiatrem pojawiły się dość wysokie fale. Stary dieslowski silnik kaszlał i prychał, a nikomu nie uśmiechało się siadanie do wioseł.


    Po dwu dniach statek opuścił redę i dobił do nabrzeża Lyttelton, miasteczka liczącego ok. 2500 mieszkańców. Oczywiście od razu udałem się na zwiedzanie. Drewniane, w większości parterowe domy z gankami, tonące w zieleni ogrodów, otoczone górami Port Hills, przywodziły na myśl scenografię z westernów. Ponieważ nigdzie nie było widać policji, zaintrygowani tym faktem, zasięgnęliśmy języka u mieszkańców. Dowiedzieliśmy się, że jest jedna policjantka, ale nie ma nic do roboty. Jest nawet więzienie, ale bez klucza, bo kilka lat wcześniej ktoś go zgubił. W odległej przeszłości było raz wykorzystane, gdy marynarze rosyjscy po nadużyciu lokalnych wyrobów spirytusowych wdali się w burdę z miejscowymi. Od tego czasu właściwie przestępstw nie ma. Niestety nasz pobyt w miasteczku był bardzo krótki. Wieczorem powrócił ze szpitala nasz pasażer z rozpoznaniem „agresywnego zapalenia stawów” i zaleconą terapią sterydową. Przyczyny zachorowania nigdy nie poznałem. W nocy odcumowaliśmy od brzegu pozostawiwszy w
    pamięci niezwykłą serdeczność z jaką się spotkaliśmy ze strony mieszkańców.

      MARIUSZ ze Sztumu

  • Listy Jana Żółtowskiego cd.

    Kochany drogi mój Jasiu,

    Bardzo chętnie się na to zgadzam, abyście podróż waszą osobno i w dzień odbyli. Będzie to i mniej męczące i korzystniej dla Was, bo zobaczycie przynajmniej okolice przez które będziecie przejeżdżać. Jak już do Izia pisałem Bunia życzy sobie abyście nasamprzód do Chołoniewa pojechali gdyż ma wstąpić jeszcze do wód i wyjechać musi. Nam się także do wód będzie trzeba wybrać, ale do których to trzeba będzie zależało od zdania lekarzy. Kiedy jak mi piszesz ósmego lipca już będziecie mogli  z Kalksburga wyjechać to Pan Goździewski  na noc już tam przyjedzie, abyście z rana zaraz pojechali z nim do Wiednia skąd około południa wyjedziecie do Krakowa gdzieś przed dziewiątą a zatem  o tej porze roku za dnia jeszcze staniecie. W Krakowie zatrzymacie się przez piątek i możecie korzystać z tej sposobności aby odwiedzić Panią Jenny Kwaśniewską, przyczem wypada aby każdy z Was dał po 10 reńskich jej synkowi, który jest krzesnym Izia. Z Krakowa wyjeżdżając o ósmej z rana w sobotę staniecie we Lwowie około czwartej gdzie znowu przenocować trzeba, gdyż żaden pociąg o tej godzinie już do Brodów nie wychodzi, a na zajutrz wyjeżdżając po piątej ze Lwowa będziecie o wpół do dziesiątej w Radziwiłłowie gdzie na Was konie z Chołoniewa czekać będą. Pan Goździewski odda każdemu z Was po sto reńskich na koszta podróży bo już jesteście w tym wieku że sami powinniście umieć o sobie radzić. Gdyby wczemkolwiek zmiana jaka zajść miała natychmiast Was zawiadomię a teraz tysiącznie Was Obu najserdeczniej ściska najprzywiązańszy dziadzia.

    27.6.86                                                                                                                                               M.Ż.

    Łaskawemu Panu Hrabiemu Dobrodziejowi spieszę donieść iż wczoraj odebrałem list od Jasia którym mi donosi iż wakacye już się 8 lipca rozpoczną. Czyniąc więc zadość życzeniom Pana……….. ………………

    (tu wiele wyrazów nieczytelnych)  mogli by tego dnia z Kalksburga wyjechawszy stanąć wieczorem w Krakowie, tam przez piątek wypocząć, w sobotę wyjechać z Krakowa stanąć na nocleg w Radziwiłłowie i nazajutrz po wysłuchaniu mszy ś. do Chołoniowa się puścić. Podróż tak urządzona zajmie wprawdzie cztery dni, ale chłopcy proszą aby ją dniami tylko odbyć mogli, co dla nich mniej męczące i korzystniejsze, gdyż się przynajmniej okolicom przez które przejeżdżają przypatrzeć mogą.

    Mój sekretarz pojedzie po nich do Kalksburga, odwiezie ich do Radziwiłłowa. Są oni wprawdzie już w tym wieku żeby tę podróż sami odbyć mogli, dodaję im więc towarzysza jedynie dla mojej spokojności, będzie on miał wszakże polecenie aby tylko wrazie koniecznej potrzeby niemi się zajął a z resztą wszelką im pozostawić swobodę, aby przywykli sami sobą rządzić się. Względem wód do których wypadnie nam dla Jasia jechać, toczy się korrespondencya między lekarzem z Kalksburga i tutejszym który znając Jasia od lat kilku bardzo dokładnie z jego usposobieniem jest obznajomiony, ale jeszcze żadne stanowcze nie zapadło postanowienie.  Gdyby jakakolwiek nieprzewidziana zmiana zajść miała w powyższych projektach nie omieszkam o tem Panią hrabinę zaraz zawiadomić a teraz łącząc wyrazy głębokiego mego uszanowania zostaje z wysokim szacunkiem i poważaniem Pana Dobrodzieja najżyczliwszy sługa.

                                                                                                                                                                 M.Ż.

    —————————————————————————————————————————————-                                                                                                                                                   

    Skurcze pod Tarczynem                                                                                 d.14 lipca 1886 r.

           Na Wołyniu

    Kochany Dziadziu

    Bardzo Dziadzię kochanego przepraszam, żem do Niego od naszego z Kalksburga wyjazdu nie pisał ale w dniach przed odejściem poczty ze Skurcza jeszcze po podróży trochę zmęczony byłem i trochę mnie głowa bolała, a więc Izia poprosiłem aby Dziadzi doniósł, żeśmy szczęśliwie najprzód do Chołoniowa, a z tamtąd do Skurcza przybyli. Wczoraj z Łucka wróciliśmy dokądeśmy z Wujciem Xianiem pojechali aby sobie miasto oglądać. Byliśmy tam na mustrze jednego pułku piechoty a potem i konicy która nam się zwłaszcza bardzo podobała. Stoi bowiem teraz kilka pułków wojska /około 5ooo żołnierzy/ pod Łuckiem obozem, a ma później stać dziesięć tysięcy. Mała córeczka Wujcia Xiania, Zosia  bardzo jest ładniutka i sprytna, a przytem już biega wcale nie źle i mówić zaczyna, tylko w ostatnich dniach jest trochę niezdrowa bo ząbki dostaje. Buni zdrowie nie bardzo służy, dosyć jest osłabiona i nie dobrze chodzi, zamierza zatem w połowie lata do wód pojechać ale nie wie jeszcze dokąd. Izio tu jeździ Wujcia Xiana wierzchowcem, siwego i bardzo dzielnego, który jest większy od karego wierzchowca czackiego, ale wiele jest od niego silniejszy, ja jeżdżę na starym czerkiesie który u Wujcia przez jakiś czas w zaprzęgu chodził,  a profesyi jest koniem wierzchowym, a chociaż starszy i brzydki, to przecież jeszcze doskonały. – Nie wiele już mam czasu bo się kolacja zbliża a jutro raniuteńko poczta odchodzi, przytem też już nic więcej do pisania, kończę zatem całując kochanemu Dziadzi rączki i zostając jego przywiązanym wnukiem.

                                                                                                                                 Jaś Żółtowski

  • Wesołych Świąt oraz Szczęśliwego Nowego Roku!

    Życzymy

    aby przy świątecznym stole nie zabrakło ciepła rodzinnej atmosfery,

    a Nowy Rok niósł ze sobą szczęście i pomyślność.

    Prezes Związku Rodu Żółtowskich

    Mariusz oraz członkowie zarządu.

  • Generał Edward Żółtowski patronem ronda w Mochowie

    Generał Edward Żółtowski patronem ronda w Mochowie

    Z inicjatywy wójta Gminy Mochowo Pana Zbigniewa Tomaszewskiego nowo wybudowane rondo w Mochowie nosi imię generała Edwarda Żółtowskiego.

    Uroczystość odbyła się 20 września 2019 roku. Zaproszono wielu znamienitych gości, między innymi marszałka województwa mazowieckiego, radnych Sejmiku Województwa Mazowieckiego, starostę sierpeckiego, przedstawicieli Rady Powiatu w Sierpcu, a także wykonawców inwestycji – dyrektorów Mazowieckiego Zarządu Dróg Wojewódzkich.

    Gospodarze – Pan Wójt Zbigniew Tomaszewski oraz Rada Gminy Mochowo wystosowali na ręce Prezesa Związku Rodu Żółtowskich zaproszenie do wzięcia udziału w tej niezwykłej uroczystości.

    Do Mochowa przyjechali:

    Prezes Mariusz ze Sztumu

    Witold ze Starej Białej

    Kalina z Torunia

    Elżbieta i Kazimierz z Kutna

    Władysław z Torunia

    Bogusia z Białej

    Wójt podziękował wszystkim gościom za przybycie na historyczne wydarzenie dla mieszkańców gminy Mochowo. Przewodniczący Rady Gminy odczytał treść uchwały podjętej w dniu 14.08.2019 roku w sprawie nadania imienia rondu, a wiceprzewodnicząca Rady przedstawiła życiorys generała Edwarda Żółtowskiego. Następnie ksiądz proboszcz z parafii św. Mateusza w Ligowie Andrzej Zembrzuski dokonał poświęcenia ronda.

    Do odsłonięcia tablicy z imieniem Generała Edwarda Żółtowskiego zakończonej niedawno, ważnej dla poprawy bezpieczeństwa drogowego inwestycji, zostali zaproszeni wójt Zbigniew Tomaszewski, marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik oraz prezes Zarządu Związku Rodu Żółtowskich Mariusz Żółtowski.

    W czasie uroczystości przemawiali goście zaproszeni na uroczystość. Również prezes Związku Rodu Żółtowskich wygłosił piękną laudację na cześć generała Edwarda Żółtowskiego, podziękował za pamięć, wyraził radość, że to właśnie tę postać, związanego z Mochowem gen. Edwarda Żółtowskiego herbu Ogończyk, uczestnika powstania kościuszkowskiego, walczącego w Legionach Polskich, wybrano na patrona ważnego dla mieszkańców Mochowa obiektu.

    Kiedy czekaliśmy na przybycie kolejnych gości, Ela z Kutna i Bogusia z Białej zostały przepytane przez dziennikarzy ze stacji TVP 3. Reportaż wyemitowano w „Kurierze Warszawy i Mazowsza” 22.09.2019 r. (można obejrzeć w Internecie). Zostałyśmy podpisane imieniem i nazwiskiem, jako udzielające wywiadu o znaczeniu Związku Rodu Żółtowskich, a także o poprawie bezpieczeństwa ruchu drogowego dzięki nowo wybudowanemu rondu.

    Jak wrócimy do chlubnej tradycji świętowania kolejnych rocznic umieszczenia tablicy pamiątkowej w kościele św. Marcina w Mochowie, mamy już miejsce, gdzie możemy się spotkać rodzinnie i zjeść smaczny obiad. To restauracja „Polska Toskania” w Bożewie. Zaproszono nas tam po zakończeniu uroczystości i ugoszczono iście po królewsku.

    Artykuły o nadaniu imienia generała Edwarda Żółtowskiego rondu w Mochowie ukazały się w dwóch gazetach: „ Ekstra Sierpc” ( nr 53 z dnia 24 września 2019 r.) oraz „Tygodnik Płocki” (nr 39 z dnia 24 września 2019 r.). W zamieszczonych, zarówno w jednej, jak i w drugiej gazecie, tekstach z imienia i nazwiska wymieniono naszego Prezesa – Mariusza Żółtowskiego.

    Ponieważ przyjęłam na siebie funkcję rodowego kronikarza, obie gazety „zdobyłam” i pieczołowicie przechowuję w archiwum.

    Należy podkreślić, że zarówno pan wójt Zbigniew Tomaszewski, jak również radni Gminy Mochowo i pracownicy Urzędu Gminy przyjęli naszą delegację bardzo ciepło i serdecznie. W każdej chwili podkreślano, że jesteśmy niezwykle ważnymi, mile widzianymi i honorowymi gośćmi. Następnego dnia spotkaliśmy się na corocznym zebraniu Zarządu u Bożenki w Warszawie i „na gorąco” dzieliliśmy się wrażeniami z uroczystości w Mochowie.

    Pozdrawiam serdecznie

    Bogusia z Białej

  • Wywiad ze Sławomirem ze Szczecina. Moje hobby, moja praca.

    Wywiad ze Sławomirem ze Szczecina. Moje hobby, moja praca.

    Sławku, czy pamiętasz pierwsze spotkanie Związku Rodu Żółtowskich?

    Michał Żółtowski z Łodzi przysłał list do mojego ojca Mieczysława z prośbą o spotkanie i zaprosił nas do Skierniewic, do domu rodzinnego Zbigniewa. Pojechaliśmy z ojcem rozemocjonowani. Pamiętam, że przybyło ok. 30. Żółtowskich z różnych stron Polski. Wcześniej się nie znaliśmy. Zawsze myślałem, że Żółtowscy, to ja i mój ojciec, no i nasza bliska rodzina, czyli brat taty, stryj Roman i siostra ciocia Daniela z męża Winiarska, a także stryjeczni bracia Witek i Janusz. Gospodarz spotkania Zbigniew oraz Michał z Łodzi stworzyli niezwykle sympatyczną atmosferę. Posiadali dużą wiedzę na temat historii rodu i pochodzenia Żółtowskich, byli tak emocjonalni i prawdziwi, iż odniosłem wrażenie, jakbyśmy znali się od dawna. Atmosfera spotkania była od pierwszych chwil rodzinna i serdeczna. Można powiedzieć, że stanowiliśmy jedną rodzinę. Jestem dumny, że uczestniczyłem z ojcem w pierwszym Zjeździe Założycielskim Związku Rodu Żółtowskich, a było to 6 września 1992 roku. Zrobiliśmy wspólne zdjęcie uczestników zjazdu na schodach przed domem Zbigniewa i Natalii. Tata bardzo lubił przyjeżdżać na kolejne zjazdy, podobnie jak ja z rodziną. Nie byłem tylko na dwóch zjazdach, tzn. w Ciechocinku, kiedy miałem problemy zdrowotne z kręgosłupem. Leżałem prawie dwa miesiące. Była wtedy jednak moja żona Hania z dziećmi, Olą i Michałem oraz mój ojciec. Nie byliśmy też w ubiegłym roku na 27. zjeździe w Podlesicach na terenie Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Tak więc co roku przyjeżdżamy i cieszymy się ze spotkań z Żółtowskimi. Nawiązaliśmy wiele serdecznych przyjaźni. Data zjazdu też nam odpowiada. Wystarczy wziąć tylko jeden dzień urlopu. Od lat wszyscy wiedzą, że w okolicach Bożego Ciała nie ma mnie w pracy.

    Kiedy spotykamy się na kolejnych zjazdach, widzę Cię zawsze uśmiechniętego i z humorem. Co jest powodem Twojego zadowolenia?

    Zawsze byłem uśmiechnięty. Zapewne mam to po mamie i także po ojcu. Mamie towarzyszyły zawsze uśmiech i optymizm. Nie roztrząsała na drobne każdego problemu. Dowcipem i dobrym humorem potrafiła rozładować każdą trudną sytuację. Powtarzała: ”Naprzód i do pracy”. Moja żona i dzieci też są pełne optymizmu i uśmiechu na co dzień. W naszej rodzinie dobrze się układa i to jest zapewne powód do radości. Lubimy się uśmiechać pomimo różnych problemów, które zapewne każdemu z nas czasem towarzyszą.

    Proszę, przybliż nam historię Twojej rodziny. Dlaczego Szczecin?

    Urodziłem się w Płocku. Rodzina pochodzi z Mazowsza. Tata Mieczysław wywodzi się z miejscowości Stara Biała, a mama pochodzi z pobliskiej miejscowości Stare Draganie.
    Tata bardzo pragnął być lekarzem, ale były to lata pięćdziesiąte, więc na medycynę nie było łatwo się dostać. Po ukończeniu liceum podjął pracę w szkole podstawowej, gdzie uczył matematyki. Nie porzucił jednak marzenia o studiach medycznych. Rozpoczął staże w różnych szpitalach, żeby zdobyć punkty i dostać się na upragnione studia. Pracował w Orzyszu, Kamieniu Pomorskim i w końcu trafił do Szczecina. I tutaj właśnie podjął studia. Mama ukończyła szkołę dla laborantek. Podczas gdy rodzice uczyli się, ja mieszkałem u dziadków – rodziców mojego ojca w Starej Białej. Okres ten wspominam bardzo miło. Dziadkowie mnie rozpieszczali. Po powrocie do Szczecina zajmowała się mną opiekunka. Do szkoły podstawowej poszedłem rok wcześniej, czyli w wieku sześciu lat. Często się przeprowadzaliśmy. Mieszkaliśmy w różnych dzielnicach Szczecina i już na trwałe pozostaliśmy w nim. Tato, dr nauk medycznych, stał się cenionym lekarzem. Przez długie lata był ordynatorem oddziału położniczo-ginekologicznego w Szpitalu Kolejowym, inspektorem ds. położnictwa i ginekologii Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia, specjalistą wojewódzkim ds. położnictwa i ginekologii. Odznaczony został m.in. Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką Gryfa Pomorskiego i odznaką „Za wzorową pracę w służbie zdrowia”.

    Jakie wspomnienia wyniosłeś z rodzinnego domu i jakie wartości przeniosłeś do Twojego domu?

    Ojciec pochłonięty był podobnie jak ja, pracą. Właściwie praca to dla nas jednocześnie hobby. Tata zawsze powtarzał, że wszystko, czego się podejmujemy należy wykonywać z należytą starannością, czyli „Słowo droższe od pieniędzy”. I ja te zasady stosuję i także powtarzam to moim młodszym kolegom. Np. nie lubię się spóźniać. Po prostu źle się z tym czuję.

    Wykonujesz bardzo prestiżowy i odpowiedzialny zawód. Jesteś doktorem nauk medycznych ze specjalizacją położnictwa i ginekologii oraz onkologii ginekologicznej. Proszę opowiedz nam o swojej pracy?

    Wyjeżdżam do pracy o godzinie siódmej. Wracam do domu na kolację. Jak mówi mój kolega, pracuję osiem godzin, tj. od ósmej do ósmej. Pracuję w Szczecińskim Szpitalu Klinicznym Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego i w prywatnych gabinetach w Szczecinie oraz w Kamieniu Pomorskim. Osiem lat temu zrobiłem specjalizację z onkologii ginekologicznej. Wykonuję specjalistyczne i skomplikowane zabiegi operacyjne kobietom z nowotworami. Czasami nad stołem operacyjnym stoi się kilka godzin. Nie będę ukrywał, że takie zabiegi wymagają kilku lat pracy w zawodzie i dużego doświadczenia.
    Może nie byłoby potrzeby przeprowadzania takich długich i skomplikowanych operacji, gdyby kobiety częściej się badały. Często zdarza się, że przychodzą do lekarza w zaawansowanej chorobie nowotworowej. Guz osiąga ponad 20 centymetrów i pomimo, że jest usunięty, to pacjentka czuje się coraz gorzej. Rodzina ma wtedy pretensje do lekarzy, bo uważa, że chora trafiła do szpitala jeszcze w dość dobrym stanie. We wczesnym stadium zdiagnozowania nowotworu jesteśmy w stanie z dużym prawdopodobieństwem wydłużyć życie o kilkanaście lat. Od lat prowadzone są bezpłatne badania mammograficzne i cytologiczne. Według danych statystycznych badania cytologiczne w programie ministerialnym wykonało od 8 do 20 procent kobiet w całej Polsce, to oznacza, jak niewielki odsetek kobiet skorzystała z badań. Nie wszystkie o siebie dbają. Popieram postawę osób znanych mówiących o zdrowiu lub swoich chorobach. Poprzez nagłośnienie swojej choroby nowotworowej, wywołują wzrastanie świadomości w społeczeństwie o konieczności przeprowadzania profilaktycznych badań. Także choroba koleżanki, bądź kogoś w rodzinie może być impulsem dla pozostałych do wybrania się na kontrolne badania.

    Czy kobiety są coraz bardziej świadome, aby nie bać się odwiedzić ginekologa czy wybrać się na profilaktyczne badania piersi i cytologię?

    Wspomniałem już o dobrej roli celebrytów. Świadomość wśród kobiet jest, bo jest powszechny dostęp do Internetu. Nie ma jednak w nas nawyku nauki i poszerzenia wiedzy. Cieszymy się, że wykonało badania 20% kobiet, ale 80% kobiet badaniami nie jest zainteresowanych. Chociażby jadąc na zjazd, widzę na domach kilka anten satelitarnych. Może gdyby telewizja w serialach poruszała temat badania piersi i cytologii, to może wzrosłaby świadomość kobiet. Rak jest mordercą i trzeba z nim walczyć. Na razie jako społeczeństwo z nim przegrywamy. My lubimy sensacje. Pojawiają się różni szarlatani, którzy wykorzystują naiwność i bezradność ludzi. Wymyślają proste leczenie ziołami i witaminą C pod tytułem „Czego Ci lekarz nie powie na temat Twojego zdrowia”. Wiadomo, że lekarz w gabinecie na NFZ ma dla pacjenta tylko 15 minut i długą listę oczekujących w kolejce. W Niemczech ma 45 minut i może dokładnie pacjenta zdiagnozować, a także odpowiedzieć na wszystkie zadawane pytania. Trochę lepiej jest u nas w gabinetach prywatnych, gdzie czas poświęcony pacjentowi jest dłuższy. Z kolei dla zobrazowania problemu wyobraźmy sobie, że gdyby zlikwidowano gabinety prywatne, to czas oczekiwania pacjenta przyjmowanego na NFZ wydłużyłby się do 5-10 lat.

    Systematyczne badania profilaktyczne są koniecznością, to zapewnia nam kobietom długie życie w dobrym zdrowiu.

    To tak jak z przeglądem samochodu, który mamy obowiązek dokonywać regularnie. Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje badania cytologiczne raz na trzy lata. Jest to za długi okres. My nie mamy pewności, że przez okres trzech lat nie zajdą jakieś zmiany. Polecam także wykonanie cytologii przynajmniej raz w roku w gabinecie prywatnym. Rozumiem, że każda wizyta u lekarza jest stresująca, a zwłaszcza oczekiwanie w kolejce i później na wynik badania. Miałem pacjentkę, która tak się zestresowała, że zapomniała nawet swojego adresu. No, ale trzeba jakoś przełamać strach i robić regularnie badania. Dotyczy to także profilaktyki piersi, powinno się je wykonywać co roku. Zaleca się tzw. samobadanie piersi pod prysznicem, najlepiej po każdej miesiączce. Do 40. roku życia powinno się wykonywać badania USG piersi, a po czterdziestce mammograficzne. Jeśli wystąpią jakieś wątpliwości, to kieruję pacjentkę na badania uzupełniające, czyli na wykonanie rezonansu magnetycznego. To daje nam poczucie spokoju o stan zdrowia. Powinniśmy mieć też na uwadze, czy któraś z kobiet z najbliższej rodziny chorowała na raka. I wreszcie należy pamiętać, iż wcześnie wykryty rak daje szansę na wyleczenie. Mój zawód opiera się na dużym zaufaniu pacjentek. Kobieta, która raz zrazi się do odwiedzenia gabinetu ginekologicznego, to później trudno jej będzie przełamać niechęć czy lęk. Zatem musi istnieć zaufanie pomiędzy pacjentką a lekarzem.

    Czy wyobrażasz sobie wykonywanie innego zawód?

    Osiągałem w liceum bardzo dobre wyniki w sporcie. Mogłem bez egzaminu dostać się na Akademię Wychowania Fizycznego. Pół roku przed maturą ojciec przeprowadził ze mną poważną rozmowę, argumentując, że po Akademii Wychowania Fizycznego mogę być instruktorem sportu lub trenerem. Jak trafi się jakiś talent sportowy i zostanie gwiazdą, to raczej rzadko pamięta się o pierwszym trenerze. Tak więc tata ostatecznie przekonał mnie do zdawania na medycynę. Zostało jednak mało czasu. Pół roku do matury, a ja właściwie tak średnio byłem przygotowany do egzaminów na studia medyczne. Lubiłem biologię i fizykę, ale chemię niekoniecznie. Egzaminy na medycynę zdałem i zostałem studentem wydziału lekarskiego w 1975 roku. Studia medyczne nauczyły mnie systematyczności w pogłębianiu wiedzy. Miałem spore zaległości w liceum ze względu na nieobecności spowodowane udziałem w zajęciach i zawodach sportowych. Sporo mnie kosztowała nauka anatomii, a moja pani profesor nie stosowała taryfy ulgowej. Nauczyłem się uczyć i tak już zostało. Zapisałem się w 1976 roku do kółka ginekologicznego i chodziłem na dyżury w szpitalu w którym następnie podjąłem pracę. To moje dyżurowanie trwa już 43 lata. Pół roku po skończeniu studiów czekałem na etat. 1 kwietnia 1982 roku zostałem przyjęty na Oddział Ginekologii Operacyjnej PAM w Szpitalu Klinicznym. Jako stażysta miałem już jakieś doświadczenie, należąc wcześniej do kółka ginekologicznego. Nie lubię pracy biurowej, ale na pewno wyspecjalizowałem się w wykonywaniu zabiegów operacyjnych. Umiem i lubię to robić. Nie wyobrażam sobie wykonywania innego zawodu.

    W Internecie przeczytałam same dobre opinie o doktorze Sławomirze Żółtowskim.

    Nie czytam opinii na mój temat w Internecie. Wiem, że można każdego opluć. Trudno się obronić, choć już są przepisy i lekarze wygrywają procesy sądowe dotyczące fałszywych oskarżeń. Pacjentki trafiają do mnie najczęściej poprzez opinie przekazywane drogą pantoflową, a to jakaś koleżanka poleciła, a to babcia lub mama chodziła do mojego ojca. Jeżeli wykonuje się pracę z należytą starannością, to procentuje dobrym zdrowiem pacjentek i satysfakcją z wykonywanej pracy.

    Nowocześnie wyposażony gabinet sprzyja komfortowi pracy?

    Oczywiście, że tak. Za technologią trudno nadążyć. Byłem u dr Płazo w Belgii i on co trzy lata wymienia sprzęt w swoim gabinecie. Tam jednak dostają kredyt z oprocentowaniem 0,9 lub 1%, a u nas można uzyskać 10% kredyt. Jest różnica? Moje gabinety mają nowoczesny sprzęt i to sprzyja dobremu zdiagnozowaniu każdej pacjentki. W urządzaniu gabinetów, by miały przyjazny kobiecy styl, pomogły mi moje dziewczyny: Hania i Ola. Po wizycie w Belgii miałem pewną wizję, jak powinien wyglądać nowoczesny gabinet. Na pewno musi być przestronny i schludny, żeby pacjentka czuła się komfortowo.

    Sławku, czy możesz opowiedzieć o swojej najbliższej rodzinie?

    Moi najbliżsi, to: Hania, moja żona, oraz dwoje dzieci, Aleksandra i Michał. Ola skończyła szkołę podstawową , liceum i studia w Szczecinie. Założyła przedszkole i z sukcesem prowadziła je przez kilka lat. Aktualnie mieszka w Poznaniu. Pracuje w firmie „Arvato”, w dziale personalnym.
    Michał, podobnie jak Ola, wszystkie szczeble edukacji przeszedł w Szczecinie. Na Uniwersytecie Szczecińskim ukończył Instytut Kultury Fizycznej. Założył firmę Happy Travel, która organizuje dla dzieci i młodzieży półkolonie, zimowiska, obozy wakacyjne i zielone szkoły. Firma współpracuje z wieloma szkołami, organizacjami. Jest lokalnym patriotą i jak mówi, Szczecina nie opuści. Michał założył rodzinę. Ożenił się z koleżanką z Roku, Oliwią. Mają dwoje dzieci, czteroletniego Leona i dwuletnią Barbarę. Hania moja żona była położną. W okresie, gdy ja przygotowywałem się do swoich egzaminów i obrony doktoratu, Hania zajmowała się dziećmi. Pracowała w Szkole Położnych w Szczecinie. Przeszła wszystkie szczeble awansu, a zakończyła na stanowisku dyrektora szkoły. Od niedawna jest na emeryturze, ale nadal jest aktywna zawodowo i wykłada w kilku uczelniach na studiach zaocznych. Pomaga mi logistycznie w prowadzeniu gabinetów.

    Jakim jesteś dziadkiem dla swoich wnucząt?

    Dziadek powinien być dziadkowy. Dzieci lubią do nas przyjeżdżać. Jak wyciągamy ręce do naszych wnuków, do mnie pierwsza przytula się Basia, a do Hani Leoś. Nie wiem, być może to kwestia przyciągania płci? Jesteśmy weekendowymi dziadkami i pomagamy naszym dzieciom. Michał jest ciągle w rozjazdach, Oliwia podjęła drugi kierunek studiów. Jest na III roku rehabilitacji. Wnuki mają gdzie się u nas wybiegać.

    Czy masz czas na hobby, bo że jest to praca, to już wiem?

    Tak, moje hobby to moja praca. Ale tak na poważnie, to wieczorem lubimy z żoną filmy i książki. Jestem fanem jazdy na motorze, ale już od dwóch lat nie jeżdżę, z czego cieszy się Hania. Mój motor stoi w garażu. Uwielbiam czytać. Nie ma wieczoru, żebym nie przeczytał choć kilku stron książki. Słucham też dużo książek (audiobooków) w samochodzie, gdy dojeżdżam do pracy lub gabinetu. One przenoszą mnie w inny świat. Najczęściej czytam kryminały. Nie są to książki filozoficzne, lecz one mnie w jakiś sposób odstresowują. Z polskich autorów czytałem Chmielewską, Mroza, Bondę, Krajewskiego. Najwięcej jednak czytam kryminałów zagranicznych autorów. Lubimy z żoną podróżować. Trochę tych wyjazdów było. Mam nadzieję, że jeszcze wszystko przed nami. Moją pasją jest też jazda na nartach. Co roku wyjeżdżamy z Hanią do Austrii. Przejechaliśmy właściwie już całą Austrię, tym bardziej, że jeździmy tam już 25 lat. Ostatnimi laty dołączyły do nas wnuki. Cieszymy się, że Leon w wieku 3,5 lat zjechał z góry na nartach, co prawda trzymany na szelkach. Czekamy teraz na debiut Basi. Może zmienię proporcję pracy. Zweryfikuję ilość godzin, będzie więcej wypoczynku.

    Jakich słów nie lubisz?

    „Nie można”, „nie da się”, nie lubię smerfa marudy. Trochę to przeczy mojej tezie „nie da się”, gdy robiąc studia podyplomowe w Zachodniopomorskiej Szkole Biznesu z Zarządzania w Służbie Zdrowia, ukończyłem ją, lecz nie pisząc pracy dyplomowej, nie zdobyłem dyplomu. Po prostu zabrakło mi czasu, gdyż praca była najważniejsza. Do dziś tego żałuję. Być może otworzę jeszcze jedną specjalizację z seksuologii. Mniejszy wysiłek fizyczny, a więcej porad i rozmowy.

    Lubisz swoje miejsce na ziemi, Szczecin?

    Szczecin jest pięknym portowym miastem. Odbywają się tutaj żeglarskie święta. Dużo zieleni i zabytków: Wały Chrobrego, to symbol Szczecina, Muzeum Narodowe, Katedra pw. św. Jakuba, Stare Miasto, Brama Portowa. Jest mnóstwo parków miejskich, a okolice Szczecina obfitują w piękne lasy, jeziora, rzeki i mokradła. Lubię Szczecin. Jestem domatorem i najpiękniejszym dla mnie miejscem jest mój dom.

    Z czego jesteś dumny ?

    Że mam fajną rodzinę i pracę.

    Czego ci wobec tego życzyć?

    Zdrowia. Tego się nie kupi.

    Dziękuję bardzo za tak ciekawą rozmowę. Życzę Tobie i Twoim bliskim zdrowia i realizacji swoich celów.

                                                                 ELŻBIETA z Kutna
  • Ważne informacje dotyczące  XXIX-go Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich

    Ważne informacje dotyczące XXIX-go Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich

    Na XXIX-ty Zjazd Związku Rodu Żółtowskich wybraliśmy Sieraków, miasto w zachodniej Polsce, w województwie wielkopolskim. Położone nad Wartą, na skraju Puszczy Noteckiej, na pograniczu Kotliny Gorzowskiej i Pojezierza Poznańskiego, pomiędzy dwoma jeziorami: Jaroszewskim i Lutomskim.
    W związku z licznymi głosami od członków naszego Związku dotyczącymi warunków oferowanych przez ośrodki organizujące dotychczasowe Zjazdy, zdecydowaliśmy, że organizację przyszłorocznego Zjazdu oddamy ośrodkowi o wyższym standardzie.
    Zapraszamy do trzygwiazdkowego Hotelu* KAMA PARK w Sierakowie. Hotel* KAMA PARK położony jest w samym centrum Sierakowskiego Parku Krajobrazowego, na terenie leśnym między Jeziorami Jaroszewskim i Lutomskim. Hotel dysponuje pokojami 1- i 2-osobowymi, apartamentami, pokojami typu studio dla 4 osób (2+2) oraz domkami całorocznymi o podwyższonym standardzie dla 4 osób.

    CENY NOCLEGÓW:


    • Pokoje 1-osobowe – 80 zł/pokój (tylko 2 pokoje 1-os)
    • Pokoje 2-osobowe – 140 zł/pokój
    • Pokoje 2-osobowe do pojedynczego wykorzystania – 120 zł/pokój
    • Pokoje typu studio dla 4 osób (2+2) – 240 zł/pokój
    • Apartamenty 2-osobowe (łoże małżeńskie, pokój dzienny, wanna) – 260 zł/pokój
    • Domki całoroczne o podwyższonym standardzie dla 4 osób – 220 zł/domek


    WYŻYWIENIE:


    • Śniadanie w formie bufetu szwedzkiego – 25 zł/os (20 zł/dziecko do lat 10)
    • Obiad – 35 zł/os (25 zł/dziecko do lat 10)
    • Kolacja w formie bufetu szwedzkiego + ciepłe danie – 30 zł/os (20 zł/dziecko do lat 10)
    W cenie pobytu parking, Internet WI-FI oraz siłownia.


    W obiekcie znajdują się również sauna, solarium, bilard, tenis stołowy, dart, piłkarzyki, cymbergaj (na monety). Hotel* KAMA PARK serwuje alkohole. Podczas uroczystej kolacji możemy posiadać własny alkohol – wódkę, pozostałe alkohole (wino, piwo, drinki) zamawiamy w drinkbarze.

    WARUNKI REZERWACJI I WPŁATY ZALICZEK:

    W celu rezerwacji prosimy o kontakt z ośrodkiem:

    HOTEL* KAMA PARK
    ul. Orla 13
    64-410 Sieraków
    www.kamapark.pl
    recepcja@kamapark.pl
    +48 61/29 55 100


    Podajemy rodzaj pokoju, ilość osób, ilość noclegów, termin pobytu. Zaliczki wpłacamy w nieprzekraczalnym terminie do 29 lutego 2020 roku. Kwota zaliczki to koszt wszystkich noclegów.
    Zaliczki wpłacamy na podany numer konta:
    Konto: Hotel KAMA Park
    ul. Orla 13, 64-410 Sieraków
    Bank Spółdzielczy Pojezierza Sieraków
    Numer rachunku: 67 9082 0005 0000 2446 2000 0010 z dopiskiem: Zjazd Rodu Żółtowskich, imię i nazwisko oraz termin pobytu.


    Ośrodek jest dwupoziomowy i nie posiada windy, dlatego osoby starsze prosimy o wyraźne zaznaczenie, że rezerwacja dotyczy pokoju na parterze. Domki również nie posiadają schodów. Hotel akceptuje zwierzęta.
    W losowych przypadkach jest możliwość zwrotu zaliczki na miesiąc przed rozpoczęciem Zjazdu. W razie problemów czy niejasności prosimy o kontakt z Hotelem lub Zarządem zarzad@zoltowscy.pl
    Serdecznie zapraszamy do uczestnictwa w XXIX-tym Zjeździe Związku Rodu Żółtowskich!

                                                                                                                                     ZARZĄD
  • Życzymy Dwustu Lat!

    Życzymy Dwustu Lat!

    20 grudnia 2019 roku ZBYSZEK z Warszawy obchodzi piękny jubileusz dziewięćdziesięciolecia urodzin.
    Zbyszku życzymy Ci zdrowia, uśmiechu i radości z każdego dnia oraz
    bardzo długich lat życia w szczęściu i zdrowiu.


    Prezes Związku Rodu Żółtowskich Mariusz
    oraz członkowie zarządu

  • Zapiski z rejsu dookoła świata. Część V – rajskie wyspy

    Port w Papeete, stolicy Tahiti, położony jest na większej z dwu wysp połączonych wąskim przesmykiem i liczy ok. 20 tys. mieszkańców. Nad miastem góruje wygasły wulkan Orohena (2241 m. npm), którego zbocza porośnięte są gęstą, tropikalną roślinnością. Budynki toną wśród kwiatów, a w powietrzu unosi się mdławy zapach kopry i oleju kokosowego.
    Po zacumowaniu zeszliśmy na ląd i już na nabrzeżu mieliśmy okazję podziwiać tancerzy ubranych w stroje regionalne z nieodzownymi wieńcami z kwiatów, ćwiczących charakterystyczny taniec polinezyjski przy dźwiękach bębnów i ukulele. Spacerując uliczkami dotarliśmy do postoju taxi, gdzie kilkoro aktualnie bezrobotnych taksówkarzy śpiewało przy akompaniamencie gitary. Ponieważ w naszym gronie też było kilku grajków, przyłączyliśmy się do wesołej kompanii. Po około kwadransie podjechała jeszcze jedna taksówka i wysiadł z niej niewysoki, lecz potężnie zbudowany mężczyzna. Kciukiem uniesionym ku górze nasi nowi znajomi dali znać, że jest znakomitym wykonawcą. Wyjął z bagażnika ukulele, które praktycznie zniknęło w jego potężnych dłoniach i dał nam unikalny koncert śpiewając tak miękkim i aksamitnym głosem, o jaki byśmy go nigdy nie podejrzewali.


    Wiele lat później na filmie produkcji amerykańskiej, którego akcja toczyła się na Hawajach, miałem okazję zobaczyć tego samego człowieka – grał naczelnika wioski i oczywiście śpiewał przy akompaniamencie gitary. W trakcie dobrej zabawy pojawił się podchmielony konsument z pobliskiej restauracji i wsiadł do pierwszej taksówki. Ku naszemu zdziwieniu, nikt się nie ruszył, a przecież tego dnia najpewniej jeszcze niczego nie zarobili. Po kilku minutach zniecierpliwiony klient wysiadł z taksówki i podszedł do naszej grupy informując, że chciałby jechać. W odpowiedzi usłyszał od tubylców, że teraz nie mogą, bo mają gości, a następny postój taxi jest za rogiem. Nasze spotkanie zakończyło się o 22.00 przyjazdem żandarmerii francuskiej, która kontrolowała respektowanie ciszy nocnej. Kolejnego dnia dalszy ciąg zwiedzania miasta. Sklepy świetnie zaopatrzone, głównie w towary francuskie i równie drogo jak w Paryżu. Szklanka piwa (jak się okazało, japońskiego) w cenie 1/3 dniówki skutecznie zaspokoiła moje pragnienie.
    W pięć osób wynajęliśmy samochód Peugeot 205 i ściśnięci jak sardynki w puszce, ruszyliśmy na zwiedzanie wyspy. Już w następnej przecznicy „złapaliśmy gumę”, ale szybko wymieniliśmy koło i wjechaliśmy na drogę wzdłuż wybrzeża. Po kilkunastu kilometrach zatrzymaliśmy się przy plaży pokrytej czarnymi, wulkanicznymi kamykami. Krystalicznie czysta woda oraz wysoka temperatura powietrza zachęcały do kąpieli. Szukaliśmy oryginalnych muszli, nurkowaliśmy z „fajką”, co zemściło się poparzeniem słonecznym skóry na plecach. Po krótkim pikniku ruszyliśmy do muzeum Gauguina, odnosząc wrażenie, że cały czas znajdujemy się w jakimś gigantycznym ogrodzie botanicznym, gdzie dominowały bananowce, palmy kokosowe, drzewa chlebowe i mango. Pogoda w kratkę, w końcu to pora deszczowa. Mokniemy w strugach tropikalnego deszczu, by za chwilę wyschnąć w prażącym słońcu. Muzeum Gauguina nie zwiedzamy, gdyż cała ekspozycja pojechała na wystawę do Europy. Dojeżdżamy do przesmyku łączącego obie wyspy, przeciętego przez niezbyt szeroką rzekę. W jej wodach wpadających do oceanu, szybko poruszają się stworzenia długości ok.1,5 metra podobne do węgorza z wystającymi dwoma zębami, ochota na kąpiel przechodzi nam błyskawicznie. Czy były to niezwykle jadowite węże morskie, nie potrafię odpowiedzieć. Podziwiamy surferów, świetnie radzących sobie na wysokich falach. Pod wieczór docieramy do wysokich na 300 metrów wodospadów. Spadająca woda, rozbijająca się w pył, nie pozwala podejść bliżej niż na 100 metrów. W tej odległości postawiony jest domek pokryty palmowymi liśćmi, dający nam schronienie przed wodą, ale nie przed komarami, które najwyraźniej uznały, że nadeszła pora kolacji. Uczestnicy wycieczki szczerze mi podziękowali, że zmuszałem ich do przyjmowania leków przeciwko malarii.
    Następnego dnia ulewa opóźnia prace przeładunkowe i korzystając z chwilowego przejaśnienia funduję sobie wycieczkę rowerową na Przylądek Wenus, gdzie z wieży widokowej podziwiam okolicę. Moje zachwyty przerywa ulewa, która pojawia się nie wiadomo skąd. Ostro pedałuję z powrotem i zanim dotarłem na statek, byłem już suchy. Jako miłośnik gór postanawiam zdobyć Orohenę, lecz po przejściu kilkuset metrów w błocie po kolana wraca mi rozum i jak niepyszny rejteruję. Po czterech dniach nadszedł czas pożegnania „rajskiej wyspy” . Po wyjściu z Papeete mijamy w odległości 2 mil morskich Mooreę, malowniczą wulkaniczną wysepkę. Mocno kołysze, gdyż dopadła nas „martwa fala” wywołana przez wiejący z siłą ok. 205 km/godz. cyklon „Ofa”, który przeszedł trzy dni drogi od nas – płyniemy w jego kierunku. Leje deszcz i z nudów rysuję karykatury uczestników rejsu. Idzie mi kiepsko i psuję kilkanaście kartek papieru, by dojść do wniosku, że lepiej idzie mi pisanie, więc na osłodę układam wierszyk o Tahiti. Biorę udział w turnieju tenisa stołowego i zajmuję IV miejsce (całkiem nieźle).


    Zbliżamy się do Nowej Kaledonii, wyspy liczącej ok. 150 tys. mieszkańców, z czego 60 tys. żyje w stolicy – Numei. Wejście do portu prowadzi pomiędzy górami pokrytymi soczystą zielenią , spod której przebija złotawo-rdzawa barwa skał zawierających bogactwo metali kolorowych. Na miejscu zwiedzamy katedrę św. Józefa i oglądamy pomnik Joanny D’Arc (Nowa Kaledonia, podobnie jak Tahiti to protektorat francuski).W mieście spotykamy rodaka, emigranta z 1980 r., byłego współpracownika Radia Wolna Europa, obecnie mieszkańca Australii, który przypłynął na wycieczkowcu. Bardzo się wzruszył zobaczywszy polską banderę i zapragnął napić się polskiego piwa. Zaproszony na statek, do późnych godzin nocnych długo rozmawiał o Ojczyźnie. Żegnając się, podarował mi książkę swego autorstwa „Ciemna jest noc”.


    Następnego dnia zwiedzamy ogród botaniczny oraz akwarium z licznymi egzotycznymi okazami fauny i flory morskiej. Na koniec docieramy do osiedla bloków jakby przeniesionych z epoki Gierka. Dowiadujemy się, że to slumsy. Nocą, przy ostrej poświacie księżyca, opuszczamy tę bajeczną wyspę i bierzemy kurs na Nową Zelandię.
    Cdn.

                                    MARIUSZ  ze Sztumu
  • Żegnamy Andrzeja Mieczysława Żółtowskiego

    5 listopada 2019 roku
    zmarł w wieku 89 lat
    ś.p.
    ANDRZEJ MIECZYSŁAW
    ŻÓŁTOWSKI

    Współzałożyciel Związku Rodu Żółtowskich,
    Członek Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego.
    Msza święta żałobna odprawiona została
    14 listopada 2019 r. o godz. 11.00
    w kościele św. Karola Boromeusza na Powązkach,
    po czym nastąpiło odprowadzenie do grobu rodzinnego na miejscowy cmentarz.

    Rodzinie, głębokie wyrazy współczucia i żalu składają Prezes Zarządu,
    członkowie zarządu oraz
    członkowie Związku Rodu Żółtowskich