Podróż do ośrodka była dość daleka dla większości przyjeżdżających. Ośrodek „Ziemowit” położony jest w Jarnołtówku tuż przy granicy z Czechami. Ale cóż to dla nas, żadne uciążliwości nie mogły nam przeszkodzić w spotkaniu. Znajdujemy się u stóp Gór Opawskich i możemy podziwiać piękne okolice. W środę, dowiadujemy się, że Wacław z Łodzi przywiózł drugą edycję „Genealogii Rodu Żółtowskich”, przygotowaną przez Niego i żonę Elżbietę. Niestety oboje już nie żyją, ale dzieło ich pracy i trudu pozostało. Po procesji Bożego Ciała, odbyło się zebranie zarządu, a po nim zebranie członków Związku. Zebranie rozpoczęliśmy minutą ciszy, pamięci tym którzy odeszli – Eli z Łodzi oraz Wojciecha z Warszawy. Oboje byli długoletnimi członkami Związku, działającymi na rzecz naszego zrzeszenia. Dyskutujemy, w jaki sposób moglibyśmy uczcić ćwierćwiecze istnienia naszego Związku, które przypada w przyszłym roku. Było kilka propozycji, lecz najbardziej trafną i realną, byłoby umieszczenie w Mochowskim kościele tablicy upamiętniającej wywodzenie się rodu Żółtowskich. Tradycyjnie przedstawiają się wszystkim zebranym, osoby przybyłe na Zjazd po raz pierwszy. Mówią chwilę o sobie i swoich rodzinach. Zawsze z radością przyjmujemy ich do naszego grona.
Mirella na trasie wycieczkiPrzy kolacji – na pierwszym planie Hania, Sławek, Witold
Członkowie zarządu przedstawiają sprawy związane z ich działaniami. Nasza skarbnik podsumowuje finanse, ja redaktorka kwartalnika proszę o nadsyłanie tekstów, to jest nieodzowne, by kwartalnik mógł się ukazywać systematycznie. Prezes Mariusz, informuje o zadaniach członków zarządu na najbliższy czas. Po zebraniu ogólnym członków Związku, wysłuchaliśmy prelekcji przewodnika po górach, pana Tadeusza. Opowiadał o historii, geografii, geologii i pochodzeniu nazwy miejscowości Jarnołtówek. Najpewniej pochodzi od czeskiego rycerza Arnoldi, co oznacza – wieś. Prelekcja okazała się bardzo pouczająca i ciekawa. Tuż po północy Bogusia została Babcią Ksawerego. Od rana „Dziadkowie” przyjmowali gratulacje. Dzielna grupa wybrała się na zdobycie Biskupiej Kopy – 890 m n.p.m. Z możliwościami fizycznymi było różnie, jak wynika z relacji zdobywców szczytu, ale wszyscy dali radę. Ksiądz celebrujący sobotnią mszę św. za nasz Ród podkreślił wagę tego, co tworzymy. Po mszy zostaliśmy zaproszeni przez księdza do zwiedzenia okolicznych ciekawych miejsc.
Bogusia, Kazio, Ela, Mariusz, Ksiądz z tutejszej parafii
Beata, Bogusia i Marek z Torunia pojechali do Nysy, jest to fascynujące miasto, pełne zabytków, jest jednym z najstarszych miast śląskich. I tak nasz Zjazd dobiega do końca. Jeszcze wieczorne ognisko, jeszcze rozmawiamy i cieszymy się, że wszystko się udało. Znowu za rok się zobaczymy. I jak napisała Bogusia, „Są miejsca i ludzie, do których się chce wracać”
Witamy się serdecznie na spotkaniu w ośrodku „Diana”, położonym na Pojezierzu Dobrzyńskim. Jest środa, więc jeszcze nie wszyscy dotarli, ale jest nadzieja, że będzie nas sporo, bo to ćwierćwiecze, piękny jubileusz naszych Zjazdów. Skępe, to ważna miejscowość, dlatego dobrze stało się, że Zjazd odbył się właśnie w tej miejscowości. Jest tu klasztor z kościołem Zwiastowania NMP wzniesiony w latach 1508-1510. Tutaj miały miejsce niezwykłe wydarzenia z objawieniami Matki Bożej i licznymi cudami. Do Skępego od kilkuset lat przybywają pielgrzymi, prosząc Matkę Bożą o łaski. W czwartek gościliśmy panią Teresę, redaktor z „Tygodnika Płockiego”, która była bardzo ciekawa, jak to jest, że my Żółtowscy, tworzymy Związek już tyle lat i wciąż mamy dalsze plany. Opowiadaliśmy o przebytych zjazdach, o związkach emocjonalnych między nami, o spotkaniu z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Pani redaktor była ciekawa, co powoduje, że przez tyle lat tak liczna grupa ludzi ma ciągle niedosyt spotkań, a my uzasadnialiśmy to zjawisko. Po wywiadzie ukazał się artykuł w „Tygodniku Płockim”. Rafał nasz prezes honorowy przedstawił retrospekcję z 25. lat Związku. Wspominał spotkania i wydarzenia z tych lat, nasze przyjaźnie, sukcesy, czy problemy. Na koniec swego wystąpienia powiedział: „Istniejemy dalej, pokonując różne trudności dnia codziennego, zawodowe, rodzinne i osobiste. Dokładajmy wszelkich starań, aby nasz Związek trwał jak najdłużej – może następne 25 lat. Tak nam dopomóż Bóg!”. Ponieważ mija czteroletnia kadencja cały zarządu podaje się do dymisji. Zebrani po udzieleniu zarządowi absolutorium, decydują poprzez aklamację, aby cały zarząd pracował nadal. I tak się stało. Kiedy mamy tzw. „Wolny czas”, zawsze staramy się przeznaczyć go na rozmowy w małym lub większym gronie. Tak właśnie powstają przyjaźnie, bo coraz bardziej się poznajemy. Piątek, więc w drogę. Udajemy się do Golubia Dobrzynia, Szafarni, gdzie w latach 1824 i 1825 w majątku państwa Dziewanowskich Fryderyk Chopin spędza wakacje. Mamy wspaniałych przewodników: panią Kingę i pana Łęckiego z Torunia, który w trakcie opowieści pani Kingi, ilustrował nam te opowieści muzyką Chopina. Byliśmy zachwyceni i rozmarzeni, to piękne wydarzenie, choć zbyt krótkie. W czasie piątkowej, uroczystej kolacji odbyła się aukcja przedmiotów przywiezionych na licytację. Licytację prowadzili z ogromnym poczuciem humoru niezawodni dwaj panowie: Rafał i Mariusz. Licytacje zawsze są zabawne, więc cała sala co chwilę wybucha śmiechem.
Poczet sztandarowy przed uroczystością w kościele w Mochowie
W tym roku, sobota jest dniem szczególnym. Najważniejsze wydarzenie, to msza w kościele św. Marcina w Mochowie w intencji Rodu oraz odsłonięcie i poświęcenie tablicy upamiętniającej rodziców gen. Edwarda Żółtowskiego. Chyba nikt nie przypuszczał, że uroczystość będzie tak wspaniała. W asyście dwóch adiutantów, do kościoła wkroczył sam gen. Edward Żółtowski. W rolę generała wcielił się pan Piotr – wyglądał doskonale.
Piotr Pius – „generał” z adiutantem w kościele przy tablicy pamiątkowej
Wszystko to zawdzięczamy pasjonatom z grupy rekonstrukcyjnej – Pułk 4. Piechoty Księstwa Warszawskiego. W uroczystości brali udział uczniowie ze sztandarami z tutejszego gimnazjum. Wskazani przez Prezesa Mariusza Żółtowscy, asystowali Mu w odsłonięciu pamiątkowej tablicy. Tablica pamiątkowa w kościele w Mochowie jest rezultatem wielkich starań i marzeń, a także trudu. Przepełnia nas duma, czujemy, że właśnie w tej chwili tworzy się nasza historia. Wiele osób było ogromnie wzruszonych i nie ukrywało łez. Ksiądz kanonik Grzegorz Mierzejewski, proboszcz parafii dokonał aktu poświęcenia tablicy. Okazało się, że ksiądz Mierzejewski jest spokrewniony z Żółtowskimi i stwierdził, że wszyscy jesteśmy rodziną. Po powrocie z Mochowa, po dużych wrażeniach, popołudnie spędzaliśmy na rozmowach, i dalszych planach. Żegnamy się i wyjeżdżamy pełni wrażeń.
Niedaleko Gorzowa Wielkopolskiego w woj. lubuskim położona jest Witnica. Hotel „Leśnie Ustronie”, w którym będziemy mieszkać przez kilka dni, zlokalizowany jest wśród lasów i jezior, jest tu cisza i spokój. Można tu uspokoić „skołatane nerwy” po całorocznej pracy i życiu w zgiełku miast. W tym mikroklimacie mogliśmy spacerować, łowić ryby, zbierać grzyby lub siedząc na ławeczce rozmawiać i odpoczywać. W środowe popołudnie zjeżdża duża grupa Żółtowskich. Lokujemy się w pokojach – młodzież wolała mieszkać w domkach. W czwartek po procesji w tutejszej parafii, spędzaliśmy czas zwiedzając i podziwiając okoliczne miejsca. Na spotkaniu w sali konferencyjnej omawialiśmy sprawy Zjazdu. Byliśmy w okrojonym składzie, ponieważ Prezes Mariusz wraz z żoną są na weselu i dołączą później. Na wycieczkę piątkową zgłosiło się tylko kilkanaście osób – szkoda, że tak niewiele. Jedziemy więc w okrojonym składzie. Dojechaliśmy do Chwarszczan. Zamek w Chwarszczanach przeszedł różne koleje losu. Do dziś zachowała się tylko kaplica i kościół pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, który jest jednym z najcenniejszych zabytków Pomorza Zachodniego. Dalsza droga prowadzi nas do Łagowa, perły ziemi Lubuskiej. Oglądamy zamek joannitów, położony tuż przy zabytkowym parku z wieloma gatunkami drzew bukowych. Z parku widać zabytkową wieżę warowną zamku, która jest widoczna z kilku kilometrów. Decydujemy się „wdrapać” na wieżę, choć nie było to łatwe. Wszystkim udało się i mogliśmy podziwiać piękną panoramę. Kiedy wróciliśmy z wycieczki powitali nas wracający prosto z wesela Mariusz z Mirellą. Jesteśmy już w komplecie. W tym roku przyjechało 56 osób.
Na zdjęciu po lewej: Jerzy, Rafał, Kicia; na zdjęciu po prawej stronie – w kolejności od lewej: Jerzy, Kalina, Bożena, Krystyna, Danuta, Kicia, Ela, Urszula, Grażynka
Na uroczystej kolacji zjawili się wszyscy odświętnie ubrani, wyglądali dostojnie i uroczyście. Rozpoczęła się licytacja, którą w sposób bardzo zabawny prowadzą między przerwami w „pląsach”, Rafał z Mariuszem, a Hania ze Szczecina z głośnikiem w ręku podjęła funkcję wodzireja.
Przedmioty na licytację
Po sobotniej mszy św. za Ród Żółtowskich, udajemy się na spotkanie z panem Zbigniewem, prezesem Towarzystwa Przyjaciół Witnicy. Pan Zbigniew ma 87 lat, ale jak widać, to nie jest wyznacznikiem formy psychicznej czy fizycznej. Przeuroczy człowiek, wielkiej kultury i wiedzy. Oprowadzał nas po parku, który stworzył w latach 1994-1995. Zgromadzono w nim pamiątki związane z drogownictwem, rozwojem cywilizacji technicznej i przemysłu. Niestety, dalsze zwiedzanie parku przerwał nam deszcz. W sobotę przygotowano nam kolację na powietrzu pod wiatami. Dobrze, że wypogodziło się, bo grill w deszczu nie jest najszczęśliwszym wyborem. Kolacja przy grillu bardzo się przedłużyła, bo jutro już wyjeżdżamy, a jeszcze tyle mamy sobie po powiedzenia. Niedokończone tematy i rozmowy, zachowamy na przyszły rok.
Zjazd w tym Roku odbywaliśmy na terenie wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej, która rozciąga się od Częstochowy do Krakowa na 160 kilometrach. Krajobraz tworzą piękne wapienne formy – jaskinie, doliny i wzgórza. Największą atrakcję turystyczną Jury są tajemnicze warownie – Orle Gniazda, zamki i strażnice będące na szczytach wzgórz, które zachowały się w postaci ruin, a tylko niektóre zostały odbudowane. Prawie cały obszar włączono do parków krajobrazowych. Na Zjeździe byliśmy międzynarodową grupą, gdyż przyjechali Ela i Krzysztof z USA, Wiesław z USA oraz Grażynka ze Szwajcarii, która bywa co roku na Zjazdach z mamą Janeczką z Wrocławia. W czwartek była ładna pogoda. Msza św. i procesja odbyła się w pobliskich Kroczycach. Atmosfera szczególnie uroczysta, gdyż maszerując grała orkiestra strażacka. Wiesław z USA, mający duże poczucie humoru, przebrał się w mundur strażaka OSP Limanowa i w ten sposób dopasował się do grupy strażaków. Dowiedzieliśmy się, że Basia z Wrocławia, obchodzi jubileusz urodzin, więc szykujemy się, by uroczyście odśpiewać, sto lat. Choć sto lat, to zdecydowanie za mało. Bliscy Basi, zorganizowali poczęstunek, a uczestnicy tej uroczystości składali gorące życzenia.
Na zdjęciu od lewej strony: Kalina, Danusia, Agnieszka, Maciek, przewodnik; na zdjęciu prawym na schodach u góry Wiesław i Mariusz
Wycieczka, której przewodnikiem był pan Jerzy zapowiadała się ciekawie, bo już podczas jazdy autokarem usłyszeliśmy wiele ciekawych informacji dotyczących Ojcowskiego Parku Narodowego. Zwiedzanie rozpoczynamy od zamku wznoszącym się na skalnym urwisku. Legenda tego zamku, to historia wielkiej miłości, której zakończenie było tragiczne. Na szlaku Orlich Gniazd oglądamy skałę „Maczuga Herkulesa” o wys. 25 metrów, która uformowała się na skutek nierównomiernej odporności wapienia na wietrzenie. Historii utworzenia się tej skały było wiele, tak jak wiele ich mają zamki na Szlaku Orlich Gniazd. Następny punk programu to Pustynia Błędowska, największa w Europie, znana jako „Polska Sahara ”. Pustynia powstała na skutek ingerencji człowieka – to rzeczywistość, a legenda mówi, że to sprawka miejscowego diabła. Ogrodzieniec, zwany perełką na Szlaku Orlich Gniazd. Znajdują się tu ogromnych rozmiarów ruiny zamku. Jest to największy zamek w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Zwiedzamy kondygnacje zamku, oglądamy komnaty i tajemnicze przejścia. Wchodzimy na Zamek Wysoki, skąd mogliśmy podziwiać piękno tutejszej okolicy. Na twarzach wycieczkowiczów widać zadowolenie i uśmiechy. To nagroda dla organizatorki wycieczki Bogusi. Szykujemy się na uroczystą kolację. To miłe przeżycie – przecież takie uroczyste kolacje odbywają się na wszystkich Zjazdach, jednak za każdym razem czujemy podniecenie i zniecierpliwienie. To znaczy, że cieszymy się z naszych spotkań i oznak sympatii.
Halinka, Kalina, Jerzy
Podczas uroczystej kolacji Prezes Mariusz uhonorował Rafała z Korycina medalem im. Michała Żółtowskiego z Lasek, a Wiesław z Chicago odznaczył Prezesa Rodu Krzyżem Kawalerskim św. Stanisława. Tak więc uroczyście rozpoczęta uroczysta kolacja „rozkręca się”. Trwa licytacja na której bywa zacięta walka o pierwszeństwo w zdobyciu licytowanego trofeum. Zabawa była świetna i zakończyła się w godzinach nocnych. Na mszę św. za Ród Żółtowskich udaliśmy się do Kroczyc, a po mszy św. jedna z Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus, przedstawiła nam historię kościoła. Po południu Mariusz zaproponował wypad na Górę Zborów. Chętnych było aż czworo: Ela, Bogusia Mariusz i ja. Wyprawa, była wspaniała choć dosyć trudna. W tym miejscu muszę wspomnieć, jak Bogusia opisała moje przygotowanie do wspinaczki: „…Bożenka w lekkich warszawskich sandałkach….”. Moja odwaga nie była równa z rozsądkiem. Ale udało się. Wracamy szybko, bo zanosiło się na burzę. Wczoraj jeszcze razem, a dziś niedziela, więc rozstajemy się do przyszłego roku.
Wiktorowo położone jest na Szlaku Piastowskim w województwie kujawsko-pomorskim. Cudowna okolica, jezioro z zatoczkami na tafli którego pełno nenufarów. Kawiarenka nad jeziorem z pięknym widokiem. To miejsce gdzie spotykaliśmy się w wolnych chwilach od spraw programowych. Uroczystości Bożego Ciała odbyły się w Szczepanowie, osadzie turystyczno-rolniczej. Prezes Mariusz poprowadził zebranie zarządu, na którym omówiliśmy aktualną sytuację Związku. W przyszłym roku czeka nas rok wyborczy, a w 2021 roku jubileusz trzydziestolecia reaktywacji Związku. Po posiedzeniu zarządu w sali konferencyjnej zebrali się członkowie Związku, oraz sympatycy Związku na spotkanie z regionalistą panem Zbigniewem. Ciekawie opowiadał o regionie i zachęcał do zwiedzenia Szlaku Piastowskiego. Na wstępie zebrania ogólnego Prezes Mariusz, wręczył honorowemu prezesowi Rafałowi dyplom, a mnie – redaktorce kwartalnika Bożenie medal im. Michała Żółtowskiego z Lasek. Prezes powiedział nam kilka bardzo miłych słów. Ogromnie byłam wzruszona. Dla mnie, medal Michała z Lasek, to szczególne wyróżnienie. Dziękuję. Jak myślę brawa były dla nas podziękowaniem za pracę. W dalszym ciągu zebrania poruszane były różne sprawy, przedstawiali się nowi członkowie. Andrzej z Popłacina promował swoją książkę, ciekawą publikację o Marii Żółtowskiej, posłance na Sejm przez I i III kadencję. Barbara i Krzysztof z Torunia, przywieźli ze swojej piekarni-cukierni wspaniałe wypieki. Rozpieszczają nas tymi smakołykami. Ogromne podziękowania. Janeczka z Wrocławia obchodziła wspaniały jubileusz dziewięćdziesięciolecia urodzin. Grażynka ze Szwajcarii córka jubilatki zadbała o piękny poczęstunek. Janeczka, to wspaniała osoba, skromna i zawsze zadowolona. „Dwieście lat”. W tym roku nie organizowaliśmy wycieczki autokarowej, ale myślę, że nie było nudzących się osób. Spora grupa wybrała się na wycieczkę po Pałukach i Szlaku Piastowskim. Ela z Kaziem z Kutna i Zbyszkiem z Warszawy wybrali się do Lubostronia. Inne osoby odpoczywały, opalały się, odbywały wspólne rozmowy. Wrażenia dzisiejszego dnia opowiadane były przy stole w czasie uroczystej kolacji, podczas której odbyła się w sposób zabawny licytacja. Wieczorne tańce zakończyły się nad jeziorem w towarzystwie „komarów”.
Na zdjęciu z lewej strony: Jerzy, Kalina, Lidia; z prawej: Kalina, Halinka, Kicia
Po mszy św. za Ród Żółtowskich wracamy do ośrodka, oglądamy zdjęcia z albumów przywiezionych przez Rafała i Bogusię, idziemy na spacer do źródełka św. Huberta z którego można napić się uzdrawiającej wody. Kolacja odbyła się na powietrzu. Pieczemy kiełbaski – dla dzieci to wielka frajda. Pasją wędkarską zasłynęli: Kazio i mały Wojtuś, syn Ani i Maćka z Grudziądza.
Przy ognisku…
I tak nasz Zjazd XXVIII minął, przez rok będziemy więc marzyć o następnym.
Zima z początku 2020 roku nie przypominała zimowego krajobrazu, pomimo drzew i krzewów bez liści, niskiej w nocy temperatury, wcześniej zapadającego zmroku. Nie każdy miał okazję zobaczyć i przeżyć coś tak pięknego i romantycznego jak ja z Kaziem. Krajobraz, który utkwił mi w pamięci zobaczyłam w czasie naszej pieszej wycieczki do siostry męża Ani, mieszkającej w odległej miejscowości. Była piękna niedzielna pogoda. Śnieg mienił się blaskiem promieni słonecznych, drzewa pokryte białym lekkim puchem. Szliśmy ubrani w grube zimowe kurtki, opatuleni w szale i ciepłe czapki, chronimy się przed silnym mrozem, który także czujemy pod naszymi butami od skrzypiącego śniegu. Po drodze mijamy domy i obejścia przysypane śniegiem. Widoki te są piękne i malownicze i tylko przypisane dla tej pory roku. Idziemy przez ośnieżone pola pokryte białym puchem, na którym pozostawiamy ślady naszych butów. Ale to nie są jedyne ślady. Napotykamy tropy zwierząt. Przyglądamy im się i rozpoznajemy ślady saren, zajęcy, psów, i dzików. Mamy przy tym mnóstwo zabawy. Cieszymy się jak dzieci. Wzdłuż ściany lasu widzimy kilka saren poszukujących pod powierzchnią puchatej białej kołdry oziminy, która smakuje im wybornie, zwłaszcza w porze zimowej, gdzie nie ma trawy i młodych liści drzew. Dochodzimy do ośnieżonego lasu, który przywitał nas błogą ciszą. Nie słychać śpiewu ptaków, tak jak to bywa w innych porach roku. Idziemy duktem leśnym i niespodziewanie pojawia się na naszej drodze wesoła modraszka, nucąca pieśń ku pokrzepieniu naszych serc, trochę zmęczonych zimnem. Idąc dalej, słyszymy ciche miarowe stukanie, tak jakby ktoś lub coś motywowało nas do działania i szybszej wędrówki. Podchodząc cichutko bliżej, okazało się, że był to leśny dzięcioł, który nic sobie nie robił z naszej obecności i dalej zajęty był swoją misją. Sprowokował nas do dalszego, szybszego marszu. Przemknęły nam pośród leśnych krzewów dwa zające i stado wróbelków. Z potrąconych gałązek drzew spadały na nas wirujące płatki śniegu, które w blasku słońca wyglądały jak gwiazdki. Wreszcie opuszczamy nasz nieduży, ale jakże malowniczy przystrojony śnieżnym puchem las. Idąc dalej przez pola, napotykamy na głęboki rów z którego wystawały suche badyle pokryte czapami śniegu, sprawiały co prawda przygnębiające wrażenie, ale plątanina dzikich drzew i krzewów miała w sobie coś urzekającego. Nie mogliśmy przejść, gdyż w dole pod cienką taflą lodu płynęła woda. Widzimy w oddali po drugiej stronie rowu kilka saren, które z zaciekawieniem nam się przyglądały. Obserwując przyrodę wiemy, że najlepszymi znawcami topografii w terenie są zwierzęta. Wobec tego idziemy ich tropem i trafiamy na bezpieczne przejście przez rów. Cały czas towarzyszy nam podczas tej zimowej wędrówki słońce, którego promienie biegną na spotkanie z utęsknioną ziemią, oblewając śnieżną kołdrę ciepłym światłem, czyniąc z niej, jakby płaszcz utkany z mieniących się w blasku dnia diamentów. Po prostu zimowa magia. Wreszcie nasza wycieczka osiągnęła cel, ale czeka nas jeszcze powrotna droga. W przemiłej atmosferze trochę zmęczeni i zmarznięci rozgrzewamy się przy gorącej herbatce z wkładką i pysznym świeżym ciastem drożdżowym z rodzynkami u siostry Kazia. Szczęśliwi, spędzamy rodzinnie niedzielne popołudnie. Jak to zimą bywa, wcześnie zapadł zmrok. Nie korzystamy z gościnnego podwiezienia nas. Wracymy pieszo do domu. Ale jakże jesteśmy oczarowani. Towarzyszy nam księżyc i tysiące gwiazd na niebie. Gdzieniegdzie słychać szczekające w oddali psy, które zapewne nie są przyzwyczajone do nocnych wędrowców. Kolorowe lampki ozdabiające przystrojone ogrody, tworzą obraz zimowego wieczornego krajobrazu. W mroźną zimową noc wszystko lśni i mieni się, niczym brokat, a my szczęśliwi docieramy do domu, mając w pamięci ten malowniczy zimowy krajobraz. Mam świadomość, że zima to nie tylko malownicze obrazki, to także hulający, silny wiatr, powodujący zawieje i zamiecie śnieżne z wirujacymi z niezwykłą prędkością płatkami śniegu, nieprzejezdne śliskie drogi, chodniki, skute lodem stawy i rzeki. Uważam jednak zimę za najpiękniejszą porę roku, niezwykle malowniczą i baśniową nawet, gdy nie ma śniegu. Zima zawsze, pobudza moją wyobrażnię, poprzez swój urok i czar, a wspomnienia o niej są dla mnie romantyczne.
Kolejny tydzień na oceanie bez większych atrakcji. Dla zabicia czasu ćwiczymy szanty i piosenki żeglarskie. Byłem trochę zaskoczony, że wybrano mnie do zespołu, gdyż w młodości miałem „trójkę” ze śpiewu, ponieważ umiałem teorię. Kolejny port to Surabaya na Jawie (ok. 2mln mieszkańców). Czasu było niewiele. Nie sposób jednak było pominąć sklepy z takim zaopatrzeniem o jakim się wówczas w Polsce nikomu nie śniło. Można stracić głowę (i pieniądze). Krótki „przelot” z Surabayi do stolicy Indonezji Jakarty.
Ogromna metropolia licząca dziś ok.10 mln mieszkańców. Miasto wielkich kontrastów – z jednej strony slumsy, żebrzące dzieci i ścieki płynące ulicami, z drugiej drapacze chmur i eleganckie centra handlowe. Mając ograniczony czas na zwiedzanie, wynajęliśmy taksówkę. Od ulicznego handlarza nabyłem dmuchawę wraz z mini kołczanem strzałek. Broń o nazwie „pana” ewidentnie wykonana była dla turystów. Jej oryginał służył wojskom indonezyjskim do walk w dżungli, a zamiast powietrza wydmuchiwanego z płuc stosowano sprężarki. Nie muszę chyba dodawać, że strzałki łatwo można było zatruć. Cena początkowo wynosiła absurdalne 100 dolarów, jednak szybko spadała i w momencie zakupu było już tylko 9 dolarów. Skuteczne negocjacje zawdzięczam naszemu pasażerowi Andrzejowi, który kilka lat spędził w krajach arabskich i umiał się targować. Na statku złożył nam wizytę ambasador Polski – nazwiska niestety nie zapamiętałem. Z Jakarty kurs wzięliśmy na Singapur. Na redzie na pokład wszedł pilot aby wprowadzić nas do portu. Zła widoczność, a może i gapiostwo pilota spowodowały, że o mały włos nie doszło do tragedii. Nie zauważyliśmy wychodzącego z portu, a więc mającego pierwszeństwo, małego statku, przez marynarzy dużych jednostek pogardliwie nazywanego „kaloszem”. Przebywałem wówczas na pokładzie rufowym, gdy zatrząsł się statek tak mocno, że prawie upadłem. Był to skutek komendy „podwójna wstecz”, ratującej nas przed katastrofą. Statki przepłynęły obok siebie w odległości ok. 40 metrów, co na morzu oznacza „o włos”. Mechanicy byli niezmiernie zdziwieni, że nie pękł wał napędowy. Kucharz oczywiście nie omieszkał wypomnieć nam połowu rekinów w kontekście związanego z tym przesądu. Tym razem skończyło się na strachu i w nocy zacumowaliśmy do nabrzeża. Otrzymałem list od Mirelli- „szedł” dwa tygodnie.
Singapur, licząca wówczas 2,5 mln mieszkańców metropolia z drapaczami chmur przewyższającymi 200 metrów. Podobnie jak w Jakarcie, skrajne kontrasty. Miejsce, gdzie obok siebie stoją świątynie hinduskie, kościoły katolickie, chińskie pagody i nowoczesne meczety. Świetnie zaopatrzone sklepy z elektroniką. Nabyłem magnetowid marki „Sharp”, który służył mi ćwierć wieku, a baterie do pilota wyczerpały się po 20 latach(!).Wielu marynarzy dokonało tam zakupów, które dostarczono nam ze sklepu wprost na statek, więc nie musieliśmy ich nosić zwiedzając miasto. W dzielnicy chińskiej trafiliśmy na obchody „Święta Smoka” -wielobarwny korowód, tańce zabawa, sztuczne ognie. Przysiedliśmy na ławeczce i patrzyliśmy jak urzeczeni. W pewnym momencie pojawił się kelner z pobliskiej restauracji i podał nam schłodzony napój sojowy- poczęstunek na koszt firmy. Następnego dnia wraz z kolegą postanowiliśmy po krótkim zwiedzaniu zjeść obiad w chińskiej restauracji. Ostrzeżono nas, by dla dwu osób zamówić jeden posiłek i tak też zrobiliśmy. Po chwili siedzieliśmy przy suto zastawionym stole, gdzie do gotowanej ryby i ryżu podano liczne przystawki, nie sposób było wyjść głodnym. Dzielnicę hinduską, odnaleźliśmy po intensywnym zapachu dalekowschodnich przypraw. Zwiedziliśmy bogato rzeźbioną świątynię, jednak w jej wnętrzu nie mogliśmy robić zdjęć.
Z Singapuru przepłynęliśmy do Port Kelang w Malezji – małego miasteczka przyklejonego do dużego portu. Wystąpił problem z zejściem na ląd, gdyż nie pozwalano na to osobom z krajów komunistycznych, a do niedawna Polska za taki kraj była uważana. Dla naszego kapitana nie było jednak spraw, niemożliwych do załatwienia. Wysłał teleks z prośbą o pomoc do ministra spraw wewnętrznych, którym wówczas był prof. Krzysztof Skubiszewski i stał się cud – otrzymaliśmy wizę zbiorową i byliśmy pierwszą załogą zza „żelaznej kurtyny”, która zeszła na ląd w Malezji, od czasu odsunięcia komunistów od władzy. Na miejscowym bazarze kupiliśmy „markowe” perfumy po dolarze sztuka. Handlarz, który nam je sprzedał, nosił za nami ich pełną siatkę przez kilka godzin zwiedzania, tacy klienci nie co dzień mu się trafiali. Zapytał nas, skąd jesteśmy. Usłyszawszy „Poland”, ze zrozumieniem pokiwał głową i natychmiast powiedział: „Papa” i „Lech Waleza”.
Następnego dnia, korzystając z wolnego czasu, zorganizowaliśmy wycieczkę do stolicy Malezji, Kuala Lumpur. Miasto duże i nowoczesne. Imponujące wrażenie zrobił na nas największy na świecie meczet. Zwiedziliśmy tylko tę jego część, która była dostępna dla „niewiernych”. Użyć słowa przepych, to nie powiedzieć nic. Marmury, złocenia i fontanny bardziej nam się kojarzyły z pałacem niż świątynią. Zupełnie inny klimat panował w chińskiej pagodzie, gdzie akurat odbywało się nabożeństwo i śpiewał chór eunuchów (w tym czasie już wielka rzadkość). Do świątyni hinduskiej zlokalizowanej w ogromnej grocie wspięliśmy się po 280 schodach, odpierając ataki licznych małp-kapucynek usiłujących zdobyć pożywienie. W tym otoczeniu uchodziły za zwierzęta nietykalne i chyba zdawały sobie sprawę, że nic im ze strony turystów nie grozi. Zaspokoiwszy potrzeby ducha udaliśmy się do jednego z ogromnych domów towarowych. Ponieważ zakupy nie są moim ulubionym sportem, poprosiłem o pomoc żonę II oficera, Małgosię. Kupiłem piękną sukienkę dla córki Ani – nosiła ją nawet wówczas, gdy już zdecydowanie z niej wyrosła. Syn Piotruś liczący wówczas 3 lata, otrzymał piszczące przy każdym kroku klapki. Początkowo było to zabawne, a ponadto informowało nas o jego kierunku przemieszczania, jednak po kilku dniach zaczęło nas nieco irytować, ale syn nadal miał świetną zabawę. Dla żony, postanowiłem nabyć towar w naszym kraju, deficytowy choć niezbędny. Do dziś zastanawiam się, co tak rozbawiło młodą ekspedientkę, gdy wybierałem koronkowe majtki. Po podliczeniu rachunku, niespodziewany prezent – dostałem rabat. Ponieważ nie targowałem się, sprzedawca z własnej woli obniżył cenę. Na koniec obowiązkowa wizyta w fabryce batiku, ręcznie malowanych tkanin. Ceny przyprawiały o zawrót głowy. Nabyłem kupon materiału dla żony, ale chyba nie trafiłem w gust, bo do dziś zalega gdzieś na dnie szafy. Obładowani zakupami, taksówką wróciliśmy na statek. Nazajutrz opuszczamy Port Kelang – kierunek Kanał Sueski. c.d.n.
Bohaterami tego eseju są trzy historyczne postacie: - austriacki humanista, dramaturg, pisarz i poeta, Franciszek Teodor Csokor, jego polski przyjaciel, też dramaturg i poeta, poza tym oficer i dyplomata, Ludwik Hieronim hr. Morstin h. Leliwa, oraz jego małżonka, Janina Maria, hrabianka de domo Żółtowska h. Ogończyk. Csokor mieszkał w Cesarstwie Austro-Węgierskim, Morstin w zaborze rosyjskim, a Żółtowska pochodziła z pruskiej wtedy Wielkopolski. Byli w podobnym wieku: – najstarszym z całej trójki był Csokor, rocznik 1885, Morstin ustępował mu tylko o rok, zaś hrabianka Janina Żółtowska była młodsza od swego przyszłego męża o 9 lat.
Nie wiemy, kiedy i gdzie się poznali. Mogło to mieć miejsce w 1912 lub 1913 roku w galicyjskim wtedy Krakowie, gdzie Morstin pracował w miesięczniku kulturalnym „Museion” jako jego współredaktor, a Csokor prawdopodobnie dość często odwiedzał wtedy to miasto, a zwłaszcza jego sławne w całej habsburskiej monarchii teatry. Mogli się poznać nieco później, w czasie wielkiej wojny, w okopach frontu wschodniego. Hrabia był już w 1916 roku porucznikiem 2 Pułku Piechoty Legionów, a Csokor oficerem c. k. armii, prawdopodobnie stacjonującym w Galicji. Morstin pisał wtedy swoje pierwsze udramatyzowane pieśni, a Csokor pierwsze liryki, zebrane później w zbiór Gwałty oraz ekspresjonistyczne dramaty: Grzech wobec ducha i Czerwona ulica. Równie dobrze mogli się też spotkać po pierwszej wojnie, nawet dopiero w 1935 roku, gdy Csokor był z wizytą w polskim PEN Klubie w Warszawie. Ale pewne jest, że cała trójka znała się dobrze przynajmniej na rok przed drugą wojną, bo od 1938 roku datuje się ich zachowana korespondencja. Odkryłem ją w roku 2015 zbierając materiały do mojej dwujęzycznej, niemieckiej i polskiej książki Polskimi śladami Franciszka Teodora Csokora. Te 17 listów Csokora do Morstina i 1 Morstina do Csokora przechowuje warszawskie Muzeum Literatury pod sygnaturami 1263 i 1265. W zasadzie jest to połowa korespondencji; listy wiedeńczyka do hrabiego i jego żony, gdyż pisma odwrotne, pisane z Polski do Austrii zaginęły w niejasnych okolicznościach przy likwidacji wiedeńskiego mieszkania Csokora po jego śmierci. Ten polski zbiór otwiera list Austriaka do Morstina z 25 marca 1939 roku. Został on napisany w Ostoi pod Pruszkowem, gdzie przy ul. 3 Maja 5 mieszkał przyjaciel Csokora, Jan Effenberger-Śliwiński, który udzielił mu gościny po jego ucieczce przed austriackim Anschlussem. Csokor porusza w nim temat swojej polskiej sztuki Jadwiga, o andegaweńskiej królowej i o zamiarze posiadania jej polskiego przekładu, który miał mu się przydać przy staraniach o to, by Polska stała się jego drugą ojczyzną. List ten kończy nadawca wytwornymi austriackimi pozdrowieniami:
Moje ucałowanie Rączek Szanownej Pani Małżonce i wszystkiego najlepszego dla Pana od Pańskiego szczerze oddanego Franza Theodora Csokora. Trzy tygodnie później, 15 kwietnia, Csokor wysłał do Morstinów następny list, tym razem z Mikołowa, gdzie wcześniej gościli go jego śląscy przyjaciele, Urszula i Teodor Holtzowie.
Słyszę o Pańskim odznaczeniu i gratuluję go Panu serdecznie! Jestem u przyjaciół i chciałbym na przyszły wtorek wyskoczyć na jeden dzień do Krakowa, gdyż planuję, w sprawie dramatu Krasińskiego (chodzi o Nie-boską komedię – przyp. aut.) porozmawiać z generałem Kukielem. Nie udało mi się ustalić, o jakim odznaczeniu pisze Csokor, być może chodziło mu o jakiś Morstina wojskowy awans. Po tym liście doszło do spotkania obu dramaturgów w Krakowie. Świadczy o tym następna korespondencja z 20 kwietnia:
Chciałbym Panu jeszcze powiedzieć, zanim skończę ten list, iż bardzo się cieszę, że się z Panem spotkałem, a nasz wspólny wieczór w Krakowie był jednym z najszczęśliwszych w moim naprawdę niezbyt radosnym życiu. Csokor spotkał się wtedy z gen. Marianem Kukielem, dyrektorem Muzeum Czartoryskich w Krakowie, który był jego znajomym z legionów, oraz z arcybiskupem krakowskim, Adamem ks. Sapiehą, który pomógł mu przy sfilmowaniu Jadwigi. Miała tego dokonać wytwórnia POL-BI-FILM Ignacego Figla. Niestety, 1 września 1939 roku wybuchła wojna i Csokor musiał przy pomocy swojego innego przyjaciela, byłego ambasadora RP w Austrii, Jana Gawrońskiego, uciekać do Rumunii. Stamtąd trafił potem do Jugosławii, a po jej upadku znalazł się w Dalmacji, na półwyspie Korčula. We wrześniu 1943 roku, gdy po przegranej Włoch, wojska niemieckie chciały zająć Dalmację, włoscy partyzanci przerzucili go do Bari, zajętego już przez aliantów, gdzie był wreszcie wolny. Franciszek Teodor zameldował się z polskim paszportem u Amerykanów i po dokładnym sprawdzeniu dostał, jako oficer łącznikowy, przydział do BBC. Rok później nawiązał kontakt z ambasadą RP w Rzymie, gdzie poznał Romana Brandstaettera. Do Austrii wrócił dopiero w 1946 roku i od razu rozpoczął odnawianie kontaktów z polskimi przyjaciółmi. Jego pierwszy powojenny list do hrabiego Morstina został napisany po angielsku w Wiedniu 23 czerwca 1949 roku:
Jestem taki szczęśliwy, że Pan żyje i ma dla mnie takie dobre wiadomości o 'Jadwidze’. Sądzę, że to przekład biednego Ludwika Goryńskiego (zamordowali go naziści), którego szukałem, by dać go Panu do przejrzenia. Proszę mi w tym tygodniu przesłać choć jeden fragment tekstu, albo od razu całość do ewentualnej publikacji. Widać, Csokor zapomniał, że tuż przed wybuchem wojny, dał Morstinowi jedną polską kopię tej sztuki na przechowanie i że jest ona w dalszym ciągu u hrabiego. Kolejny zachowany list datowany jest na 25 czerwca 1949 roku do Zakopanego, gdzie państwo Morstinowie mieszkali w wynajętej willi „Kozica”:
Wysyłam Panu dwie moje sztuki! Jeśli uważa Pan, że można z nimi w Polsce coś zrobić, to bardzo by mnie to ucieszyło. 'Kalipso’ grana już była w Burgtheater, tak samo jak 'Syn marnotrawny’. Csokor starał się twórczo pomóc Morstinowi i szukał na zachodzie możliwości wystawienia jego znanego przedwojennego dramatu Obrona Ksantypy:
A teraz szybka wiadomość dla Pana. 'Obrona Ksantypy’ już leży w Joseph Städter Theater i ma duże szanse. – to fragment listu Csokora z 1 marca 1950 roku. Jednak z innych źródeł wiemy, że do austriackiej premiery sztuki wtedy nie doszło. Aż trzy listy Csokora zachowały się z roku 1958. W jednym z nich, z 17 stycznia, prosi on Morstina o przekazanie pozdrowień dla Jana Gawrońskiego, który przebywał wtedy w Zakopanem, podobnie jak państwo Morstinowie. Sprawy Ksantypy przybrały lepszy obrót dopiero w następnym roku. Widać to w liście wysłanym do Zakopanego 17 stycznia 1959 roku z Florencji:
Dziś dostałem list od intendenta dr Horsta Gnekowa, któremu poleciłem 'Ksantypę’. On był tą sztuką oczarowany i chciałby ją wystawić jesienią po szlezwickiej premierze mojego 'Syna marnotrawnego’. Horst Gnekow był znanym niemieckim aktorem, dramaturgiem i reżyserem. Na taką miłą wiadomość zachowała się odpowiedź Morstina, wysłana z Zakopanego 29 stycznia po niemiecku w formie maszynopisu:
Jestem Panu niezmiernie wdzięczny za dobrą wiadomość. Oczywiście rozumiem, że to tylko Pańska zasługa. Dziękuję Panu serdecznie. Szlezwicka premiera Ksantypy w niemieckim tłumaczeniu Aleksandra von Guttry’ego została dokładnie opisana przez Morstina w jego książce Moje przygody teatralne:
Na bankiecie po premierze wstał Csokor i powiedział: – Przed chwilą zobaczyliśmy serce poety polskiego. Skonstatowaliśmy, jak ono bije – podobnie jak nasze serca. To jest dowodem, jak wielkie zadanie może spełnić teatr dla współpracy i porozumienia narodów. Ostatni zachowany list Csokora, tym razem do pani Niny, wysłany został do Warszawy, na stołeczny adres Morstinów – ul. Kanonia 24-36 m. 3, 1 marca 1963 roku, gdzie mieszkali oni od roku 1960:
Moja najdroższa Nino i Hieronim Ludwik, serdeczne podziękowanie. Lekarstwo, które potrzebujecie, wyślę w najbliższych dniach. Przedwczoraj otrzymałem tu w Waszej ambasadzie Krzyż Komandorski Orderu Polonia Restituta, a cała uroczystość była pokazana w tutejszej telewizji. Wspomniana uroczystość odbyła się w Wiedniu 28 lutego 1963 roku dzięki polskiemu ambasadorowi w Austrii, Karolowi Kurylukowi. Krzyż Komandorski dostał Csokor, jak napisano w załączonym do niego dyplomie, „za zasługi położone na polu współpracy kulturalnej między Austrią a Polską”. List Csokora do Niny i Ludwika Morstinów jest ostatnim zachowanym śladem ich polsko-austriackiej przyjaźni. Jak widać, Csokor pomagał swoim przyjaciołom i wspierał ich materialnie, choćby przez przysyłanie z Austrii leków, które w Polsce były wtedy z pewnością niedostępne. Morstinowie byli już w podeszłym wieku i często chorowali. Pierwsze nieszczęście przyszło dwa lata później, 19 marca 1965 roku. Wtedy zmarła Janina Morstinowa. Pochowano ją na warszawskich Powązkach. Ludwik Hieronim przeżył swoją ukochaną Ninę zaledwie o kilkanaście miesięcy – odszedł z tego świata 12 maja 1966 roku, tuż przed jubileuszem tysiąclecia Chrztu Polski. Z tej okazji Morstin próbował doprowadzić do druku polskiego tekstu csokorowej Jadwigi, było to wtedy jak najbardziej na czasie i mogło się udać, bo komuniści z tej okazji odpuścili nieco cenzurowanie kultury. Niestety, nie zdążył. Wkrótce po tym Jan Parandowski otrzymał od Csokora taki oto list:
Drogi Janie, właśnie otrzymałem wiadomość, że bardzo dobry i szlachetny Hieronim Ludwik Morstin nie żyje. W spuściźnie po Morstinie powinno się znajdować polskie tłumaczenie mojej 'Jadwigi’, którą mu zostawiłem na przechowanie w 1939 roku. Jeśli się ono znajdzie, to je zabierz do siebie. Nie wiadomo, czy Parandowski znalazł ów tekst w spuściźnie po dramaturgu i czy go od jego krewnych uzyskał. Tak po polskiej wersji Jadwigi bezpowrotnie zaginął wszelki ślad. W Austrii jest oczywiście dostępny niemiecki oryginał tej sztuki, ale w Polsce nie ma dziś żadnego dla niej zainteresowania. A szkoda, Austriak napisał wspaniały dramat o polskiej królowej, a Polacy nie mają o nim pojęcia!
Urodzony w Australii w 1957 roku Frank B. Zoltowski jest jednym z najbardziej znanych na świecie astronomów – amatorów. W 1998 roku został odznaczony prestiżową nagrodą Gene Shoemaker NEO Grant. Na swoim koncie ma odkrycie ponad 60 planetoid.
W uznaniu zasług Franka B.Zoltowskiego, planetoida odkryta na stacji Agassiz w Obserwatorium Harvard College w 1977 roku została nazwana jego nazwiskiem.
Tak wygląda schemat ukazujący położenie planetoidy ZOLTOWSKI w stosunku do Ziemi:
Jedną z największych zasług badacza noszącego nasze rodowe nazwisko były wyliczenia, na podstawie których astronomowie w Minor Planet Center byli w stanie ustalić szacunkowo odległość podejścia ciała niebieskiego oznaczonego symbolem 137108 1999 AN10. Według wstępnych obliczeń, ta planetoida zbliży się do Ziemi 7 sierpnia 2027 roku. Uznano ją za obiekt potencjalnie niebezpieczny, mogący uderzyć w naszą planetę.