Park Szczytnicki jest jednym z największych parków Wrocławia. Zajmuje powierzchnię około 100 hektarów. Do końca XVIII wieku był lasem i terenem łowieckim. W 1783 roku komendant garnizonu wrocławskiego Fryderyk Ludwik Hohenlohe wykupił go i założył tu jeden z pierwszych parków na kontynencie europejskim urządzonych w stylu angielskim. XIX wiek to okres przekształcania parku w teren rekreacyjny coraz popularniejszy wśród wrocławian. W 1833 roku powstał tu Tor Wyścigów Konnych, którego pozostałością jest Pergola, a trybuna główna mieściła się najprawdopodobniej w miejscu dzisiejszej Iglicy. Wyścigi organizowano tu aż do 1907 roku. Następnie rozbudowywano kompleks – powstało Zoo, Hala Stulecia, Pawilon Czterech Kopuł, Ogród Japoński.
Park Szczytnicki przez dłuższy czas był jedynym terenem rekreacyjnym dla mieszkańców. Chodzili do niego przez most Szczytnicki, a zaraz za nim witała ich Diana – bogini łowów. Pomnik Diany był jednym z najbardziej charakterystycznych wrocławskich atrakcji. Jego wizerunek zdobił kartki pocztowe wysyłane z pozdrowieniami z Wrocławia.
Agnieszka z babcią Janeczką z Wrocławia
Uroczyste odsłonięcie pomnika nastąpiło 16-go sierpnia 1898 roku. Pomnik Diany, a właściwie Grupa Diany (niem.Dianegruppe), stał w parku Szczytnickim u zbiegu ulic Mickiewicza i Wróblewskiego (dzisiejszy skwer Zbyszka Cybulskiego). Antyczna bogini trzymała w ręku włócznię i towarzyszyły jej dwa psy myśliwskie. Wbiegała na cokół ułożony z głazów, które imitowały górski krajobraz. Wokół zasadzono drzewa iglaste i roślinność alpejską. Tę część parku nazywano Ogrodem Diany.
Autorem pomnika był Ernst Seger (1868 – 1939), rzeźbiarz urodzony w Nowej Rudzie, studiował we Wrocławskiej Szkole Sztuki, później w Paryżu. Spod jego dłuta wyszły m.in. postaci młodzieńca i lwa stanowiące alegorie walki i zwycięstwa zdobiące fontannę z 1905 roku na wrocławskim placu Jana Pawła II.
W 1945 roku figura bogini zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Po blisko 70-ciu latach inicjatywą Towarzystwa Miłośników Wrocławia, Polskiego Związku Łowieckiego i miasta Wrocławia podjęto decyzję o rekonstrukcji pomnika i przywróceniu go parkowi. Swój wkład finansowy mieli także wrocławianie, darczyńcy w pełni pokryli koszty rekonstrukcji i udowodnili, że kochają Wrocław i jego sztukę. Autorem rekonstrukcji jest Ryszard Zarycki, absolwent wrocławskiej ASP.
Pomnik Diany ponownie odsłonięto 10-go września 2015 roku na skwerze Zbyszka Cybulskiego. Jak przed laty trzyma w ręku włócznię a towarzyszą jej dwa ogary polskie. Znów może być podziwiana przez wrocławian, którzy równie chętnie jak przed laty korzystają z walorów rekreacyjnych parku Szczytnickiego.
Jesteś naprawdę bardzo miła, że zadałaś sobie trud napisania tak długiego listu. Dziękuję za to, że zamiast skrytykować moje wspomnienia wojenne, znalazłaś w nich dobre strony. W rzeczywistości ta kampania była zaledwie początkiem, a to co przeżyła większość Polaków później było straszne. Na razie dopiero przejrzałem wspomnienia twego teścia. Mam rację określając je jako makabryczne. Można podziwiać postawę tych Polaków, którzy nie stracili ducha w tych okropnych sytuacjach obozowych czy więziennych. Teraz wyszło po 1989r. kilka tomów „Wspomnień Sybiraków” – jak dotąd osiem. Przeczytałem kilka i jestem pod wrażeniem brakiem nienawiści z jakim piszą autorzy o NKWD i innych władzach. To jest ładna cecha Polaków, że umiemy przebaczać. A ile tam troski wzajemnej o przetrwanie. Matka z córką które odwiedzały syna zamkniętego w obozie przeszły w ciągu 2. lat 800 km po zaspach, tajgach, przechodząc rzeki, żeby mu donieść żywność ………..wyleczył tam gruźlicę. Wszystko przetrzymał i chyba poszedł do wojska polskiego.
Patrząc na tyle zła panoszącego się w kraju, trzeba dostrzegać też sumę dobra, która nadal jest wielka. Mam okazję czytywania „Niedzieli” i „Gościa Niedzielnego”. Ta lektura pokazuje właśnie to nieznane, a często szkalowane dobro. Interesują mnie np. szczegóły dotyczące nowych szkół katolickich. Ta z Bydgoszczy, której absolwenci wygrywają olimpiady, błyszczą poziomem wykształcenia i kultury, a szkoła musi znieść ciągłe szykany władz. Jest tych szkół jeszcze około 170, a niektóre naprawdę wybijają się i może wydadzą ludzi zdolnych mądrze rządzić krajem.
Na naszych zjazdach trudno zaplanować rozmowy, ale myślę, że jeśli znajdziesz trochę czasu, to mielibyśmy o czym porozmawiać.
W Wilnie byłem przed wojną dwa razy. Mieszkałem z dobrym przyjacielem z tamtych stron i nauczyłem się cenić tamtejszych ludzi. Mieli wiele cech brakujących Polakom z innych dzielnic. Ich patriotyzm był wspaniały, pociągający. Znajomi, którzy służyli w kresowych pułkach byli pod wrażeniem ideowości korpusu oficerskiego. Teraz Wilno jest po części zakłamane fałszywymi informacjami o jego historii, a po części zatarto jego polski charakter.
Przed wojną Wilno było typowym miastem uniwersyteckim. Wyższe uczelnie nadawały sens całemu życiu, profesorowie prowadzili otwarty dom, schodzono się u nich na dyskusje. A „Słowo Wileńskie” należało do najlepszych pism w Polsce. Na tygodniu społecznym Odrodzenia we Lwowie, grupa odrodzeniowców z Wilna wyróżniała się zwartością, poziomem i liczebnością.
Jest mało znany fakt historyczny, że ok. 1390 r. gdy Wilnu groził atak ze strony Krzyżaków, z Polski przybyła pomagać im w obronie grupa rycerzy. Wówczas jeszcze nie śniło się o Unii. A tego na pewno Litwini dzisiejsi nie wiedzą.
Rozpisałem się, może nadmiernie.
Raz jeszcze dziękuję Ci Kiciu, za życzliwe przeczytanie moich wspomnień i za przesłanie wspomnień Twego teścia, rączki Ci całuję i najserdeczniej pozdrawiam.
Bogusia z Białej i córka Ania z wnuczką Apolonią Anną Tomaszewskie
Wielu ludzi, jestem o tym przekonana, ma marzenie, aby zobaczyć Amerykę.
Moje właśnie się spełniło!
Wiza
Już cztery dni po złożeniu wniosku wizowego byłam umówiona na rozmowę w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Warszawie. Bez problemu uzyskałam upragniony przez wielu naszych rodaków stempel, a przy okazji odbyłam interesującą wycieczkę po mojej ukochanej stolicy. Okolice ambasady amerykańskiej to niezwykle ciekawe miejsca. Aleja Róż – nazwana ulicą pełną poetów. Tutaj przechadzali się między innymi: Konstanty Ildefons Gałczyński, Władysław Broniewski, Antoni Słonimski, Leon Kruczkowski, nie wspominając o prominentach ówczesnego świata polityki. Dalej Aleje Ujazdowskie pełne urokliwych i historycznych miejsc. Uwielbiam tędy spacerować i zaglądać do Łazienek Królewskich czy Parku Ujazdowskiego, podziwiać ogromne gmachy kolejnych ministerstw, albo niewielki w swojej formie, ale wielki dla dziejów Polski budynek Belwederu. Pełno tu pałaców, odbudowanych pieczołowicie po wojennych zniszczeniach z ogromną dbałością o oryginalne detale architektoniczne.
Lot
Pomijając jeden incydent lotniczy, który wydarzył mi się przeszło trzydzieści lat temu (lot z Moskwy do Warszawy przez Berlin), nigdy później samolotem nie leciałam. Można więc powiedzieć, że to był mój pierwszy lot, w tamtą stronę z przesiadką w Amsterdamie, a w drodze powrotnej we Frankfurcie nad Menem. Obserwowałam innych pasażerów i starałam się nie wyjść na kompletnego laika. Ale jak tu wyjść z twarzą z sytuacji, kiedy drzwi do toalety nie mają żadnej klamki, a stewardessa odzywa się w języku angielskim i pyta, co chciałabym zjeść na obiad – „cziken oder pasza”? Chiken brzmiał bardziej znajomo i okazał się „strzałem w dziesiątkę”. Smakowało!
Bogusia Żółtowska z Białej
Z góry podziwiam niezwykłe widoki. Jestem fanem obserwowania startów i lądowań samolotów. Pozostało mi to chyba z dzieciństwa, ponieważ wychowałam się w pobliżu radzieckiego lotniska wojskowego. Bardzo często, kiedy jestem w Warszawie, odwiedzam taras widokowy Okęcia lub specjalne miejsce w pobliżu lotniska ulubione przez podobnych jak ja pasjonatów i fotografów. Od niedawna mogę też obserwować niezwykłe maszyny zza płotu ogradzającego warszawskie lotnisko, ponieważ babcia mojego zięcia Rysia ma tam działkę rekreacyjną. Ale wracając do lotu. Wszystko robi na mnie ogromne wrażenie. Widzę największą na świecie wyspę Grenlandię, rozległe wody oceanu, a linia brzegowa przypomina namalowaną żółtą barwą kreskę i wyraźnie oddziela ląd od błękitu wody.
Na lotnisku w Waszyngtonie gorące przywitanie moich dzieci – Ani i Rysia oraz pierwsze spotkanie „w realu” z trzymiesięczną Wnusią – Amerykanką Apolonią Anną Tomaszewską, a właściwie Tomaszewski. Ogromna radość, wielki bukiet żółtych róż, które uwielbiam, a potem droga do domu. Ten dzień, ze względu na różnicę czasu, zdaje się nie mieć końca. Po niemal dobie podróżowania kładę się spać, budzę się wyspana, wypoczęta i nawet tak zwany „jet lag” niespecjalnie mi dokucza.
Waszyngton
Już w trzeciej dobie mojego pobytu na amerykańskiej ziemi znalazłam się przed, (chyba), najważniejszym budynkiem całego świata – siedzibą prezydenta USA – Białym Domem. Fotografia na tle mieszkania zajmowanego przez aktualnie urzędującą głowę państwa jest obowiązkowym punktem pobytu w stolicy Stanów Zjednoczonych każdego szanującego się turysty. Moja Wnusia, ubrana w stosowną na tę chwilę bluzeczkę z napisem „The future president” jest tutaj już po raz drugi (chociaż ma dopiero trzy miesiące).
Ponieważ Ania, Rysiu i Pola mieszkają w odległości godziny drogi od stolicy jedziemy tam jeszcze kilkakrotnie. Odwiedzamy waszyngtońskie zoo z główną atrakcją, zwierzęciem, którego nie ma w żadnym polskim ogrodzie zoologicznym – pandą wielką, niezwykłe muzea, a także urokliwy ogród botaniczny i arboretum. Mieszkańcy Waszyngtonu oraz turyści mają to szczęście, iż wszystkie te obiekty mogą zwiedzać, nie płacąc za to ani centa. Jest to możliwe dzięki powstałej w 1846 roku fundacji na podstawie testamentu brytyjskiego chemika i mineraloga Jamesa Smithsona. W Narodowym Arboretum Stanów Zjednoczonych podziwiamy wiele pięknych roślin i drzew, ale największe wrażenie robi kolekcja kilkudziesięciu drzewek bonsai z tak niezwykłym okazem, który pielęgnowany jest od 1625 roku. Jest nim sosna drobnokwiatowa przywieziona z Hiroszimy, gdzie przetrwała atak bombowy w 1945 roku.
Podczas kolejnych wizyt w stolicy USA podziwiamy niezliczone pomniki, posągi i monumenty, żeby wymienić chociażby: pomnik Waszyngtona, mauzoleum Abrahama Lincolna, pomniki upamiętniające poległych w Wietnamie i Korei, pomnik Jeffersona (do tego prezydenta jeszcze wrócę), czy też wyjątkowy pomnik Alberta Einsteina, na którego kolanach można usiąść, zrobić zdjęcie i być pod wrażeniem tego geniusza. Najbliższy naszemu polskiemu sercu jest, oczywiście, pomnik Tadeusza Kościuszki, który znajduje się w parku obok Białego Domu.
W Waszyngtonie, a także w Nowym Jorku oraz innych miejscach Stanów Zjednoczonych nasuwa mi się refleksja: Jak to fajnie czasem zobaczyć coś, co się poprzednio widziało na filmach lub pocztówkach, albo na odwrót, oglądając jakiś amerykański film ekscytować się: Tu byłam! To widziałam! Kawałek amerykańskiej historii.
Którejś niedzieli wybieramy się do Georgetown. Obecnie to jedna z dzielnic stolicy leżąca na brzegu rzeki Potomak, wcześniej niezależne miasto, założone wcześniej niż Waszyngton. Okolica ładna, czysta, pełna młodych ludzi, szeregowych domków i zieleni. W domkach mieszkają, w większości, wykładowcy, a młodzi ludzie to studenci założonego w 1789 roku Uniwersytetu Georetown. Na kampusie, wśród zieleni odnajdujemy pomnik – ławeczkę legendarnego kuriera, świadka Holocaustu Jana Karskiego. Ten wybitny prawnik, dyplomata i historyk był profesorem uniwersytetu w latach 1960 – 2000. Zmarł w Waszyngtonie i został pochowany na cmentarzu Mount Olivet.
Jedną z najfajniejszych wycieczek zorganizowała dla całej rodziny (dołączają jeszcze rodzice Rysia i jego siostra Magda ) Ania. Zarezerwowała bilety na zwiedzanie Kapitolu – siedziby Kongresu Stanów Zjednoczonych. Najokazalszą częścią budynku jest oczywiście rotunda, niezwykła z zewnątrz, zachwycająca od wewnątrz. Podczas wycieczki z przewodnikiem podziwiamy wiele malowideł i marmurowych posągów przedstawiających najważniejsze momenty i postaci w historii Ameryki oraz tych, którzy tę historię tworzyli. Podziemnym przejściem udajemy się do największej tego typu instytucji na świecie – Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych. Przepiękne wnętrza zachwycają, zaś ogrom zbiorów, które są w posiadaniu biblioteki może przyprawić o zawrót głowy. Cały bogaty dział, ponad 6 tysięcy tytułów to prywatne zbiory Thomasa Jeffersona, które w 1815 roku sprzedał Kongresowi, a ten z kolei przekazał je bibliotece. Podziw zwiedzających wzbudza, eksponowana w specjalnej gablocie, Biblia Gutenberga jedna z nielicznych pozostałych z pierwszego, przygotowanego do druku w latach 1452 – 1455 w Moguncji, wydania.
Zięć Ryszard Tomaszewski, Bogusia z córką Anią Tomaszewską i wnuczką
Nowy Jork
Zwiedzenie tej metropolii było możliwe dzięki temu, że mogliśmy zatrzymać się u mieszkającej w New Jersey siostrzenicy naszej babci Stasi Żółtowskiej. Julia mieszka w Ameryce już blisko czterdzieści lat i zawsze chętnie udziela gościny polskiej rodzinie. Tym razem trafiamy na zaręczyny jej najmłodszej córki, które gromadzą zarówno wielu Amerykanów, jak i Polaków z miejscowej Polonii. Towarzystwo wspaniałe, zabawa przednia, a potrawy przygotowane własnoręcznie przez panią domu – przepyszne. Istna „uczta Lukullusa”. Wypoczywamy po podróży ze stanu Maryland, poprzez Pensylwanię do New Jersey oraz po wspaniałym przyjęciu i następnego dnia udajemy się do Nowego Jorku. Rysiu parkuje w samym centrum Manhattanu, mała Pola śpi w wózeczku, a my, a właściwie ja, bo Ania i Rysiu już tutaj byli, podziwiamy i robimy milion zdjęć. Najdroższa na świecie Fifth Avenue, Times Sqare – centrum Wszechświata, tutaj zaczyna się Broadway. Centrum kulturalno – rozrywkowe USA, przyciągające turystów i wykonawców z całego świata. Obowiązkowy punkt programu – spacer po monumentalnych metalowych, czerwonych schodach będących symbolem kabaretu, rewii, show, wszystkiego tego, z czym kojarzy się ta znana na całym świecie ulica. Można tu usiąść, zachłysnąć się tym niezwykłym miejscem, napawać się radością, że jest się właśnie w TYM miejscu. O Nowym Jorku można by pisać bez końca. Zachwycił mnie, zauroczył, dołączyłam do, niewątpliwie, wielomilionowej rzeszy wielbicieli tego miasta, które nie zasypia nigdy. W Central Parku robimy sobie chwilę odpoczynku, posilamy się tradycyjnymi bajglami, Ania karmi córeczkę. Ponieważ rozmawiamy po polsku po chwili przysiada się do nas Pani, która ponad czterdzieści lat mieszka w pobliżu Nowego Jorku, często spaceruje po Central Parku, a pochodzi z mojego ukochanego Szczecina. Korzysta z możliwości porozmawiania w ojczystym języku, którego, mimo tak długiego pobytu poza krajem, nie zapomniała.
Wracamy do samochodu, zwiedzając jeszcze katedrę św. Patryka. To największa neogotycka świątynia katolicka w USA. Położona przy Piątej Alei, jest wciśnięta między drapacze chmur Manhattanu. I chociaż wieże kościoła mają 100 metrów wysokości, czyli mniej więcej tyle, co najwyższe kościoły w Polsce, w porównaniu z otoczeniem, budowla wydaje się malutka i krucha. Również tutaj pojawia się akcent polski. W bocznej nawie odnajdujemy kaplicę Matki Bożej Częstochowskiej z umieszczonym w centralnym miejscu obrazem Pani Jasnogórskiej.
Niedzielny Nowy Jork, w samym środku długiego weekendu z okazji Dnia Niepodległości, nieco senny, wolniejszy pozwolił nam na zwiedzenie i zobaczenie wszystkiego, co sobie zaplanowaliśmy. Na pewno nigdy nie zapomnę tych magicznych chwil, a reakcja mojego Wnuczka Filipka: „Babciu, to ty byłaś w Nowym Jorku”?! – bezcenna.
Wracamy do gościnnej Julii. Niemal całe popołudnie spędzamy w basenie przy jej nowym domu. Czasem na coś luksusowego mówi się: „ Ameryka” i nie ma w tym ani odrobiny przesady.
Ocean Atlantycki
Pierwsze moje spotkanie z tym bezmiarem wody odbyło się z pokładu samolotu. Następne już było zupełnie niezwykłe. W drodze powrotnej do domu z Nowego Jorku nasza wycieczka w składzie: Ania, Rysiu, Pola i ja spotkała się z wycieczką w składzie: Romek (syn Rafa), jego żona Lidka, córka Natalia i mama Lidki – Basia. Z Romkiem nie widzieliśmy się już od wielu lat, a tu takie spotkanie! Rozkładamy się na plaży, opowiadamy sobie co u nas słychać, co się zmieniło, co u Tomka. Ot, taka sobie pogawędka Rodaków tysiące kilometrów od Polski.
Potem jeszcze wiele razy wracamy nad ocean, kilka dni spędzamy w Ocean City. Miasto jak z amerykańskich filmów, plażę mamy dwa kroki od hotelu. Na spacer chodzimy na promenadę, która ciągnie się wzdłuż wybrzeża przez wiele kilometrów. Właściwie to było moje największe marzenie – zobaczyć ocean. I spełniło się.
Zatoka Chesapeake, Baltimore, Annapolis
Zatoka połączona jest z Oceanem Atlantyckim, jej brzegi należą do stanów Wirginia i Maryland. W najwęższym miejscu, w okolicy Annapolis wybudowano Bay Bridge – most nad zatoką, mierzący niemal 7 kilometrów, a tak wysoki, że przepływają pod nim duże oceaniczne statki. Przejazd tym mostem, za każdym razem dostarczał mi mocnych wrażeń. Jest tak ogromny, że widziałam go nawet z samolotu, kiedy wracałam do Polski. Do zatoki uchodzi około 150 rzek i strumieni, między innymi Potomak oraz rzeka, której nazwa, według mnie, pochodzi z czasów osadnictwa Indian i bardzo mi się podoba ze względu na swą melodyjność – Susquehanna.
Odbywamy kilka wycieczek nad zatokę, podziwiamy niezwykłe latarnie morskie, obecnie muzea, gdzie można zapoznać się z dawną pracą latarnika, podwodny świat flory i fauny zatoki i zajadamy się krabami – to specjalność tej części stanu Maryland. Stan ten nazywany jest „ Ameryką w miniaturze” – z jednej strony woda (Zatoka Chesapeake i Ocean Atlantycki), a z drugiej góry Appalachy.
Baltimore – tutaj właśnie, w szpitalu św. Agnieszki przyszła na świat moja Wnuczka Apolonia. Chociaż miasto jest największe w stanie Maryland (należy też do dwudziestki największych miast USA) funkcję stolicy pełni znacznie mniejsze Annapolis. Wybieramy się na zwiedzanie Baltimore. Przepięknie położone nad zatoką, rozległe, z wieloma drapaczami chmur. W porcie obok jednostek zupełnie nowoczesnych zacumowane są statki związane z historią Stanów Zjednoczonych – przepiękny żaglowiec, łódź podwodna, a także jeden z nielicznych ocalałych z ataku na Pearl Harbor. Jest też zabytkowa latarnia morska. W płytach na deptaku spacerowym wokół portu wmurowane są tabliczki informujące o szlaku turystycznym w kilkunastu językach świata, w tym również w języku polskim, co wzbudza w nas wielki entuzjazm. A żeby zrobić zdjęcie z tym napisem, musimy się niemal położyć na chodniku.
Ciekawostką jest, że w 1814 roku stoczono pod Baltimore zwycięską morską bitwę z Anglikami. To zainspirowało poetę Francisa Scotta Key do napisania wiersza „Gwiaździsty Sztandar”, który stał się później tekstem hymnu narodowego USA. Annapolis jest, jak już wspomniałam, stolicą stanu Maryland. Urokliwe miasteczko pięknie położone nad zatoką jest siedzibą Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Kadetów, przyszłych Marines spotyka się na każdym kroku w ich charakterystycznych białych mundurach. Kampus uczelni jest dostępny dla zwiedzających.
Appalachy
To pasmo górskie rozciąga się wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Odbyliśmy kilka wycieczek, odkryłam wiele urokliwych miejsc. Byliśmy w Parku Narodowym Shenandoah. Przez cały park wiedzie droga z miejscami widokowymi Skyline Drive. Kierowca ma najgorzej, ale pasażerowie mogą do woli podziwiać przepiękne widoki. Oczywiście zatrzymywaliśmy się wielokrotnie, żeby móc nacieszyć oczy wspaniałej, rozległej górskiej panoramy. Droga zawiodła nas do Luray Caverns. Jest to zespół jaskiń krasowych, w których podziwialiśmy fantastyczne stalagmity, stalaktyty, stalagnaty oraz inne spektakularne formy nacieków jaskiniowych, tak zwane draperie, misy, makarony, jeziora lustrzane. Odwiedziłam sporo jaskiń, ale czegoś tak pięknego jeszcze nie widziałam. Jak to w Ameryce, wszędzie oświetlone, szerokie chodniki, mogliśmy więc spokojnie wejść tam razem z Polą w wózku.
Byliśmy w urokliwym miasteczku u stóp Appalachów, takie nasze Zakopane. Nawet główna aleja spacerowa przypominała nieco Krupówki. Spacerując po ulicach Charlottesville i podziwiając pomnik generała Lee nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że za tydzień ten monument stanie się zarzewiem konfliktu, o którym będzie mówił cały świat. Tutaj należy wspomnieć o Szlaku Appalachów, który biegnie niemal wzdłuż całego wschodniego wybrzeża USA. Liczy około 3500 kilometrów, jest najdłuższym szlakiem turystycznym na świecie, a niezliczone rzesze turystów stawiają sobie za punkt honoru jego pokonanie.
Monticello
Z Charlottesville udajemy się do pobliskiego Monticello. Jest to posiadłość trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych Thomasa Jeffersona. Zaprojektowana przez samego właściciela budowla na wzgórzu plantacji, w stylu nawiązująca do klasycyzmu została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dom otacza założony przez Jeffersona park, warzywnik, sad oraz ogród tak zwany eksperymentalny, w którym prezydent hodował warzywa i owoce z nasion przywożonych z licznych podróży do Europy. Podczas zwiedzania domu dostrzegam portret Tadeusza Kościuszki. To kolejny polski ślad podczas mojej podróży po USA. Część pieniędzy uzyskanych od rządu Stanów Zjednoczonych za walkę o niepodległość Tadeusz Kościuszko przeznaczył na wykup i kształcenie niewolników, w czym miał mu pomóc jego przyjaciel Thomas Jefferson, ale ten, mimo że jeden z ojców założycieli postępowej Ameryki, nigdy się nie wywiązał z umowy, bo sam był właścicielem setek niewolników – część z nich trzymał nawet jako prezydent w Białym Domu.
W tle Ania z Bogusią
Flora i fauna
Na codziennych spacerach spotykaliśmy sarny, niemal na wyciągnięcie ręki. W różnym wieku i różnej wielkości – od dorosłych samic, po malutkie jelonki – takie, jak bohater disneyowskiej baśni ”Bambi”. Były bardzo ufne i w ogóle nie bały się ludzi. Tylko raz przemknął ogromny jeleń, ale ten z kolei szybko skrył się w zaroślach. Widywaliśmy mnóstwo szarych wiewiórek. One pojawiały się często na tarasie położonego na parterze mieszkania, okropnie denerwując rudego kota Filemona. Codziennie spotykaliśmy jakieś zwierzęta żyjące na wolności. Były zające, szopy pracze i susły. Kiedyś pojechaliśmy nad ocean, tam na wyspie jest park narodowy, gdzie na swobodzie biegają dzikie konie. Uprzykrzają życie plażowiczom, ale to one mają tutaj większe prawa, turyści są tylko dodatkiem. W winnicy spacerował sobie żółw, a na którymś z postojów w parku Shenandoah w spróchniałym pniu spał wąż. Rysiu powstrzymał mnie przed obudzeniem zwierzęcia patyczkiem, bo czytał, że w tej okolicy żyją węże jadowite.
Jeżeli chodzi o rośliny, to w lesie liściastym ( z przewagą grabów ) rosły maliny, jeżyny i kurki. Wyglądem przypominały polskie owoce leśne i grzyby. Ale czy są takie same w smaku nie odważyłam się spróbować. Przecież to inny kontynent. Więc to, co wyglądem przypomina nasze rodzime rośliny może być niejadalne lub wręcz trujące. Gdybym się zdecydowała zamieszkać w USA, na pewno brakowałoby mi grzybobrania, bo to jest moje ulubione jesienne zajęcie.
Harpers Ferry
To malowniczo położone na górskich wzniesieniach historyczne miasteczko. Jedno z nielicznych miast, przez które przebiega Szlak Appalachów. Trafiamy do niego w piękną, słoneczną niedzielę i znajdujemy się w środku … wojny secesyjnej. W pobliżu miasteczka miała miejsce jedna z ważniejszych bitew tej wojny. I właśnie grupy rekonstrukcyjne próbują pokazać, jak to się rozegrało. Jest szpital polowy, oddziały uzbrojonych żołnierzy, wszelkiego rodzaju kramy i stoiska, gdzie można nabyć różnorodne gadżety. Miasteczko w ogóle przypomina skansen. W każdym z malowniczych domków odtworzono, z dbałością o ówczesne realia: aptekę, sklep, więzienie, arsenał i dom szeryfa.
Miasteczko położone u zbiegu rzek Potomak i Shenandoah jest rajem dla turystów, którzy opalają się na wystających z płytkiej wody ogromnych głazach albo pływają na różnokolorowych pontonach. My też nie możemy się powstrzymać i zażywamy chłodnej kąpieli w wodach Potomaku. To przecież ta rzeka, która przepływa przez sam środek amerykańskiej stolicy.
Miasteczko nie tylko jest bardzo piękne, ale ma też bogatą historię. W 1859 roku abolicjonista John Brown, nieprzejednany wróg posiadaczy niewolników, próbował wywołać powstanie na Południu Stanów Zjednoczonych. To właśnie jego wystąpienie stało się jedną z przyczyn wojny secesyjnej. Za bohatera uznało go wielu pisarzy, między innymi Cyprian Kamil Norwid, który poświęcił mu wiersz
„ Do obywatela Johna Brown”, a moje pokolenie śpiewało o nim pieśni.
Epilog
Wszystkim moim kochanym Dzieciom i Wnuczętom za pomoc, za wsparcie, kibicowanie, zawiezienie mnie i odebranie z Okęcia, za pokazanie mi niemal całego wschodniego wybrzeża USA, za cierpliwość w czasie długich, nie kończących się podróży – z całego serca – Dziękuję!
Jeżeli chodzi o „ zaliczenie” kolejnych stanów, to było tak: mieszkałam w Maryland, często bywaliśmy w Wirginii, a raz nawet w Wirginii Zachodniej. Przejechaliśmy przez Pensylwanię, aż do stanów Nowy Jork i New Jersey. Zahaczyliśmy też o Delaware.
To dopiero wschodnie wybrzeże USA. Przede mną jeszcze Chicago, wodospad Niagara, San Francisco, no i oczywiście Los Angeles z „ fabryką snów”.
Piszę do Was z Berlina skąd jutro na dni kilka pojadę do domu, aby tu znowu powrócić, iż w naszej izbie toczyć się będą rozprawy nad ważnymi sprawami Kościół i naród wasz obchodzącymi. Bardzo tu trudne nasze położenie dla mnie było ono tam przykrzejsze, że obok innych trosk z Waszej strony zamiast pociechy, wielkiego doznał zamartwienia. Cenzury Wasze w najważniejszych przedmiotach łacinie i greczyźnie takie liche że mnie aż wstyd pomyśleć jak i naród Wasz i rodziny w lekceważenie u waszych kolegów podajecie, przez tak niesumienne pełnienie waszych obecnie najważniejszych obowiązków. Wydaje Ci się mój Jasiu ze zwykłą twoim wieku lekkomyślnością, że do wykupienia nie przyjdzie. Otóż się mocno mylisz, bo rząd już sto milionów marek od sejmu zażądał aby mieć stosowne fundusze na to przedsięwzięcie. Więc jak wam w przeszłym liście pisałem w ……….. i prawie tylko jedyna Wasza niechaj będzie nadzieja, bo nasamprzód że tych skarbów, skoro je raz posiądziecie żadna siła ludzka już Wam odebrać nie potrafi, a potem że za niemi idzie także błogosławieństwo Boże bo ora et labora jest i będzie zawsze zadaniem całego życie. Zaklinam Was przeto na wszystko moje kochane chłopcy na pamięć Waszych najdroższych rodziców uczcie się pilnie, to właśnie przedmioty które w łacinie i greczyźnie jako tych które podstawę wyższego wykształcenia stanowią. Do wszystkich moich kłopotów nie dawajcie jeszcze i tego, abym się miał o Wasze nauki niepokoić, bo byście sobie potem gorzko wyrzucać musieli żeście nie chcieli słuchać przestróg i napomnień które Wam z najserdeczniejszego przywiązania do Was i najczulszej o całą Wasza przyszłość troskliwości przesyła najprzywiązańszy dziadzia.
Berlin 28/2 86 M.Ż.
__________
Kochany Dziadziu
Ze zbiżającemi się kochanego Dziadzi imieninami, piszę do Dziadzi, żeby mu na rok przyszły zdrowia, szczęścia i pociechy z powodu nas życzyć i życzę Mu zarazem, żeby się długich lat życia mógł doczekać. Izio wiele lepiej teraz jest w szkole i nasz profesor już mu raz czy dwa powiedział, że jeżeli i przez resztę miesiąca tak zostanie, nie potrzebuje się obawiać dostać „nicht genügent”. Z niecierpliwością oczekujemy odpowiedzi na list Izia, przy którym pewno Dziadzi napisał żeśmy owoce z Gorz już dostali. Do Dziadunia i Buni z powinszowaniami na Nowy rok już napisaliśmy a niedługo i do Dziadunia na imieniny napiszemy. Już przeszło od tygodnia lało tu ale wczoraj trochę marzło i przez noc taki spadł śnieg, że prawie na dwie stopy teraz leży. Na loterię ja wygrałem neseserek podróżny w którym jest nóż, widelec i łyżka, flakonik mały i serwetka. Jest tak mały że go można włożyć do kieszeni. Chowam go tu żeby móc podczas wakacji Wujciowi Xianiowi darować, bo on bardzo takie rzeczy lubi i myślę że się bardzo z powodu tego ucieszy, zwłaszcza że na Wołyniu taki neseserek bardzo jest wygodny. Całuję kochanemu Dziadzi rączki i zostaję Jego przywiązanym wnukiem.