Wspomnienia z dzieciństwa i młodości


Izabela Broszkowska

Zacznę od tego co najłatwiejsze (od czegoś trzeba zacząć) – od tego, co pamiętam najdawniej. Siedzę na stołeczku, czy też na nocniczku, na szerokim parapecie półokrągłego, wielkiego okna we dworze moich dziadków ze strony Mamy w Krasnobrodzie, i oglądam łaty topniejącego śniegu na gazonie i konie, które chodzą tam i z powrotem. Ostatnio wyczytałam w liście Babci Kunickiej, że wczesną wiosną bronowano wszystkie trawniki w parku – więc to pewnie było owo bronowanie. Siedzę w oknie, bo jestem chora no koklusz i nie mogę wychodzić no spacer. Inne wspomnienie z tego samego okresu – krzyczę przeraźliwie, przerażona, bo przykładają mi do pleców płótno wymazanie czymś czarnym i gorącym, co ma mi pomóc na kaszel – okropnie się tego boję. Z Mamy opowiadań wynika, że koklusz miałam zimą roku 1940 na 41, miałam wtedy dwa lata z kawałkiem, gdyż urodziłam się we wrześniu 1938 roku.

Późniejszych wspomnień jest więcej i też nie są bardzo przyjemne, dotyczą okropnego obyczaju dorosłych, zmuszania dzieci, by spały po obiedzie. No ogół dzieci nie mogą spać na zawołanie i konieczność długiego leżenia jest dla nich torturą. Wiedzą o tym wszystkie współczesne przedszkolaki. Jak pamiętam mój pokój położony był na końcu korytarza na piętrze domu. Miałam spać po moim obiedzie, który był przed obiadem dorosłych. Jadalny pokój był na drugim końcu tego korytarza. W czasie straszliwie nudnego leżenia wymyślałam sobie różne rozrywki. Raz odkleiłam z połowy ściany tapetę w niebiesko-brązowe kwiaty, innym razem wsadziłam głowę między metalowe pręty mojego białego łóżeczka i nie mogłam jej wyjąć. Dopiero po dłuższym czasie Rodzice usłyszeli moje rozpaczliwe krzyki – na podłodze pod zwisającą głowiną była cała kałuża łez. Jeszcze innym razem wsadziłam sobie ostry koralik do nosa, wszelkie próby wyjęcia go palcem pogarszały sytuację, zaczęła kapać krew. I znów na ratunek pośpieszył Tata, na jego opiekuńczych kolanach dmuchałam z całej siły w jakiś ręcznik – aż wydmuchnęłam. Tata był z konieczności lekarzem pierwszej pomocy – do najbliższego lekarza w Zamościu było 20 km jazdy bryczką po dziurawej szutrowej szosie.

Mam też w pamięci obrazki z życia dworu – salon z kominkiem i dywanem, na którym się rozkładałam. Babcię, która w długie zimowe wieczory robiła papierosy z tytoniu i bibułek zwijanych przy pomocy jakiejś przemyślnej maszynki. Goście w salonie – przed obiadem zakąski z plasterków suchej kiełbasy i kieliszki wódeczki… po obiedzie „kanarek” dla Izi – łyżeczka cukru umoczona w aromatycznej czarnej kawie z malutkiej filiżanki.

I pokój jadalny z długim stołem założonym prowiantami i pudłami, bo się pakuje paczki do oflagu, gdzie był brat Mamy, wuj Jurek i jego liczni koledzy. Kiedy indziej jakaś uroczystość rodzinna, może imieniny Dziadzi lub Babci.

Przy stole pełno gości, ja siedzę przy osobnym małym stoliku i do dziś pamiętam smak ciastka na deser z lukrem i wisienką w środku – tak bym zjadła jeszcze jedno, ale o dziecku w zamieszaniu nikt nie pamięta!

Osobna sprawa to Niemcy. Wiem, że Niemcy to coś okropnego, trzeba ich unikać. Na zdjęciu z tamtego czasu mam wymuszony uśmiech – grymas. Pamiętam, że kazali mi się uśmiechać do Mamy, ale zdjęcie robił Niemiec w mundurze, nie mogłam się zdobyć na ten uśmiech.

W 1943 roku przenieśliśmy się ze dworu do małego domku – administratorówki.

Drewniany ganek do tego domku dostawiono według projektu Macieja Krasińskiego – mówiono wtedy, że będzie sławnym architektem – później był projektantem Supersamu w Warszawie i katowickiego Spodka. Maciej, Roman Chmyzowski, Janek Rodak, Aleksander Markowski – chłopcy – mieszkali w naszym domu i pracowali na fermie lisiej. Dziś wiem, że byli w AK i przechowywali się w majątku.

Z tego czasu pamiętam moją Mamę jak rozczesuje przed lustrem gęste, czarne włosy i mówię jej z całym przekonaniem, że „jest najpiękniejszą panią na całym świecie”. Bardzo lubię chodzić do kuchni, gdzie króluje kucharz Jasiek w białym stroju. Mam swoją stolnicę i wałek i wyrabiam pod jego dyktandem ciasto na pierogi. Zaczynam też edukację – dostaję listy od Inki Lipskiej, kuzynki, która rok starsza, umie już stawiać pierwsze litery – ja chcę też! Rano przychodzę do Taty na dzień dobry do łóżka i tu poznaję pierwsze litery drukowane na opakowaniach od tabletek, czy maści. Potem staram się je pisać przy pomocy Mamy lub Anusi.

Mam już skończone 5 lat. Anusia moja, a właściwie nasza opiekunka, bo w lecie 1942 roku pojawiła się moja siostra Dorota, jest z nami przez cały czas pobytu w Krasnobrodzie, nie wyobrażam sobie istnienia bez niej. Obok Anusi ważną osobą w moim życiu była też Jadzia Marzecka, pokojówka Babci. Jadzia opowiadała przepiękne bajki. Na któreś imieniny napisała też o mnie opowiadanie, które dostałam w formie książeczki. Niestety bardzo jej nie lubiłam, bo opisywała jak źle dbam o moje laleczki a pajacyka nawet zostawiłam na noc na gazonie. Nikt nie lubi, żeby o nim źle mówiono, a tu jeszcze na piśmie!

Jadzia i Anusia robiły w Wielkim Poście przepiękne pisanki przy pomocy specjalnych rysików – lejków, robionych ze skuwki od sznurowadła, które maczało się w wosku i „pisało” na jajku wymyślne wzory, a potem zanurzało te jajka w słojach z farbą. To było szalenie ciekawe zajęcie.

I jeszcze szklarnia-cieplarnia, a w niej ogrodnik Stach. Do szklarni schodziło się w dół po schodkach, było tam zawsze ciepło i wilgotno, rosły paprocie, prymulki i pelargonie i mnóstwo jeszcze innych roślin. Nasza Babcia była zamiłowaną i fachową ogrodniczką. Ogrodnik robił specjalnego kształtu bukiety, układane na liściach paproci, które wręczało się Babci, czy Dziadzi w dniu ich imienin. Pamiętam, jak byłam dumna, gdy mogłam pierwszy raz w życiu sama, bez Anusi pójść do dość odległej od domu cieplarni po taki bukiet.

Bandyci – nieodłącznie słowo naszego ówczesnego bytowania. Pojawiają się w nocy i zabierają co popadnie. Pewniej nocy wyciągnięto mnie z łóżeczka, po domu chodzili jacyś obcy ludzie, Mama kazała mi schować pod koszulkę złoty medalik od chrztu. Najlepiej pamiętam napad, gdy rodzice byli w niedzielę w kościele. W domu był kucharz Jasiek, Anusia i my z Dorotą. Koło domu przejeżdżają jakieś wozy pełne ludzi z karabinami. Ktoś mówi, że to ruska partyzantka. Jasiek wynosi pod ganek porcelanę w koszyku od kartofli, bo oni wszystko niszczą i rabują. Część przejeżdżających zatrzymała się i wpadła do domu. Byłyśmy z Anusią i Dorotą na górze w dziecinnym pokoju, jakiś drab się do nas dostał i widzę jak Anusia zasłania się przed nim grubą watowaną kołdrą! Draba na szczęście odwołano, wsiedli na wozy i odjechali, a my chodziłyśmy po stertach potłuczonej porcelany i połamanych mebli, ale całe i zdrowe – Jasiek też wylazł z jakiegoś kąta nieuszkodzony.

To już było wiosną 1944 roku. Wobec zbliżania się frontu i bolszewików, z którymi Dziadkowie i Mama mieli już do czynienia w roku 1939 – tym razem wyprowadziliśmy się do Ojcowa pod Kraków. Przeprowadzki nie pamiętam dobrze, wiem że odbyła się przy pomocy ciężarówki, że nocowaliśmy w Lublinie i jechaliśmy potem bardzo długo. Chyba nie było za dużo miejsca w tej ciężarówce, bo w Ojcowie trzeba było znaleźć jakiekolwiek meble. Przy tej okazji dziwiłam się, że państwo Skirlińscy, mieszkający piętro niżej mówią na nocny stolik „nachkastlik” – Mama mówiła, że to Galicja.

W Ojcowie w kilku pokojach na piętrze willi „Korona” zamieszkaliśmy z Dziadziusiami, Anusią, Jadzią i Jaśkiem kucharzem. Myślę, że wtedy Babcia nie wyobrażała sobie życia bez pokojówki, a ani Mama ani Babcia nie umiały gotować. W przystosowaniu się do życia w nowej rzeczywistości było to,zwłaszcza dla Mamy, straszliwą zmorą – stale groziło, że zachoruje lub odejdzie osoba, która nam gotuje.

W tych warunkach, w sierpniu 1944 roku urodziła nam się siostra Basia. Wtedy rodziło się w domu, powiedziano nam, że Mama jest chora i nie można do niej wchodzić. To trwało, wydaje mi się bardzo długo, aż wreszcie Anusia powiedziała, że mamy wielką radość bo urodziła nam się siostrzyczka Basia! Z tego okresu pamiętam też jak przychodziły do nas kobiety ze wsi i po długich targach wymieniały najpiękniejsze sukienki Mamy na osełki masła, czy biały ser. Ale na Wielkanoc była wielka szynka i kiełbasa w pętach i pisanki malowane jak zwykle przez Jadzię i Anusię.

Na jesieni Rodzice powiedzieli nam, że postanowili sprowadzić do nas naszych kuzynów – Inkę, Wojtka i Maryś Lipskich. Bardzo się ucieszyłam, najmłodsza z nich Inka była w moim wieku, będę nareszcie miała przyjaciółkę. Rodzice zabrali ich z Milanówka od dalekich krewnych. Ich ojciec, szwagier mojego Taty, Jan Lipski zmarł po wypuszczeniu z obozu w Oranienburgu, a mama, siostra Taty, ciocia Ina przypadkiem pojechała do Warszawy z córką Zosią 1 sierpnia i złapało ją powstanie – nie wiadomo co się z nią dzieje. Wtedy w rozmowach dorosłych pojawiły się słowa: powstanie, kanał, Warszawa w gruzach, a niedługo potem zaczęli się pojawiać ludzie z powstania. Najpierw bledziutka i wycieńczona Ciocia Ina z Zosią, potem wuj Ryś Czarnecki z ledwie zaleczonymi, ciężkimi ranami, Andrzej Żółtowski „postrzelany w kanałach” – nie bardzo wiedziałam co to znaczy.

Wojna zbliżała się do końca. Rodzice postanowili powiedzieć mi, że w szafie u nich w pokoju jest schowanie radio, ale nie wolno nikomu o tym mówić, bo za to grozi rozstrzelanie. Dotąd pamiętam, jak straszne męki cierpiałam nie mogąc podzielić się moją tajemnicą. Aż wypaliłam na podwórku do dzieci „a my to mamy radio!” Jakiś starszy chłopiec powiedział o tym rodzicom, dostałam straszną burę, ale obyło się bez konsekwencji dla dorosłych.

Z radiem wiąże się jeszcze jedno wspomnienie. Rodziców nie było w domu, gdy wpadli do nas na górę jacyś wojskowi z rewolwerem w ręku i krzykiem „rewizja”. Obejrzeli dokładnie, zaglądając do szaf, wszystkie pokoje – schowałam się za fotel, wiedząc że w pokoju u rodziców jest radio – na pewno je znajdą i zaraz zaczną strzelać. Ale wsadzili tylko głowę przez drzwi, stwierdzili, że tam nikogo nie ma i poszli sobie. Podobno partyzanci zabili gdzieś w okolicy Niemca i ci szukali „bandytów”. Długo szlochałam w ramionach Anusi.

A potem byłyśmy z Zosią zimą na spacerze i zobaczyłyśmy sznur sań pełnych mężczyzn nie umundurowanych, ale z karabinami i Zosia powiedziała „pepeery jadą”. Zosia miała chyba ze 16 lat, w moich oczach było prawie dorosła, wiedziała co to znaczy – ja nie.

Wiosna 1945 roku po przejściu frontu, czyli wyzwoleniu, Tata pojechał do Poznania i Gostynia, żeby dowiedzieć się czegoś o możliwości powrotu do naszego Godurowa. Takiej możliwości oczywiście nie było, nawet nie wolno było zamieszkać w swoim dawnym powiecie.

Od przypadkiem spotkanego znajomego Tata dowiedział się, że inwalidom wojennym jakiś urząd w Poznaniu przydziela opuszczone przez Niemców gospodarstwa we wsi Cieszyn koło Odolanowa, w połowie drogi między Ostrowem a Wrocławiem. I Tata ten przydział dostał – gdzieś trzeba było się zaczepić.

Pojechaliśmy więc najpierw we troje – Tata, Mama i ja do Ostrowa, gdzie już mieszkała ciocia Ina z dziećmi, a stamtąd do Cieszyna. Pamiętam, że podróż odbywała się w strasznym tłoku, na zmianę pociągami towarowymi i osobowymi, chyba jechaliśmy kilka dni, a kiedy wreszcie wysiedliśmy w Ostrowie, koło dworca kwitły piękne żółte forsycje – pierwszy raz w życiu je widziałam.

W Cieszynie objęliśmy kilkuhektarowe gospodarstwo z porządnymi, tak mi się zdaje, zabudowaniami. Dom był z czerwonej cegły, z sieni wejście do kuchni oraz na dwie strony do dwóch pokoi, do których przylegały małe sypialnie. Na strychu były chyba też jakieś pokoiki.

Przez jakiś czas mieszkaliśmy tylko we trójkę, gotowała nam Niemka, która potem wyjechała. Byli też do pracy dwaj parobcy Niemcy – wtedy zaraz po wojnie Niemcy pracowali za darmo, tylko za wyżywienie. Po jakimś czasie przyjechała pod wodzą Taty ciężarówka, a w niej Anusia z Dorotą i Basia oraz Jasiek kucharz. Dziadziowie przyjechali chyba osobno i zamieszkali na plebanii a u nas się tylko stołowali.

Dom był bez mebli, a gospodarstwo bez inwentarza. Inwentarz za butelkę wódki odkupywało się od Rosjan, którzy wracając z Berlina pędzili zdobyczne stada krów. Meble „szabrowało” się z okolicznych, opuszczonych przez Niemców wsi. Proceder ten był oczywiście zabroniony i spotkanie z wojskiem, czy milicją, gdy się nie miało kwitu na krowę, czy meble, groziło konsekwencjami od zastrzelenia na miejscu do odebrania towaru w najlepszym razie.

Ale żyć było trzeba. Po pewnym czasie mieliśmy więc konie, krowy nawet kozę, która dawała podobno zdrowe dla dzieci mleko i miała śliczne białe koźlęta. Mieliśmy też duży rozsuwany stół, krzesła i szafy na ubranie, które towarzyszyły nam w dalszych wędrówkach i służyły przez długie lata.

Nasze pola, położone za stodołą ciągnęły się aż do rzeczki, która przed wojną była rzeczką graniczną z Niemcami. Za tą rzeczką była wioska opuszczona przez Niemców i jeszcze nie zasiedlona przez Polaków. Wybraliśmy się tam kiedyś. Dziwnie groźne wrażenie robiły domy z otwartymi drzwiami i oknami trzaskającymi na wietrze. Widać było, że mieszkańcy uciekli, jak stali. W spiżarniach stały słoje z kompotami, w pokojach porozbijanie meble i potłuczona porcelana, a wszystko tonęło w pierzu z porozpruwanych pierzyn i poduszek – to widome ślady radzieckich oswobodzicieli. Zabraliśmy stamtąd trochę sprzętów kuchennych, których nam brakowało. Wtedy, zaraz po wojnie, oczywiste było, że wszystkie klęski i nieszczęścia, które spotykały Niemców, słusznie im się należą a z mienia opuszczonego mamy moralne prawo wziąć sobie, co jest nam do życia niezbędne. Przecież to Niemcy wygnali nas z domów bez środków do życia i zabrali lub zniszczyli wszystko, dorobek pracy wielu pokoleń.

Tak więc Rodzice w miarę wygodnie urządzili się w Cieszynie. Piszę „w miarę”, dom był bowiem okropnie zimny, a przy tym okazało się, że w kuchni są straszliwe prusaki. Wieczorem, po zgaszeniu światła słychać było chrzęst wyłażącego ze wszystkich zakamarków robactwa!

Walczyliśmy z nimi najpierw za pomocą gorącej wody i szorowania, a potem pojawił się cudowny proszek amerykański – DDT i on dopiero okazał się skuteczny. We wsi nie było z początku elektryczności, nie można też było kupić nafty, świeciło się więc karbidówkami. Były to puszki napełnione karbidem z otworem z boku i rurką u góry. Karbid zalewało się wodą, wtedy rurką zaczynał wydzielać się gaz, który się zapalało. Świeciło to dość mocno, ale śmierdziało strasznie i często przy zapalaniu wybuchało, tak że dzieci musiały tej ceremonii przyglądać się z daleka.

Zaczęły się w tym okresie rodzinne powojenne przywitania i pożegnania. Pojawiła się wywieziona na roboty jeszcze jedna córka cioci Iny, Terenia Lipska, a po niej wiosną 1946 wuj Jurek Fudakowski, brat Mamy – tego roku wrócił z oflagu. Któregoś dnia odnalazła nas dawna gosposia Dziadzi,z jego mieszkania w Warszawie – Józia. Po powstaniu trafiła do Ravensbruck. Opowiadała Rodzicom wieczorami o straszliwych apelach, które trwały godzinami i o innych okropnościach tego obozu – przeganiano mnie, bym nie słuchała tych opowieści. Z Józią zaprzyjaźniłam się od razu i przyjaźń ta przetrwała długie lata.

Tej wiosny rozstała się z nami z wielkim płaczem Anusia. Postanowiła zrobić maturę i zostać dentystką – bardzo nam było smutno, ale rozumieliśmy wszyscy jej decyzję i wyjechała do Łodzi, gdzie miała możliwości studiowania. Na jakiś czas zastąpiła ją Józia. Basia ząbkowała i chorowała, a w marcu 1946 roku urodził się nam w Poznaniu długo oczekiwany „następca tronu”, brat Marek, było więc się kim zajmować. Tej wiosny również ciocia Krysia, siostra Mamy, zaręczyła się z naszym sąsiadem, poznanym w Cieszynie, Witoldem Sokolnickim. Wuj Witold, oficer 15-tego pułku Ułanów Wielkopolskich, w bitwie pod Krasnobrodem w 1939 r. stracił nogę, w Powstaniu Warszawskim zginęła jego żona, wychowywał z pomocą ciotki 2-letnią córeczkę,Oleńkę. Tak więc moi dziadkowie mieli dwóch zięciów inwalidów z 39 roku, obu bez prawych nóg!

W tym czasie w Cieszynie właścicielami gospodarstw, a naszymi sąsiadami było wielu byłych ziemian i wojskowych z 1939 roku. Między innymi duże gospodarstwo miała pani Zosia Sokolnicka, bratowa wuja Witolda. Gospodarowała z trzema kilkunastoletnimi synami, z których najlepiej zapamiętałam najmłodszego, wysokiego i bardzo chudego Jurka. Od pani Zosi kupowaliśmy czasem masło i miód odwirowywany w specjalnej maszynie prosto z ramki, wyjętej z ula.

Na wiosnę została zorganizowana szkołą, poszłam więc do I klasy, ale oprócz tego, że był wielki tłok – niewiele z niej pamiętam. Czytać i pisać nauczyłam się już wcześniej w domu. Szkoła brała udział w uroczystości 3-go Maja i śpiewaliśmy piosenkę „Witaj majowa jutrzenko”.

Bardzo chorowałam tej zimy, mówiło się, że „na migdałki”, bolało mnie gardło i migdałki były białe. Mama z Ostrowa przywiozła cudowne lekarstwo „Cibasol”, które rzeczywiście pomagało, ale pamiętam, że dużo leżałam w łóżku i wtedy Józia uczyła mnie pisać. W czasie tego chorowania zaczęłam też miewać koszmarny sen, który powtarzał się, potem przez wiele lat – chyba aż zupełnie dorosłam. Śniło mi się, że idę w nocy w zimnym świetle księżyca drogą, która jest równa i gładka, a wokół są straszliwe przepaści, w których coś się ciągle wali i kotłuje, a potem moja droga też zaczyna się chwiać, pękać i walić z jakimś okropnym łoskotem i ja wpadam w tę przepaść. Budziłam się z krzykiem zlana potem i przerażona. Myślę, że byłam dość wrażliwym dzieckiem, a ten sen był odbiciem świata, który otaczał mnie odkąd pamiętam.

Życie w Cieszynie w krótkim czasie po osiedleniu się Polaków było chyba nieźle zorganizowane. Była krawcowa i szewc, szkoła no i oczywiście kościół w środku wsi. W kościele pod amboną była piękna płaskorzeźba drewniana przedstawiająca pokłon Trzech Króli – mówiło się, że to może dzieło Wita Stwosza. Chodziliśmy do kościoła w niedziele, a w maju na majowe nabożeństwa. Na Boże Ciało była wielka procesja, jeden z ołtarzy koło naszego domu urządzali rodzice i piękny szal turecki Mamy stanowił jego główną ozdobę. Kościół i przewodzący mu proboszcz, stanowił jeden z ważnych elementów jednoczących osadników z różnych stron Polski. A życie tuż po wojnie było bardzo niepewne i niespokojne. Przyjechaliśmy do Cieszyna w kwietniu 1945 roku, kiedy wieczorami widać było łunę na południu i dorośli mówili, że to Wrocław się pali. W pałacu na końcu wsi, gdzie były niemieckie magazyny wojskowe, stała straż rosyjska, a wojsko przechodziło przez wieś wiele razy. Słyszałam rozmowy dorosłych,że ten wyszedł z domu i nigdy nie wrócił, a inny zginął w lesie… Miałam siedem lat i tylko część grozy tych wydarzeń do mnie docierała. Rodzice starali się chronić dzieci przed takimi opowieściami – w każdym razie nasze życie było o tyle spokojniejsze, że nie było już nocnych napadów, jak w Krasnobrodzie.

Tak więc było nas już czworo dzieci – rodzice nie widzieli swojej przyszłości na gospodarstwie, zwłaszcza, że parobcy Niemcy wyjechali wiosną 46-go roku do Niemiec. A tata z protezą nie mógł przecież chodzić za pługiem!

Ciężarówka zajechała więc znowu przed nasz domek. Tym razem i rodzina była większa i trochę mebli przybyło, tak więc z trudem udało się to wszystko upakować na jeden samu chód. Ale Tata był mistrzem w pakowaniu – tylko trzeba było tyczką unosić druty od elektryczności przy wyjeździe z bramy na szosę, bo tak wysoka była piramida na samochodzie. Między szafami i materacami ustawionymi na sztorc. zrobione było „gniazdo”, gdzie zmieściły się większe dzieci z Józią, a Mama z kilkutygodniowym Markiem siedziała w szoferce. Na szczęście nie padał deszcz, ale droga do Nieświastowa koło Konina, dokąd się przeprowadzaliśmy, dłużyła nam się niemiłosiernie.

Ciąg dalszy w następnym numerze.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.