Moje życie

Rozpoczynamy cykl wspomnień o nas współczesnych. Zachęcam więc wszystkich członków Związku Rodu Żółtowskich do pisania o sobie – o nas tu i teraz. Dotychczas pisaliśmy głównie o naszych przodkach. Wielu rzeczy o nich nie wiemy. Nie zdążyli nam ich przekazać. Może uważali, że są mało istotne? Lub ze skromności nie ujawniali często ważnych epizodów z ich życia. Pisząc o sobie i swoich przodkach najlepiej pamiętamy przebieg naszego życia( prawie od urodzenia), a inni Żółtowscy dzięki temu dowiedzą się o sobie więcej. Nie bójmy się pisać o wszystkim, nawet o drobiazgach, o tym, co nam się udało w życiu i o tym, co nam nie wyszło. Piszmy prawdę, twórzmy historię.

Kogut Pietuchin i Agresor

Na świat przyszedłem 18 lipca 1951 roku. Matka moja Maria Żółtowska z domu Łęgowska urodziła mnie w Szpitalu Powiatowym w Aleksandrowie Kujawskim – podobnie jak rok wcześniej mego brata Michała Romualda. Rodzice mieszkali w Warszawie. Szpitale warszawskie w tym okresie nie przyjmowały kobiet do porodu, gdyż panowała epidemia groźnej choroby zakaźnej Heinego-Medina. W tym czasie nie było jeszcze szczepionki. W Aleksandrowie mieszkali rodzice mego ojca Albin i Aleksandra, a w pobliskim Ciechocinku matka, brat i siostra mojej matki. Babcia Łęgowska miała na imię Maria. Pierwsze dni życia spędziłem więc u babci Marii. Potem ojciec mój Romuald Henryk zabrał (wtedy już czteroosobową) rodzinę do Warszawy. A na razie jeździł nocą pociągiem z soboty na niedzielę, by zobaczyć się z żoną i synem Michałem w Ciechocinku. W końcu napisał list do Bieruta i po tygodniu otrzymał kawalerkę. Mieszkaliśmy na Woli przy ulicy Okopowej w nowo pobudowanych blokach. Tak więc czteroosobowa rodzina musiała mieszkać w małej kawalerce. Po roku ojciec mój otrzymał większe mieszkanie. Były to dwa pokoje z kuchnią, łazienką i przedpokojem. Prawdziwy luksus, choć z piecami kaflowymi, gdyż w tamtych latach nie budowano zbyt wiele domów z centralnym ogrzewaniem. I tak trafiliśmy z Woli na Ochotę na ulicę Siewierską. Niektóre epizody z tego okresu już pamiętam, zwłaszcza te, które wyraźnie wbiły się w moją młodą pamięć.

Ojciec, magister inżynier budownictwa lądowego i mostowego, pracował w Ministerstwie Transportu Drogowego i Lotniczego. Miał ukończoną Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie i jako zdolny student z dobrymi wynikami został skierowany wraz kolegą do pracy w Ministerstwie.. Pracował tylko ojciec. Mama wychowywała dwóch chłopaków. Na pewno było ciężko. Żyli skromnie. Nie byliśmy nigdy głodni, ale spiżarnia moich rodziców nie obfitowała w szynki i kiełbasy, były one u dziadków, i to tylko na święta. Dziadek w Aleksandrowie miał możliwość hodowania dwóch świniaków, no bo jednego obowiązkowo musiał oddać do Państwa. Wiem, że na naszym stole głównie były dżemy, marmolady, miód, białe sery, jaja. A jeżeli było mięso, to w postaci wojskowych konserw. Pamiętam, jak ojciec otwierał te konserwy bagnetem niemieckim, gdyż nie można było kupić otwieracza. Nie mieliśmy podwórka, do zabawy służyło nam wybetonowane za blokiem miejsce i garaże dla samochodów. Z tego miejsca można było zajrzeć przez małe okienko do fabryczki bombek choinkowych, gdzie panie ręcznie je malowały. W 1954 roku tata kupił choinkę na święta. Kupił nam także sanki. Pewnie musiał długo oszczędzać, na te prezenty pod choinkę. Później dowiedziałem się, że dziadek Albin pomagał nam finansowo (choć ojciec podobno nigdy go o to nie prosił).

Wiem, że kupił ojcu buty, które wtedy szewc robił na miarę i materiał na garnitur. Z tamtego okresu warszawskiego zapamiętałem podróż pociągiem. Wracaliśmy od dziadka Albina. Było już ciemno. Mnóstwo ludzi przed dworcem kolejowym (teraz wiem, że była to już nie istniejąca Warszawa Główna) oczekiwało na taksówkę. Ojciec wziął jakąś ciemną taksówkę, a ja chciałem jechać czerwoną i strasznie płakałem, że tata wziął inną.

W 1955 roku ojciec mój na własną prośbę został przeniesiony z Ministerstwa do pracy w terenie. Chciał być drogowcem-fachowcem, a nie urzędnikiem za biurkiem. Jego ówczesny przełożony dyrektor Gordziałkiewicz nie chciał ojca puścić, ale w końcu się zgodził. To też wiem z opowiadań matki.

Rodzice przenieśli się bliżej swoich stron do Lipna. Tę przeprowadzkę już pamiętam. Na podłodze w mieszkaniu na Siewierskiej było wiele słoików, książek, butów, ubrań. Wszystko wyjęte z szaf. Matka na kolanach pakowała do skrzynek cały nasz majątek. Byliśmy chyba niegrzeczni, bo na nas krzyczała. Tata pojechał do Lipna i wrócił samochodem ciężarowym po nas i po dobytek. Samochód był marki Magirus. W szoferce (tak się wtedy mówiło) była duża kanapa z czerwonej skóry, na której siedział szofer, Michaś mama i ja. Tatuś się nie zmieścił, więc jechał w skrzyni pod plandeką. Nie pamiętam, jaka to była pora roku, pamiętam tylko, że było już ciemno, kiedy dojechaliśmy do Lipna.

Ojciec objął Rejon Eksploatacji Dróg Publicznych. Był kierownikiem tej jednostki, ponadto był jedynym inżynierem w mieście. Jego zastępcą był technik Sadowski. Okres mego dzieciństwa w Lipnie wspominam miło. Mieliśmy duże podwórko, po którym można było jeździć rowerem. Rower nie był nasz. Pożyczał nam go czasami kolega Tomek Marcinkiewicz, który mieszkał po drugiej stronie ulicy Włocławskiej i był synem pracownika Rejonu mechanika Marcinkiewicza. On synowi zrobił rower z części przedwojennych rowerów, które pozbierał gdzieś na złomowisku. Wyglądał dziwacznie: obdrapany, pordzewiały, ale jeździł. Lubiliśmy się z Tomkiem i wspólnie się bawiliśmy. W naszym lipnowskim życiu mieliśmy też własne rowery, ale trochę później. Najpierw ojciec sobie kupił rower o nazwie MIFA ze stosowną siatką do połowy tylnego koła, mieniącą się różnymi kolorami, z dynamem na prąd i lampą do jazdy w ciemności. Drugim rowerem była nowa młodzieżówka, którą oboje dostaliśmy od rodziców. Niebieski rower, niklowana kierownica, bagażnik, dynamo i lampa.

Po prostu cud techniki. Pamiętam, że bardzo się cieszyliśmy. Byliśmy dumni, że mamy taki piękny rower. Służył nam długo aż z niego wyrośliśmy. Ojciec oddał go dzieciom znajomego drogomistrza ze Złotopola Bromirskiego, szczęśliwego ojca ośmiu córek i dziewiątego syna. Za zdrowie tego syna podobno cały powiat pił, gratulując Bromirskiemu, że mu się w końcu udało. Wracając do mechanika Marcinkiewicza, wspomnieć muszę, że był to ciekawy człowiek. Poprosił ojca o możliwość korzystania z narzędzi Rejonu po godzinach pracy. Ze zgromadzonych różnych części ze starych samochodów wyciął z blachy karoserię i takim „kabrioletem” zmontowanym zabrał nas na pierwszą przejażdżkę. Nie był malowany, widać było pospawane blachy. Milicja krzywo patrzyła na tę „samoróbkę”. Po tym już nie widziałem, żeby jeździł. Ale tytuł zdolnego konstruktora zdobył wśród załogi Rejonu i innych ludzi w mieście. Chciał koniecznie być przygotowany merytorycznie do konstrukcji następnych pojazdów. Sam zaczął zgłębiać wyższą matematykę, a przecież nie miał nawet przygotowania średniego. Przychodził więc do naszego ojca, by ten tłumaczył mu matematykę. Nie mógł jednak zrozumieć całek, różniczek czy logarytmów, aż popadł w psychiczny dołek. Musiał korzystać z porady lekarza, a ojciec kategorycznie zabronił mu dalszego samokształcenia. Potem mu przeszło Na podwórku ojciec postawił drewnianą szopę na opał do pieców i kuchni węglowej, a także jako kurnik dla drobiu. Mama trzymała kury i jednego koguta, który zawsze rano pięknie piał. Dzisiaj, gdy na wsi usłyszę pianie koguta, to ciepło robi mi się na duszy. Współczesne miasto nie zna muzyki wiejskiej zagrody: kwękania kaczek, gęgania gęsi, piania koguta czy klekotu bociana. Wszystko to plus ćwierkanie wróbli daje taką sielską, niespotykaną, magiczną wręcz atmosferę. Kogut zwał się Pietuchin. Po trzech latach stał się groźny bo zaczął atakować dzieci. Po stracie głowy na pieńku i gotowaniu przez trzy dni, wciąż był twardy i łykowaty. Zdaje mi się, że zrobiono z niego pasztet. Pietuchin przewodził stadzie kilkunastu kur i małych kurczaków. Pewnej nocy znaleźliśmy kilka poduszonych kurczaków. Następnej nocy ojciec złapał tchórza. Był bardzo duży. Tuż przy szopce było wejście do ziemianki (małego bunkra), gdzie był węgiel i półki na zimowe przetwory. Bunkier obsypany był ziemią i dookoła porośnięty pięknymi fioletowymi bzami. W zasadzie był mało widoczny. Czasami zabawy nasze przenosiły się na ten bunkier po sforsowaniu ściany od strony ogrodu. Nasiona przekwitniętych bzów całą zimę służyły za pożywienie dla głodnych i zmarzniętych ptaków. Na podwórku była też buda dla psa. Dziadek Albin dał ojcu szczeniaka, którego wcześniej sam nazwał Agresorem. Zresztą u dziadka każdy pies zwał się Agresor. A było ich kilka i zwykle były to małe psy. A jak się trafił duży, zwał się Morus. Nazwa Agresor pochodziła stąd, że w radiu (w którym można było usłyszeć, „jedynie słuszne” wiadomości) stale mówiono o amerykańskich agresorach w Korei. Wtedy trwał konflikt koreański i według lektorów radiowych owi agresorzy to byli Amerykanie.

Pies żył do końca naszego pobytu w Lipnie. Przebył groźną chorobę nosaciznę i był trochę głuchy oraz ślepy. Był łazęgą, chodził po całym Lipnie. Nie był agresywny, a wszyscy w mieście wiedzieli, że to pies pana inżyniera. Jak był głodny, wracał do domu. Ta głuchota i ślepota spowodowała, że zginął tragicznie pod kołami ciężarówki podczas codziennego patrolu po mieście. Oprócz wspomnianego podwórka mieliśmy także piękny sad i ogród. W sadzie były duże jabłonie, na które wchodziliśmy, to była dla nas wielka frajda. W pamiątkach rodzinnych jest zdjęcie, na którym widać, jak siedzę na jabłonce i mam ze sobą Agresora, co zapewne mu się nie podobało, lecz uwiecznione zostało.

Mieliśmy własne ziemniaki. Wtedy bardziej popularna nazwa to kartofle. Pomagałem z bratem je sadzić. Ciągnęliśmy zrobiony przez ojca znacznik a on w zaznaczonych miejscach sadził ziemniaki. Najpierw przygotowywał sadzeniaki, tnąc na pół i zostawiając po dwa, trzy oczka, by mieć więcej materiału do sadzenia. Mama miała ogród warzywny. Podkradaliśmy jej młode marchewki, tak prosto z ziemi do buzi. Nie chorowaliśmy. Zresztą mama w nas inwestowała. Kiedy pojawiły się pierwsze witaminy dla dzieci, kupowała je dla nas. Witamina C nie była powlekana jak dzisiaj, była bardzo kwaśna. Kupowała nam także pierwszy złożony preparat witaminowy o nazwie „Owowitina”, jego dobry smak pamiętam do dziś. W Internecie jest krótka wzmianka o tym preparacie. Ale dziś to już historia. Do ogrodu wchodziło się od podwórka alejką wśród bzów bądź z dużego pokoju po otwarciu drzwi na obszerny taras. Z boku tarasu był też mały ogródek, gdzie ojciec co roku wytyczał olbrzymi klomb kwiatowy, a w rogu pod bzami co roku późną zimą kwitły przebiśniegi.

Rafał Żółtowski

Ciąg dalszy wkrótce!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *