Moje życie (cz. II))

Autor:

w


Szczenięce lata pięćdziesiąte

Sypialnia moja i Michała miała dwa okna. Pomiędzy oknami stały dwa duże złączone ze sobą łóżka, na których spaliśmy. Okna wychodziły na mały ogródek, gdzie tatuś co rok sadził piękny klomb kwiatowy. Ogródek ogrodzony drewnianym płotem z desek graniczył z Przedszkolem Miejskim. Oczywiście obaj byliśmy „członkami” tego przedszkola. Mama nas codziennie tam wysyłała, wierząc, że edukacja i obecność w grupie oraz przygotowanie do dostosowania się do poleceń wychowawców wpłynie korzystnie na nasz rozwój, na posłuszeństwo, karność, sposób zachowania, umiejętność współpracy w grupie, dzielenie się i zrozumienie innych.

Pewnie by tak było sielsko i anielsko, gdyby nie to, że po godzinie lub dwóch pan Rafał i pan Michał ostentacyjnie opuszczali obowiązkowe zgromadzenie i przez wspomniany płot lądowali w małym ogródku, by rozpocząć niezależne i bardzo ciekawe życie na wolności. A życie nasze to był Rejon Eksploatacji Dróg Publicznych. Czegóż tam nie było! Był m.in. stolarz. Można było u niego zbierać wióry do kosza lub pobawić się heblem albo coś pomazać klejem stolarskim. Stolarz miał różne zadania. W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia był to zawód bardzo potrzebny. Z desek i listewek sklejał on podstawy do znaków drogowych. Wycinał trójkąty, kwadraty, prostokąty, dodawał „nogę”, czyli kwadratową belkę, i tworzył znak, następnie trafiało to do malarza. Wszędzie było nas pełno, więc malarza też odwiedzaliśmy. Lecz malarz Rosiński nie bardzo nas lubił, bo mieszaliśmy mu farby. Więc my go też nie lubiliśmy. Raz do roku malował rodzicom jedno z pomieszczeń w domu. Pamiętam, że ojciec mu za tę pracę płacił. Nie wykorzystywał swego stanowiska dla własnych korzyści. Rosiński zwykle malował pół ściany i po słowach „za chwilę wrócę” znikał do końca dnia. Mamę to bardzo irytowało, wiadomo bowiem, że malowanie oznaczało bałagan w całym domu. Nazajutrz, Rosiński całując mamę po rękach, prosił: „Pani inżynierowo, wybaczy Pani, ale ważna sytuacja w rodzinie wypadła. Szwagierka i szwagier niespodziewanie zjechali i trzeba było ich ugościć”. Oczywiście sprawa była bardzo ważna, „bo butelkowa” a czy szwagier i szwagierka faktycznie byli, to kto wie. Wałęsaliśmy się po terenie całego rejonu. Pracownicy nas nie przepędzali, bo wiadomo było, że to synowie kierownika. A może także dlatego, że nasz ojciec miał wielkie poszanowanie wśród pracowników za kulturę i szacunek dla swoich podwładnych.

Pamiętam jak pewnego razu pracownicy smołowali dach na wiacie dla samochodów ciężarowych i innego sprzętu drogowego. Odkrzyknięto „fajrant” i ludzie rozeszli się do domu. Tym na dachu zostało jeszcze coś do dokończenia, więc zostali. Oczywiście Michaś i Rafałek odstawili im drabinę. „Niech sobie posiedzą !” Po dłuższych krzykach o ratunek stróż nocny przyszedł im z pomocą i mogli zejść. Nie powiem, ojciec często używał paska lub tzw. dyscypliny i niejeden wieczór był dla nas smutny. Teraz wiem, że nieprzeciętne z nas były urwisy.

Organizowaliśmy też sobie różne wycieczki bez powiadomienia rodziców. Samochody z rejonu kilka razy dziennie wyjeżdżały po różne materiały i żywność dla ekip pracujących, a nocujących w barakowozach. Ja i Michaś wskakiwaliśmy na taki samochód, np. Star 29, i plackiem leżąc na skrzyni wyjeżdżaliśmy z rejonu. Nikt nas nie widział, bo burty skrzyni nas zasłaniały. Za godzinę wracało się z wycieczki już w szoferce, bo kierowca nie pozwalał nam jechać na skrzyni.

Szczytem naszych „osiągnięć” była zabawa w żebraków (dobrze, że jeden jedyny raz). Po wojnie przed kościołami spotykało się wielu żebraków. Były to ofiary wojny. Często bez nogi lub bez ręki. W starych, podartych ubraniach, lub zniszczonych mundurach wojskowych siedzieli u wrót kościoła, prosząc o wsparcie. Synkom pana inżyniera zachciało się zorganizować taką samą kwestę przed bramą rejonu. Coś tam zebraliśmy. Michał klęczał, ja trzymałem beret. Naraz widzę, że z pasem w ręku idzie ojciec. Zanim dobiegliśmy do domu, dostaliśmy niezłe lanie. Potem wieczorem po przykrej rozmowie musieliśmy nasz „dochód” zanieść do proboszcza naszej parafii i w jego obecności wrzucić do skarbony przy ołtarzu. Po tym incydencie z żebraniem trochę nam skrzydła opadły.

Rodzice bardzo dbali o nas. Na pewno chcieli, byśmy na zewnątrz byli postrzegani jak dzieci państwa inżynierów. Więc pewnej niedzieli mama ubrała Michasia w piękny nowy mundurek marynarski (takie były w tym czasie modne dla małych dzieci). Już mieliśmy iść do kościoła, gdy wówczas Michałowi coś wpadło do beczki ze smołą. Nie pamiętam, czy to był lizak, czy cukierek. Raczej cukierek, bo lizaki w tamtych latach nie były jeszcze znane, zwłaszcza w Polsce. Michaś, nie namyślając się wiele, sięgnął do beczki po ten nieszczęsny cukierek. Nie przejął się zbytnio widokiem kilku plam ze smoły na ubranku. Natomiast mamę mało nie przyprawił on o atak serca. Smołę w tamtych latach czyściło się terpentyną lub benzyną ale zawsze pozostawały szerokie zacieki o zmienionej barwie. Dobrze, gdy to był ciemny materiał, się ale przy białym – tragedia! Pamiętam, że kobiety takie plamy likwidowały masłem spożywczym. W przypadku białej koszuli marynarskiej i białych spodenek nie było ratunku.

W Rejonie Eksploatacji Dróg Publicznych zawsze z okazji świąt Bożego Narodzenia dla dzieci pracowników odbywały się „choinki”. Nie wiedziałem, że dziecko po otrzymaniu paczki ze słodyczami powinno zaśpiewać bądź wyrecytować wierszyk, najlepiej o tematyce świątecznej. Uczestniczyłem w niej po raz pierwszy i bez rodziców. Kiedy wywołano mnie z imienia i nazwiska, podszedłem do św. Mikołaja i odebrałem paczkę. Pan prowadzący zatrzymał mnie i powiedział, że powinienem powiedzieć wierszyk. Zamurowało mnie. W końcu, po krótkiej chwili powiedziałem coś, co często słyszałem w rodzinnym domu, a zwłaszcza od ojca: „Kogut myślał o niedzieli, a w sobotę mu łeb odcięli”. Pamiętam, że wszyscy się serdecznie uśmieli z mojego występu. Na drugi dzień tato pogratulował mi bystrości i umiejętności wyjścia z tej sytuacji.

W rejonie w dużej drewnianej wiacie stała obok innych maszyn drogowych także duża drewniana skrzynia, do której pracownicy biurowi wynosili koperty i niepotrzebne dokumenty. Potem to szło do kotłowni do spalenia. Zacząłem z kopert odklejać znaczki pocztowe. I od tamtej pory przez całe życie zbieram znaczki. Nie miałem klasera, więc znaczki przyklejałem do wolnych stron zeszytu. Dzisiaj niektóre egzemplarze miałyby po 60, 70 lat. U taty w rejonie stały ciągniki Ursus z wielkim kołem zamachowym, grubą rurą wydechową i strasznie głośne. Wiem, że stały tam dwa lub trzy takie ciągniki. Nas najbardziej interesowało, jak z tych ciągników spuścić paliwo. Z boku miały kranik i gdy się go przekręciło, to paliwo spływało na ziemię. Dzisiaj bym tego nie zrobił mojemu ojcu, który mógł mieć przez nas kłopoty w pracy. Ale czy taki mały brzdąc o tym myśli?

Rafał Żółtowski

Ciąg dalszy wspomnień w następnym numerze.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *