







Wrzesień roku 2012. Decydujemy udać się w daleką podróż – aż za ocean, czyli do Chicago. Chcemy odwiedzić moją kuzynkę Marzenę. Z Marzeną już podróżowałam po Norwegii i był to wspaniały wyjazd. Kiedy znaleźliśmy się w mieszkaniu kuzynki, zakomunikowała nam, że jutro lecimy do Las Vegas. Trochę byliśmy zaskoczeni, że nie będzie czasu na aklimatyzację, ale … lecimy. Po południu (12 września) pakujemy bagaże i jedziemy na lotnisko. W samolocie Jurek zauważa naszą piosenkarkę Eleni. Siedzi ze swoimi członkami zespołu zaraz za nami. Ośmielam się zapytać ją, co będą robili w tych stronach. Eleni odpowiada, że mają trasę koncertową zaczynającą się w Las Vegas i okolicach, a następnie będą w Chicago i Cleveland w stanie Ohio. Po wylądowaniu robimy pamiątkowe zdjęcia z nią i życzymy sobie nawzajem przyjemnego pobytu. Jedziemy do wypożyczalni samochodów i z pomocą GPS docieramy samochodem do zarezerwowanego wcześniej hotelu.
– 13 września – jedziemy przez Nevadę w kierunku Arizony. Wczesnym popołudniem dojeżdżamy do zapory Hoovera, by z bliska zobaczyć osiągniecie przedwojennej techniki. Zapora w chwili ukończenia w 1936 r. była największą na świecie elektrownią wodną, oraz największą konstrukcją betonową. Zapora zbudowana jest w Czarnym Kanionie na rzece Kolorado na granicy stanów Arizona i Nevada, zasila między innymi Las Vegas. Od 1985 r. jest Narodowym Pomnikiem Historycznym Stanów Zjednoczonych. Po zwiedzeniu zapory jedziemy w kierunku hotelu Best Western w Flagstaff. Rio de Flag poprzedza zjazd do Flagstaff. Marzena jest wspaniałym kierowcą, nie czujemy trudów podróży mimo że jest gorąco. W hotelu bierzemy chłodny prysznic i robimy kolację. Po kolacji włączamy komputer, by napisać wiadomości do Polski o naszym przylocie.
– 14 września – ruszamy w kierunku Wielkiego Kanionu Kolorado (Grand Canyon). Po drodze zatrzymujemy się w Cameron, gdzie Indianie prowadzą bazar. Ich wyroby są bardzo drogie, więc rezygnujemy z zakupu. Wreszcie docieramy do Wielkiego Kanionu i podziwiamy go z kolejnych tarasów widokowych. Co za kolorystyka skał: od jasnożółtego, przez pomarańczowy, czerwony do ciemnogranatowego. W dole widać nitkę wysuszonej rzeki Kolorado. Wiosną, gdy dno rzeki wypełnia się wodą, organizowane są tu spływy kajakowe. Wielki Kanion powstał w wyniku erozyjnej działalności rzeki Kolorado, która rozcięła warstwy skalne do głębokości 1800 m. Szerokość dna Kanionu wynosi 350 m, a na wierzchołku 8-25 km. Od 1919 r. środkowy bieg rzeki Kolorado jest parkiem narodowym. Po nasyceniu oczu pięknymi widokami ruszamy w powrotną drogę do Flagstaff.
– 15 września – Rano zamierzamy udać się do Cortem w stanie Kolorado. Jedziemy ponad 50 mil, żadnych upraw, żadnych zwierząt, suche krzaki i puste aż do horyzontu tereny. Tylko błękit nieba urzeka, gdzieś w dali jakby jaśniejszy, ani jednej chmurki. Po lewej stronie drogi ciągną się kilkanaście kilometrów góry koloru różowo-fioletowego. Docieramy do Nowego Meksyku. Wstępujemy do ośrodka witającego gości. Niezwykle uprzejmi Latynosi od razu pytają, czy wypijemy kawę – oczywiście pijemy z przyjemnością. Po krótkim odpoczynku dalej w drogę. Jadąc, widzimy niezwykłe twory skalne: po lewej stronie drogi jakby kościół w stylu gotyckim, po prawej kształt góry przypomina siedzącego Hindusa. Wreszcie wjeżdżamy do Kolorado. Widać skromne zabudowania ze zwierzętami: konie, krowy, kozy. Zaczyna być zielono.
Z Cortez wybieramy się do Parku Narodowego w Mesa Verde, położonego w południowo-zachodniej części stanu Kolorado. (w 1906 roku uznany za Park Narodowy a w 1978 r. wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO). Parkujemy samochód, kupujemy bilety i schodzimy w dół schodkami, bardzo wąską szczeliną, a następnie po drabinie dostajemy się do miejsca, gdzie możemy podziwiać budowle wyryte przez Indian w skałach. Główną atrakcją są prekolumbijskie osiedla mieszkalne, zbudowane w ścianie kanionu przez Indian Anasazi, powstałe między VI a XIV wiekiem. Wieczorem w hotelu w Cortez podejmujemy decyzję, by wrócić do Las Vegas i tam spędzić ostatnie dni podróży. Jurek nas obsługuje, parzy kawę, robi kolację, a my z Marzeną usilnie szukamy hotelu w Las Vegas. Wreszcie decydujemy się na „Luxor” – w miarę tani, ale bez lodówki, bez ekspresu do kawy.
– 16 września – Kolejny dzień podróży zaczynamy o 7.40. Przed nami 9-10 godzin jazdy. Marzena tankuje w Cortez i ruszamy. Mijane tereny są górzysto-pustynne. Kiedy znaleźliśmy się w Red Mesa, wreszcie widać domy, jakąś szkołę. To coś nowego wśród tych ogromnych, pustych połaci ziemi leżących po obu stronach drogi. Znów jesteśmy w Arizonie. Ciągnące się góry zachwycają ukształtowaniem. Zatrzymujemy się w Baby Rocks, by z bliska podziwiać górę tak uformowaną, że oczu nie można oderwać – Kapadocja Arizony. Te góry to liczne pasma należące do systemu Gór Skalistych. W końcu skręcamy na „93” drogę już do Las Vegas. Musimy przejechać 90 mil. Marzena budzi mnie, gdy dojeżdżamy do Las Vegas. GPS pomaga dojechać bezproblemowo do hotelu. Lokujemy się w dużym pokoju. Marzena jedzie oddać wypożyczony samochód. Tutaj będziemy zwiedzać jeżdżąc miejskim autobusem oraz spacerując.
– 17 września – po śniadaniu wybieramy się na przystanek autobusowy i jedziemy zwiedzać hotele. Pierwszy to „Wenecja”. Przypomina uliczki w Wenecji, otoczony jest kanałami i bajkowo zbudowanymi mostkami. Kusimy się na popłynięcie gondolą. Zwiedzamy jeszcze kilka innych hoteli i po sześciu godzinach wracamy do naszego hotelu. Największy upał spędzamy w klimatyzowanym pokoju. Kiedy się robi ciemno, ruszamy znów na „ podbój” Las Vegas. Tym razem zaliczamy hotel „Paris”, mający kształt pomniejszonej o połowę paryskiej wieży Eiffla. Wjeżdżamy na ostatnie piętro wieży i podziwiamy nie tysiące, ale miliony palących się świateł miasta.
– 18 września – rano ruszamy na dalsze zwiedzanie miasta światowej rozrywki Las Vegas. Wizytujemy następne hotele: „Excalibur”, „New York New York”, „MGM”, „Mandalaybay” – ten hotel robi wrażenie, otoczony dziesiątkami palm kokosowych. Wieczorem robimy przymiarkę do jutrzejszego powrotu do Chicago. Nasza organizatorka wyprawy i przewodnik – Marzena – jest nie do zastąpienia. Będąc na spacerze pomyślała, by zakupić wzmocniony napój , którym się raczymy.
– 19 września – wreszcie poznajemy nasz hotel. Idziemy na basen, robimy sesję zdjęciową, następnie na kawę do baru hotelowego. O godz. 13.00 zdajemy pokój. Jedziemy na lotnisko. W Chicago lądujemy po północy.
Następne dni – 20-24 września – u Marzeny to zwiedzanie polskiej dzielnicy w Chicago – Jackowa, centrum Chicago, przepięknej Świątyni Hinduskiej w Bartlett, wyjazd na północ do Milwaukee w stanie Wisconsin. Zaliczamy też chińską dzielnicę w Chicago. A w drodze powrotnej wstępujemy na cmentarz, na grób Matki Marzeny (a mojej ciotecznej siostry Teresy), którą pochowano w nowoczesnym już mauzoleum.
– 25 września – jedziemy dość daleko, bo ponad 100 km do kolejnej mojej ciotecznej siostry Danusi. Jest to wizyta w domu nad Lake Holiday. Miejsce tak urocze, że nie dziwię się, iż spędzają tam dużo czasu, mając dom w Chicago. Uzgadniamy, że pojedziemy do mojej siostry Krystyny do Independence w Ohio. Zabiera nas ze sobą mój siostrzeniec Darek Rakowiecki. Darek to najmłodszy wnuk mojego Taty Józefa Żółtowskiego. Razem ze swoją żoną Dorotą i bliźniakami: Davidem i Aleksem stanowią bardzo ciepłą rodzinkę. Darek akurat wybiera się do Cleveland w odwiedziny do siostry Ewy (mojej siostrzenicy).
– Jest już 6 października – U Darka jesteśmy bardzo rano. Choć to dość daleko, to jedzie się bardzo dobrze. Darka w połowie drogi za kierownicą zmienia jego żona Dorota. Do celu dojeżdżamy po ponad 5 godzinach, to świetny czas.
Następny dzień – 7 października – to niedziela. Ze szwagrem Andrzejem jedziemy do kościoła. Dziwi nas, że tak mało ludzi jest w kościele. W kolejnych dniach koleżanki mojej siostry Krystyny (Krystyna jest po upadku i ma szwy na czole) Marta i Lusia służyły nam za przewodników w poznawaniu okolic Cleveland. Marta zabiera nas na zabawę do klubu Seniora w swojej dzielnicy. Za kilka dni idziemy z Martą i Lusią na zabawę do German Center. Właściwie nie było dnia, by obie nie wychodziły z propozycją zawiezienia nas swoimi samochodami do różnych, ciekawych miejsc, a niekiedy centrów handlowych. Były tak miłe i bezinteresowne, że wprost czuliśmy się zażenowani. Muszę dodać, że i mój szwagier Andrzej zawiózł nas do pięknego i dobrze zagospodarowanego Parku Narodowego Cleveland. Było co zobaczyć i gdzie pospacerować.
Po kilku dniach planujemy wyjazd nad Niagarę po stronie kanadyjskiej. Krystyny koleżanka Lusia pomaga w szukaniu hotelu. Wreszcie dzwoni, że znalazła.
– 17 października – Krystyna, ja Jurekiem i Andrzejem ruszamy do Niagara Falls w Kanadzie. Podróż zabiera nam 4 godziny. Jest jeszcze za wcześnie na zajęcie pokoju, więc idziemy na spacer w stronę wodospadu, by wrócić na 15.30 do hotelu. Dostajemy pokoje na 30. piętrze. Jesteśmy zachwyceni, bo pokoje są z widokiem na wodospad. Mimo szczelnie zamkniętych okien słychać ogromny szum wody rozbijającej się o dno wodospadu. Przez okna robimy zdjęcia wodospadu po stronie kanadyjskiej i amerykańskiej. Po krótkim odpoczynku idziemy nad sam wodospad. Robimy wiele zdjęć i podziwiamy ogrom wody spadającej z 56-metrowej ściany. W dali widać wodospad po stronie amerykańskiej – ten jest znacznie mniejszy. Do hotelu wracamy, gdy jest już ciemno. Idziemy jeszcze do pokoju Krysi i Andrzeja, by zrobić kolejne zdjęcia – mają lepszy widok.
Następnego dnia wstajemy raniutko by podziwiać niesamowity wschód słońca. Widok – bajka! Po śniadaniu maszerujemy jeszcze raz nad wodospad, by podziwiać widok. Wiatr jest wschodni, cały chodnik pokryty jest kałużami. Nasze kurtki wkrótce są również mokre. I nagle na drzewach pojawia się cudownej urody tęcza. W południe ruszamy w drogę powrotną. Po dwóch godzinach zatrzymujemy się w Pensylwanii, krainie winnic. Bierzemy ulotki, mapki i decydujemy się na wypicie kawy z automatu, a przy okazji zjedzeniu przygotowanych przez Krysię kanapek. Po 30. minutach ruszamy, ale już w strugach deszczu. Jednak wjeżdżając do stanu Ohio pogoda się klaruje. Do domu Krystyny i Andrzeja dojeżdżamy po południu.
Pogoda jest tak ładna, że najczęściej chodzimy w krótkich rękawkach. I tak jest do 25 października. Tego dnia pojechaliśmy do centrum Cleveland z Krystyną i Andrzejem, żeby zobaczyć centrum miasta. Jednak następnego dnia zaczyna padać i trwa to cały tydzień. I tu dotarł huragan znad Nowego Jorku -„Sandy”. Nawet na ich ulicy są drzewa powyrywane z korzeniami. W tym czasie oboje zachorowaliśmy – coś w rodzaju grypy. Zbliżał się czas powrotu do Polski – 17 listopada. Na ostatni tydzień wracamy do Chicago. Krystyna z Andrzejem odwożą nas do Danusi, która mieszka w Tylney Park w Chicago.
– Jest 9 listopada – Następnego dnia Danka robi rodzinne spotkanie.
– 11 listopada – jedziemy do Danki posiadłości nad jeziorem, następnie z Marzeną powracamy do jej mieszkania.
Marzena organizuje nam jeszcze wypad do centrum Chicago, gdzie zwiedzamy Muzeum Narodowe. Jest tyle dzieł słynnych malarzy, że urzekają nas te widoki. Zaczynamy od „Okna Chagalla”….
– 17 listopada – wreszcie nasz pobyt dobiegł końca. Wracamy do naszej kochanej Polski, bo jak mówią „wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu.
Dodaj komentarz