Handbike – moja pasja

Autor:

w

Już od dzieciństwa oprócz jeździectwa moją pasją był rower. Z racji niepełnosprawności musiał to być rower trójkołowy. Jazdę jednak traktowałem bardziej jako zabawę czy formę czynnego relaksu, ze względu na intensywną rehabilitację oraz moją edukację brakowało czasu i motywacji do uprawiania tego sportu.

Jesienią ubiegłego roku spotkałem przypadkowo swojego kolegę Leszka – również osobę niepełnosprawną (po wypadku komunikacyjnym). Podczas rozmowy przy kawie Leszek zszedł na temat sportu niepełnosprawnych, opowiadając o swojej pasji, czyli o startach w imprezach biegowych na handbike’u. Handbike to rower poziomy o napędzie ręcznym, zwany w żargonie biegaczy wózkiem. Na koniec naszego spotkania Leszek zadał mi pytanie: „Maciek, a może ty spróbowałbyś jazdy na takim wózku?” Zanim dotarłem do domu, już miałem telefon od Leszka: „Pożyczyłem dla ciebie wózek, startujesz w Biegu Dębowym”. W duchu pomyślałem z paniką: „co on wymyślił!” Ja na takim wózku mam przejechać 15 km? Trzy dni przed startem pojechałem na pierwszy solidny trening. Wszyscy obawiali się, czy sobie poradzę, czy wytrzymam kondycyjnie. Ruszyliśmy na Bieg Dębowy. Leszek po dotarciu na miejsce przedstawił mi swoich przyjaciół. Nie było jednak czasu na dłuższe rozmowy, bo start był tuż – tuż.

No i wystartowałem w swoim pierwszym biegu. Tak się zaczęła moja przygoda z handbike’iem. Trasa biegu była ciężka ze względu na wzniesienia terenu i warunki atmosferyczne (ostry wiatr), ale powiedziałem sobie: muszę się sprawdzić i to skończyć.

Mimo złej pogody i kryzysu, jaki mnie dopadł na ósmym kilometrze trasy, jechałem dalej. Dodatkowo miałem cały czas doping przedstawicieli różnych służb mundurowych, którzy uczestniczyli w biegu. Po półtorej godzinie od startu zameldowałem się zmęczony, ale szczęśliwy na mecie i odbierałem swój pierwszy medal biegowy.

Wszyscy, łącznie ze mną i Leszkiem, byli pełni obaw, czy podołam i ukończę ten bieg, ale udało się i na mecie była satysfakcja oraz zadowolenie.

Leszek zapytał, czy chciałbym brać udział w następnych biegach. Nie namyślając się wiele, przystałem na propozycję.

Wkrótce wystartowałem w kolejnym biegu – tym razem na 10 km; w międzyczasie z Leszkiem zaczęliśmy organizować handbik dla mnie. Jak się później okazało, już od pierwszego biegu byłem uważnie obserwowany przez Leszka i kolegów wojskowych, którzy od początku mnie wspierali i motywowali do działania. Swoim zapałem, uporem i hartem ducha podczas biegów udowodniłem sobie i innym, że mimo niepełnosprawności można być pełnowartościowym sportowcem i rywalizować z pełnosprawnymi biegaczami. To wszystko zaprocentowało tym, że zostałem przyjęty jako jeden z dwóch niepełnosprawnych zawodników (obok kolegi Leszka) do Wojskowego Klubu Biegacza „Meta” przy Jednostce Wojskowej Komandosów w Lublińcu.

Przynależność do tego elitarnego klubu jest dla mnie dużym wyróżnieniem i zaszczytem, ale także motywuje mnie i daje „kopa” w chwilach kryzysu. W środowisku „wózkarzy” jestem w pewnym sensie ewenementem, ponieważ w skali kraju jestem jedynym niepełnosprawnym zawodnikiem z tego rodzaju niepełnosprawnością (czterokończynowe mózgowe porażenie dziecięce).

W swojej jeszcze krótkiej karierze biegowej zaliczyłem dopiero kilka biegów na wózku, ale wbrew pozorom im trudniejszy bieg, tym mam większą motywację. Dotychczas ukończyłem dwa trudne biegi: II Zimowy Bieg Dębowy oraz I Żorski Nocny Bieg Ogniowy po bruku, w ciemnościach i przy rzęsistym deszczu – ukończyłem go z dobrym wynikiem.

Cieszę się, że dzięki mojemu – teraz również klubowemu – koledze i przyjacielowi Leszkowi z WKB „Meta” znalazłem się w środowisku biegaczy, ponieważ starty oprócz sportowej rywalizacji traktuję też jako rodzaj rehabilitacji i pasji. Pasji, która ma charakter progresywny, bo tylko w tym roku czeka mnie jeszcze kilka imprez biegowych w kraju na różnych dystansach.

Maciej Drożdżal z Torunia

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *