„Haaaaaaa-lllllooooo” – głos niczym z zaświatów odzywa się po drugiej stronie słuchawki.
„Cześć, Dziadku!” – odpowiadam radośnie.
„O! Malwinka, kochana!” – już zupełnie innym, pełnym energii i optymizmu głosem, odpowiada Dziadek.
Tak zwykle zaczynały się nasze rozmowy, pod warunkiem, że Dziadek wygrał z Babcią wyścig do słuchawki i zdołał odebrać telefon. Potem było już standardowo: pytania o zdrowie i apetyt i nocne smażenie kiełbasy…
Trudno jest mi opisać Dziadka Reńka ze względu na jego osobliwą złożoność charakteru. Zawsze pogodny i z charakterystycznym poczuciem humoru, gdy go odwiedzaliśmy, ale zadziorny, kiedy chciał postawić na swoim. Zapalony chodziarz i jak na chodziarza przystało, podążający własnymi, acz utartymi ścieżkami, znający wszystkich sklepikarzy i handlarzy na osiedlu. Miłośnik kolei, do końca uczestniczył w życiu Związku. Oddany syn, odwiedzający grób matki nawet kilka razy w tygodniu. Wreszcie kochający ojciec i mąż, przywiązany do swojej żony tak mocno, że nie chciał zostać bez niej ani na chwilę. Dziadek doczekał jeszcze 62. rocznicy ślubu.
Jedną z najbardziej lubianych, aczkolwiek szelmowskich, cech charakteru Dziadka był upór. Gdy inne argumenty nie skutkowały, np. gdy Babcia chciała wyjechać na Zjazd i musiała go zostawić na kilka dni samego, potrafił wyciągnąć asa z rękawa i „nagle ciężko zachorować”. Babcia, o miękkim sercu, zawsze nabierała się na te sztuczki. Ale się nie skarżyła, a on przed nami udawał, że wszystko jest w najlepszym porządku. Nikt przecież nie podejrzewał go o takie uczynki.
Babcia też nie pozostawała Dziadkowi dłużna. Kiedy on, zagorzały fan dawnego ustroju, intonował: Socjalizmu się nie lękaj, mało rób i dużo stękaj, Babcia od razu rozpoczynała kontratak, a raczej skutecznie uciszała Dziadka. Pięknie się zaczynały opowieści o tłustej kaszance i jeszcze bardziej pękatej wódce w pracy na kolei, niestety, nie dane im było się skończyć.
Dziadek nigdy nie rozstawał się z książką – zawsze polityczną. Wrocławska prasa, codziennie odbierana od znajomego kioskarza, leżała na taborecie w pokoju. Gdy zaczynały się wiadomości, musiała zapaść cisza. Telewizor zaś ryczał na cały regulator i wszyscy musieliśmy słuchać z uwagą. Człowiek zaangażowany politycznie, jakże nam takich brakuje.
Od czasu, kiedy wzięłam ślub, nigdy nie uniknęłam zawadiackiego pytania: „A czy coś zasialiście?”. Dziadek wręcz obsesyjnie stale pragnął prawnuka, Babcia za to stała w opozycji i broniła swą najmłodszą damską wnuczkę. On był jednak nieugięty i mimo wszystko wracał do tego samego pytania.
Klepiąc Dziadka bo wydatnym brzuchu, ogarniało mnie ciepło. Tato klepał go po łysince, a Dziadek znosił to z uśmiechem. Tak było aż do końca, mimo bólu po chemioterapii i mimo przerzutów, Dziadek zawsze był dzielny. Odszedł w spokoju, w miejscu, w którym czuł się bezpiecznie i które kochał.
Pozostaje mi tylko stwierdzić jedno: „ Żałujcie, że nie poznaliście mojego osobliwego Dziadka Reńka, prawdziwego Żółtowskiego!”.
Z głębokim żalem zawiadamiamy, że 10 lutego 2014 roku zmarł śp RAJMUND ŻÓŁTOWSKI z Wrocławia przeżywszy 83 lata. Żonie Janinie, oraz całej rodzinie Zarząd Związku Rodu Żółtowskich składa wyrazy najszczerszego współczucia
Dodaj komentarz