„A siódme: Nie…?”

Styczeń 1945 rok – początek końca II Wojny Światowej.

Na peryferiach od strony Warszawy stało wojsko radzieckie, które prowadziło ostrzał artyleryjski, kierując ogień na przeciwległy kraniec miasteczka, gdzie były skoncentrowane siły niemieckie.

Pociski przelatywały nad domkami, które przykryte czapami śniegu przypominały przycupnięte grzybki z białymi kapeluszami. Huk wybuchów powodował, że czapy śniegu pękały i spadały z dachów. Jeden z pocisków trafił w zabudowania niemieckiego magazynu żywnościowego. Na środku dużego placu stało okazałe gmaszysko, czerwono-żółte jęzory ognia lizały jedną ze ścian. Pomimo rozprzestrzeniającego się pożaru ludzie tłoczyli się usiłując wejść do magazynu. Z narażeniem życia wynosili co się tylko dało: konserwy, różnorodne sery, alkohole, tłuszcze i inne artykuły żywnościowe. Pierwszy raz w życiu widzieli taki ogrom nagromadzonej żywności. Przez lata wojny doznali niewyobrażalnej nędzy i uczucia głodu, teraz na widok nadmiaru jedzenia tracili jakikolwiek rozsądek. Nie bacząc na niebezpieczeństwo wskakiwali w czeluść magazynu, który przypominał już piec.

Trzask pękających butelek z alkoholem mieszał się z krzykami poparzonych ludzi. Tłum oszalał nie zważając na to, że nie wszystkim udało się wyjść z pomieszczeń. Śmiałkowie jednak wskakiwali w ogień, chęć rabunku była silniejsza niż strach przed kalectwem i śmiercią.

Chyba tak wyglądała biblijna Sodoma i Gomora pomyślała przerażona dziewczynka, która wbiegła wraz z innymi, ciągnąc za sobą sanki. I tak znalazła się na placu magazynowym. Nie bardzo rozumiała samą siebie, dlaczego uległa psychozie tłumu i biegła razem z innymi, jakby jakaś niewidzialna fala unosiła ją. Ogarnięta dziwnym podnieceniem nie pomyślała o celu swojej eskapady, ani o jej konsekwencjach.

Naokoło placu stały parterowe zabudowania, w których były worki i skrzynie z takimi produktami jak; kasze, makarony, cukier, mąkę i inne. Pomieszczenia te stały w pewnej odległości od palącego się głównego magazynu, ogień do nich jeszcze nie dotarł. Nie były też na razie celem zainteresowania tłumu. Natomiast wszechobecny był czarny, gryzący oczy dym. W jednym z pomieszczeń stały kartonowe pudła, a w nich małe żelazne pudełka zawierające (jak się później okazało) paliwo w kostkach.

Mała z wielkim trudem załadowała kilka kartonów na sanki i z jeszcze większym wysiłkiem je ciągnęła. Nikt jej nie zatrzymał, nawet niemieccy żołnierze, którzy stali przed bramą magazynu i odbierali ludziom uratowane od ognia produkty. Na widok zawartości sanek jeden z żołnierzy machnął lekceważąco ręką, widocznie nie przedstawiała ona dla Niemców większej wartości. Nikt nie zwracał na nią uwagi i tak szczęśliwie dotarła do domu.

Jednakże w domu nie doceniono jej wysiłków, wręcz przeciwnie, otrzymała ostrą reprymendę; każda kradzież jest naganna.

Dziwne zrządzenie losu, wydawało się, że narażanie swego zdrowia, a nawet życia, aby przetransportować z tak wielkim trudem ponad siły dziecka paliwo w kostkach. Wkrótce okazało się, że było to konieczne, bowiem w krótkim czasie po tym zdarzeniu wybuch bomby spowodował awarię elektrowni. Szpital został pozbawiony dostawy prądu. Sytuacja była tragiczna, pomocy potrzebowało wielu rannych i właśnie wtedy paliwo w kostkach przydało się do celów sterylizacji urządzeń chirurgicznych.

Anna Nowotna-Laskus

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *