Nie lubię pisać o sobie. Jest to trochę nieprzyzwoite. Przypomina balansowanie pomiędzy toposem skromności, a megalomaństwem. Uległem jednak namowom Prezesa Związku Mariusza, prywatnie mojego brata, i stąd ten tekst, który Państwo czytacie.
Film był silnie obecny w moim życiu od najmłodszych lat. Dość wcześnie postanowiłem zostać aktorem. Po udanej inscenizacji „Zemsty” Aleksandra Fredry, w której zagrałem Papkina (godzinne przedstawienie, stroje z teatru itd.) moje plany aktorskie umocniły się. Było to w ósmej klasie szkoły podstawowej. W liceum występowałem w kabarecie „Syfon”, który właśnie reaktywował po latach nauczyciel języka polskiego prof. Marian Waszkiewicz. Kilkanaście lat wcześniej w „Syfonie” występował m.in. nieodżałowany Krzysztof Kolberger. Zgłosiłem się także do teatru amatorskiego działającego przy Pałacu Młodzieży w Gdańsku. I tam właśnie, podczas jednej z prób, pojawił się reżyser Andrzej Czarnecki. Szukał chłopaków do swojego filmu dyplomowego. Mieliśmy coś tam wyrecytować. Ostatecznie wybrał dwóch czy trzech, w tym mnie. Byłem bardzo przejęty. Zagrałem maturzystę szkoły mundurowej Conradinum (gdańskie technikum budowy okrętów). W rzeczywistości byłem wówczas w trzeciej klasie tradycyjnego liceum i od egzaminu dojrzałości dzielił mnie ponad rok. Dzięki filmowi dwa razy zdawałem maturę. Ot, magia kina. Na planie najbardziej podobało mi się to, że „graliśmy” maj, a to był początek listopada i temperatura oscylowała w okolicach zera. Pamiętam, że reżyser prosił nas w scenach plenerowych, żebyśmy tak oddychali, żeby nie było widać pary wydobywającej się z ust, no i pod żadnym pozorem nie mogły nam się czerwienić nosy. W niektórych scenach pojawialiśmy się w koszulkach z krótkim rękawem, co naprawdę wymagało sporego poświęcenia. Szczególnie, że nakręcenie sceny i późniejsze duble wymagały dużo czasu.
Piękna przygoda bez happy endu. Trzykrotnie nie dostałem się do szkoły teatralnej. Za trzecim razem odpadłem głosowaniem. Filmu, który nosił tytuł „Jeden”, nigdy nie zobaczyłem. Po dwudziestu latach spotkałem reżysera Andrzeja Czarneckiego na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie otrzymał nagrodę za reżyserię filmu „Istota”. Obiecał odnaleźć nasz stary film i udostępnić mi go. Niestety, na obietnicach się skończyło.
Studiując polonistykę na Uniwersytecie Gdańskim ukończyłem specjalizację filmoznawczą. Byłem też na praktyce w Szkole Filmowej w Łodzi. Wiedza filmoznawcza przydała mi się dużo później, kiedy w gdańskiej telewizji prowadziłem autorskie programy poświęcone tematyce filmowej: „Co jest grane” i „Kino Polskie”. Zacząłem też wieloletnią współpracę z Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych, na którym prowadziłem spotkania z twórcami filmów niezależnych, a później także z autorami obrazów biorących udział w konkursie filmów krótkometrażowych.
Zawsze jednak byłem po drugiej stronie. Oni praktycy, ja teoretyk. Tymczasem już pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia miałem pomysły scenariuszowe. Po wyjściu z wojska, do którego trafiłem po ukończeniu studiów, bardzo chciałem napisać scenariusz o absurdach i nadużyciach zaobserwowanych podczas służby. Niestety, zaraz po wojsku wyjechałem na długo do Norwegii, gdzie pracowałem ciężko fizycznie. Nie miałem czasu ani siły, żeby pisać. Niedługo po moim powrocie do Polski zobaczyłem film Feliksa Falka „Samowolka” i już wiedziałem, że nie napiszę tego scenariusza.
Kilkanaście lat pracy w telewizji to też był okres niesprzyjający pracy scenariopisarskiej. Chroniczny brak czasu, a może nieumiejętność wygospodarowania go. Telewizja jednak nauczyła mnie warsztatu realizatora. Poza występami w studiu, przygotowywałem wówczas newsy do programu informacyjnego. Później zacząłem realizować większe formy telewizyjne: felietony, reportaże i wreszcie film dokumentalny „Przerwana walka Jerzego Pawłowskiego”, którego bohaterem był szablista wszechczasów i amerykański szpieg w mundurze oficera Wojska Polskiego. W telewizji nauczyłem się myśleć ujęciami. Zrozumiałem czym jest montaż i jaką ma siłę.
Po odejściu z telewizji moja droga zawodowa mocno się skomplikowała. I właśnie wtedy dojrzałem do pisania scenariuszy. „Popełniłem” też sztukę dla młodzieży – „Majowe konwalie”, która miała premierę na małej scenie Teatru Wybrzeże (Malarnia). Graliśmy ją z powodzeniem w szkołach i domach kultury całego województwa pomorskiego. Pisałem o niej w jednym z numerów naszego kwartalnika. W tym czasie napisałem pierwszy scenariusz, pełnometrażowego filmu fabularnego, zatytułowany „Oferta”. Spodobał się jednemu z producentów, który postanowił znaleźć finanse na jego realizację. Rozbudziło to moje nadzieje. Szukanie pieniędzy to proces długi i raczej frustrujący. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Uparłem się, że ten film musi powstać. Scenariusz przeczytało kilkoro ludzi z tzw. branży, w tym reżyserzy. Miałem dobre opinie. Co ciekawe, kiedy spotkałem się z jednym z reżyserów (któremu bardzo się spodobał tekst) i długo rozmawialiśmy o „Ofercie”, to okazało się, że zupełnie inaczej rozumiemy niektóre motywacje głównego bohatera, różnimy się także w rozwiązaniach formalnych. W pewnym momencie oznajmił mi, że sam powinienem wyreżyserować „Ofertę”. Zdziwiło mnie takie stwierdzenie. Wyjaśnił mi, że to żadna złośliwość. Uważał, że analizuję tekst jak reżyser. Później jeszcze dwukrotnie spotkałem się z podobną opinią. I wtedy pomyślałem: a dlaczego nie?! Podjąłem karkołomną próbę zrealizowania tego projektu za nieduże pieniądze czyli tzw. filmu niezależnego. Ktoś mi nawet obiecał wsparcie finansowe, ale nie dotrzymał słowa. Niezręcznie mi jednak o tym pisać, szczególnie w naszym kwartalniku. Czułem, że ten film – trochę political fiction, trochę obraz naszej telewizji, a także historia człowieka z poukładanym życiem, które nagle rozpada się jak domek z kart – powinien powstać. Wierzyłem w jego siłę. I oto pewnego razu odbyłem rozmowę z producentem, który nagle uświadomił mi rzecz dość oczywistą. „Chcesz zrobić film pełnometrażowy? Ok. Najpierw zrób coś mniejszego. Sprawdź się. Na pełen metraż takiemu debiutantowi, jak ty, nikt nie da pieniędzy”. Proste, że też sam na to nie wpadłem wcześniej.
Po tej poradzie napisałem scenariusz krótkometrażowego filmu fabularnego „Dziewczyna z moich snów”. Realizacja krótkiego metrażu nie wymaga wielkiego budżetu. Namówiłem znajomego producenta, z którym przez kilka lat pracowałem przy organizacji Gdańsk DocFilm Festivalu, żebyśmy złożyli wniosek do Warmińsko – Mazurskiego Funduszu Filmowego. Chciałem zrealizować film na Warmii. Może dlatego, że często jeździłem na WAMĘ czyli Warmińsko – Mazurski Festiwal Filmowy, który co roku odbywa się w Olsztynie. Podobała mi się okolica.
Pierwsze podejście było jednak nieudane. Eksperci nie zachwycili się moim tekstem. W poczuciu klęski odebrałem telefon od dyrektora tego funduszu, który wyraził zdziwienie, że tak się stało. Jemu podobał się scenariusz. Doradził mi, żebym coś tam poprawił, pozmieniał i aplikował ponownie za rok. Dodał także, że co roku są inni eksperci oceniający scenariusze, a to stwarza pewne szanse. Odczekałem rok i ponownie złożyłem wniosek. Tym razem się udało. Ewa Braun i Jan Kidawa – Błoński bardzo pozytywnie ocenili mój poprawiony scenariusz. Komisja przyznała dofinansowanie. Co ciekawe w tym rozdaniu pieniądze na realizację otrzymały trzy projekty dokumentalne i dwa fabularne: tą drugą fabułą było „IO” Jerzego Skolimowskiego, nominowane później do Oscara.
„Zielone światło” z Olsztyna uzmysłowiło mi, że wreszcie zrobię swój pierwszy film fabularny. Kilka dni po decyzji o dofinansowaniu „Dziewczyny z moich snów” zadzwoniłem do producenta i umówiliśmy się na spotkanie. Było to w połowie grudnia 2020 roku. Podczas rozmowy, jak się okazało niedoszły producent, oznajmił mi, że nie udźwignie realizacji tego filmu. Po prostu nie wierzył w ten projekt, a ze względu na nasze koleżeńskie relacje, nie chciał mi odmówić aplikowania do funduszu filmowego. Kiedy otrzymaliśmy pieniądze wystraszył się. I tak oto musiałem znaleźć nowego producenta, który zechce wybrać się ze mną w filmową podróż. Dzięki podpowiedzi Doroty, która zajęła się scenografią do filmu, trafiłem na niezwykle życzliwą i kontaktową osobę, która po przeczytaniu scenariusza zgodziła się na wyprodukowanie filmu. Okazała się nią Agnieszka Papiewska z Wrocławia. Byłem umówiony na zdjęcia z Maćkiem, zaprzyjaźnionym operatorem z Warszawy. Zacząłem kompletować obsadę. Rola główna, upadłego pisarza, była absolutnie kluczowa dla realizacji filmu. W czasie pisania widzę konkretnych aktorów wcielających się w moje postaci. Tak też było z rolą Zbyszka. Od razu pomyślałem o Grzegorzu Damięckim. Wiedziałem, że od jego zgody na zagranie tej postaci będzie wiele zależało. Zadzwoniłem i po krótkiej rozmowie wysłałem mu scenariusz. Dość szybko się odezwał i powiedział mi, że scenariusz bardzo mu się podoba. Miesiąc później spotkaliśmy się w jego mieszkaniu na Żoliborzu i tak zaczęła się nasza współpraca przy tym filmie. Niełatwa. Grzesiek jest wymagającym i trudnym partnerem, ale był bardzo oddany projektowi. Przyjeżdżałem do niego na plan innego filmu, w którym grał, żeby przedstawić mu jedną z aktorek. Robiliśmy próby aktorskie w jego domku nad rzeką itd. Wiem, że dawał z siebie więcej niż mogłem oczekiwać od aktora zatrudnionego do konkretnej roli. Obsadziłem sam, bo nie mieliśmy pieniędzy na reżysera castingu, wszystkie role. Na te mniejsze zrobiłem casting w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Udało mi się namówić do współpracy świetnych aktorów. Poza Grzesiem grają też: Witek Dębicki, Jacek Borusiński (znany z kabaretu „Mumio”) i Agata Bykowska z Teatru Wybrzeże. Do roli tytułowej „Dziewczyny…”, fantastycznie jeżdżącej na rolkach, zatrudniłem amatorkę Izę Zielenkiewicz, reprezentantkę Polski w łyżwiarstwie figurowym synchronicznym. Rolę Stanisława, wydawcy głównego bohatera, zagrał ostatecznie Witek Dębicki, ale miałem wcześniej zgodę innego aktora. Nie ukrywam, że jednego z idoli mojego dzieciństwa i wczesnej młodości – Piotra Fronczewskiego. Niestety problemy zdrowotne (Pan Piotr jest po zawale serca) stanęły ostatecznie na przeszkodzie tej współpracy.
Zdjęcia do filmu realizowaliśmy w końcu sierpnia 2021 roku – w Tomaszkowie nad jeziorem Wulpińskim (15 kilometrów od Olsztyna) i w Olsztynie. Pogoda nie była naszym sprzymierzeńcem. Padający deszcz przeszkadzał szczególnie przy trudnych technicznie scenach jazdy na rolkach. Udało nam się jednak zmieścić w sześciu dniach zdjęciowych. Ostatecznie autorką zdjęć była absolwentka łódzkiej szkoły filmowej Joasia Kakitek, bo mój kolega operator miał w tym czasie inny projekt na głowie. Piękną muzykę napisał Michał Jacaszek (autor muzyki m.in. do filmów Jana Komasy „Sala samobójców” i „Hejter”).
W listopadzie tegoż roku zacząłem montaż filmu. Pracowałem w dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu ze świetnym fachowcem Witkiem Chomińskim. Witek zrobił pięć dużych filmów z Janem Jakubem Kolskim (m.in. „Jasminum”, „Wenecję” i „Pornografię”). Montował także, pokazywany na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, obraz zatytułowany „Święty”. Przed Wielkanocą 2022 roku film był gotowy. We Wrocławiu zrobiliśmy też montaż dźwięku, a korekcję barwną w Łodzi.
Premierowy pokaz odbył się 19 października na Międzynarodowym Warszawskim Festiwalu Filmowym. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem mój film dostał się na tak prestiżowy festiwal. Jest on zaliczany do tej samej kategorii „A”, jak festiwale w Cannes, Berlinie, Wenecji, Locarno czy Karlovych Varach. Wygrana w konkursie krótkiego metrażu uprawnia do ubiegania się o nominację do Oscara. W czasie festiwalu rozmawiałem z tzw. programerem czyli człowiekiem odpowiedzialnym za selekcję filmów. Powiedział mi, że konkursowe 20 filmów krótkometrażowych (w tym 11 fabuł) wybranych zostało spośród 3500 zgłoszonych obrazów z całego świata. Początek wymarzony zatem. Szczególnie, że jeszcze na etapie montażu Canal Plus wykupił roczną licencję. Od listopada zeszłego roku „Dziewczyna…” jest prezentowana na ich kanale, a od listopada tego roku będzie dostępna na kanale Ale Kino+. Gorzej z festiwalami w naszym kraju. Po świetnym początku w Warszawie mój film nie przechodził selekcji na różnych festiwalach. Miałem okazję pokazać go jeszcze w Radomiu na „Kameralnym Lecie” i na FPFF w Gdyni w sekcji „Filmy z Gdyni”. Znakomitą wiadomość dostałem natomiast w połowie września ze Stanów Zjednoczonych. „Dziewczyna…” zakwalifikowała się na 22. Urban Mediamakers Film Festival w Atlancie (09.-22. października 2023) . W konkursie filmów fabularnych jest tylko 10 obrazów, a mój jest jedynym z Europy.
„Dziewczyna z moich snów” była piękną przygodą, ale to już historia. Paradoks powstania tego filmu polega na tym, że zrobiłem go, żeby zrealizować później wymarzoną „Ofertę”. Nigdy jednak nie zrobię tego filmu. Nie chcę. Jego czas po prostu minął. Nasza rzeczywistość przerosła to, co kiedyś opisałem.
Życie jednak nie znosi próżni. Kilka dni temu skończyłem pisać scenariusz pełnometrażowego filmu opartego na faktach, którego akcja rozgrywa się w Warszawie w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Zebranie pieniędzy na ten projekt, mający „łatkę” historycznego, będzie graniczyło z cudem. Marzyć jednak trzeba i oczywiście pomagać marzeniom w ich realizacji.
TOMAS
Dodaj komentarz