Tag: Nr 106

  • DLA MADZI

    Gdy się człowiek w otchłań choroby zanurza,

    Gdy brakuje sił, kiedy płacze dusza,

    Gdy bezradność powala, jak huragan ogromny

    Wtedy trzeba Anioła o sercu niezłomnym

    Anioła co rękę poda, wyciągnie z czarnej otchłani

    Anioła z ludzką twarzą, z ludzkimi troskami.

    Gdy spotkasz Go na swej drodze zrozumiesz.

    Ja spotkałam

    Dziękuję

    ALEKSANDRA KOSIŃSKA

  • ROZMOWA Z RAFAŁEM ŻÓŁTOWSKIM

    Rafale, jesteś osobą znaną w Związku Rodu Żółtowskich, bowiem związany jesteś od początku jego reaktywacji w 1992 roku. Przez wiele lat pełniłeś funkcję wiceprezesa, a od 2000 do 2012 roku prezesa ZRŻ, obecnie prezesa honorowego. Byłeś organizatorem i współorganizatorem wielu zjazdów i wycieczek. Dokumentowałeś kamerą kolejne zjazdy i nowo przybyłych członków. Jesteś autorem wielu artykułów do naszego Kwartalnika. Zawsze życzliwy, pogodny, serdeczny, przyjacielski i towarzyski. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, jakie pytania Tobie zadać, przecież prawie wszyscy Ciebie znamy! Pomyślałam jednak, że może nie do końca znamy….?

    Kto Cię zaprosił we wrześniu 1992 roku na spotkanie założycielskie ZRŻ do Skierniewic i jakie emocje Wam wszystkim Żółtowskim towarzyszyły?

    Zaprosił mnie mój brat św. pamięci Michał z Warszawy na spotkanie założycielskie stowarzyszenia rodziny Żółtowskich. Miała to być reaktywacja istniejącego do II wojny światowej Związku Rodu Żółtowskich z linii wielkopolskiej. Chętnie skorzystaliśmy z zaproszenia i z naszymi żonami Ewą i Stefanią pojechaliśmy do Skierniewic, by wraz z innymi Żółtowskimi uczestniczyć we mszy świętej za rodzinę w małym, starym kościółku św. Stanisława w Skierniewicach. Następnie udaliśmy się do domu Natalii i Zbigniewa Żółtowskich, organizatorów tego spotkania. Nikogo z bratem nie znaliśmy. Trochę czuliśmy się zagubieni wśród nieznanych nam osób. Ale nie trwało to długo!

    Na czym polegał według Ciebie fenomen pierwszego spotkania? Twoje osobiste wrażenia?

    Zbigniew rozpoczął spotkanie od propozycji, aby każdy się przedstawił i kilka słów powiedział o sobie i swoich korzeniach i najbliższej rodzinie. Fenomenem tego pierwszego spotkania było zapewne stworzenie przyjaznej atmosfery przez Natalię i Zbigniewa. Z początkowej ciszy w salonie zrobiło się gwarno, serdecznie i rodzinnie. Przybyli Żółtowscy z Białegostoku, Gliwic, Szczecina, Poznania, Płocka po Tarnobrzeg i Warszawę. Pokrótce stanowiliśmy jedną rodzinę. Padła propozycja reaktywacji Związku Rodu Żółtowskich. Pierwszym do wyboru tymczasowym prezesem związku został Andrzej Ludwik z Warszawy, prezesem honorowym Michał Ludwik z Lasek. To spotkanie było sukcesem organizatorów. Uczestniczyło nas ponad 30 osób, praktycznie wcześniej sobie nie znanych. Z rozmów z uczestnikami, odniosłem wrażenie, że ta organizacja jest potrzebna. Wielką rolę odegrali Zbigniew i Natalia. Użyczyli własnego domu na spotkania bądź co bądź w większości obcych ludzi, ugościli i przyjęli rolę sekretarzy, prowadzenia spraw organizacyjnych, administracyjnych i wszelkich innych na potrzeby nowego związku. Zbigniew był bardzo zaangażowany w jego reaktywację . Wyzwaniem były najważniejsze słowa, które padły na tym I Zjeździe Rodu. Słowa Michała z Lasek, przypomnieć trzeba, iż były to czasy rozpadu polityki, gospodarki, dosłownie wszystkiego – powiedział: „jeżeli dziś się wszyscy rozpadają to my się połączmy”. I tak się stało!

    Pełniona przez trzy kadencje funkcja prezesa, to niezwykła odpowiedzialność i ciężka praca. Co było dla Ciebie największym priorytetem i wyzwaniem?

    Może zacznę odpowiedź od końca pytania. Priorytetem na pewno było powielenie dążenia Zbigniewa do scalenia rodziny jako całości, bez względu na status społeczny, polityczny, wyznaniowy czy ekonomiczny. Nawiązania jak największych relacji, przyjaźni, stworzenia całości genealogii, w co bardzo zaangażował się Michał z Łodzi, jej aktualizacji, porządkowania i wnoszenia poprawek. Zbigniew odszedł za szybko. Stworzył cały rdzeń i podstawy do dalszej działalności i to było dla mnie wyzwaniem do kontynuacji jego dzieła. Miałem nawet z pierwszym prezesem Związku Rodu Żółtowskich Andrzejem Ludwikiem na temat podejścia do związku odrębne spojrzenie, które spowodowało pewne wyłączenie się gałęzi wielkopolskiej. Pozostały realizacje wyzwań. A było ich wiele. Moim największym wyzwaniem w związku było zapewnienie ciągłości wzajemnych relacji i poznawanie i zachęcanie innych nie zrzeszonych rodzin do uczestnictwa w zjazdach. Czasami poświęcałem ze Stefanią dużo czasu na znalezienie odpowiednich miejsc na spotkania. Wielu naszych członków było zaangażowanych w poszukiwania i organizowania miejsc na kolejne zjazdy. Bogusia z Białej organizowała i dalej to czyni, wspaniałe wycieczki. Było to moje i naszych członków wyzwanie do wspólnego działania i za to wszystkim dziękuję. Moje plany spełnili odpowiedzialni członkowie naszego Rodu. Powrócę teraz do początku pytania. Czy prezes ma odpowiedzialność i ciężką pracę? Odpowiedzialność tak, bo się czegoś podjął. Ale czy ciężką pracę? Odpowiem. Nie! To jest pasja, to jest poczucie chęci zrobienia czegoś dla wspólnego dobra. Nie odczuwałem ciężaru odpowiedzialności. Robiłem coś co mnie inspirowało, coś co dało innym radość i przyjemność i także, mnie też. Czy ciężko? Nie, naprawdę nie! Korespondencja między nami była wyjątkowo dobra. Sprawy administracyjne świetnie prowadzone były przez Natalię i Basię.

    Co się Tobie udało, a co nie wyszło?

    Wydawanie naszego Kwartalnika ZRŻ. To największy sukces wszystkich prezesów, zarządów i redaktorów. Udało mi się zorganizować trzy wyjazdy zagraniczne: do Wilna, Włoch i Watykanu (spotkanie z papieżem Janem Pawłem II ). Powstał także ciekawy zwyczaj, iż podczas uroczystej kolacji odbywała się licytacja przywiezionych przez uczestników zjazdu gadżetów. Było dużo wspólnej zabawy, śmiechu, przetargów i radości. Dofinansowały one nasze stowarzyszenie w dodatkowe środki pieniężne. Pomysłodawczynią licytacji była Stefania, która podarowała na ten cel swoje obrazy. Znajdują się one w kilku domach Żółtowskich. Myślę, że powinniśmy wrócić do tej radosnej i ciekawej zabawy. Nie udało się wydanie w Kwartalniku cyklu wspomnień o naszych matkach. Były i są to kobiety z innych rodów i rodzin, często herbowych. Kobiety po zamążpójściu przyjmowały nazwisko męża. Ich wkład w wychowanie kilku pokoleń Żółtowskich w duchu patriotycznym, wykształcenia, szacunku do pracy i innych ludzi jest bardzo duży. Nie powinniśmy o nich zapomnieć. Bez nich nie byłoby nas!

    Który zjazd najmocniej zapadł Ci w pamięci?

    Każdy zjazd pamiętam. Nie uczestniczyłem tylko na jednym zjeździe, który organizowała Kicia z Olsztyna, z uwagi na zły stan zdrowia Stefanii.

    Sprawy związku są Tobie szczególnie bliskie. Jak widzisz w nim przyszłość młodego pokoleniu?

    Ten problem poruszałem na ostatnim zebraniu zarządu w czerwcu 2023 roku. Czekam na dyskusje w tej sprawie wszystkich członków związku, nie tylko zarządu. Marzeniem moim jest, by młodzi sami o sobie zaczęli decydować, organizować spotkania po swojemu, przyjeżdżać z dziećmi, z rodzeństwem, kiedy chcą i tam gdzie chcą. My seniorzy dostosujemy się do nich. Kiedyś to oni przejmą po nas pałeczkę. Na nich bardzo liczę i wiem, że mimo zmieniającego się świata o rodzicach, dziadkach i przodkach, o naszym pokoleniu i naszej historii Rodu nie zapomną. Myślę, że związek będzie trwał dalej. Ufam w kontynuację, ufam, że będzie dobrze.

    Za swoją pracę na rzecz naszego stowarzyszenia zostałeś uhonorowany decyzją Zarządu i Kapituły najwyższym wyróżnieniem ZRŻ medalem im. Michała Żółtowskiego z Czacza w 2018 roku. Czy to dla Ciebie ważne wyróżnienie?

    Ważne, bardzo ważne! Nawet ważniejsze niż te wcześniejsze, które otrzymałem z harcerstwa, PCK czy Brązowy Krzyż Zasługi z rąk Prezydenta RP w Belwederze. Medal im. Michała Żółtowskiego z Czacza, to moja rzeczywista praca na rzecz dobra rodzinnego, za upamiętnienie roli Rodziny w całokształcie historii Polski. Michała znałem. Spotykałem się z nim poza zjazdami w Laskach na zebraniach zarządu, a także wielokrotnie korespondowaliśmy listownie i telefonicznie. Związek Rodu Żółtowskich był wydawcą jego książek w 2004 roku. Medal im. Michała z Czacza jest dla mnie bardzo ważną pamiątką naszych wspólnych działań na rzecz Rodziny.

    Jesteś z wykształcenia magistrem farmacji i doktorem nauk medycznych. Byłeś właścicielem i kierownikiem wielu aptek w Polsce. Czy Polki i Polacy dbają o zdrowie?

    Trudno mi się wypowiadać za blisko 37 milionów rodaków, pomimo mojej długoletniej pracy. Bez szczególnej analizy podzieliłbym ludzi na bagatelizujących zdrowie i hipochondryków. Nie dotyczy to oczywiście osób, których dopadło jakieś schorzenie.

    Korzenie twojej rodziny.

    Korzenie mojej rodziny w/g Genealogii Rodu Żółtowskich, poz.3.2.1.1 str.118 sięgają roku 1790. Dalej nie udało się św. pamięci Michałowi z Łodzi znaleźć przodków, a na pewno byli. Pamiętam mojego dziadka Albina, którego ojcem był Bazyli. Nawet byłem w posiadaniu sygnetu rodowego pradziadka Bazylego z jego inicjałami. Albin pochodził z licznej rodziny. Jego brat Edmund był na zjeździe Rodu Żółtowskich wraz z synami Andrzejem i Józefem z Popłacina w Soczewce. Dziadek miał trzech synów, Romualda, mojego ojca, Henryka i Stanisława. Bracia mojego ojca byli uczestnikami kilku zjazdów. Ojciec ukończył studia na Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie o kierunku budownictwa lądowego i mostowego. Mama studiowała polonistykę.

    Czy wspominasz lata dzieciństwa ?

    Chyba tak jak każdy, a przynajmniej każdy z normalnej kochającej rodziny. Było zawsze ciepło, pogodnie i wesoło. Nie pamiętam żeby kiedyś padał deszcz, czy była zawieja, która ograniczała wyjście na podwórko, do zabawy. Rodzice na pewno mieli swoje problemy, a my dzieci nie doświadczyliśmy tego. Jak nas ubrali, tak byliśmy ubrani, co było na stole, to było. Wszystko było dobrze. Nie było marudzenia, żądań, fochów. Dzieciństwo było wspaniałe. Żaden okres w życiu już nie był taki beztroski. Był cudowny! Rodzice duży nacisk kładli na nasze wykształcenie i przyszłość. Wszędzie chodziliśmy razem, nawet na kawę do znajomych. Nie ograniczano nam kontaktów z dorosłymi. Nie wypraszano do drugiego pokoju, jak przychodzili dorośli znajomi. Takie podejście do dzieci dawało nam wszechstronny rozwój intelektualny, obyczajowy, kontaktowy, kulturalny. Ojciec mój przodował w przygotowaniu dzieci do późniejszego życia. To cudowny okres w życiu. Szkoda, że tak krótki… Wspomnę jeszcze, że dzieciństwo swoje zapamiętałem, mając w pamięci taki oto obrazek – stojąc przy oknie , czekając na powrót taty z pracy widzimy z braćmi, że ciągnie na sankach choinkę do domu. Choinka dotarła, a sanki podobno dał mu św. Mikołaj dla nas. I weź tu zapomnij o dzieciństwie.

    Lata dziecięce szybko mijają, i trzeba pomyśleć o przyszłości.

    Często przeprowadzaliśmy się i mieszkaliśmy tam, gdzie tata pracował. Tato też nie miał łatwo, bowiem miał swojego komunistycznego opiekuna. Pierwsze dwie klasy Szkoły Podstawowej rozpocząłem w Lipnie, kontynuowałem w Bydgoszczy, by dokończyć w Warszawie. Ukończyłem LO im. Adama Mickiewicza na Saskiej Kępie maturą w 1969 roku. Na Akademię Medyczną startowałem trzykrotnie. Konkurencja była duża. Dwa razy oblewałem egzamin z chemii. Za trzecim razem przeniosłem się na farmację i chyba za karę 5 lat studiowałem tę nieszczęsną chemię, ale dałem radę. Przez 5 lat studiów pracowałem w Pogotowiu Ratunkowym. Miałem dobrego zmiennika i w razie colocvium czy innych zaliczeń, zamienialiśmy się. Na 4. roku wzięliśmy ślub ze Stefanią. Przeniosła się z Augustowa do Warszawy. I cóż, zakończył się młodzieńczy okres.

    Imię Stefania to…

    To ciepło, słoneczne dni, domowy spokój, wzajemny szacunek i wzajemne zrozumienie, wybaczanie wspólnych błędów, wspólna radość, zabawa, wyjścia do znajomych, ogródek, wycieczki do lasu, na grzyby, na ryby ,cele do zrealizowania i radość z posiadania potomstwa.

    Przedstaw nam swoich bliskich. Czym się zajmują? Gdzie mieszkają?

    Rodzinę mam już nieliczną. Starszy Brat Michał (lekarz) zmarł w tym roku, a osiem lat młodszy brat Jacek pracuje i mieszka w Warszawie. Mam czwórkę dzieci: Romka, Olę, Anię i Tomka. Ola, jedna pozostała w Polsce, pracuje jako technik farmaceuta w aptece w Prudniku. Mieszka z mężem Mariuszem we własnym domu w Łące Prudnickiej. Bardzo ładna posesja z wielkim ogrodem nad górskim strumieniem. Ola ma jednego syna Olgierda, który jest już dorosły i pracuje jako informatyk. Pozostałe dzieci osiedliły się w USA. Synowie w stanie Illinois, a córka w Colorado. Romek z wykształcenia jest politologiem i dziennikarzem, jednak zajmuje się inną dziedziną. Od wielu lat ma własną firmę zakładającą ogrzewanie i chłodzenie w budynkach. Tomek po maturze wyjechał do Romka i jego żony Lidki na chrzciny ich córki Natalki. Tam został, ożenił się z Magdą i mają dwójkę dzieci Michała 9 lat i Wiktorię 6 lat . Dzieci chodzą do szkól amerykańskich i do szkół polskich. Tomasz prowadzi własną firmę stolarską, zajmującą się wyposażeniem pomieszczeń. Córka Ania skończyła w Polsce Wyższą Szkołę Psychologii Społecznej. Jest magistrem psychologii. Nostryfikowała dyplom w USA. Pracuje jednak w hotelarstwie. W Colorado jest menadżerem kilkunastu domów wypoczynkowych w wysokich partiach górskich. Mieszka na wysokości 4 tys. metrów i jest szczęśliwa. Nie założyła rodziny. Mówię, że moi bliscy, to niewielka rodzina. Sam jestem wdowcem od 16 lat. Mam za to bliską Rodzinę Żółtowskich i dobrze mi z tym już od 32 lat.

    Jakie wartości starałeś się przekazać swoim dzieciom?

    Takie same jakie przekazali mi moi rodzice. Miłość rodzinna najważniejsza, potem nauka i to wszechstronna, wielokierunkowa, rozwijanie pasji i zainteresowań. Kultura wyniesiona z domu wielopokoleniowego, zachowanie tradycji, życie według prostych 10. przykazań i szacunek do swego zawodu i do pracy, szacunek do innych osób i to pod każdym względem. Uczciwość do bólu, choć pokusy świata są różne. Ważną wartością jest język jakim się wyrażamy. Bez wulgaryzmów, bez prostactwa, chamstwa w z wypowiedziach, bez kpin i wyszydzania innych, mniej zdolnych, bez wywyższania się i pokazywania się lepszym. Zawsze uczyłem dzieci szacunku do innych. Nie wiesz kiedy i za jaki czas, ale karma zawsze wróci do ciebie.

    Często zmieniałeś miejsca zamieszkania, ale najważniejszym miejscem na ziemi jest…?

    Tak, często zmieniałem. Przyczyny były zawsze ekonomiczne. Chcąc lepszego życia dla siebie i dla rodziny ciągle się kształciłem. Trzy lata po studiach zrobiłem pierwszy stopień specjalizacji. Pracowałem w wiejskiej aptece ale czułem się zapuszkowany. Zaproponowano mi wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Farmaceutycznego w Ciechanowie ds. gospodarki lekami. Przyjąłem, choć byłem świadom dodatkowej pracy i nieobecności w domu. Nie miałem za to limitu na paliwo, choć wszyscy mieli na nie kartki. Takie były kartkowe czasy, choć partia robiła mi stale kłopoty, bo nie byłem ich. W końcu udało nam się ze Stefanią i dziećmi osiedlić w Korycinie. Zbudowaliśmy własny dom.

    Korycin, to najważniejsze miejsce w moim życiu. Duży dom, własna apteka. Tutaj dzieci ukończyły szkoły. Zmieniałem kolejne miejsca zamieszkania po śmierci Stefanii, także z przyczyn ekonomicznych. Wyjechałem na Pomorze Zachodnie, gdyż tam były wyższe zarobki niż na Podlasiu. Z Grecji, gdzie wcześniej mieszkała, wróciła moja córka Ola z mężem do Polski. Znalazła pracę w nowo otwieranej aptece w Głuchołazach, ale nie było kierownika, więc dla córki porzuciłem Wyspę Wolin i przyjechałem do Głuchołaz, zapewne już na stałe. Zostawiłem w Korycinie drugi stopień specjalizacji, doktorat w Białymstoku, wszelkie znajomości, miłe wspomnienia i dobrych przyjaznych ludzi. Tak wygląda moja tułaczka. Może przykra, ale była konieczna .

    Które wspomnienia sprawiają Tobie szczególną przyjemność?

    Te z młodości. Lata licealne i studenckie, bez zmartwień i problemów, jeszcze pod okiem rodziców i z ich finansowaniem. Lasy i jeziora które zmieniają się o każdej porze roku, a zimą można poszaleć na łyżwach. Tak było za moich czasów młodości. Dziś już jest bardziej niebezpiecznie, z uwagi na zmiany klimatyczne. Łowię ryby od 57 lat. Obecnie już rzadziej. Lasy o każdej porze roku są przepiękne. Góry ładne, ale z daleka. Nie lubię wchodzenia pod górę i schodzenia z niej. Podziwiam naszego prezesa Mariusza i jego córkę Anię. To łaziki górskie. Ja jednak – woda stojąca, jeziora, łódka, kajak, wędka i to mi sprawia szczególną przyjemność.

    Zapewne zapamiętałeś jakąś niesamowitą przygodę.

    Życie, to jedna wielka przygoda… ! Nie oceniam swego życia w kategorii przygód, nie dzielę na lepsze, gorsze, ciekawsze czy mniej ciekawe. Wszystkie musiały być przeżyte, zaczęte i ukończone. Przygoda życia, to przygoda z ludźmi. Jedni postrzegają ciebie tak, inni odwrotnie, są życzliwi lub nie. Ważne, by patrzeć na to jak na przygodę i dalej żyć i nie czynić nikomu krzywdy. To najważniejsza przygoda i dewiza życia.

    Czym się interesujesz? Jakie masz hobby?

    Tak ogólnie interesuje się nauką i stałym pogłębianiem wiedzy. Nawet codziennie czytam odwrotną stronę z kartki kalendarza i dowiaduję się rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Wiedza jest dla mnie bardzo ważna i to w każdej dziedzinie. Lubię kucharzyć, robić przetwory na zimę i mieć porządek w domu. Nie znoszę bałaganiarstwa i obojętności. Nie lubię lenistwa, bezradności i prostackich wypowiedzi z wulgaryzmami łamiącymi nasz kochany polski język. Znaczki pocztowe zbieram od dziecka, lampy naftowe, łowiłem ryby, zbierałem grzyby, ale już do tego nie wrócę.

    Co Cię złości, drażni, irytuje?

    Jak już mówiłem, prostactwo, brak wychowania i ogłady, kaleczenie naszej mowy, ślizganie się na dorobku innych ludzi, cwaniactwo i złodziejstwo. Prostactwo, to nie ludzie prości, a prostacy. Ludzie prości są często ludźmi godnymi poszanowania, na ogół zdolni i przyzwoici i ogólnie szanowani. Prostacy, nawet z dyplomem godni pożałowania. Także złodziejstwo, czyli łatwy zysk. Nie ważne jest, czy łupem jest pudełko zapałek, pieniądz czy skradziona kobieta.

    Z czego jesteś dumny?

    Jestem dumny z moich dzieci, które bardzo kocham. A duma moja wcale nie jest oparta na tezie, że to moje dzieci. Żyję na co dzień ich życiem, interesuję się ich kłopotami i radościami. Codziennie są ze mną, choć daleko za wodą. Jak jest im dobrze, to duma mnie rozpiera i serce inaczej stuka. To moja duma! Najważniejsza! Dumny jestem też z mojej szerokiej Rodziny związkowej. Pamiętają o mnie, by na kolejnych zjazdach było miejsce dla mnie niepełnosprawnego. Bardzo im za to dziękuję!

    Jakie słowo określa Rafała Żółtowskiego?

    Pierwsze to jest imię

    Drugie to nazwisko.

    O czym marzy Rafał?

    Marzenia dotyczą na ogół ludzi młodych. Mam wszystko co chcę i oby się nic nie pogorszyło!

    Dziękuję za ciekawą rozmowę i życzę Tobie Rafale w imieniu wszystkich Żółtowskich zdrowia i kontynuacji swoich pasji.

    ELŻBIETA Żółtowska z Kutna

  • MOJA FILMOWA PRZYGODA

    Nie lubię pisać o sobie. Jest to trochę nieprzyzwoite. Przypomina balansowanie pomiędzy toposem skromności, a megalomaństwem. Uległem jednak namowom Prezesa Związku Mariusza, prywatnie mojego brata, i stąd ten tekst, który Państwo czytacie.

    Film był silnie obecny w moim życiu od najmłodszych lat. Dość wcześnie postanowiłem zostać aktorem. Po udanej inscenizacji „Zemsty” Aleksandra Fredry, w której zagrałem Papkina (godzinne przedstawienie, stroje z teatru itd.) moje plany aktorskie umocniły się. Było to w ósmej klasie szkoły podstawowej. W liceum występowałem w kabarecie „Syfon”, który właśnie reaktywował po latach nauczyciel języka polskiego prof. Marian Waszkiewicz. Kilkanaście lat wcześniej w „Syfonie” występował m.in. nieodżałowany Krzysztof Kolberger. Zgłosiłem się także do teatru amatorskiego działającego przy Pałacu Młodzieży w Gdańsku. I tam właśnie, podczas jednej z prób, pojawił się reżyser Andrzej Czarnecki. Szukał chłopaków do swojego filmu dyplomowego. Mieliśmy coś tam wyrecytować. Ostatecznie wybrał dwóch czy trzech, w tym mnie. Byłem bardzo przejęty. Zagrałem maturzystę szkoły mundurowej Conradinum (gdańskie technikum budowy okrętów). W rzeczywistości byłem wówczas w trzeciej klasie tradycyjnego liceum i od egzaminu dojrzałości dzielił mnie ponad rok. Dzięki filmowi dwa razy zdawałem maturę. Ot, magia kina. Na planie najbardziej podobało mi się to, że „graliśmy” maj, a to był początek listopada i temperatura oscylowała w okolicach zera. Pamiętam, że reżyser prosił nas w scenach plenerowych, żebyśmy tak oddychali, żeby nie było widać pary wydobywającej się z ust, no i pod żadnym pozorem nie mogły nam się czerwienić nosy. W niektórych scenach pojawialiśmy się w koszulkach z krótkim rękawem, co naprawdę wymagało sporego poświęcenia. Szczególnie, że nakręcenie sceny i późniejsze duble wymagały dużo czasu.

    Piękna przygoda bez happy endu. Trzykrotnie nie dostałem się do szkoły teatralnej. Za trzecim razem odpadłem głosowaniem. Filmu, który nosił tytuł „Jeden”, nigdy nie zobaczyłem. Po dwudziestu latach spotkałem reżysera Andrzeja Czarneckiego na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie otrzymał nagrodę za reżyserię filmu „Istota”. Obiecał odnaleźć nasz stary film i udostępnić mi go. Niestety, na obietnicach się skończyło.

    Studiując polonistykę na Uniwersytecie Gdańskim ukończyłem specjalizację filmoznawczą. Byłem też na praktyce w Szkole Filmowej w Łodzi. Wiedza filmoznawcza przydała mi się dużo później, kiedy w gdańskiej telewizji prowadziłem autorskie programy poświęcone tematyce filmowej: „Co jest grane” i „Kino Polskie”. Zacząłem też wieloletnią współpracę z Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych, na którym prowadziłem spotkania z twórcami filmów niezależnych, a później także z autorami obrazów biorących udział w konkursie filmów krótkometrażowych.

    Zawsze jednak byłem po drugiej stronie. Oni praktycy, ja teoretyk. Tymczasem już pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia miałem pomysły scenariuszowe. Po wyjściu z wojska, do którego trafiłem po ukończeniu studiów, bardzo chciałem napisać scenariusz o absurdach i nadużyciach zaobserwowanych podczas służby. Niestety, zaraz po wojsku wyjechałem na długo do Norwegii, gdzie pracowałem ciężko fizycznie. Nie miałem czasu ani siły, żeby pisać. Niedługo po moim powrocie do Polski zobaczyłem film Feliksa Falka „Samowolka” i już wiedziałem, że nie napiszę tego scenariusza.

    Kilkanaście lat pracy w telewizji to też był okres niesprzyjający pracy scenariopisarskiej. Chroniczny brak czasu, a może nieumiejętność wygospodarowania go. Telewizja jednak nauczyła mnie warsztatu realizatora. Poza występami w studiu, przygotowywałem wówczas newsy do programu informacyjnego. Później zacząłem realizować większe formy telewizyjne: felietony, reportaże i wreszcie film dokumentalny „Przerwana walka Jerzego Pawłowskiego”, którego bohaterem był szablista wszechczasów i amerykański szpieg w mundurze oficera Wojska Polskiego. W telewizji nauczyłem się myśleć ujęciami. Zrozumiałem czym jest montaż i jaką ma siłę.

    Po odejściu z telewizji moja droga zawodowa mocno się skomplikowała. I właśnie wtedy dojrzałem do pisania scenariuszy. „Popełniłem” też sztukę dla młodzieży – „Majowe konwalie”, która miała premierę na małej scenie Teatru Wybrzeże (Malarnia). Graliśmy ją z powodzeniem w szkołach i domach kultury całego województwa pomorskiego. Pisałem o niej w jednym z numerów naszego kwartalnika. W tym czasie napisałem pierwszy scenariusz, pełnometrażowego filmu fabularnego, zatytułowany „Oferta”. Spodobał się jednemu z producentów, który postanowił znaleźć finanse na jego realizację. Rozbudziło to moje nadzieje. Szukanie pieniędzy to proces długi i raczej frustrujący. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Uparłem się, że ten film musi powstać. Scenariusz przeczytało kilkoro ludzi z tzw. branży, w tym reżyserzy. Miałem dobre opinie. Co ciekawe, kiedy spotkałem się z jednym z reżyserów (któremu bardzo się spodobał tekst) i długo rozmawialiśmy o „Ofercie”, to okazało się, że zupełnie inaczej rozumiemy niektóre motywacje głównego bohatera, różnimy się także w rozwiązaniach formalnych. W pewnym momencie oznajmił mi, że sam powinienem wyreżyserować „Ofertę”. Zdziwiło mnie takie stwierdzenie. Wyjaśnił mi, że to żadna złośliwość. Uważał, że analizuję tekst jak reżyser. Później jeszcze dwukrotnie spotkałem się z podobną opinią. I wtedy pomyślałem: a dlaczego nie?! Podjąłem karkołomną próbę zrealizowania tego projektu za nieduże pieniądze czyli tzw. filmu niezależnego. Ktoś mi nawet obiecał wsparcie finansowe, ale nie dotrzymał słowa. Niezręcznie mi jednak o tym pisać, szczególnie w naszym kwartalniku. Czułem, że ten film – trochę political fiction, trochę obraz naszej telewizji, a także historia człowieka z poukładanym życiem, które nagle rozpada się jak domek z kart – powinien powstać. Wierzyłem w jego siłę. I oto pewnego razu odbyłem rozmowę z producentem, który nagle uświadomił mi rzecz dość oczywistą. „Chcesz zrobić film pełnometrażowy? Ok. Najpierw zrób coś mniejszego. Sprawdź się. Na pełen metraż takiemu debiutantowi, jak ty, nikt nie da pieniędzy”. Proste, że też sam na to nie wpadłem wcześniej.

    Po tej poradzie napisałem scenariusz krótkometrażowego filmu fabularnego „Dziewczyna z moich snów”. Realizacja krótkiego metrażu nie wymaga wielkiego budżetu. Namówiłem znajomego producenta, z którym przez kilka lat pracowałem przy organizacji Gdańsk DocFilm Festivalu, żebyśmy złożyli wniosek do Warmińsko – Mazurskiego Funduszu Filmowego. Chciałem zrealizować film na Warmii. Może dlatego, że często jeździłem na WAMĘ czyli Warmińsko – Mazurski Festiwal Filmowy, który co roku odbywa się w Olsztynie. Podobała mi się okolica.

    Pierwsze podejście było jednak nieudane. Eksperci nie zachwycili się moim tekstem. W poczuciu klęski odebrałem telefon od dyrektora tego funduszu, który wyraził zdziwienie, że tak się stało. Jemu podobał się scenariusz. Doradził mi, żebym coś tam poprawił, pozmieniał i aplikował ponownie za rok. Dodał także, że co roku są inni eksperci oceniający scenariusze, a to stwarza pewne szanse. Odczekałem rok i ponownie złożyłem wniosek. Tym razem się udało. Ewa Braun i Jan Kidawa – Błoński bardzo pozytywnie ocenili mój poprawiony scenariusz. Komisja przyznała dofinansowanie. Co ciekawe w tym rozdaniu pieniądze na realizację otrzymały trzy projekty dokumentalne i dwa fabularne: tą drugą fabułą było „IO” Jerzego Skolimowskiego, nominowane później do Oscara.

    „Zielone światło” z Olsztyna uzmysłowiło mi, że wreszcie zrobię swój pierwszy film fabularny. Kilka dni po decyzji o dofinansowaniu „Dziewczyny z moich snów” zadzwoniłem do producenta i umówiliśmy się na spotkanie. Było to w połowie grudnia 2020 roku. Podczas rozmowy, jak się okazało niedoszły producent, oznajmił mi, że nie udźwignie realizacji tego filmu. Po prostu nie wierzył w ten projekt, a ze względu na nasze koleżeńskie relacje, nie chciał mi odmówić aplikowania do funduszu filmowego. Kiedy otrzymaliśmy pieniądze wystraszył się. I tak oto musiałem znaleźć nowego producenta, który zechce wybrać się ze mną w filmową podróż. Dzięki podpowiedzi Doroty, która zajęła się scenografią do filmu, trafiłem na niezwykle życzliwą i kontaktową osobę, która po przeczytaniu scenariusza zgodziła się na wyprodukowanie filmu. Okazała się nią Agnieszka Papiewska z Wrocławia. Byłem umówiony na zdjęcia z Maćkiem, zaprzyjaźnionym operatorem z Warszawy. Zacząłem kompletować obsadę. Rola główna, upadłego pisarza, była absolutnie kluczowa dla realizacji filmu. W czasie pisania widzę konkretnych aktorów wcielających się w moje postaci. Tak też było z rolą Zbyszka. Od razu pomyślałem o Grzegorzu Damięckim. Wiedziałem, że od jego zgody na zagranie tej postaci będzie wiele zależało. Zadzwoniłem i po krótkiej rozmowie wysłałem mu scenariusz. Dość szybko się odezwał i powiedział mi, że scenariusz bardzo mu się podoba. Miesiąc później spotkaliśmy się w jego mieszkaniu na Żoliborzu i tak zaczęła się nasza współpraca przy tym filmie. Niełatwa. Grzesiek jest wymagającym i trudnym partnerem, ale był bardzo oddany projektowi. Przyjeżdżałem do niego na plan innego filmu, w którym grał, żeby przedstawić mu jedną z aktorek. Robiliśmy próby aktorskie w jego domku nad rzeką itd. Wiem, że dawał z siebie więcej niż mogłem oczekiwać od aktora zatrudnionego do konkretnej roli. Obsadziłem sam, bo nie mieliśmy pieniędzy na reżysera castingu, wszystkie role. Na te mniejsze zrobiłem casting w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Udało mi się namówić do współpracy świetnych aktorów. Poza Grzesiem grają też: Witek Dębicki, Jacek Borusiński (znany z kabaretu „Mumio”) i Agata Bykowska z Teatru Wybrzeże. Do roli tytułowej „Dziewczyny…”, fantastycznie jeżdżącej na rolkach, zatrudniłem amatorkę Izę Zielenkiewicz, reprezentantkę Polski w łyżwiarstwie figurowym synchronicznym. Rolę Stanisława, wydawcy głównego bohatera, zagrał ostatecznie Witek Dębicki, ale miałem wcześniej zgodę innego aktora. Nie ukrywam, że jednego z idoli mojego dzieciństwa i wczesnej młodości – Piotra Fronczewskiego. Niestety problemy zdrowotne (Pan Piotr jest po zawale serca) stanęły ostatecznie na przeszkodzie tej współpracy.

    Zdjęcia do filmu realizowaliśmy w końcu sierpnia 2021 roku – w Tomaszkowie nad jeziorem Wulpińskim (15 kilometrów od Olsztyna) i w Olsztynie. Pogoda nie była naszym sprzymierzeńcem. Padający deszcz przeszkadzał szczególnie przy trudnych technicznie scenach jazdy na rolkach. Udało nam się jednak zmieścić w sześciu dniach zdjęciowych. Ostatecznie autorką zdjęć była absolwentka łódzkiej szkoły filmowej Joasia Kakitek, bo mój kolega operator miał w tym czasie inny projekt na głowie. Piękną muzykę napisał Michał Jacaszek (autor muzyki m.in. do filmów Jana Komasy „Sala samobójców” i „Hejter”).

    W listopadzie tegoż roku zacząłem montaż filmu. Pracowałem w dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu ze świetnym fachowcem Witkiem Chomińskim. Witek zrobił pięć dużych filmów z Janem Jakubem Kolskim (m.in. „Jasminum”, „Wenecję” i „Pornografię”). Montował także, pokazywany na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, obraz zatytułowany „Święty”. Przed Wielkanocą 2022 roku film był gotowy. We Wrocławiu zrobiliśmy też montaż dźwięku, a korekcję barwną w Łodzi.

    Premierowy pokaz odbył się 19 października na Międzynarodowym Warszawskim Festiwalu Filmowym. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem mój film dostał się na tak prestiżowy festiwal. Jest on zaliczany do tej samej kategorii „A”, jak festiwale w Cannes, Berlinie, Wenecji, Locarno czy Karlovych Varach. Wygrana w konkursie krótkiego metrażu uprawnia do ubiegania się o nominację do Oscara. W czasie festiwalu rozmawiałem z tzw. programerem czyli człowiekiem odpowiedzialnym za selekcję filmów. Powiedział mi, że konkursowe 20 filmów krótkometrażowych (w tym 11 fabuł) wybranych zostało spośród 3500 zgłoszonych obrazów z całego świata. Początek wymarzony zatem. Szczególnie, że jeszcze na etapie montażu Canal Plus wykupił roczną licencję. Od listopada zeszłego roku „Dziewczyna…” jest prezentowana na ich kanale, a od listopada tego roku będzie dostępna na kanale Ale Kino+. Gorzej z festiwalami w naszym kraju. Po świetnym początku w Warszawie mój film nie przechodził selekcji na różnych festiwalach. Miałem okazję pokazać go jeszcze w Radomiu na „Kameralnym Lecie” i na FPFF w Gdyni w sekcji „Filmy z Gdyni”. Znakomitą wiadomość dostałem natomiast w połowie września ze Stanów Zjednoczonych. „Dziewczyna…” zakwalifikowała się na 22. Urban Mediamakers Film Festival w Atlancie (09.-22. października 2023) . W konkursie filmów fabularnych jest tylko 10 obrazów, a mój jest jedynym z Europy.

    „Dziewczyna z moich snów” była piękną przygodą, ale to już historia. Paradoks powstania tego filmu polega na tym, że zrobiłem go, żeby zrealizować później wymarzoną „Ofertę”. Nigdy jednak nie zrobię tego filmu. Nie chcę. Jego czas po prostu minął. Nasza rzeczywistość przerosła to, co kiedyś opisałem.

    Życie jednak nie znosi próżni. Kilka dni temu skończyłem pisać scenariusz pełnometrażowego filmu opartego na faktach, którego akcja rozgrywa się w Warszawie w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Zebranie pieniędzy na ten projekt, mający „łatkę” historycznego, będzie graniczyło z cudem. Marzyć jednak trzeba i oczywiście pomagać marzeniom w ich realizacji.

    TOMAS

  • ŻYCZENIA

    Najpiękniejsze życzenia

    radosnych, rodzinnych świąt Bożego Narodzenia

    oraz

    dużo zdrowia, szczęścia i spokoju

    na nowy 2024 rok

    życzą, Prezes Związku Rodu Żółtowskich

    wraz z członkami Zarządu.

  • NOWE POKOLENIE


    Z radością informujemy, że 24 sierpnia 2023 roku przyszła na świat Małgorzata Marta, córka Marty i Michała z Gdańska, wnuczka Mirelli i Mariusza ze Sztumu

  • ZNÓW POD GRUNWALDEM OGOŃCZYK

    Z przekazów historycznych dowiedzieć się można, że 15 lipca 1410 roku na polach Grunwaldu powiewała chorągiew z Ogończykiem. Wówczas tym herbem pieczętował się rycerz Mikołaj Powała z Taczewa. W czasach średniowiecza był jednym z najbardziej znanych polskich rycerzy. Piastował urząd stolnika krakowskiego oraz podkomorzego sandomierskiego. Został jednym z bohaterów Sienkiewiczowskich „ Krzyżaków”.

    Dokładnie sześćset trzynaście lat później, umówieni w czasie zjazdu w Barszczewie, 15 lipca 2023 roku na polach Grunwaldu spotkali się: Ania i Maciej Burdynowscy z Wojciechem oraz Madzią, a także Kamila i Marcin Żółtowscy z Filipem i Ksawerym. Ania i Kamila ubrały koszulki z Ogończykiem, a młodzież dumnie nosiła czapki z herbem podarowane im przez wujka Rafała z Głuchołazów. Dzień był niezwykle upalny, jak podawały media, był to najgorętszy weekend tego lata. Nasi strudzeni uczestnicy rekonstrukcji bitwy znaleźli chwilę wytchnienia w obozie… krzyżackim. Przygotowana z dbałością o szczegóły historyczne walka dostarczyła wszystkim oglądającym niezwykłych wrażeń.

    Potem już tylko niemal dwugodzinny wyjazd z parkingu i powrót do domów. Rodziny Burdynowskich i Żółtowskich są już umówieni w tym samym miejscu za rok. Postanowili również lepiej się przygotować do tego niezwykłego wydarzenia, chociażby wykonując duży proporzec z Ogończykiem.

    W oparciu o relację Młodzieży spisała

    BOGUSIA z Białej

  • STAWIAM NA MŁODE POKOLENIE ŻÓŁTOWSKICH

    Propozycja Rafała Żółtowskiego Prezesa Honorowego Związku

    przedstawiona na zebraniu Zarządu

    w Barszczewie 8 czerwca 2023 r.

    Propozycja do rozpatrzenia

    Obserwując ostatnie kilka Zjazdów nie trudno zauważyć, że zainteresowanie naszymi spotkaniami uległo znacznemu obniżeniu. Zarząd jest prawie zawsze w komplecie, zwłaszcza Ci intensywnie pracujący cały rok. Pozostali bywają na zjazdach dość regularnie, kierując się zawartymi przyjaźniami, wspomnieniami i dbałością o dalsze istnienie naszej społeczności. Prawda jest taka, że są to najczęściej seniorzy. Mają swoje tematy rozmów – problemy zdrowotne, które wychodzą na pierwszy plan przy każdym spotkaniu, problemy dnia codziennego, często trudne i bolesne ale rzeczywiste. Bywają osoby słabsze fizycznie, które nie mogą brać udziału w organizowanych wycieczkach. Można twierdzić, że najbardziej winien jest PESEL , a zwłaszcza dwie pierwsze cyfry.

    Nasze Zjazdy popadają w monotonność i rutynę. Program podobny od kilku lat. Procesja Bożego Ciała, dwa zebrania, prelekcja, wycieczka, kolacja uroczysta, msza święta .

    Potrzebujemy radykalnych zmian dla dobra trzydziestu dwóch lat naszego istnienia i dla dalszej jego ciągłości takich jak: odnowy, rozkwitu i wprowadzenia nowych trendów, innych spojrzeń, innych tematów.

    Potrzebujemy „nowej krwi”.

    Nie jest to krytyka naszej działalności, braku umiejętności, pomysłów i innowacyjności obecnemu zarządowi czy członkom.

    Za te lata pracy wszystkim członkom Związku, zarządowi, prezesom, redaktorom naszego kwartalnika, sekretarzom, skarbnikom i innym aktywnym ludziom należą się wielkie podziękowania i wyrazy uznania. Jesteśmy silni i ambitni o czym świadczą trzydzieści dwa lata istnienia Związku Rodu Żółtowskich.

    Myślę o dalszym – niewątpliwie – istnieniu Związku. Wiek aktywnie uczestniczących naszych członków, to średnio kilkadziesiąt lat. To oni, Ci seniorzy przez lata pracy stawiali na rozwój i istnienie Związku. Nasz świat zatrzymał się na latach młodości, innej kulturze i poglądach, młodzi mają inne oczekiwania. Nie ma co się dziwić. To właśnie nazywa się ”różnicą pokoleń”.

    Co dalej? Stawiam na młodych.

    Świat się zmienia. Dajmy więc szansę osobom młodym, niech działają w Związku w taki sposób, aby z radością oczekiwali na dalsze Zjazdy.

    Chciałbym aby moja propozycja była rozpatrzona przez Zarząd, a nawet na forum ogólnym.

    Młode pokolenie, to nasze dzieci, a jest ich nie mało. Są one u Mariusza, Tomka, Sławka, Bogusi, Piotrka, Jarka, Andrzeja, Urszuli, Marka i wielu innych naszych członków, którzy bywali na Zjazdach ze swoimi pociechami. Dziś, są to dorośli ludzie, ale na tyle młodzi, by samodzielnie wziąć stery w swoje ręce. Trzeba do nich dotrzeć i zaproponować im, nie robiąc żadnych zmian w naszej dotychczasowej działalności, utworzenie w ramach naszej organizacji SEKCJI MŁODYCH.

    Chodzi o to by Ci młodzi zorganizowali sobie niezależny od nas własny Zjazd w dowolnym miejscu, w dowolnym czasie, na dowolną ilość dni, bez nas seniorów, bez składek, bez pocztowej korespondencji, bez kosztów za wyjątkiem opłacenia pobytu i wyżywienia. Będą sami, bez nas seniorów. Oczywiście może będzie potrzebna nasza pomoc np. przy wyszukiwaniu miejsca, przy opiece nad wnukami, by dać im wolny czas. Na początku może zbiorą się na 2 dni w kilka osób, ale już za rok może ich przybyć, jak do innych dojdzie informacja, że było super.

    Za jakiś czas, to oni przejmą po nas zarząd, kwartalnik, czy finanse.

    PROSZĘ O ROZWAŻENIE TEJ PROPOZYCJI DO KOŃCA ZJAZDU

  • INFORMACJE O XXXIII ZJEŹDZIE

    Drodzy członkowie i sympatycy Związku Rodu Żółtowskich!

    Serdecznie zapraszamy do udziału w XXXIII Zjeździe Związku Rodu Żółtowskich.

    Sandomierz położony na siedmiu wzgórzach nad Wisłą na styku dwóch krain geograficznych: Wyżyny Kielecko-Sandomierskiej i Kotliny Sandomierskiej był już wielokrotnie wymieniany przez Zarząd jako miejsce, do którego chcielibyśmy zaprosić członków Związku. Dzięki Piotrowi z Sandomierza, który znalazł dla nas odpowiedni obiekt, w 2024 roku będziemy mogli spotkać się w tym historycznym mieście królewskim.

    XXXIII-ci Zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbędzie się w dniach 29 maja – 2 czerwca 2024 roku nad Wisłą, na granicy województw świętokrzyskiego i podkarpackiego.

    Gospodarzem przyszłorocznego zjazdu jest Rezydencja pod Pieprzówkami w Zalesiu Gorzyckim, położona wśród zielonej scenerii pól i lasów na skraju Gór Pieprzowych – najstarszych polskich gór, nieopodal Sandomierza.

    Obiekt dysponuje altaną grillową, salą restauracyjną, salami konferencyjnymi, placem zabaw dla dzieci. Hotel akceptuje zwierzęta za dodatkową opłatą.

    Rezydencja pod Pieprzówkami oferuje bezpłatny parking oraz WiFi na terenie całego ośrodka. Hotel dysponuje pokojami 1-, 2-, 3-, 4- i 5-osobowymi. Pobyt obejmuje nocleg ze śniadaniem i obiadokolacją.

    pokój 1-osobowy ze śniadaniem i obiadokolacją – 175 zł/doba (Uwaga! Pokój 1-osobowy jest tylko 1, obiekt udostępnia pokoje 2-osobowe do pojedynczego wykorzystania)

    * pokój 2-osobowy ze śniadaniem i obiadokolacją do pojedynczego wykorzystania200 zł/doba

    pokoje 2-, 3-, 4- i 5-cioosobowe w pełnym obłożeniu ze śniadaniem i obiadokolacją – 175 zł/osoba/doba

    * zniżka dla dzieci do 15 lat – 155 zł/osoba/doba ze śniadaniem i obiadokolacją

    * sam nocleg ze śniadaniem – 150 zł/ dorośli, 130 zł/ dzieci do 15 lat

    Koszt uroczystej kolacji – 155 zł/osoba dorosła

    Prosimy o dokonywanie rezerwacji określając, jaki pokój na ile osób rezerwujemy, w jakim terminie oraz podanie, że pobyt dotyczy rodziny Żółtowskich. Uwaga! Krótki okres wpłacania zaliczek! Zaliczkę w wysokości 500 zł za pokój wnosimy w terminie do 15-go stycznia 2024 r. na rachunek:

    Pod Pieprzówkami Marta Brzezińska

    Zalesie Gorzyckie 6, 39-432 Gorzyce

    41 9430 0006 0041 4142 2000 0001 Bank Spółdzielczy

    W miarę możliwości prosimy o wysyłanie potwierdzeń przelewów i rezerwacji na adres:

    rezerwacja@podpieprzowkami.pl

    Dane teleadresowe Rezydencji Pod Pieprzówkami:

    Rezydencja Pod Pieprzówkami

    Zalesie Gorzyckie 6, 39-432 Gorzyce

    tel. 509 310 097 | 15 836 12 36

    adres www: https://podpieprzowkami.pl/

    W przypadku jakichkolwiek niejasności lub trudności w dokonaniu rezerwacji zapraszamy do kontaktu z Zarządem pod adresem zarzad@zoltowscy.pl

    Serdecznie zapraszamy!

    Zarząd