Rafale, jesteś osobą znaną w Związku Rodu Żółtowskich, bowiem związany jesteś od początku jego reaktywacji w 1992 roku. Przez wiele lat pełniłeś funkcję wiceprezesa, a od 2000 do 2012 roku prezesa ZRŻ, obecnie prezesa honorowego. Byłeś organizatorem i współorganizatorem wielu zjazdów i wycieczek. Dokumentowałeś kamerą kolejne zjazdy i nowo przybyłych członków. Jesteś autorem wielu artykułów do naszego Kwartalnika. Zawsze życzliwy, pogodny, serdeczny, przyjacielski i towarzyski. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, jakie pytania Tobie zadać, przecież prawie wszyscy Ciebie znamy! Pomyślałam jednak, że może nie do końca znamy….?
Kto Cię zaprosił we wrześniu 1992 roku na spotkanie założycielskie ZRŻ do Skierniewic i jakie emocje Wam wszystkim Żółtowskim towarzyszyły?
Zaprosił mnie mój brat św. pamięci Michał z Warszawy na spotkanie założycielskie stowarzyszenia rodziny Żółtowskich. Miała to być reaktywacja istniejącego do II wojny światowej Związku Rodu Żółtowskich z linii wielkopolskiej. Chętnie skorzystaliśmy z zaproszenia i z naszymi żonami Ewą i Stefanią pojechaliśmy do Skierniewic, by wraz z innymi Żółtowskimi uczestniczyć we mszy świętej za rodzinę w małym, starym kościółku św. Stanisława w Skierniewicach. Następnie udaliśmy się do domu Natalii i Zbigniewa Żółtowskich, organizatorów tego spotkania. Nikogo z bratem nie znaliśmy. Trochę czuliśmy się zagubieni wśród nieznanych nam osób. Ale nie trwało to długo!
Na czym polegał według Ciebie fenomen pierwszego spotkania? Twoje osobiste wrażenia?
Zbigniew rozpoczął spotkanie od propozycji, aby każdy się przedstawił i kilka słów powiedział o sobie i swoich korzeniach i najbliższej rodzinie. Fenomenem tego pierwszego spotkania było zapewne stworzenie przyjaznej atmosfery przez Natalię i Zbigniewa. Z początkowej ciszy w salonie zrobiło się gwarno, serdecznie i rodzinnie. Przybyli Żółtowscy z Białegostoku, Gliwic, Szczecina, Poznania, Płocka po Tarnobrzeg i Warszawę. Pokrótce stanowiliśmy jedną rodzinę. Padła propozycja reaktywacji Związku Rodu Żółtowskich. Pierwszym do wyboru tymczasowym prezesem związku został Andrzej Ludwik z Warszawy, prezesem honorowym Michał Ludwik z Lasek. To spotkanie było sukcesem organizatorów. Uczestniczyło nas ponad 30 osób, praktycznie wcześniej sobie nie znanych. Z rozmów z uczestnikami, odniosłem wrażenie, że ta organizacja jest potrzebna. Wielką rolę odegrali Zbigniew i Natalia. Użyczyli własnego domu na spotkania bądź co bądź w większości obcych ludzi, ugościli i przyjęli rolę sekretarzy, prowadzenia spraw organizacyjnych, administracyjnych i wszelkich innych na potrzeby nowego związku. Zbigniew był bardzo zaangażowany w jego reaktywację . Wyzwaniem były najważniejsze słowa, które padły na tym I Zjeździe Rodu. Słowa Michała z Lasek, przypomnieć trzeba, iż były to czasy rozpadu polityki, gospodarki, dosłownie wszystkiego – powiedział: „jeżeli dziś się wszyscy rozpadają to my się połączmy”. I tak się stało!
Pełniona przez trzy kadencje funkcja prezesa, to niezwykła odpowiedzialność i ciężka praca. Co było dla Ciebie największym priorytetem i wyzwaniem?
Może zacznę odpowiedź od końca pytania. Priorytetem na pewno było powielenie dążenia Zbigniewa do scalenia rodziny jako całości, bez względu na status społeczny, polityczny, wyznaniowy czy ekonomiczny. Nawiązania jak największych relacji, przyjaźni, stworzenia całości genealogii, w co bardzo zaangażował się Michał z Łodzi, jej aktualizacji, porządkowania i wnoszenia poprawek. Zbigniew odszedł za szybko. Stworzył cały rdzeń i podstawy do dalszej działalności i to było dla mnie wyzwaniem do kontynuacji jego dzieła. Miałem nawet z pierwszym prezesem Związku Rodu Żółtowskich Andrzejem Ludwikiem na temat podejścia do związku odrębne spojrzenie, które spowodowało pewne wyłączenie się gałęzi wielkopolskiej. Pozostały realizacje wyzwań. A było ich wiele. Moim największym wyzwaniem w związku było zapewnienie ciągłości wzajemnych relacji i poznawanie i zachęcanie innych nie zrzeszonych rodzin do uczestnictwa w zjazdach. Czasami poświęcałem ze Stefanią dużo czasu na znalezienie odpowiednich miejsc na spotkania. Wielu naszych członków było zaangażowanych w poszukiwania i organizowania miejsc na kolejne zjazdy. Bogusia z Białej organizowała i dalej to czyni, wspaniałe wycieczki. Było to moje i naszych członków wyzwanie do wspólnego działania i za to wszystkim dziękuję. Moje plany spełnili odpowiedzialni członkowie naszego Rodu. Powrócę teraz do początku pytania. Czy prezes ma odpowiedzialność i ciężką pracę? Odpowiedzialność tak, bo się czegoś podjął. Ale czy ciężką pracę? Odpowiem. Nie! To jest pasja, to jest poczucie chęci zrobienia czegoś dla wspólnego dobra. Nie odczuwałem ciężaru odpowiedzialności. Robiłem coś co mnie inspirowało, coś co dało innym radość i przyjemność i także, mnie też. Czy ciężko? Nie, naprawdę nie! Korespondencja między nami była wyjątkowo dobra. Sprawy administracyjne świetnie prowadzone były przez Natalię i Basię.
Co się Tobie udało, a co nie wyszło?
Wydawanie naszego Kwartalnika ZRŻ. To największy sukces wszystkich prezesów, zarządów i redaktorów. Udało mi się zorganizować trzy wyjazdy zagraniczne: do Wilna, Włoch i Watykanu (spotkanie z papieżem Janem Pawłem II ). Powstał także ciekawy zwyczaj, iż podczas uroczystej kolacji odbywała się licytacja przywiezionych przez uczestników zjazdu gadżetów. Było dużo wspólnej zabawy, śmiechu, przetargów i radości. Dofinansowały one nasze stowarzyszenie w dodatkowe środki pieniężne. Pomysłodawczynią licytacji była Stefania, która podarowała na ten cel swoje obrazy. Znajdują się one w kilku domach Żółtowskich. Myślę, że powinniśmy wrócić do tej radosnej i ciekawej zabawy. Nie udało się wydanie w Kwartalniku cyklu wspomnień o naszych matkach. Były i są to kobiety z innych rodów i rodzin, często herbowych. Kobiety po zamążpójściu przyjmowały nazwisko męża. Ich wkład w wychowanie kilku pokoleń Żółtowskich w duchu patriotycznym, wykształcenia, szacunku do pracy i innych ludzi jest bardzo duży. Nie powinniśmy o nich zapomnieć. Bez nich nie byłoby nas!
Który zjazd najmocniej zapadł Ci w pamięci?
Każdy zjazd pamiętam. Nie uczestniczyłem tylko na jednym zjeździe, który organizowała Kicia z Olsztyna, z uwagi na zły stan zdrowia Stefanii.
Sprawy związku są Tobie szczególnie bliskie. Jak widzisz w nim przyszłość młodego pokoleniu?
Ten problem poruszałem na ostatnim zebraniu zarządu w czerwcu 2023 roku. Czekam na dyskusje w tej sprawie wszystkich członków związku, nie tylko zarządu. Marzeniem moim jest, by młodzi sami o sobie zaczęli decydować, organizować spotkania po swojemu, przyjeżdżać z dziećmi, z rodzeństwem, kiedy chcą i tam gdzie chcą. My seniorzy dostosujemy się do nich. Kiedyś to oni przejmą po nas pałeczkę. Na nich bardzo liczę i wiem, że mimo zmieniającego się świata o rodzicach, dziadkach i przodkach, o naszym pokoleniu i naszej historii Rodu nie zapomną. Myślę, że związek będzie trwał dalej. Ufam w kontynuację, ufam, że będzie dobrze.
Za swoją pracę na rzecz naszego stowarzyszenia zostałeś uhonorowany decyzją Zarządu i Kapituły najwyższym wyróżnieniem ZRŻ medalem im. Michała Żółtowskiego z Czacza w 2018 roku. Czy to dla Ciebie ważne wyróżnienie?
Ważne, bardzo ważne! Nawet ważniejsze niż te wcześniejsze, które otrzymałem z harcerstwa, PCK czy Brązowy Krzyż Zasługi z rąk Prezydenta RP w Belwederze. Medal im. Michała Żółtowskiego z Czacza, to moja rzeczywista praca na rzecz dobra rodzinnego, za upamiętnienie roli Rodziny w całokształcie historii Polski. Michała znałem. Spotykałem się z nim poza zjazdami w Laskach na zebraniach zarządu, a także wielokrotnie korespondowaliśmy listownie i telefonicznie. Związek Rodu Żółtowskich był wydawcą jego książek w 2004 roku. Medal im. Michała z Czacza jest dla mnie bardzo ważną pamiątką naszych wspólnych działań na rzecz Rodziny.
Jesteś z wykształcenia magistrem farmacji i doktorem nauk medycznych. Byłeś właścicielem i kierownikiem wielu aptek w Polsce. Czy Polki i Polacy dbają o zdrowie?
Trudno mi się wypowiadać za blisko 37 milionów rodaków, pomimo mojej długoletniej pracy. Bez szczególnej analizy podzieliłbym ludzi na bagatelizujących zdrowie i hipochondryków. Nie dotyczy to oczywiście osób, których dopadło jakieś schorzenie.
Korzenie twojej rodziny.
Korzenie mojej rodziny w/g Genealogii Rodu Żółtowskich, poz.3.2.1.1 str.118 sięgają roku 1790. Dalej nie udało się św. pamięci Michałowi z Łodzi znaleźć przodków, a na pewno byli. Pamiętam mojego dziadka Albina, którego ojcem był Bazyli. Nawet byłem w posiadaniu sygnetu rodowego pradziadka Bazylego z jego inicjałami. Albin pochodził z licznej rodziny. Jego brat Edmund był na zjeździe Rodu Żółtowskich wraz z synami Andrzejem i Józefem z Popłacina w Soczewce. Dziadek miał trzech synów, Romualda, mojego ojca, Henryka i Stanisława. Bracia mojego ojca byli uczestnikami kilku zjazdów. Ojciec ukończył studia na Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie o kierunku budownictwa lądowego i mostowego. Mama studiowała polonistykę.
Czy wspominasz lata dzieciństwa ?
Chyba tak jak każdy, a przynajmniej każdy z normalnej kochającej rodziny. Było zawsze ciepło, pogodnie i wesoło. Nie pamiętam żeby kiedyś padał deszcz, czy była zawieja, która ograniczała wyjście na podwórko, do zabawy. Rodzice na pewno mieli swoje problemy, a my dzieci nie doświadczyliśmy tego. Jak nas ubrali, tak byliśmy ubrani, co było na stole, to było. Wszystko było dobrze. Nie było marudzenia, żądań, fochów. Dzieciństwo było wspaniałe. Żaden okres w życiu już nie był taki beztroski. Był cudowny! Rodzice duży nacisk kładli na nasze wykształcenie i przyszłość. Wszędzie chodziliśmy razem, nawet na kawę do znajomych. Nie ograniczano nam kontaktów z dorosłymi. Nie wypraszano do drugiego pokoju, jak przychodzili dorośli znajomi. Takie podejście do dzieci dawało nam wszechstronny rozwój intelektualny, obyczajowy, kontaktowy, kulturalny. Ojciec mój przodował w przygotowaniu dzieci do późniejszego życia. To cudowny okres w życiu. Szkoda, że tak krótki… Wspomnę jeszcze, że dzieciństwo swoje zapamiętałem, mając w pamięci taki oto obrazek – stojąc przy oknie , czekając na powrót taty z pracy widzimy z braćmi, że ciągnie na sankach choinkę do domu. Choinka dotarła, a sanki podobno dał mu św. Mikołaj dla nas. I weź tu zapomnij o dzieciństwie.
Lata dziecięce szybko mijają, i trzeba pomyśleć o przyszłości.
Często przeprowadzaliśmy się i mieszkaliśmy tam, gdzie tata pracował. Tato też nie miał łatwo, bowiem miał swojego komunistycznego opiekuna. Pierwsze dwie klasy Szkoły Podstawowej rozpocząłem w Lipnie, kontynuowałem w Bydgoszczy, by dokończyć w Warszawie. Ukończyłem LO im. Adama Mickiewicza na Saskiej Kępie maturą w 1969 roku. Na Akademię Medyczną startowałem trzykrotnie. Konkurencja była duża. Dwa razy oblewałem egzamin z chemii. Za trzecim razem przeniosłem się na farmację i chyba za karę 5 lat studiowałem tę nieszczęsną chemię, ale dałem radę. Przez 5 lat studiów pracowałem w Pogotowiu Ratunkowym. Miałem dobrego zmiennika i w razie colocvium czy innych zaliczeń, zamienialiśmy się. Na 4. roku wzięliśmy ślub ze Stefanią. Przeniosła się z Augustowa do Warszawy. I cóż, zakończył się młodzieńczy okres.
Imię Stefania to…
To ciepło, słoneczne dni, domowy spokój, wzajemny szacunek i wzajemne zrozumienie, wybaczanie wspólnych błędów, wspólna radość, zabawa, wyjścia do znajomych, ogródek, wycieczki do lasu, na grzyby, na ryby ,cele do zrealizowania i radość z posiadania potomstwa.
Przedstaw nam swoich bliskich. Czym się zajmują? Gdzie mieszkają?
Rodzinę mam już nieliczną. Starszy Brat Michał (lekarz) zmarł w tym roku, a osiem lat młodszy brat Jacek pracuje i mieszka w Warszawie. Mam czwórkę dzieci: Romka, Olę, Anię i Tomka. Ola, jedna pozostała w Polsce, pracuje jako technik farmaceuta w aptece w Prudniku. Mieszka z mężem Mariuszem we własnym domu w Łące Prudnickiej. Bardzo ładna posesja z wielkim ogrodem nad górskim strumieniem. Ola ma jednego syna Olgierda, który jest już dorosły i pracuje jako informatyk. Pozostałe dzieci osiedliły się w USA. Synowie w stanie Illinois, a córka w Colorado. Romek z wykształcenia jest politologiem i dziennikarzem, jednak zajmuje się inną dziedziną. Od wielu lat ma własną firmę zakładającą ogrzewanie i chłodzenie w budynkach. Tomek po maturze wyjechał do Romka i jego żony Lidki na chrzciny ich córki Natalki. Tam został, ożenił się z Magdą i mają dwójkę dzieci Michała 9 lat i Wiktorię 6 lat . Dzieci chodzą do szkól amerykańskich i do szkół polskich. Tomasz prowadzi własną firmę stolarską, zajmującą się wyposażeniem pomieszczeń. Córka Ania skończyła w Polsce Wyższą Szkołę Psychologii Społecznej. Jest magistrem psychologii. Nostryfikowała dyplom w USA. Pracuje jednak w hotelarstwie. W Colorado jest menadżerem kilkunastu domów wypoczynkowych w wysokich partiach górskich. Mieszka na wysokości 4 tys. metrów i jest szczęśliwa. Nie założyła rodziny. Mówię, że moi bliscy, to niewielka rodzina. Sam jestem wdowcem od 16 lat. Mam za to bliską Rodzinę Żółtowskich i dobrze mi z tym już od 32 lat.
Jakie wartości starałeś się przekazać swoim dzieciom?
Takie same jakie przekazali mi moi rodzice. Miłość rodzinna najważniejsza, potem nauka i to wszechstronna, wielokierunkowa, rozwijanie pasji i zainteresowań. Kultura wyniesiona z domu wielopokoleniowego, zachowanie tradycji, życie według prostych 10. przykazań i szacunek do swego zawodu i do pracy, szacunek do innych osób i to pod każdym względem. Uczciwość do bólu, choć pokusy świata są różne. Ważną wartością jest język jakim się wyrażamy. Bez wulgaryzmów, bez prostactwa, chamstwa w z wypowiedziach, bez kpin i wyszydzania innych, mniej zdolnych, bez wywyższania się i pokazywania się lepszym. Zawsze uczyłem dzieci szacunku do innych. Nie wiesz kiedy i za jaki czas, ale karma zawsze wróci do ciebie.
Często zmieniałeś miejsca zamieszkania, ale najważniejszym miejscem na ziemi jest…?
Tak, często zmieniałem. Przyczyny były zawsze ekonomiczne. Chcąc lepszego życia dla siebie i dla rodziny ciągle się kształciłem. Trzy lata po studiach zrobiłem pierwszy stopień specjalizacji. Pracowałem w wiejskiej aptece ale czułem się zapuszkowany. Zaproponowano mi wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Farmaceutycznego w Ciechanowie ds. gospodarki lekami. Przyjąłem, choć byłem świadom dodatkowej pracy i nieobecności w domu. Nie miałem za to limitu na paliwo, choć wszyscy mieli na nie kartki. Takie były kartkowe czasy, choć partia robiła mi stale kłopoty, bo nie byłem ich. W końcu udało nam się ze Stefanią i dziećmi osiedlić w Korycinie. Zbudowaliśmy własny dom.
Korycin, to najważniejsze miejsce w moim życiu. Duży dom, własna apteka. Tutaj dzieci ukończyły szkoły. Zmieniałem kolejne miejsca zamieszkania po śmierci Stefanii, także z przyczyn ekonomicznych. Wyjechałem na Pomorze Zachodnie, gdyż tam były wyższe zarobki niż na Podlasiu. Z Grecji, gdzie wcześniej mieszkała, wróciła moja córka Ola z mężem do Polski. Znalazła pracę w nowo otwieranej aptece w Głuchołazach, ale nie było kierownika, więc dla córki porzuciłem Wyspę Wolin i przyjechałem do Głuchołaz, zapewne już na stałe. Zostawiłem w Korycinie drugi stopień specjalizacji, doktorat w Białymstoku, wszelkie znajomości, miłe wspomnienia i dobrych przyjaznych ludzi. Tak wygląda moja tułaczka. Może przykra, ale była konieczna .
Które wspomnienia sprawiają Tobie szczególną przyjemność?
Te z młodości. Lata licealne i studenckie, bez zmartwień i problemów, jeszcze pod okiem rodziców i z ich finansowaniem. Lasy i jeziora które zmieniają się o każdej porze roku, a zimą można poszaleć na łyżwach. Tak było za moich czasów młodości. Dziś już jest bardziej niebezpiecznie, z uwagi na zmiany klimatyczne. Łowię ryby od 57 lat. Obecnie już rzadziej. Lasy o każdej porze roku są przepiękne. Góry ładne, ale z daleka. Nie lubię wchodzenia pod górę i schodzenia z niej. Podziwiam naszego prezesa Mariusza i jego córkę Anię. To łaziki górskie. Ja jednak – woda stojąca, jeziora, łódka, kajak, wędka i to mi sprawia szczególną przyjemność.
Zapewne zapamiętałeś jakąś niesamowitą przygodę.
Życie, to jedna wielka przygoda… ! Nie oceniam swego życia w kategorii przygód, nie dzielę na lepsze, gorsze, ciekawsze czy mniej ciekawe. Wszystkie musiały być przeżyte, zaczęte i ukończone. Przygoda życia, to przygoda z ludźmi. Jedni postrzegają ciebie tak, inni odwrotnie, są życzliwi lub nie. Ważne, by patrzeć na to jak na przygodę i dalej żyć i nie czynić nikomu krzywdy. To najważniejsza przygoda i dewiza życia.
Czym się interesujesz? Jakie masz hobby?
Tak ogólnie interesuje się nauką i stałym pogłębianiem wiedzy. Nawet codziennie czytam odwrotną stronę z kartki kalendarza i dowiaduję się rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Wiedza jest dla mnie bardzo ważna i to w każdej dziedzinie. Lubię kucharzyć, robić przetwory na zimę i mieć porządek w domu. Nie znoszę bałaganiarstwa i obojętności. Nie lubię lenistwa, bezradności i prostackich wypowiedzi z wulgaryzmami łamiącymi nasz kochany polski język. Znaczki pocztowe zbieram od dziecka, lampy naftowe, łowiłem ryby, zbierałem grzyby, ale już do tego nie wrócę.
Co Cię złości, drażni, irytuje?
Jak już mówiłem, prostactwo, brak wychowania i ogłady, kaleczenie naszej mowy, ślizganie się na dorobku innych ludzi, cwaniactwo i złodziejstwo. Prostactwo, to nie ludzie prości, a prostacy. Ludzie prości są często ludźmi godnymi poszanowania, na ogół zdolni i przyzwoici i ogólnie szanowani. Prostacy, nawet z dyplomem godni pożałowania. Także złodziejstwo, czyli łatwy zysk. Nie ważne jest, czy łupem jest pudełko zapałek, pieniądz czy skradziona kobieta.
Z czego jesteś dumny?
Jestem dumny z moich dzieci, które bardzo kocham. A duma moja wcale nie jest oparta na tezie, że to moje dzieci. Żyję na co dzień ich życiem, interesuję się ich kłopotami i radościami. Codziennie są ze mną, choć daleko za wodą. Jak jest im dobrze, to duma mnie rozpiera i serce inaczej stuka. To moja duma! Najważniejsza! Dumny jestem też z mojej szerokiej Rodziny związkowej. Pamiętają o mnie, by na kolejnych zjazdach było miejsce dla mnie niepełnosprawnego. Bardzo im za to dziękuję!
Jakie słowo określa Rafała Żółtowskiego?
Pierwsze to jest imię
Drugie to nazwisko.
O czym marzy Rafał?
Marzenia dotyczą na ogół ludzi młodych. Mam wszystko co chcę i oby się nic nie pogorszyło!
Dziękuję za ciekawą rozmowę i życzę Tobie Rafale w imieniu wszystkich Żółtowskich zdrowia i kontynuacji swoich pasji.
ELŻBIETA Żółtowska z Kutna
Dodaj komentarz