Losy wspomnień Marii Tarnowskiej

Andrzej Ludwik Żółtowski

Zacząłem zbierać książki już dawno. Gdy uczucie własności i dbałości o niektóre z nich zaczęło być wyraźne, urządziłem – bez udziału dorosłych – mój pierwszy regał w szafce ze skarbami. Szafka była spora. Opróżniłem ją z innych skarbów i wymyśliłem półkę na książki. Myśl techniczna nie jest talentem danym mi przez Boga, więc moją półkę na książki do dziś uważam za ewenement techniczny. Polegał on na umieszczeniu przy brzegu półki – od strony drzwiczek – rampy. Zamysłem było, by książki nie spadały. Bardzo długo cieszyłem się moim wynalazkiem. Do dziś, nawet w wielkich bibliotekach, nie spotkałem takiego rozwiązania.

Tych parę zdań wstępu piszę po to, by ktoś czytający zdał sobie sprawę, że świat książek był dla mnie zawsze cenny, nawet tak cenny, by zamontować rampę i uchronić je od ucieczki. Z czasem świat książek stał się królestwem, w którym należało wydzielić sobie udzielne księstwo. Tak rozpoczął się mój zbiór pamiętników. Lecz i jemu należało wyznaczyć granice. Została nim kolekcja pamiętników polskich i Polski dotyczących.

Szczęśliwie rodzice moi zadbali od dzieciństwa, bym poznał język obcy. Był nim angielski. Potem przyszedł francuski, niemieckiego uczyłem się usilnie, lecz czasy wojny i niemiecki szczek okupacyjny uniemożliwił mi polubienie go. Rosyjski spotkał podobny los, mimo że moja nauczycielka mówiła nim śpiewnie i łagodnie.

Wszystko to sprawiło, że gdy usłyszałem od mojej kuzynki, że Maria Tarnowska, moja Ciotka, siostra matki, zostawiła pamiętniki, byłem bardzo podniecony. Ciotka Maryś w rodzinie była jedna, jedyna, autorytet niedyskusyjny. W czasie okupacji urosła do znaczenia instytucji. Jej zdanie przyjmowane było jako ostateczne, oceny przybierały dla odbiorców formę Roma locuta, causa finita. Zrozumiałe jest zatem, iż wzmianka, że Ciotka Maryś zostawiła pamiętniki, wzbudziła gorące pragnienie ich posiadania. I tu przyszła pierwsza decepcja: It’s only family stuff, co można kolokwialnie przetłumaczyć – nie warto, bo to tylko rodzinne ramoty. Rozmaite próby podjęte, by jednak te ramoty otrzymać – a było to już po 1965 roku, po śmierci Ciotki – nie doprowadziły do niczego.

W 1978 zacząłem pracować w Ameryce, najpierw w Chicago, później przez cztery lata, na Florydzie. W Ameryce dużo podróżowałem. Bywałem również i zatrzymałem się na dni kilka w Waszyngtonie. Nocowałem u Wacków Bnińskich. Od Wacka dowiedziałem się, że ma kopię maszynopisu wspomnień Marii Tarnowskiej. Byłem już wtedy doświadczonym bibliofilem, otrzaskanym w bojach aukcyjnych, nabywcą tzw. okazji. Wiedziałem, że nie należy okazywać zainteresowania, mogło to bowiem doprowadzić do utraty książki z powodu zbyt wygórowanej ceny. Dlatego informację Wacka przyjąłem z pozoru chłodno, a co sobie pomyślałem…

Minęło lat parę. Grudzień w 1985 czy 1986 – przychodzi list od Wacka, z Ameryki. Byliśmy już z żoną z powrotem w Polsce. List był długi, zakończenie sensacyjne. Jula [żona Wacka, moja bliska kuzynka] wyśle Ci pamiętniki Ciotki Maryś, gdyż uważam, że powinny się u Ciebie znaleźć, bo jesteś jej bliższym krewnym. Na Juli mogłem polegać, była przecież z domu panną Żółtowską. I faktycznie, plik cienkiego, przebitkowego papieru, zadrukowanego na niebiesko – takiej kalki używała Ciotka – nadszedł krótko po liście Wacka.

Lektura tekstu w języku angielskim, opowiadającego o zdarzeniach rodzinnych sprzed lat stu, była dla mnie wzruszająca. Cały świat mego dzieciństwa, opowieści Matki, wspomnienia o Dziadku, którego znać nie mogłem, bo urodziłem się po jego śmierci, odniesienia do Buni, zwanej u nas Milanowska… Proszę zrozumieć, świat od lat kilkudziesięciu niebyły, zachowany w najgłębszych tajnikach serca, nagle ożył, stał się realny, żywy, namacalny. Tylko ten język – obcy, mający prawa całkowicie różne, wyrażający uczucia inaczej, rzutujący na składnię.

Po tygodniu czytam drugi raz. Przychodzi refleksja: przecież świat mój może być odbierany inaczej. Może kuzynka, żona Andrzeja Tarnowskiego, Austriaczka z domu, Angielka z matki, świat, który dla niej zaczął się, gdy bez pamięci zakochała się w Andrzeju, synu Ciotki, odbiera inaczej? A świat wojny? I ona, i jej mąż Andrzej przebyli wojnę w Szwajcarii i Brazylii. Ciotka – a w tym wypadku i ja, i cała nasza gehenna okupacji, są, i muszą być, dla niej czymś abstrakcyjnym.

Tu zaczyna się rozdział, w którym – nie waham się stwierdzić – główną postacią jest Iwona Żółtowską, tłumaczka.

Pamiętniki, z pietyzmem oprawione, ustawiam na półce, w regale pod literą T. Nurtuje mnie myśl – trzeba to spolszczyć, może wydać. Na razie mikrofilmuję i robię odbitki kserograficzne.

Spotykam Adzia (Władysława) Tarnowskiego, mieszkającego we Francji. Jego ojciec, Juliusz, w obozie w Dachau znalazł informację o Ciotce w „kiblu” na kawałku gazety niemieckiej, z jej fotografią, gdy Niemcy zawiązują jej oczy na placu przed Politechniką. Adzio przeczytał, zatelefonował, powiedział: Andrzej, tylko Ty możesz to przetłumaczyć, bo…

To, co Adzio Tarnowski powiedział, kończyło się stwierdzeniem, że jestem – AŻ – jedynym, który z autopsji zna realia opisywane przez autorkę wspomnień. Z rozmaitych powodów. Chronologicznie pierwszym był fakt, że moja Matka odziedziczyła rodzinny dom – Milanów. Sceny z końca dziewiętnastego wieku, którym nie mogłem towarzyszyć jako uczestnik czy świadek, były mi znane i znajome przez rozmowy z moją Matką lub innymi współczesnymi tamtym czasom. Krótko mówiąc, mieszkałem w tych samych pokojach, w których dorastała autorka, konie i psy, choć nie te same, były takie same, ludzka opowieść starszych uczestników wracała do mnie, opleciona ich własnym komentarzem. I wreszcie, w szeregu opisywanych zdarzeń brałem udział.

Ciotka pisała pamiętniki około roku 1951. I mimo że w Brazylii, obawiała się zagrożeń dla rodziny, w większości zamieszkałej w Polsce. Wobec tego stosowała daleko posuniętą metodę ukrywania personaliów, używając określeń: kuzyn, kuzynka, siostrzenica, siostrzeniec itp. Doprowadziło to do tego, że w opisie delegacji Polskiego Czerwonego Krzyża na identyfikację zamordowanych polskich oficerów w Katyniu, wymieniając szefa delegacji Kazimierza Skarżyńskiego, członka Rady Głównej PCK, użyła jedynie litery „S” – choć Skarżyński, przez sądy w Polsce, był postacią znaną zarówno Niemcom, jak i Sowietom, a także aliantom.

Lecz jest i inny aspekt tych „Wspomnień”. Ta relacja zdarzeń zahacza o czasy zupełnie dawne, sprzed pierwszej wojny światowej, z okresu „La Belle Epoque”, jak to ładnie nazywają Francuzi. W drugiej części akcja przebiega w Polsce okupacyjnej z lat 1939-1945, co dla mnie jest proste, bo to moje życie. Ale ja jestem z liczby jedynie trzech tysięcy osób żyjących dziś – uczestników Powstania Warszawskiego. A wszyscy młodsi?

Pamiętam jedną szafę w bibliotece milanowskicj, gdzie w szufladach leżały albumy fotograficzne z pierwszej wojny światowej. Mój świat dwunastoletniego chłopca nie ogarniał osobistych tragedii ludzi tam przedstawionych, bo nie jest możliwe pomieścić wrażeń i odczuć innych, o których tylko się wie z przekazu telewizyjnego czy fotograficznego, to znaczy z drugiej ręki. Wyjątkiem są poeci i filozofowie, ale tak zwani zwykli zjadacze chleba są obdarzeni chyba błogosławieństwem Boskim – niepamięci.

To „bo” kosztowało mnie blisko dwa lata pracy. Moja praca polegała na uzupełnieniu w przypisach danych biograficznych i historycznych. Zacząłem czuć się współ… właśnie, kim? Najuczciwiej mówiąc – współuczestnikiem relacji pamiętnikarskiej. Chwilami chciałem wtrącać się w tekst, wiedząc, że było to „tak”, a nie „tak”.

Wiele godzin spędziłem w Bibliotece Narodowej przy leksykonach francuskich, angielskich, niemieckich. Musiałem zasięgać komentarza i pytać historyków, konfrontować relację autorki z innymi, by np. odnaleźć skład osobowy delegacji strony polskiej na rozmowy kapitulacyjne w ostatnim okresie Powstania Warszawskiego. Ważnym szczegółem było podanie dat dla wyjaśniania opisywanych zdarzeń, których tok bywał zatarty przez M. T. Była to praca pasjonująca, lecz tylko przygotowawcza. Głównym zadaniem było wydanie wspomnień drukiem.

Łatwo powiedzieć – wydanie drukiem. Wspomnienia zostały napisane po angielsku, z wyraźnym, łatwym do identyfikacji adresatem. W zamierzeniu autorki był to czytelnik amerykański. Jak przebiegały próby znalezienia wydawcy amerykańskiego – nie wiem. Pierwopis był w posiadaniu Antoniego Tarnowskiego, wówczas zamieszkałego w Nowym Jorku, agenta Ciotki w staraniach wydawniczych. „Wspomnienia” nie ukazały się jednak po angielsku. Dziś wiemy, że około 1951 r. Polska i okupacyjne czy wojenne relacje Polaków w świecie już nie były modne.

Ale nadszedł rok 1997 – ja mam być agentem wydawniczym na rynku polskim. Dla czytelnika polskiego „Wspomnienia” miały barierę językową. Należało je tłumaczyć, na nowo zredagować, a właściwie spolszczyć, ponieważ w tekście dla czytelników amerykańskich były wyjaśnienia dotyczące np. zaborów, szczegółowe opisy granic, dzielących Polskę między Prusy, Rosję i Austrię itp. Dla czytelnika polskiego informacje te były zbędne.

Pierwszym moim doradcą była Bożena Żółtowska, wówczas redaktor Biuletynu Rodzinnego Żółtowskich: Andrzej, zapomnij, by jakaś redakcja tłumaczyła za Ciebie, nie wiedząc, czy koszt się zwróci. Bardzo sensowne, ale ja nie mam funduszy na tłumaczenie. Zwracam się do Jana Tarnowskiego, bratanka męża autorki. Dobrze, mówi, pieniądze jakoś znajdziemy, ale kto ma prawa autorskie?

W tym czasie, gdy szukałem tłumacza, zostawiając jemu trud porozumienia się z wnuczkami Autorki, zostałem zaproszony przez Iwonę Żółtowską – filologa klasycznego – na konwersatorium urządzane przez nią w Sejmie. Konserwatorium miało za temat „Mowę przeciwko Katylinie” Cycerona. Sukces nadzwyczajny, drobna postać Iwony urasta do rozmiarów większych niż Korwin-Mikke, uczestnik spotkania, obrońca Katyliny. Rozmawiając wtedy z Iwoną, wspomniałem o moim problemie tłumaczeniowym. Okazało się, że Iwona, by żyć, nie może jedynie trudnić się łaciną, lecz tłumaczy z angielskiego. Jest zainteresowana tematem wspomnień. Wypożyczam jej tekst, jest urzeczona nie tylko wspomnieniami, lecz chyba jeszcze bardziej postacią autorki. Parę próbnych stron tłumaczy w parę dni. Odczytuję je głośno Janowi Tarnowskiemu. Jesteśmy pod wrażeniem zarówno piękna języka tłumaczenia, jak i odczuciem przez tłumaczkę atmosfery innej epoki, innego świata, innych ludzi dawno zmarłych. Spisujemy umowę z Iwoną na tłumaczenie całości wspomnień.

Moje prace redakcyjne nad tłumaczeniem Iwony wspominam z wielką przyjemnością. Zarówno intelektualną, jak i językową. Sądzę, że Iwona też odbierała je prawie tak samo. Ja wyjaśniałem świat i obyczaje dawne, Iwona dawała temu ubranie w słowa.

Prawa autorskie do tych wspomnień były ciągłym tematem rozmów pomiędzy Jasiem Tarnowskim a mną.

Polskie prawo autorskie stanowi, że prawa są własnością autorki względnie jej spadkobierców do 50 lat od jej śmierci. Było z tym trochę kłopotów. Wreszcie wnuczka autorki Mariela Mastrogiovanni scedowała te prawa na Związek Rodu Tarnowskich, którego przedstawicielem Zarządu był Jaś Tarnowski.

Dalszym już szczegółem mojej niepisanej umowy z Tarnowskimi było, że sporządzę przypisy do „Wspomnień”, dostarczę ilustracji i opracuję indeks osób.

Daleko, na horyzoncie, majaczy się wydawca. Jak przyjmie tekst, jak przyjmie wspomnienia Marii Tarnowskiej, historycznie osoby pierwszoplanowej dla Polski podokupacyjnej, lecz dziś, przy końcu XX wieku, całkowicie zapoznanej, skreślonej polityką PRL z listy godnych pamięci najważniejszych warszawskich obrońców niepodległości.

Nie było między Tarnowskimi a mną szczegółowej umowy, kto znajdzie wydawcę. Pomysły były wielorakie. Jednym z nich było wydanie dwujęzyczne. Koszt takiego przedsięwzięcia przekraczał możliwości rynkowe. Mimo to chętnie wracaliśmy do tego pomysłu. Dlaczego? W tekście przewija się dość często informacja o rodzinie rozsianej po rozmaitych krajach Europy – rodzina autorki i jej męża mieszka, więcej z przypadku niż z wyboru, po całym świecie, no, może poza Australią i Rosją, często zawierając małżeństwa z obcokrajowcami. Dlatego znajomość języka polskiego nie jest udziałem wszystkich.

Poszukiwania wydawcy były żmudne. Takie i inne porady i zapewnienia, że to czy tamto wydawnictwo zapewne lub na pewno przyjmie „Wspomnienia”. W tym czasie rynek nie był chłonny. Od pamiętników czy wspomnień wydawanych przez zupełnie nieznane firmy roiło się. A czy to Jaś Tarnowski, czy też ja, mieliśmy wyraźne żądania – twarda, ładnie skomponowana okładka, dobry papier. Jednym słowem KSIĄŻKA warta wzięcia do ręki, nie klejona broszura.

Z pomocą przyszła Bożena Żółtowska, doświadczony redaktor działu historycznego PWN. Zasugerowała – RYTM. Pan Andrzej Kunert zapewnił mnie, że mogę się powołać na niego przy składaniu maszynopisu wydawcy. Poczułem się bardzo szczęśliwy. Przypisy miałem już gotowe, więc przepisałem je na czysto i pojechałem do pani Świderkówny, zastępcy redaktora naczelnego. Rozmowa była nadspodziewanie pozytywna, pani Redaktor pochwaliła sposób zapisu wyjaśnień, zgodziła się, że winny one znajdować się na tej samej stronie co kwestia, której przypis dotyczy. Oświadczyła jednak, że koszt wydania przewyższa możliwości RYTM-u i że winienem zapewnić dotację w wysokości ok. 20 000 zł. Prosiła o złożenie całości tłumaczenia jak najszybciej.

A my z Iwoną byliśmy przy rozdziale dziewiętnastym, przedostatnim, i Iwona miała nasilenie dolegliwości uczuleniowych. Cóż było robić. Parę tygodni minęło. Telefon. Radosny głos Iwony – skończyłam. Spotkaliśmy się, parę drobnych poprawek i za parę dni rzeczywiście tekst był gotowy. Szybki telefon, nazajutrz zostawiłem dwa grube pliki „Wspomnień” u wydawcy. Minął chyba miesiąc i cios: „nie weźmiemy do publikacji” – brzmiał werdykt. Odebrałem maszynopis.

Przypomniały mi się bezskuteczne wysiłki Antka Tarnowskiego na rynku nowojorskim, by wydać wersję angielską. Czarne myśli kotłowały mi się w głowie. Wcześniej zamarzyłem, by książka była gotowa w rocznicę Powstania.

Przypadkowo spotkałem pana B. Paszkiewicza, redaktora opiniującego w KAW-ie. Był zainteresowany i poprosił o tekst. Przeczytał i oświadczył – bierzemy. Był to koniec 1998 roku.

Jaś Tarnowski w imieniu Związku Rodu Tarnowskich podpisał umowę z KAW na wydanie „Wspomnień” w trzech tysiącach egzemplarzy.

Prace redakcyjne w KAW-ie ciągnęły się przez 18 miesięcy. Byłem traktowany jako przedstawiciel nieżyjącego autora, innymi słowy redaktor KAW-u uzgadniał ze mną tekst. Spieraliśmy się często. Zasadniczym tematem sporu było spojrzenie na świat. Maria Tarnowska w życiu i w tekście „Wspomnień” była głęboko patriotyczna, religijna i niewątpliwie konserwatywna.

Charakterystycznym dowodem jest zapis rozmowy autorki z gospodarzem ze wsi Świerże (s. 113-116). Pani redaktor miała w tych sprawach swoje zdanie, ukształtowane trzydziestoletnią pracą w Krajowej Agencji Wydawniczej. Nie wydawali wcześniej takich książek jak wspomnienia Tarnowskiej, Wierzbickiego czy prezydenta Wojciechowskiego. Te ostatnie miały być następną pozycją po tej, nad którą teraz ja wiodłem spory. Czasami zamykałem dyskusję, twierdząc, że tekst, nad którym pracujemy, nie może być zmieniany, gdyż to wypacza myśl autora. Oddać trzeba, że pani redaktor górowała nade mną wykształceniem polonistycznym, ja natomiast miałem w dyskusji znaczną przewagę znajomości osobistej z autorką. Często argumentem ostatecznym był zapis autorki w języku angielskim, lecz i tutaj ja znałem ten język lepiej. Ostatecznie redakcja ukończona została w grudniu 2000 r. Pozostała kwestia strony graficznej. Wcześniej zaprzyjaźniłem się z panem Maciejem Sadowskim i uzyskałem jego zgodę na opracowanie „Wspomnień”.

W zamierzeniu wydawcy wrzesień 2001 r. miał ujrzeć książkę gotową. Gdzieś w kwietniu wydawca powiadomił Jana Tarnowskiego, że brak pieniędzy na wydrukowanie „Wspomnień”. W tym samym czasie Andrzej Ciechanowiecki z Londynu w rozmowie ze mną stwierdził, że wspomnienia tak wybitnej osoby jak Maria Tarnowska zasługują na dotację z Fundacji Lanckorońskich. Jan Tarnowski zdecydował się zatem na udzielenie wydawnictwu pożyczki na opłacenie rachunku drukarni. Jednocześnie KAW miała złożyć wniosek o dofinansowanie do Fundacji.

O ile sprawa pożyczki J. Tarnowskiego została zrealizowana szybko, o tyle wniosek KAW do Fundacji był gotów dopiero w listopadzie 2001 r. Wymagało to opinii dwóch recenzentów. Ten trud spadł na mnie. Udało mi się uzyskać opinię Andrzeja K. Kunerta, historyka, specjalisty od zagadnień Polski podokupacyjnej i profesora Pawła Wieczorkiewicza, dyrektora Instytutu Historii UW. Obie popierały zamysł wydania „Wspomnień”, podkreślając brak świadectw pamiętnikarskich szczególnie z tak wysokiego szczebla, jak również że edycja wspomnień Marii Tarnowskiej stanie się ważnym wydarzeniem (A.K.K.).

Posiedzenie Rady Fundacji miało się odbyć dopiero w kwietniu 2002 r. Tymczasem za poradą profesora Ciechanowieckiego złożyłem u dwóch członków Rady pp. Pinińskiego i Bartoszewskiego jr. kopie tłumaczenia w celu zapoznania ich z tekstem i wartością wspomnień.

Pożyczka Jana Tarnowskiego umożliwiła druk wspomnień, w wyniku czego KAW urządziła promocję książki 25 lutego 2002 r. w Klubie Księgarza na Starym Mieście (książka była w sprzedaży już w grudniu przed Bożym Narodzeniem). Teksty ze „Wspomnień” czytała przepięknie pani Czubówna, prezenterka telewizyjna. W dyskusji nad książką Jan Tarnowski dziękował Iwonie za tłumaczenie. Wśród osób przybyłych była również pani Mariela Mastrogiovanni, wnuczka autorki, i delegacja Liceum w Milanowie. Prosiłem, by ich powitać publicznie. Powodów, by tak uczynić, było tysiąc, lecz najważniejszym chyba ten, że Milanów był miejscem urodzenia autorki, a budynek liceum był jej domem rodzinnym, w którym przyszła na świat. Poinformowano również, że Polski Czerwony Krzyż w 80. rocznicę założenia, w 1999 r., wybił medal z wizerunkiem Marii Tarnowskiej i napisem na rewersie: „6 VII 1884 Maria Tarnowska 10 VI 1965. Delegat w rozmowach kapitulacyjnych w Powstaniu Warszawskim 1944”.

W ciągu kilku następnych miesięcy ukazało się kilkanaście recenzji. Innym pokłosiem wydania „Wspomnień” było odnalezienie w londyńskim archiwum dokumentu o nadaniu Marii Tarnowskiej Złotego Krzyża Zasługi z Mieczami, uzyskanego w szeregach AK, i awansu do stopnia majora Armii Krajowej. Oba z datą 29 IX 1949 r.

Dziś wydawnictwo KAW nie istnieje. Mimo usilnych starań Jan Tarnowski odzyskał jedynie część wyłożonych pieniędzy przez odbiór kilkuset egzemplarzy, tłumaczka nie otrzymała honorarium. Fundacja Lanckorońskich odmówiła dotacji z uwagi na trudną sytuację finansową z powodu krachu na giełdach światowych.

Daleko odszedłem od losów Autorki „Wspomnień”. Udzielił mi się jej nastrój, gdy mówi: Zachowałam wolność i wtopiłam się w anonimowy tłum uchodźców czy emigrantów politycznych – to określenie przyjemniejsze dla ucha. Nie mam paszportu. Nigdzie nie jestem przypisana. Wszystkie moje doczesne dobra mieszczą się w walizce średniej wielkości. Koleje mojego losu nie budzą większego zainteresowania i niewarte są wzmianki – chyba że jako przykładna opowieść dotycząca również tysięcy ludzi wyzutych z naturalnego prawa do wolności i życia we własnym kraju.

A jednak: w Zaduszki byliśmy na Powązkach, składając kwiaty i zapalając światełko przy grobie Ciotki. Nadeszła kobieta z dziewczynką. Kiwnęła nam głową i zapaliła znicz przy grobie. Odruchowo spytałem – Pani znała Marię Tarnowską?, zdając sobie sprawę po chwili, że to niemożliwe z powodu jej wieku. Odpowiedziała – Pan pewnie jest Panem Żółtowskim; Ja czuję się zaprzyjaźniona z panią Tarnowską, bo przeczytałam jej „Wspomnienia”. Oniemiałem, potem bez słowa zbliżyłem się do niej, przytuliłem i powiedziałem „dziękuję”. Chyba nie warto się wymądrzać. Taka chwila jest warta tysięcy stron usiłowań, które mają udowodnić, jaki ten świat jest podły. W domu przyszło mi na myśl, że to pewnie zmarła skinęła mi przyjaźnie dłonią z zaświatów.

Sentencja końcowa tych „losów wspomnień” może być taka – łatwe przedsięwzięcia zapomina się szybko, trudne pamięta się długo i ze szczegółami.

Andrzej L. Żółtowski

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *