Tag: Nr 57

  • Pożegnanie człowieka wielkiego serca i umysłu

    Michał Żółtowski Pogrzeb Michała Pogrzeb Michała Pogrzeb Michała Pogrzeb Michała Pogrzeb Michała Pogrzeb Michała

    Trzydziestego grudnia 2009 roku w Laskach pod Warszawą odbył się pogrzeb zmarłego 22 grudnia ś.p. Michała Żółtowskiego z Lasek, czyli z Czacza. W centralnym miejscu zabytkowej kaplicy, projektu Łukasza Wolskiego (zbudowanej w latach 1922-1925, a poświęconej ks. Władysławowi Korniłowiczowi, powstałej za pozwoleniem kardynała Aleksandra Kakowskiego) stała drewniana trumna koloru żółtego z ciałem ś.p. Michała Żółtowskiego. Na trumnie leżały żółte róże oraz wiązanka z żółtych róż i flaga Związku Straży Pożarnej. Przed trumną ułożono wieniec z sosnowych gałązek z żółtymi różami, z białą szarfą, na której widniał napis w kolorze żółtym: „Z ostatnim pożegnaniem Rodzina”. Trumnę oświetlały wiszące dwa drewniane lampiony. Nad ołtarzem umieszczono drewniany krzyż z postacią Pana Jezusa, od którego rozchodziły się promienie. Przed drewnianym ołtarzem i trumną paliły się świece i gromnica, której płomień dający biało-żółty blask był symbolem światłości i życia wiecznego.

    Na uroczystości pogrzebowe do kaplicy Matki Bożej Anielskiej Zakładu dla Niewidomych w Laskach przybyła rodzina z kraju i zagranicy, kuzyni, powinowaci, przyjaciele, znajomi. Liczne grono stanowili wychowankowie ś.p. Michała, związani z Zakładem dla Niewidomych duchowni oraz siostry zakonne posługujące w Laskach, a także dostojnicy Kościoła. Zmarłemu przyszli oddać hołd w Jego ostatniej drodze. Wartę honorową trzymali żołnierze prezentujący broń i strażacy z pocztami sztandarowymi i proporcami.

    W uroczystości uczestniczył też Zarząd Związku Rodu Żółtowskich oraz pozostali członkowie Związku Rodu. Wśród zebranych był wiceprezes Zarządu Mariusz ze Sztumu, członkowie Zarządu: Bożena Żółtowska z Ursusa, Bożena Lipińska z mężem Jerzym z Warszawy, Natalia ze Skierniewic z mężem Edwardem, Bogusia z Białej z córką Anią i synem Michałem, Jarosław ze Skierniewic z żoną Barbarą, Wacław z Łodzi z żoną Elżbietą, Stefan z Warszawy. Przybyli również członkowie Związku Rodu: Stefan z Podkowy Leśnej z synem Stefanem, Marek z Warszawy, Andrzej Mieczysław z Warszawy i inni.

    Najbliższą rodzinę ś.p. Michała Żółtowskiego reprezentowali: siostra zmarłego Zofia z Brukseli, siostrzeńcy Stanisław i Michał Czetwertyńscy oraz Jan Przewłocki z żoną Małgorzatą i ojcem Andrzejem Przewłockim. Zmarłemu oddali cześć krewni z rodziny Żółtowskich, Byszewskich, Broszkowskich, Jakubowskich, Radziwiłłów, Czartoryskich oraz dalsza rodzina, przyjaciele i znajomi, w tym przedstawiciele innych rodów szlacheckich i ziemiańskich.

    O godz.12. w kaplicy Zakładu dla Niewidomych w Laskach, przy ul. Brzozowej 75 rozpoczęła się msza święta pogrzebowa za duszę ś.p. Michała Żółtowskiego. Mszę świętą koncelebrowało piętnastu księży pod przewodnictwem księdza kardynała Franciszka Macharskiego, przy pomocy księdza biskupa Bronisława Dembowskiego. Mszę świętą poprzedził różaniec i Anioł Pański. Wszyscy wysłuchali Słowa Bożego Ewangelię wg św. Jana zakończoną myślą, iż wiele jest mieszkań w domu Boga. Kazanie wygłosił ksiądz bp Bronisław Dembowski. Dotyczyło ono miłości bliźnich, poświęcenia dla innych. Ksiądz mówił o zasługach ś.p. Michała dla Ojczyzny, społeczeństwa i dla Lasek. Opowiadał o jego rodzinie, jego młodości, dorosłym życiu, poświęceniu dla Ojczyzny i zaangażowaniu w pracę społeczną, w tym szczególnie na rzecz ociemniałych. Podkreślił zasługi Michała Żółtowskiego, który mimo problemów zdrowotnych nie odmawiał nikomu pomocy. Był przyjacielem wielu i wielu miał przyjaciół, był człowiekiem pogodnym, głębokiej wiary i zawsze bronił honoru człowieka i honoru Ojczyzny. Mówił o jego szlachetnym sercu i oddaniu dzieciom oraz niepełnosprawnym. Mówił też o pracy w Laskach i w Żułowie, w którym to Michał spędzał wolny czas i pisał swoje prace historyczne o Laskach, o założycielce Zakładu dla Niewidomych Matce Elżbiecie Róży Czackiej, żyjącej w latach 1876-1961 i księdzu Władysławie Korniłowiczu, żyjącym w latach 1884–1946, o wszystkich pracownikach Zakładu i przede wszystkich o dzieciach. Mówił o miłości do piękna, literatury, historii i pasji ś.p. Michała Żółtowskiego – pisarstwie. Podkreślił, że wszystkie chwile wolne Michał poświęcał opisaniu historii swojego życia, historii rodziny i miejsca, z którym był związany przez lata: o Zakładzie dla Niewidomych w Laskach oraz o szczególnym natchnieniu przez Ducha Świętego, którego owocem było napisanie książki o Matce Elżbiecie Róży Czackiej.

    Ksiądz biskup nie zapomniał wspomnieć o szlachetnym czynie Michała Żółtowskiego, a mianowicie o przekazaniu na rzecz Fundacji im. św. Brata Alberta praw do majątku rodzinnego w Drzewcach. Podkreślił, że samotni, biedni, niepełnosprawni na pewno nigdy tego nie zapomną swojemu dobroczyńcy.

    Zaapelował do wszystkich ludzi dobrego serca o niesienie pomocy potrzebującym, tak jak to czynił ś.p. Michał Żółtowski z Lasek. Szlachetne czyny procentują, dają wielokrotność tego ich darczyńcy. Może nie w tej samej formie, ale w szczęściu i radości niesienia pomocy innym. Dają radość bycia potrzebnym, a potrzebującym umożliwiają spełnienie ich marzeń. A przecież dzieci z Lasek też mają swoje marzenia. Dzieci z Lasek mają swoje pragnienia, które znał Michał.

    Ksiądz bp Dembowski zapewnił, że ś.p. Michał Żółtowski jest już w domu Ojca. A jest tego pewien, bo któż inny mógłby być w nim, jak nie człowiek, który dokonał tylu szlachetnych czynów. Musimy o nich wspominać, abyśmy kształtowali swoje charaktery, służyli innym i postępowali tak, jak czynił to ś.p. Michał, który z wielką radością niósł pomoc potrzebującym, dając w ten sposób przykład innym. Michał bardzo chciał być potrzebny. Chciał nieść wszystkim ludziom szczęście, radość z ich życia, właśnie tego życia, które dał człowiekowi Bóg. Nie ma znaczenia, czy życie to jest pełne sukcesów, zasłane różami, czy to życie jest pełne porażek i nieszczęść, chorób, kalectwa, niedoskonałości. Ważne, aby odnaleźć sens życia.

    Po mszy wygłaszano mowy pożegnalne. W imieniu Związku Niewidomych przemawiał prezes Władysław Gołąb. Następnie Michałowi dziękował Komendant Ochotniczej Straży Pożarnej. W imieniu Związku Rodu Żółtowskich głos zabrała Bożena Żółtowska. Kolejnym mówcą był ksiądz Isakowicz–Zalewski, który dziękował Michałowi w imieniu Zarządu Fundacji św. Brata Alberta za dar serca, polegający na sfinansowaniu budowy „Domu dla Samotnych, Biednych i Pokrzywdzonych przez Los” w Radwanowicach. Podziękowania składali też Zarząd Zakładu dla Niewidomych w Laskach i przedstawiciel Rodziny Kawalerzystów, który podkreślił, iż ś.p. Michał był reprezentantem zanikającego dziś etosu rycerskiego i kawalerskiego.

    Następnie z kaplicy Matki Boskiej Anielskiej ruszył kondukt żałobny. Przy dźwięku dzwonów wyprowadzono trumnę z ciałem Michała Żółtowskiego. Na początku konduktu szło dwóch żołnierzy, muzycy, werbliści i sygnalista, dowódca uroczystości, proporce i poczty sztandarowe. Trumnie towarzyszyło czterech żołnierzy. Za trumną szli kardynał Franciszek Macharski i biskup Bronisław Dembowski, pozostali księża z parafii w Laskach i z Zakładu dla Niewidomych, siostry zakonne z zapalonymi świecami, rodzina, przyjaciele i znajomi.

    Kondukt szedł przez las. Mimo mrozu nie czuło się chłodu. Na cmentarzu wśród drzew lasu było cicho i spokojnie. W kwaterze, w której spoczywają siostry zakonne, ksiądz biskup Bronisław Dembowski odmówił modlitwy. Trębacz odegrał hasło Wojska Polskiego. Kiedy spuszczano trumnę do grobu, wszystkie poczty sztandarowe oddały mu hołd. Żołnierze prezentowali broń. Słychać było syreny alarmowe, m. in. stojącego przy cmentarzu wozu strażackiego. Batalion Reprezentacyjny Wojska Polskiego wystrzelił trzy salwy honorowe. Kiedy ciało ś.p. Michała spoczęło w grobie, sygnalista odegrał „Śpij, kolego”. Po uroczystościach pogrzebowych wszyscy udali się do Domu Rekolekcyjnego na konsolację, podczas której wszyscy wspominali ś.p. Michała.

    Stefan Żółtowski

  • Ten, który umiłował dobro

    Dzięki Michałowi reaktywowano Związek Rodu w nowej, demokratycznej formule. Michał był od zawsze jego honorowym prezesem.

    Cieszył się ogromnym szacunkiem i poważaniem ludzi bez względu na ich zapatrywania polityczne czy poglądy religijne. Wszyscy cenili Michała z Lasek. Kiedy po przyjeździe na zjazd Związku wysiadał z samochodu, wszyscy biegli, by się z Nim przywitać, porozmawiać, umówić się na spotkanie. Patrzyłam wielokrotnie na ten fenomen. Michał miał dla każdego odpowiednie słowo. Kazał mi się zatrzymywać przy osobach chorych czy niemogących chodzić, aby porozmawiać, czasem pocieszał, wspierał, nigdy nie ranił. Budował. Mówił też „nie”. I to „nie” nie podlegało dyskusji.

    Jeszcze parę miesięcy temu napisał list do Zarządu z kilkoma prośbami i sugestiami. Widziałam, jak młodzi i starzy z szacunkiem i zrozumieniem pochylili się nad tym listem i zastosowali się do wszystkiego, o co prosił. Michał często kontaktował się z prezesem Związku w różnych sprawach i zawsze spotykał się z pełnym wsparciem Rafała.

    Michał na zjazdach starał się jak najwięcej przebywać z dziećmi i młodzieżą – były organizowane specjalne spotkania, na których długo toczyli dyskusje. Teraz ci młodzi, już dorośli ludzie, z rozrzewnieniem wspominają te rozmowy.

    Michał potrafił przepraszać. Przepraszał nie za swoje błędy i brak delikatności, ale za innych. Pisał ciepłe przepraszające listy do skrzywdzonych czy poniżonych. Budował. Pochylał się nad każdą nadwątloną nadzieją i chronił ją.

    Zlecał czynić dobro. Sama tego doświadczyłam. Nie dorastałam tak wysoko, ale wykonywałam prośbę Michała, ażeby Go nie zawieść. W ten sposób mnie budował… Nie byłam jedyna. Michał umiał nawiązywać kontakty z ludźmi trudnymi, nieprzystosowanymi, kontrowersyjnymi. Osoby te czuły się dowartościowane, pracowały pod jego kierunkiem z radością. Michał umiał nawet ich wady wykorzystywać do pracy twórczej i pożytecznej. Wydobywał z nich dobro, podczas kiedy inni w nich tego dobra nie widzieli.

    A ja? Cieszyłam się Jego wieloletnią przyjaźnią. Zawdzięczam mu miłość do ptaków, które potrafił nazwać i rozmawiać o nich godzinami. Zawdzięczam mu wiele opowieści – o życiu, własnych kolejach losu, o niewidomych i tych znanych, i tych nieznanych, pełnych bohaterstwa, o księżach i zakonnicach – laskowych osobowościach. Zawdzięczam mu miłość do Lasek. Michał też umiał słuchać. Kiedy widziałam Go ostatni raz, rozmawialiśmy o książkach niedawno przeczytanych, o Ojczyźnie, wierze, honorze… Obserwowałam, jak patrzy na ludzi, wydarzenia w tym kontekście. Mogłam się uczyć tego patrzenia od Niego. Michał widział w ludziach działanie Opatrzności i nigdy ich nie potępiał. Ale uparcie walczył o tych, o których Jego zdaniem walczyć się powinno.

    Nie żegnamy Cię, Michale, mówimy do zobaczenia, ponieważ spotkamy się w przyszłym świecie, gdzie z pewnością już na nas czekasz w radości Boga. Dziękuję Ci w imieniu Związku Rodu Żółtowskich i jego prezesa Rafała.

    Bożenna Wanda Żółtowska z Ursusa

  • Gloria in excelsis Deo, Michale!

    za Twoje życie i dokonania wśród niewidomych dzieci Lasek i jednocześnie pogubionej w dziejowej zawierusze naszej licznej Rodzinie. Twój skromniutki pokoik dzielony najpierw ze ś. p. księdzem Wolfem a później w szpitaliku laskowym był dla nas tu zgromadzonych przez lata jak Arka Noego. Przyjeżdżaliśmy tam w miarę często po Twoje dobre słowo pełne żaru i miłości do Boga naszego Stwórcy, miłości Ojczyzny, której wiernie służyłeś w barwach podchorążackich w Grudziądzu – Szkole Kawaleryjskiej, a potem cudem, zrządzeniem Opatrzności, wyrwany z sowieckich łap, które już Cię prowadziły ku grobom katyńskim.

    Popatrz, Michale, ile nas tu zgromadziłeś! Stoimy, by świadczyć o Twojej niezachwianej miłości do Boga, Ojczyzny i Człowieka. Niech Ci Pan wyznaczy nagrodę w Niebie a my będziemy tu wracać i prosić nieustająco, byś wypraszał nam różne niezbędne nam łaski.

    Oddajemy dziś Polskiej Ziemi ciało ś.p. Michała, duszę Bogu, kornie prosząc: „Wieczny Odpoczynek racz dać Panie”.

    Marek z Konstancina, syn Benedykta

  • Michał Żółtowski z Lasek – wzór do naśladowania

    Michał Żółtowski

    Kawalerzysta, żołnierz Armii Krajowej, pisarz historyk, wybitny działacz społeczny i przede wszystkim przyjaciel niewidomych. To najkrótsza charakterystyka Michała Ignacego Żółtowskiego, który przeszedł przez życie czyniąc dobro. Zmarł 22 grudnia 2009 r. w szpitaliku zakładowym w Laskach. Pogrzeb odbył się w Laskach 30 grudnia. Nad trumną przemówienia pożegnalne wygłosiło kilka osób. Ja żegnałem Go w imieniu kierownictwa Dzieła Matki Czackiej. – „Byłeś dla nas wzorem człowieka honoru, prawości i rzetelności. Dla Ciebie, jak pisał Norwid, tak zawsze było tak, a nie – nie. Umiałeś słuchać innych. Do Ciebie przychodzili ludzie ze swoimi bolączkami. Kiedyś powiedziałeś, że traktują Cię, jak 'kosz na śmieci’. Starałeś się te śmieci uporządkować, przychodziłeś do mnie, aby wyjaśnić to, co budziło Twoje wątpliwości. Chciałeś wnosić w laskowskie stosunki ład i pokój. Miałeś szacunek dla każdego człowieka, niezależnie od jego pozycji społecznej. Wszelkie cierpienie znosiłeś z godnością i pokorą. Nie lubiłeś mówić o swych chorobach i umiałeś je poświęcać Bogu”.

    Michał Żółtowski, syn hrabiego Jana Żółtowskiego i Ludwiki z Ostrowskich, urodził się 21 maja 1915 r. w Lozannie w Szwajcarii. Rodzinnym majątkiem Żółtowskich był Czacz w Ziemi Kościańskiej w Wielkopolsce. Ojciec, Jan Żółtowski, należał do Komitetu Narodowego Polskiego. Wraz z Ignacym Paderewskim i Romanem Dmowskim uczestniczył w podpisaniu traktatu pokojowego w Wersalu, w czerwcu 1919 r. Ludwika i Jan Żółtowscy mieli jedenaścioro dzieci. Dwóch chłopców zmarło w wieku dziecięcym. Najstarsza córka Krystyna, urodzona w 1901 r., przeżyła sto lat, najmłodsza – Zofia – jedyna żyjąca – ma dziś 82 lata i jest testamentowym spadkobiercą praw po Michale. Prawa autorskie, przysługujące Michałowi Żółtowskiemu z tytułu prac związanych z Dziełem Matki Czackiej, przekazała Towarzystwu Opieki nad Ociemniałymi. Odzyskany majątek Drzewce koło Leszna w 2005 r. Michał przekazał aktem darowizny na rzecz Fundacji im. św. Brata Alberta.

    Z czterech synów Ludwiki i Jana Żółtowskich dwóch – Juliusz i Alfred – zginęło podczas drugiej wojny światowej. Michał uzyskał gruntowne wykształcenie. Początkowe nauki pobierał w domu. Już wtedy płynnie posługiwał się językiem niemieckim i francuskim. Do końca życia światowej sławy dzieła w tych językach czytał w oryginale. Znał biernie łacinę. W latach trzydziestych odbył studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Ojciec marzył dla syna o karierze politycznej. Po uzyskaniu magisterium z prawa w 1938 r. ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu z przydziałem do 15. Pułku Ułanów w Poznaniu. Była to szkoła elitarna, ale świetnie kształcąca charaktery młodych ludzi.

    Podczas wojny służył w kawalerii na terenie Lubelszczyzny; rozbrojony przez Armię Czerwoną, uciekł z niewoli i przez „zieloną granicę” wrócił na Lubelszczyznę. W tym czasie ciężko zachorował na odrę, a następnie dołączyły się problemy ze wzrokiem. W tych trudnych momentach ogromną pomocą służyła mu starsza od niego o rok siostra Teresa. W 1942 r. Michał Żółtowski objął administrację majątku Minoga koło Ojcowa. Wtedy włączył się w działalność organizacji „Tarcza”. Było to ugrupowanie ziemian powołane przez Karola Tarnowskiego i Leona Krzeczunowicza dla niesienia pomocy Armii Krajowej. Działalność „Tarczy” polegała na zbieraniu środków materialnych dla polskiego podziemia oraz prowadzenia kontrwywiadu wśród oddziałów zbrojnych. Informacje zbierane przez „Tarczę” były przekazywane bezpośrednio Komendzie Głównej Armii Krajowej. W 1943 r. złożył przysięgę żołnierza Armii Krajowej. Czasy te opisał w książce „Tarcza Rolanda”.

    Po wojnie zrealizował dawno zrodzone w jego sercu powołanie: 2 lipca 1945 r. został przyjęty do Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. Wtedy nawiązał przyjaźń z młodym alumnem Franciszkiem Macharskim. Jednak po dwóch latach pogorszyło się zdrowie Michała. Lekarze zdecydowali, że musi opuścić Seminarium dla ratowania życia. Było to dramatyczne przeżycie dla Żółtowskiego, oparciem dla niego była rodzina i przyjaciele jeszcze z lat przedwojennych. Przez pewien czas pracował w majątku rolnym w Kosyniu na Ziemi Warmińskiej, ale przejęcie gospodarstwa przez PGR zmusiło go do opuszczenia Kosynia. Znów dzięki pomocy przyjaciół podjął pracę w zakładzie wychowawczym księży salezjanów we Fromborku.

    Do Lasek, za radą Andrzeja Przewłockiego, przybył 31 stycznia 1950 r. Po kilku miesiącach zapadł na gruźlicę i dopiero od 1953 r. podjął regularną pracę w Zakładzie dla Niewidomych. Tu zetknął się z Henrykiem Ruszczycem, twórcą polskiej szkoły rehabilitacji zawodowej niewidomych i podjął wieloletnią współpracę w szkoleniu zawodowym. Na krótko wyjechał do Pieścideł, aby poprowadzić gospodarstwo rolne Zakładu. Jednak gruźlica ciągle dawała znać o sobie. W 1958 r. na 15 miesięcy wyjechał do Szwajcarii, aby tam ratować zdrowie. O tym pobycie często opowiadał. Zachwycały Go krajobrazy Szwajcarii. Interesował się życiem prostych ludzi. Gdy wrócił do Lasek, z zapałem zajął się zarówno pracą wychowawczą, jak i szkoleniem zawodowym niewidomych i życiem społecznym. Z jego inicjatywy w Zakładzie powstała Ochotnicza Straż Pożarna i przez wiele lat pełnił funkcję prezesa tej organizacji. Nawiązywał kontakt z młodzieżą zatrudnioną w Zakładzie. Organizował dla nich spotkania i pogadanki. Miał szczególny dar gawędziarski. Wszystko to jednak czynił z myślą o służbie niewidomym. Często chodził na spotkania z grupą niewidomych chłopców i opowiadał im o historii Polski, o wielkich Polakach, o sztuce. Był malarzem amatorem. Miał dar barwnego opisu świata. Przez ostatnie lata życia księdza Jerzego Wolfa mieszkał w pokoju obok. Ksiądz Wolf był zafascynowany Michałem Żółtowskim, a Michał księdzem. Przypomnijmy, że ks. Jerzy Wolf (1902-1985) był jednym z najwybitniejszych polskich malarzy drugiej połowy XX wieku.

    W latach 1969-1987 Michał Żółtowski pełnił funkcję sekretarza Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Na tym stanowisku odznaczał się dyskrecją i poczuciem ogromnej odpowiedzialności. W tym czasie działał w komisji szkolnej i rolnej Zarządu Towarzystwa. Od lat osiemdziesiątych podjął pracę w komisji historycznej Towarzystwa. Ta praca wciągnęła go całkowicie. Owocem jej były liczne publikacje: Tarcza Rolanda (1988), pamiętniki jego ojca Jana Żółtowskiego – Dwa pokolenia. Wspomnienia wielkopolskiego ziemianina (1999), Henryk Ruszczyc i jego praca dla niewidomych (1994), Blask prawdziwego światła. Matka Elżbieta Róża Czacka i jej dzieło (1999 – wydana też w przekładzie na język ukraiński w Kijowie w 2007 roku), To wszystko działo się naprawdę (2002), Leon Krzeczunowicz UPRAWA-TARCZA (2004), autobiograficzne: Wspomnienia z młodych lat (2004) i Moje powojenne drogi (2008) oraz liczne artykuły.

    We wstępie do książki o Henryku Ruszczycu, między innymi pisałem: „Czytelnik znający osobiście Henryka Ruszczyca, po pobieżnym przeczytaniu książki Michała Żółtowskiego, może dojść do wniosku, że autor miał na celu odbrązowienie swego bohatera. Myślę, że wniosek byłby z gruntu błędny. Michał Żółtowski z niezwykłą pasją poszukuje jedynie prawdy. Z jego dociekań wychyla się postać człowieka z krwi i kości. Widzimy Ruszczyca jako typowego kawalerzystę, karciarza i lwa salonowego, ale również człowieka, który jest wrażliwy na każdą napotkaną biedę, usuwanego lub samodzielnie opuszczającego praktyki rolne, bo nie podoba mu się stosunek do ludzi z czworaków; ale również pochylającego się nad dzieckiem niewidomym, poszukującym zgubionej zabawki, czy nad każdym skrzywdzonym lub cierpiącym”.

    Z inicjatywy władz ochotniczych straży pożarnych w 1984 r. Michał Żółtowski został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. W latach dziewięćdziesiątych otrzymał Medal św. Brata Alberta, a 3 września 2007 r., na wniosek kierownika Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej odznaczył Michała Żółtowskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Dziękując za to odznaczenie, Michał Żółtowski powiedział: „Na ręce Pana Ministra składam gorące podziękowanie Panu Prezydentowi, dziękuję moim Wspaniałym Rodzicom, którzy nauczyli mnie miłości Ojczyzny, dziękuję środowisku Lasek, które nauczyło mnie serdecznego stosunku do drugiego człowieka, a w tym miłości do niewidomych.”

    Władysław Gołąb

  • Wuj Michał – mój autorytet

    Michała Żółtowskiego z Lasek poznałem na II Zjeździe Rodu Żółtowskich w Zajączkowie w 1993 roku.

    Jego życzliwość, miła aparycja i ojcowskie podejście do uczestników Zjazdu wzbudziły do Niego od razu moją sympatię. Jak zauważyłem, nie tylko ja polubiłem ś.p. Michała. Jego szczerość i uśmiech, którym obdarowywał uczestników, zjednały Mu wszystkich Żółtowskich. Pamiętam, że pewnego razu powiedziałem: „Panie Michale, czy mógłby mi Pan napisać dedykację w książce?”. Była to książka jego ojca ze wstępem Pana Michała pt.”Dwa pokolenia”. On uśmiechnął się do mnie i zapytał: „Jak masz na imię, bo zapomniałem?”. Odpowiedziałem – „Stefan”. Pan Michał mi wtedy odrzekł: „Przecież jesteś Żółtowski tak jak ja, więc jesteśmy jedną rodziną. Nie zwracaj się do mnie pan, tylko Michał”. Odpowiedziałem, że nie wypada 24-letniemu młodzieńcowi zwracać się do starszego człowieka po imieniu, więc będę mówić wujku. Pan Michał z radością, złapał mnie za rękę i uściskał.

    Od tej pory zyskałem kolejnego wujka. Wprawdzie ś.p. Michał nie był moim bliskim krewnym, ale jak podkreślał – pochodzimy z tej samej rodziny. To prawda, był bowiem dalekim kuzynem, z drugiej odnogi naszego Rodu. Mieliśmy wspólnych przodków przez kilka pokoleń. Michał, chociaż pochodził z bogatego ziemiaństwa, z rodziny, która posiadała tytuł hrabiów rzymskich nadany prze papieża Piusa IX w 1867 r., a wcześniej tytuł hrabiów pruskich nadany przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV w 1840 r., – nie okazywał pogardy dla uboższych, nie utytułowanych krewnych. Nie szczycił się nigdy swym arystokratycznym pochodzeniem. Wszystkich traktował jak najbliższych krewnych. Dla wuja Michała nie było ważne, czy ktoś ma przed nazwiskiem tytuł „hrabia”, a jego przodkowie mieli duży majątek ziemski czy byli średnią, czy zubożałą, zaściankową szlachtą, czy nawet gołotą szlachecką. Dla Michała liczył się człowiek… tylko człowiek.

    Teraz przedstawię kilka faktów z życia wuja Michała, życia które ukształtowały Jego charakter i stosunek do ludzi.

    Michał Żółtowski urodził się 21 maja 1915 r. w Lozannie w Szwajcarii. Był synem hr. Jana Żółtowskiego, ziemianina (właściciela dóbr Czacz, Białcz, Drzewce, Mierzewo, Czarkowo o powierzchni łącznej 4606 ha) i Ludwiki z hr. Ostrowskich (właścicielki dóbr Lasy Lubartowskie o powierzchni 2400 ha). Wychowywał się w rodzinie patriotycznej. Ojciec Jego był członkiem Komitetu Narodowego w Paryżu w latach 1918-1919, członkiem Komisji Pracy podczas obrad traktatu pokojowego w Wersalu w Paryżu, prezesem Urzędu Likwidacyjnego na byłą dzielnicę pruską w Poznaniu w latach 1919-1923, prezesem Wielkopolskiego Związku Ziemian 1926-36, oficerem Orderu Polonia Restituta. Dziadek jego hr. Alfred bronił sprawy polskiej jako poseł w Parlamencie Pruskim w latach 1871-74. Duży też wpływ na świadomość patriotyczną odegrał fakt, że pradziadek Michała hr. Marceli był oficerem w pułku ułanów w czasie Powstania Listopadowego 1831 r. i kawalerem Orderu Złotego Krzyża Virtuti Militari, posłem do Pruskiej Izby Panów w 1880 r., dyrektorem Poznańskiego Towarzystwa Ziemskiego w latach 1850-1869.

    Michał Żółtowski ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie we Lwowie oraz ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu i został podchorążym 15. Pułku Ułanów. Po mobilizacji w sierpniu 1939 r. został skierowany do Ośrodka Zapasowego Wielkopolskiej Brygady Kawalerii w Kraśniku. Następnie został internowany 30 września 1939 r. przez Armię Czerwoną i wywieziony do Wołczysk za Zbrucz. Wypuszczony wraz z grupą żołnierzy szeregowych pochodzących z ziem wschodnich przebywał we Lwowie, skąd przedostał się do Lasów Lubartowskich. Walczył w Armii Krajowej.

    W czasie działań wojennych zginęli jego bracia – Juliusz – ułan 17. Pułku Ułanów, podchorąży AK, żołnierz Kedywu, w czasie powstania warszawskiego walczył w oddziale „Jelenia” i grupie „ Kampinos”, zginął w bitwie z Niemcami pod Jaktorowem. Pochowany jest na cmentarzu wojskowym w Budach Zosinych. Drugim bratem był Alfred ułan w 17. Pułku Ułanów w Lesznie, walczył w obronie Warszawy, ciężko ranny 27 września 1939, zmarł 13 października 1939 r.

    Po wojnie Michał poprosił metropolitę krakowskiego księdza kard. Adama Stefana Sapiehę o przyjęcie go do Seminarium Duchownego. Książe metropolita znał ojca Michała hr. Jana z Czacza. Należy wspomnieć, że siostra kardynała Adama Sapiehy Maria była żoną hr. Stanisława Żółtowskiego z Niechanowa. Stąd też metropolita krakowski znał rodzinę Żółtowskich. W seminarium Michał Żółtowski poznał młodego księdza Karola Wojtyłę, z którym prowadził rozmowy na tematy teologiczne i świeckie. Jednak choroba zmusiła Michała do odejścia z Seminarium. Wówczas udał się do Zakładu dla Niewidomych do Lasek, do założycielki Zakładu Matki Róży Czackiej. Od 1951 r. zaczął pracować z niewidomymi jako wychowawca i nauczyciel robót ręcznych. Praca z ociemniałymi była dla Michała sensem życia. To osoby ociemniałe i niepełnosprawne stały się Jego najbliższą rodziną. On ich rozumiał, a oni rozumieli jego. Poznał ich cierpienie, nieustającą walkę o przetrwanie i godne życie w tym okrutnym, pysznym, snobistycznym pełnym utrudnień świecie. Dlatego też patrzył na świat oczami człowieka cierpiącego, osamotnionego, pogardzanego przez innych, zdrowych, pięknych, bogatych, utytułowanych.

    Wuj Michał służył dzieciom pomocą, dobrą radą i słowem. Dlatego też łatwo jest mi zrozumieć Jego szlachetny czyn, a mianowicie przekazanie praw do majątku rodzinnego osobom poszkodowanym przez los na Fundację im. św. Brata Alberta.

    Michał Żółtowski odnalazł sens swego istnienia. Tym sensem była chęć pomocy innym. Jego celem w życiu było niesienie radości i pokrzepienia tym, którzy na co dzień czuli się gorsi, niepotrzebni społeczeństwu. Dlatego też Michał powtarzał dzieciom z Lasek, że nie należy się poddawać. Wuj Michał przekonywał, że osoby niepełnosprawne powinny dążyć do uzyskania jak najwyższej możliwej dla nich sprawności i korzystania z niej w pełni, realizowania marzeń i osiągania sukcesów w życiu.

    Michał poświęcał cały swój czas dzieciom. Nie odmawiał im, gdy prosiły go o pomoc. Był zawsze serdeczny i życzliwy, gotów odpowiedzieć na każde pytanie, które mu zadawały. Był dla dzieci wujkiem, na którym można było zawsze polegać.

    Nie szczędził sił i czasu dla nich. W towarzystwie Michała dzieci czuły się szczęśliwe pomimo swojej niepełnosprawności. Zapominały o dolegliwościach i wiążącymi się z nimi trudnościami życia. Były szczęśliwe, gdy opowiadał im o swoim życiu i sposobach walki z ułomnościami. Dodawało im to odwagi i chęci do dalszego życia.

    Miałem okazję poznać i rozmawiać z trzema wychowankami Michała. Jednym z nich był Andrzej Lewandowski, krewny mojej żony. Podczas spotkań rodzinnych Andrzej często mówił o ś.p. Michale z Lasek. Opowiadał o opiekuńczym, ojcowskim podejściu do dzieci, mówił o zajęciach, które wuj Michał prowadził z dziećmi, o jego prelekcjach historycznych.

    Michał nie opowiadał w Zakładzie w Laskach o swoim pochodzeniu. Poza wybranymi osobami nikt się nie orientował, że był potomkiem rodu arystokratycznego, który posiadał przed wojną tak liczne dobra ziemskie. W opinii kuzyna mojej żony wuj Michał był osobą cichą i skromną, całkowicie oddaną pracy dla niepełnosprawnych.

    Michał Żółtowski był współzałożycielem Związku Rodu Żółtowskich i jego Prezesem Honorowym. Spotykałem się z nim nieraz podczas zjazdów, a może ze dwa, trzy razy w jego pokoiku w szpitaliku w Laskach. Wuj Michał mówił o korzeniach rodu, o bohaterach pochodzących z rodziny Żółtowskich. Pokazywał mi też rękopisy o swoim życiu i historii najbliższej rodziny. Ciekawie też opowiadał o historii Polski tej dawnej, jak i współczesnej – z lat jego dzieciństwa i młodości. Kiedy Michał opowiadał o pierwszych Ogończykach i Żółtowskich, wszyscy byli podekscytowani. Jego opowieści sprawiały, że każdy chciał poznać wszystkie szczegóły historii naszego Rodu i Rzeczypospolitej.

    Ś.p. Michał z Lasek mówił również o swoim udziale w walkach w czasie II wojny światowej, o kampanii wrześniowej 1939 r. w Pułku Ułanów i wywiezieniu przez Armię Czerwoną za Zbrucz, o uczestnictwie w Armii Krajowej i swoich losach po wojnie.

    Opowieści te miały dla nas wielkie znaczenie. Dzięki nim poznawaliśmy niejednokrotnie fakty, o których nie mówiono na lekcjach historii. Wiedza wuja Michała była ogromna. Uchodził za chodzącą encyklopedię. Był postrzegany nie tylko jako Senior Rodu, ale również jako wielki człowiek o olbrzymiej wiedzy, charyzmie, inteligencji, dobroci i życzliwości, ale przede wszystkim skromności. Michała Żółtowskiego wszyscy kochali, nie tylko za wymienione walory. Kochali go wszyscy, gdyż dał się lubić. On kochał wszystkich Żółtowskich, zarówno tych pochodzących z biednych rodzin jak i z bogatszych. On nie dzielił ludzi na lepszych i gorszych, jak to czynią niektórzy. Wszyscy bowiem jesteśmy rodziną – dużą rodziną, liczącą trzy tysiące osób!

    Wuj Michał był dla mnie wielkim autorytetem. Tak wielkie Jego poświęcenie się pracy społecznej zasługuje na wieczną pamięć. Skromność i zacność ś.p. Michała powinna być przykładem dla Polaków, a zwłaszcza dla przedstawicieli Rodu Żółtowskich. Kiedy dowiedziałem się, że wuj Michał nie żyje, ogarnął mnie wielki smutek. Odmówiłem modlitwę za jego duszę. Jestem przekonany, że ś.p. Michał Żółtowski poszedł prosto do nieba. Tak porządny i godny szacunku człowiek musiał tam trafić. Cieszy się ze spotkania z Bogiem i swoimi Rodzicami oraz krewnymi.

    Cały czas czuję Jego obecność. Widzę Jego opiekuńcze spojrzenie z uśmiechem, którym zawsze mnie obdarzał, kiedy się spotykaliśmy. Na pewno nie zapomnę o Tobie, wuju Michale, o naszym pierwszym spotkaniu na Zjeździe Rodu w Zajączkowie w 1993 r., o dyskusjach rodzinnych. Jestem przekonany, że wszyscy, którzy Cię poznali nie zapomną o Tobie. Będzie nam brak ciebie na Zjazdach, będzie nam brak Twoich wspomnień, życzliwości i szlachetnego serca. Będziesz w naszych myślach i sercach. Będziemy zawsze Cię wspominać zarówno w naszych rodzinach, jak i na spotkaniach rodowych.

    Ciesz się życiem wiecznym i bądź naszym orędownikiem u Boga! Spoczywaj w pokoju, wuju Michale.

    Stefan Żółtowski

  • W skromności Jego wielkość

    Michała z Lasek nie miałam przyjemności poznać, ale od samego początku przynależności do Związku, a szczególnie na moim pierwszym Zjeździe w Księżych Młynach, słyszałam o Nim bardzo ciepłe wypowiedzi. Wynikało z nich, że Michał był DUSZĄ naszego Związku. Do Niego garnęła się młodzież i chętnie Go słuchała. Miał tę zaletę, że skupiał wokół siebie ludzi ciekawych Jego opowieści. Jednocześnie – jak mi wiadomo – był Człowiekiem bardzo skromnym. Lecz w Jego skromności była Jego WIELKOŚĆ. Dlatego pewnego październikowego dnia 2009 roku pomyślałam, że muszę Go koniecznie poznać. Od razu wysłałam maila do Bożeny, wiedząc, że ma z Nim kontakt. Poprosiłam, by nas umówiła, bo muszę się spieszyć. Moje doświadczenia z przeszłości pokazały, że nie można odkładać takich spraw. Bożenka odpisała mi wkrótce: „dzwoniłam do Lasek, Michał czuje się słabo, dużo poleguje i coraz gorzej widzi. Mówił, że ma mieć po niedzieli konsultację okulistyczną. Na razie nie jest w stanie przyjąć gości”.

    Trzeba zatem wizytę przełożyć – doszłyśmy do wniosku. Jak się okazało wkrótce, nie poczuł się lepiej i odszedł… na zawsze.

    Szkoda, że Go nie poznałam, ale mam zachowaną jedyną pamiątkę od Niego – kartkę z listopada 2008 roku. Po przeczytaniu Michała książki „Moje powojenne drogi” napisałam do Niego list. Odpowiedział mi kartką. Ta kartka ma dla mnie ogromną wartość, bo przybliża mi tego WSPANIAŁEGO CZŁOWIEKA, choć nie dane mi było…

    Kartkę załączam z ciepłymi dla mnie słowami Michała z Lasek, bo tak Go wszyscy będą pamiętać.

    Kartka od Michała

    Kalina Nowacka z Torunia

  • Informacje dotyczące tegorocznego zjazdu

    W tym roku zjazd odbędzie się w terminie 2-6 czerwca w Wąsoszu, znajdującego się w centrum Pojezierza Drawskiego w odległości 8 km od Złocieńca. Mieszkać będziemy w pięknym XIX-wiecznym pałacu w dużym kompleksie lasów, 800 metrów od jeziora.

    Pokoje są stylowo urządzone i zachowały historyczny charakter. Na terenie ośrodka jest boisko sportowe, kort tenisowy, plac zabaw dla dzieci, basen oraz parking. Tradycyjne na piątek zaplanowana jest bardzo ciekawa wycieczka. Po wycieczce wieczorem zasiądziemy do uroczystej kolacji.

    Kompleks lasów jest doskonałym terenem do zabawy w Paint Ball. Michał ze Szczecina jest chętny do zorganizowania tej zabawy, łącznie z wypożyczeniem dla uczestników całkowitego sprzętu oraz wprowadzeniem ich w zasady tej gry. Koszt wynosi 100 zł. od grającego (koszt wypożyczenia sprzętu). Chętni do uczestnictwa w tej bardzo porywającej zabawie proszeni są o kontakt z Michałem do 30 kwietnia pod numer telefonu 516098556.

    Mamy nadzieję na powrót do licytacji, prosząc o przywiezienie na Zjazd drobiazgów, które w wyniku licytacji zasilą kasę naszego Związku. W tym roku rezygnujemy z prelekcji na rzecz zespołu muzycznego, który będzie grać dla nas na uroczystej kolacji.

    Cena za jeden dzień pobytu (wyżywienie + nocleg) wynosi 110 zł od osoby.

    Przedpłaty w wysokości 110 zł od osoby należy przesłać do 30 kwietnia br. do Skierniewic na konto, którego numer znajduje się na ostatniej stronie każdego kwartalnika, wraz z informacją telefoniczną lub listowną o ilości osób jaka ma przybyć i czy wśród nich będzie małżeństwo, lub małżeństwa. Informacja potrzebna dla kierownika ośrodka w celu dobrego rozplanowania miejsc.

    Więcej informacji o ośrodku można znaleźć na stronie internetowej www.wasosz.goscinnawies.pl.

    Prezes Rafał gorąco zachęca i zaprasza do uczestnictwa w Zjeździe.

  • Narodziny Pawełka Sikorskiego

    28 czerwca 2009 roku donośnym krzykiem oznajmił swoje przyjście na świat Pawełek – syn Agnieszki Żółtowskiej – Sikorskiej z Kutna i Tomasza Sikorskiego. Od tamtej pory dzidziuś krzyczy często i głośno, na ogół domagając się jedzenia, by mieć siłę do jeszcze głośniejszego krzyku. Chowa się bardzo zdrowo i chwacko, ku wielkiej radości rodziców oraz babci Elżbiety i dziadka Kazimierza. Dziadek obiecuje, że wychowa go na patriotę. Taka mała gaworząca kruszyna, zmusza do tego, aby na nowo zdefiniować elementarz zasad rządzących naszym światem. Nikt nie jest gotów na trudy rodzicielstwa, całkowicie nowy i zaskakujący w swym ogromie zbiór obowiązków, za które jedyną zapłatą jest uśmiech zadowolonego dziecka i błysk poznania w jego oczach. Najdziwniejsze zaś, że taka zapłata wystarcza po tysiąckroć. Wszystkim tym, którzy to już przeżyli – serdecznie gratulujemy, zaś tym, którzy mają to jeszcze przed sobą, życzymy by znaleźli w rodzicielstwie spełnienie, taki jak my.

    Pawełek z rodzicami
    Pawełek z dziadkami

    Tomasz Sikorski

  • Nauczyciel z Ogończykiem w herbie


    Portret malowany pędzlem i słowem

    Portret

    Dobrze pamiętam te wszystkie niedzielne poranki sprzed trzydziestu pięciu lat. Z kliniki przy ulicy Piotra Skargi wracałem do domu wyczerpany całodobową pracą wśród rodzących kobiet, pośród wrzawy i bieganiny pomiędzy ciasno ustawionymi, porodowymi łóżkami. Pamiętam te łzy szczęścia, dramaty krwotoków, kroplówki i zręczność personelu, których wtedy jeszcze nie rozumiałem. Nie przeszkadzało mi zmęczenie, mdły zapach moczu i krwi, co zostaje we włosach; „Inter faeces et urinam nascimur ”(św. Augustyn). Oszołomiony tym wszystkim szedłem w oślepiającym słońcu, które oblewało Jasne Błonia. Mijałem młode kobiety z wózkami. Rozpierała mnie duma. Czułem swój wielce znaczący udział w narodzinach tych wszystkich malców, których spotykałem po drodze. Ba, byłem przekonany, że bez mojej obecności i pomocy nie mogłyby przyjść na świat. Był to wspaniały czas młodzieńczego entuzjazmu dwudziestopięciolatka stawiającego pierwsze kroki w tym pięknym zawodzie. Jakże inne były to czasy. Kliniki przypominały jaśniepańskie folwarki ze swoją hierarchią i porządkiem. Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego już wieku, nieodżałowany Ryszard Kapuściński pisał Cesarza. Wówczas przez czytającą i rozumną część narodu został obwołany krytykiem ówcześnie panującego stereotypu. Stało się to, o mało co, przyczyną ocenzurowania tego dzieła. Akcja reportażu rozgrywała się wprawdzie w dalekiej Etiopii, lecz wykpienie całej tej dworności z powszechnym „dawaniem ucha” i intrygami tak charakterystycznymi dla większości instytucji ówczesnej Drugiej Polski, było aż nadto aluzyjne. Mimo to z pewnym rozżaleniem spoglądam dziś na klimat tamtych lat. Całkowite hierarchiczne podporządkowanie, praca w zamkniętych oddziałach położniczych i blokach porodowo-operacyjnych miała swój urok i pozytywny sens. Uczyła pokory i całkowitego oddania zawodowi. Misyjne postrzeganie powołania lekarskiego było w moim odczuciu niemal powszechne. Nikt nie pytał o dni wolne, niewielu śmiało upomnieć się o podwyżkę, a prywatne praktyki należały do rzadkości i spotykały się z ostracyzmem środowiska akademickiego. Wtedy to właśnie spotkałem po raz pierwszy mojego bohatera. Był już wówczas dojrzałym lekarzem z osiemnastoletnim stażem klinicznym. Wysoki, szczupły, ruchliwy adiunkt z pomorzańskiej części Instytutu Położnictwa i Ginekologii PAM. Zawsze pogodny, skory do żartów, ale bardzo zasadniczy w sprawach służbowych i wymagający wobec personelu. Lubiany i ceniony przez kolegów, szanowany przez pacjentki.

    Doktor Mieczysław Żółtowski zaczynał swoją lekarską karierę w 1956 roku jako stażysta w szpitalach województwa olsztyńskiego. W 1957 roku z grupą kilkunastu młodych absolwentów (jak to o nich mówiono ”czerwonych szczeniaków”), został oddelegowany jako stypendysta Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia do pracy w Klinice Położnictwa i Ginekologii PAM. Trafił tutaj z kolegami z roku. Kierownikiem Kliniki i pierwszym jego mistrzem był profesor Tadeusz Zwoliński. Nosił za nim kredę i kijek jako pomoce naukowe. Musiał wszystko wiedzieć, bo profesor w trakcie wykładu nagle pytał na przykład: „Powiedz no mi kochany, jak się nazywa po łacinie miednica ogólnie jednostajnie ścieśniona?”. Uczył się od swoich starszych kolegów i z jedynego wówczas podręcznika autorstwa profesora Zwolińskiego. Było to dzieło wzorowane na słynnym podręczniku Martiusa. Sam profesor nie troszczył się zbytnio o edukację najmłodszych, żył w swoim świecie, kontaktował się głównie ze swoimi „generałami”. Nowo przyjęci do kliniki byli strasznie gnębieni. W czasie posiłków w dyżurce lekarskiej starsi mawiali: „On nie nadaje się na położnika – zbyt wolno je”. Dzisiejszy mobbing jest niczym w porównaniu z niegdysiejszym traktowaniem nowo przyjętych pracowników. Nadszedł rok 1962. Docent Mikołaj Prochorow – jeden z ówczesnych „generałów” w klinice profesora Zwolińskiego szykował się do objęcia stanowiska kierownika II Kliniki Położnictwa i Ginekologii w odremontowanym budynku szpitala przy ulicy Powstańców Wlkp. Wybierał sobie najlepszych spośród zespołu. Zabrał ze sobą również doktora Żółtowskiego. Tak więc podjął on pracę w pomorzańskiej Klinice od początku jej istnienia. Będąc pierwszym asystentem docenta Prochorowa współorganizował pracę nowej kliniki. Wraz z nim pracowali doskonali lekarze. Niektórych jego kolegów oddelegowano wówczas do pracy w terenie, gdzie z czasem zadomowili się, zostając przez wiele lat ordynatorami oddziałów.

    Doktor Żółtowski wspomina z sentymentem tamte czasy. Do pracy dojeżdżał motorem. Jego Jawa 250 była piękna, ale wywrotna – leżał kilka razy. Docent Prochorow wszystkich trzymał krótko. Mimo to był ulubionym szefem i znakomitym nauczycielem wielu lekarzy. Pytany czasem dlaczego jest tak surowy, odpowiadał: „Dobre słowo nie jest wam potrzebne. Sam wygarbuję wam skórę po to, żeby nikt inny wam jej nie garbował. Nie pozwolę jednak na to, żeby ktoś was skrzywdził. Wtedy będę was bronił”. To surowe, ojcowskie podejście wywarło wielki wpływ na osobowość doktora Żółtowskiego. Starał się go naśladować w życiu i w pracy. Wspomina, że rozpoczynając karierę w klinice nie tylko sam uczył się pilnie zawodu, ale pomagał swoim nauczycielom uczyć innych. Do historii przeszła anegdota, jak na pewnym wykładzie jeszcze w klinice przy ulicy Piotra Skargi późniejszy szef (docent Prochorow ) narzucił na niego, stojącego z rozpostartymi ramionami prześcieradło i rzekł do studentów: Popatrzcie! Mietek to macica: głowa to dno, rozpostarte ramiona – jajowody, a prześcieradło to więzadło szerokie. Mało kto miał taką wyobraźnię i pasję dydaktyczną. Tamten przykład z wyjaśnieniem struktur topografii miednicy małej jest wystarczająco spektakularny. Doktor Żółtowski czerpał od swojego mistrza całymi garściami. Do dziś wspomina, że docent Mikołaj Prochorow był jego najważniejszym nauczycielem.

    W 1971 roku docent Mikołaj Prochorow zmarł. Odszedł w sile wieku, w czasie kształcenia studentów na społecznym obozie naukowym. Kierownikiem kliniki został profesor Zbigniew Pilawski. Wymiana zespołu nie dotknęła doktora Żółtowskiego. Wcześniej, bo w roku 1970 obronił on rozprawę doktorską pod opieką naukową profesora Stanisława Różewickiego. Do roku 1980 pracował jako adiunkt Kliniki. Opublikował ponad 60 prac naukowych, głównie z zakresu ergonomii, laparoskopii i onkologii. Był prekursorem diagnostyki laparoskopowej w Szczecinie. Od 1980 do końca 1996 roku był ordynatorem oddziału położniczo-ginekologicznego Szpitala Kolejowego. Przez kilkanaście lat był Inspektorem do spraw położnictwa i ginekologii Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia, później przez wiele lat pełnił funkcję Specjalisty Wojewódzkiego. Był członkiem Towarzystwa Ergonomicznego i wieloletnim wiceprezesem szczecińskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Był również współzałożycielem i wieloletnim kierownikiem przychodni ginekologicznej w Spółdzielni Lekarzy Specjalistów „Medicus”. Do czasu reaktywowania Izby lekarskiej pełnił funkcję Rzecznika Dobra Służby Zdrowia przy Wojewódzkim Wydziale Zdrowia. Został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką Gryfa Pomorskiego i odznaką „Za wzorową pracę w służbie zdrowia”. Od dwunastu lat jest emerytem, lecz mimo to aktywnie pracuje. Prowadzi indywidualną specjalistyczną praktykę lekarską, pracuje w NZOZ, jest zastępcą Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej OIL w Szczecinie.

    Pięćdziesiąt dwa lata temu najlepszym przyrządem diagnostycznym były palce lekarza. Najważniejszym zaś wówczas sprzętem był aparat rentgenowski. Rozstrzygał wątpliwości co do topografii płodu, pozwalał na rozpoznawanie ciąży mnogiej. Drugim nieodzownym elementem wyposażenia kliniki były siatki w oknach. W tamtych czasach na porządku dziennym była rzucawka i psychozy poporodowe. Nierzadko zdarzały się samobójstwa położnic. Położnik musiał być doskonale wykształcony. Zresztą i położnictwo było wówczas nie lada sztuką. Ukończenie porodu przez cięcie cesarskie często oceniane było przez szefa jako porażka położnicza. Wynikało to ze statystyki powikłań śród i pooperacyjnych. Z czasem, wraz z postępem anestezjologii ryzyko operacyjne zmalało. Zmodyfikowano więc postępowanie na sali porodowej zmniejszając liczbę przedłużających się i trudnych, zabiegowych porodów drogami natury, niekorzystnie wpływających na stan noworodków. Nowe standardy uprościły postępowanie, uczyniły bezpieczniejszym przychodzenie na świat nowych obywateli. Mimo to w tej dziedzinie medycyny dramaty zawsze się zdarzają. Są one tragiczne, bo dotykają młodych kobiet, nierzadko już matek kilkorga dzieci. Doktor Żółtowski, jak każdy wieloletni klinicysta pamięta takie zdarzenia, wobec przebiegu których cały zespół kliniki jest całkowicie bezsilny.

    Z odległej perspektywy czasu łatwiej o refleksję nad przebytą drogą i nad perspektywami rozwoju swojej specjalności. Zdaniem doktora Żółtowskiego położnictwo wydaje się dyscypliną spójną, mimo wyodrębnienia się wielu podspecjalizacji. Istotą bowiem tego działania jest od wieków sprawowanie opieki nad ciężarną i bezpieczne sprowadzenie dziecka na świat. Ginekologia zaś ulegając wpływom interdyscyplinarnym być może w przyszłości znacznie ewoluować, ulegnie podziałom i wyodrębnią się z niej samodzielne dyscypliny, które mogą zostać wchłonięte przez inne wielkie specjalności. Z wiekiem łatwiej też o rozważania natury etycznej. Przemiany społeczne i światopoglądowe spowodowały uprzedmiotowienie roli pacjenta. Zrewolucjonizowały one wiele niegdysiejszych stereotypów. Dzięki postępowi w leczeniu i profilaktyce zmniejszyła się ilość powikłań infekcyjnych. Otworzyły się oddziały położnicze i bloki porodowe. Ogólnodostępne i wszechobecne media podniosły poziom wiedzy i świadomości społecznej stając się rękojmią obrońców praw pacjentów i doprowadziły do nieznanej dotąd eskalacji roszczeń w zakresie należnych im świadczeń i zachowań. Wreszcie nadanie człowiekowi od chwili poczęcia godności osoby ludzkiej zmieniają stosunek lekarza do zjawisk prokreacji i modyfikują dotychczasowe procedury postępowania.

    Doktor Mieczysław Żółtowski urodził się w 1930 roku w posiadłości rolnej swoich rodziców pod Płockiem. Rodzina pielęgnowała tradycje patriotyczne i narodowo-wyzwoleńcze. Tuż przed wybuchem wojny ojciec oddał pieniądze i kosztowności na zakup broni we Francji. Pierwsze lata nauki przerwała mu wojna. W 1950 roku ukończył najstarsze w Polsce Gimnazjum i Liceum im. Stanisława Małachowskiego w Płocku. Był to najgorszy okres stalinizmu i sowietyzacji w Polsce. Z powodu ziemiańskiego pochodzenia nie przyjęto go na studia medyczne w Warszawie, w Gdańsku, ani w Białymstoku. Dostał się na fizykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Warszawie. Po roku starań został studentem Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Lata intensywnej nauki i pracy nie sprzyjały oddawaniu się wspomnieniom i poszukiwaniom rodzinnych tradycji. Nie interesował się szczególnie swoimi protoplastami. Dopiero w końcu lat osiemdziesiątych spotkał ludzi badających genealogię rodu Żółtowskich. Okazało się, że jego rodzina wywodzi się z gałęzi płockiej. Pradziadek był powstańcem styczniowym, dziadek natomiast jako oficer kawalerii walczył w wojnie japońsko-rosyjskiej. Zaciekawił się do tego stopnia, że w 1992 roku sam został współzałożycielem i członkiem zarządu Związku Rodu Żółtowskich. Pierwszy zjazd założycielski familii odbył się w 1872 roku w Wielkopolsce. Do wybuchu II wojny światowej zjazdy odbywały się dość regularnie. Wojna przerwała spotkania a Żółtowscy rozpierzchli się po świecie. Ród ten ma ciekawą i starą historię. Za oficjalny początek jego istnienia podaje się rok 1300, kiedy to książę mazowiecki Ziemowit nadał herb Ogończyk (strzała skierowana do góry, hełm w koronie z półpierścieniem w rękach dziewczyny) przodkom współczesnych Żółtowskich – Ogonom. Wraz ze znakiem otrzymali ziemię, między innymi wieś Żółtowo koło Płocka. Piękna legenda mówi, że kiedy Piotr z Radzikowa jechał na wyprawę krzyżową, usłyszał krzyk niewieści. Pośpieszył na pomoc i wyswobodził dziewczynę z rąk Tatara. Ta z wdzięczności obiecała mu zamążpójście i na znak wierności przełamali pierścień na pół. Każde zachowało swoją część i tak się rozstali. Po latach spotkali się znowu, pobrali i stali się założycielami rodu.

    Związek Rodu Żółtowskich wydaje własny kwartalnik i monografie. Za swoje główne cele uznaje podtrzymywanie tradycji rodu, propagowanie idei patriotyzmu, prawdomówności i dobrego wychowanie dzieci. Wśród przedstawicieli tego rodu były postacie wyróżniające się w życiu społecznym i politycznym. Z Żółtowskich wywodził się biskup płocki, generał Królestwa Polskiego, liczni ziemianie. Przedstawiciele linii wielkopolskiej doszli do tytułów hrabiowskich. Oni pierwsi sprzeciwili się Hakacie. Zawsze bliscy ideałom narodowo chrześcijańskim, w XIX i XX wieku otrzymali – jak żaden inny polski ród – sześć tytułów nadanych przez papieży. Ratowali dzieci Zamojszczyzny, byli wywożeni i traceni w Katyniu, Charkowie i Miednoje. W Polsce obecnie żyje około trzech tysięcy osób o tym nazwisku, lecz nie wszyscy dbają o poznanie swojej genealogii. Wielu przedstawicieli rodu żyje i pracuje poza granicami kraju.

    Mieczysław Żółtowski tuż po maturze podjął pierwszą pracę w magistracie w rodzinnym Płocku. Potem został nauczycielem w czteroklasowej szkole powszechnej. Uczył przedmiotów ścisłych: matematyki, fizyki, potem biologii. Ta nauczycielska pasja pozostała mu na całe życie. Jako nauczyciel akademicki, ordynator, konsultant wykształcił wielu wspaniałych lekarzy. Wychował liczną grupę specjalistów, w tym wielu ordynatorów oddziałów położniczo-ginekologicznych. Sprawował nadzór merytoryczny nad placówkami pionu położniczo-ginekologicznego, kierował specjalizacjami, doskonalił zręczność młodych lekarzy i położnych prowadząc przez ponad dwadzieścia lat słynny Kurs Techniki Fantomowej. Będąc doskonałym diagnostą i operatorem zawsze dzielił się swoją wiedzą, doświadczenie i umiejętnościami. Przez szesnaście lat uczył w Szkole Położnych i zorganizował oddział ćwiczeń dla słuchaczek. Nigdy nie należał do żadnej partii politycznej. Nie działał również w Solidarności. Zawsze oddawał się tylko pracy zawodowej i kształceniu innych. Mówi dzisiaj o sobie: Żółtowski przez całe swoje życie uczył, uczył, uczył. Cieszy się zasłużonym autorytetem w środowisku lekarskim, a jego dbałość o wysokie wartości etyczne zawodu lekarskiego oraz niezwykła aktywność stawia go w rzędzie najbardziej zasłużonych dla ochrony zdrowia w naszym regionie. W roku 1997 Okręgowa Izba Lekarska w Szczecinie nadała doktorowi nauk medycznych Mieczysławowi Żółtowskiemu tytuł Członka Honorowego.

    Zawsze był i pozostaje do dziś człowiekiem pogodnym, życzliwym i otwartym. Lubi tańczyć, lubi się śmiać. Doczekał się trojga wnucząt (Ola, Michaś i Martynka) od syna i córki. Córka Katarzyna jest magistrem ekonomii. Syn Sławomir kontynuuje dzieło ojca. Pracuje jako nauczyciel akademicki w klinice PAM, której jego ojciec był współtwórcą i wieloletnim pracownikiem. Jest doskonałym i wziętym ginekologiem – położnikiem. Po godzinach razem przyjmują we własnej praktyce. Doktor Mieczysław Żółtowski jest człowiekiem szczęśliwym. Spełnionym jako lekarz, nauczyciel i społecznik. Obdarowany przez los niezawodnym instynktem odróżniania dobra od zła i bezkompromisowego kroczenia prostą drogą prawdy. Historia jego rodu nie pomogła mu w karierze, ale utwierdziła w przekonaniu, że każdy człowiek powinien zawdzięczać wszystko własnemu uporowi, pracowitości i osobistej godności. To cechy typowe dla rodu Żółtowskich. Umiejętność zaś i umiłowanie dawania siebie innym są cnotami równie cennymi jak szlachecki rodowód, a co najważniejsze dostępnymi i osiągalnymi dla wszystkich.

    Mieczysław Chruściel

    Tekst przedrukowany za zgodą autora i redkacji Biuletynu Okręgowej Izby Lekarskiej w Szczecinie VOX MEDICI. Nr Listopad/Grudzień 2009

  • Wyjątkowa data w kalendarzu

    W Szkole Podstawowej w Wyszynie Dzień Babci i Dziadka obchodzono pod hasłem „Jak można, powiedz Babciu i Dziadku, stać się jak Wy cudownym człowiekiem?”

    W tym roku już po raz ósmy zaproszono babcie i dziadków do wspólnego świętowania. – To wyjątkowy dzień w całym kalendarzu naszych szkolnych imprez – podkreśliła Bogumiła Żółtowska, dyrektor szkoły.

    Obok wierszy i piosenek przygotowanych przez wnuczęta na gości czekała niespodzianka. Był nią występ muzyków Płockiej Orkiestry Symfonicznej. Koncert spodobał się przybyłym do szkoły seniorom. A jedna z babć razem z wnukiem i wnuczką odtańczyła porywającego rock and rolla. Były życzenia, upominki przygotowane przez wnuczęta i słodki poczęstunek od rady rodziców. – Uczniowie już umieją odpowiedzieć sobie na pytanie zawarte w haśle imprezy, chociażby dlatego, że wyrażają szacunek i miłość dla swoich babć i dziadków – stwierdził Stanisław Wiśniewski, radny gminy Stara Biała.

    Przed nauczycielami kolejne ważne zadanie. Po raz czwarty organizowane są w szkole zajęcia „Ferie zimowe w szkole – bezpieczne i zdrowe”. Będzie zabawa karnawałowa, na którą przybędzie św. Mikołaj, konkursy recytatorskie wierszy Juliana Tuwima i Juliusza Słowackiego. Zaplanowana wyjazd do parku wodnego w Łodzi ze zwiedzaniem Muzeum Kinematografii, będzie też wyprawa do Muzeum Mazowieckiegi i na lodowisko.

    Tekst przedrukowany za zgodą redakcji Tygodnika Płockiego. Nr 5 z 22 lutego 2010 r.