Ciąg dalszy „Spotkania po latach”

Tomek zorganizował czterodniowy pobyt na łonie natury w Wisconsin.
Stan Wisconsin leży na północ od stanu Illinois i wschodnią częścią przylega do jeziora Michigan. Rano w niedzielę zapakowaliśmy dwa samochody naszych drobiazgów, trochę ubrań i pościeli do bagażników oraz różny sprzęt wędkarski. Bez niego nie byłoby wypoczynku. Po krótkim przejeździe przez ulice Chicago wjechaliśmy na autostradę i podążyliśmy na północ. Ja ciekawy wszystkiego, więc droga mi się nie dłużyła. Oglądałem dokładnie wszystko, co mogłem widzieć przez szybę w samochodzie. Romek prowadził, ja z przodu, a z tyłu Lidka i Natalka, która nam śpiewała „żono moja, serce moje, nie ma takich jak nas dwoje”. Wycieczka zapowiadała się wspaniale.
Po blisko pięciu godzinach jazdy autostradą zjechaliśmy na boczną drogę, a potem na jeszcze inną węższą, by wjechać w obszar leśny. Odnaleźliśmy prywatną drogę wjazdową do posesji. Dom drewniany z werandą, dużą kuchnią, salonem i trzema sypialniami. Jedną miał Romek, drugą Tomek, a trzecią miałem ja. Teren nie ogrodzony, a do sąsiadów z prawej i lewej strony po jakieś 100-200 metrów. Zdziwiło mnie, że na podwórku pod drewnianą wiatą stały wędki, wiosła do łódki, ale też rębak do drewna, kosiarka spalinowa, narzędzia rolnicze i ogrodnicze. Nie zamknięte, nie pochowane. Posiadłość należała do szefa Tomasza. On, kiedy dowiedział, że przyjechał ojciec z Polski, zaproponował Tomkowi swoją daczę na cztery dni, byśmy pobyli trochę w lesie i nad wodą. Oczywiście nieodpłatnie. Tomek za to zobowiązał się skosić mu trawę. I tak też któregoś popołudnia zrobił. Posesja leżała w lesie nad rzeką Wisconsin. Rzeka szersza od naszej Wisły, no i rybna. Z podwórka przynieśliśmy łódkę, wiosła, i wyruszyliśmy na połów. Wcześniej w pobliskim miasteczku chłopcy wykupili dla mnie pozwolenie na połów ryb na cztery dni.
Założyliśmy drobiową wątróbkę na duży hak. Po dziesięciu minutach był już pierwszy sum, a za chwilę drugi. Takie po 4,5 do 5 kilogramów każdy. W dodatku oba wyciągnęła Lidka, bo my dwadzieścia metrów od brzegu bawiliśmy się w polowanie na szczupaki z łodzi. Jednego wyciągnąłem. W Ameryce łowi się duże ryby. Zastanawiałem się dlaczego u nas nie? A to dlatego, że tam nie można kupić małych haczyków. Są tylko duże. Chroni się więc narybek przed masowym wyłowieniem i pozwala mu się dorosnąć. Podobnie jak w Chicago nie widzi się pomalowanych murów. Bo nie można kupić sprayu. Farbę może kupić tylko licencjonowany malarz, tak więc młodzi pseudoartyści i chuligani nie mają czym malować.
Dom w środku całkowicie urządzony – z dużym telewizorem, radiem, kinem domowym i komputerem.
W kuchni całe wyposażenie. Zapas żywności w lodówkach i zamrażarce. Ponadto zapas napojów, piwa i alkoholu. Wieczorami organizowaliśmy sobie ognisko i grilla. Dokuczały nam tylko komary, ćmy i pająki, których panicznie się bała moja synowa Madzia. W dzień, oprócz łowienia ryb, zwiedzaliśmy okolice. Wszędzie dużo domów wypoczynkowych wzdłuż rzeki, jachty, żaglówki i łodzie. Odwiedzaliśmy miejsca sprzedaży tzw. garażowej. Jeden z mieszkańców wykupuje w Urzędzie pozwolenie na handel z garażu, a okoliczni sąsiedzi z własnych garaży przynoszą mu rzeczy na sprzedaż. Są to rzeczy, używane, których właściciel już nie potrzebuje. Ja na przykład zbieram lampy naftowe z końca XIX i początku XX wieku i na tej wyprzedaży znalazłem ich bardzo wiele. Mogłem je kupić po 4 lub 5 dolarów za sztukę. Ze Stanów przywiozłem więc kolekcję dwunastu lamp! Wszystkie są sprawne i nieuszkodzone.

Najbardziej ciekawym dla mnie dniem w tym krótkim czterodniowym pobycie był dzień, kiedy pojechaliśmy do Dells. Jest to miasto rozrywki, wypoczynku, zabawy, turystycznych atrakcji. Zaczęliśmy od objazdu miasta. Znajduje sie tam dość spore zoo, a ponieważ była z nami mała Natalka (niecałe 5 lat), zwiedziliśmy je. W Dells jest także Biały Dom stojący na głowie. Chodziliśmy tam po pokojach prezydenckich, gabinetach i po piwnicach z różnymi strachami, łomotami, wybuchami, no tak po amerykańsku. Czasami tandetnie. W Dells stoi także olbrzymi koń trojański, jest Statua Wolności (oczywiście replika), jest też rzymskie Koloseum. Wszędzie mnóstwo aqua parków, pól golfowych, torów gokartowych, stadnin koni, jest pociąg z czasów Dzikiego Zachodu. Najwięcej jest jednak sportów wodnych, rejsów statkami, jest nawet rejs i objazd okolic wojskową amfibią. Tej amfibii nie mogliśmy sobie odmówić, więc po wykupieniu biletów ruszyliśmy w trasę. Siedziałem obok kierowcy, więc mogłem wszystko fotografować. Kierowcą amfibii była młodziutka kobieta, której czasami trudno było operować dźwignią zmiany biegów (taka toporna wojskowa), ale na ogół zupełnie nieźle dawała sobie radę. I tak najpierw po leśnych drogach, potem zjazd do wody, wodą przez jezioro i znowu na ląd. Dalej ponownie do rzeki i rzeką do jeziora i znów na ląd. Mnóstwo atrakcji.
Płynęliśmy także statkiem, który z rzeki wpływał w wąskie kanały jakby fiordy. Zatrzymywał się przy pomostach i specjalnymi podestami wśród skał zwiedzaliśmy wąwozy. Zawsze trasa kończyła sie jakimś barem, sklepem z pamiątkami, lodami, napojami. W Dells jest bardzo dużo lokali gastronomicznych, knajpek, restauracji i barów. Sklepy z pamiątkami, piwiarnie. Na ulicach pokazy cyrkowe i występy grup muzycznych. W niemieckiej piwiarni podają piwo w czterolitrowym szklanym bucie, zamówiliśmy je i nawet smakowało, ale w piciu pomogła mi Lidka.
Wieczorem powrót do domu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Koniec wakacji i powrót do pracy. Mój pobyt też się kończy. Pora wracać. Pożegnania są bardzo smutne i wzruszające. Cieszę się, że poznałem moje synowe. Bardzo miłe i gościnne. Poznałem także rodzeństwo moich synowych, braci i siostry oraz teściów Tomasza Teresę i Kazimierza Kowalczyków, którzy bardzo serdecznie przyjęli mnie w swoim domu i ugościli. Niczego mi nie brakowało i jeszcze obdarowany zostałem prezentami. Dziękuję im za ten pobyt!
Tomek z teściem odwieźli mnie na lotnisko. Po długim locie byłem już w domu.
Rafał z Korycina
P.S. W tym roku też lecę – zaraz po Zjeździe. Kupiłem już bilet i będę miesiąc.
Dodaj komentarz