Autor: mzwaw

  • Moje życie

    Rozpoczynamy cykl wspomnień o nas współczesnych. Zachęcam więc wszystkich członków Związku Rodu Żółtowskich do pisania o sobie – o nas tu i teraz. Dotychczas pisaliśmy głównie o naszych przodkach. Wielu rzeczy o nich nie wiemy. Nie zdążyli nam ich przekazać. Może uważali, że są mało istotne? Lub ze skromności nie ujawniali często ważnych epizodów z ich życia. Pisząc o sobie i swoich przodkach najlepiej pamiętamy przebieg naszego życia( prawie od urodzenia), a inni Żółtowscy dzięki temu dowiedzą się o sobie więcej. Nie bójmy się pisać o wszystkim, nawet o drobiazgach, o tym, co nam się udało w życiu i o tym, co nam nie wyszło. Piszmy prawdę, twórzmy historię.

    Kogut Pietuchin i Agresor

    Na świat przyszedłem 18 lipca 1951 roku. Matka moja Maria Żółtowska z domu Łęgowska urodziła mnie w Szpitalu Powiatowym w Aleksandrowie Kujawskim – podobnie jak rok wcześniej mego brata Michała Romualda. Rodzice mieszkali w Warszawie. Szpitale warszawskie w tym okresie nie przyjmowały kobiet do porodu, gdyż panowała epidemia groźnej choroby zakaźnej Heinego-Medina. W tym czasie nie było jeszcze szczepionki. W Aleksandrowie mieszkali rodzice mego ojca Albin i Aleksandra, a w pobliskim Ciechocinku matka, brat i siostra mojej matki. Babcia Łęgowska miała na imię Maria. Pierwsze dni życia spędziłem więc u babci Marii. Potem ojciec mój Romuald Henryk zabrał (wtedy już czteroosobową) rodzinę do Warszawy. A na razie jeździł nocą pociągiem z soboty na niedzielę, by zobaczyć się z żoną i synem Michałem w Ciechocinku. W końcu napisał list do Bieruta i po tygodniu otrzymał kawalerkę. Mieszkaliśmy na Woli przy ulicy Okopowej w nowo pobudowanych blokach. Tak więc czteroosobowa rodzina musiała mieszkać w małej kawalerce. Po roku ojciec mój otrzymał większe mieszkanie. Były to dwa pokoje z kuchnią, łazienką i przedpokojem. Prawdziwy luksus, choć z piecami kaflowymi, gdyż w tamtych latach nie budowano zbyt wiele domów z centralnym ogrzewaniem. I tak trafiliśmy z Woli na Ochotę na ulicę Siewierską. Niektóre epizody z tego okresu już pamiętam, zwłaszcza te, które wyraźnie wbiły się w moją młodą pamięć.

    Ojciec, magister inżynier budownictwa lądowego i mostowego, pracował w Ministerstwie Transportu Drogowego i Lotniczego. Miał ukończoną Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie i jako zdolny student z dobrymi wynikami został skierowany wraz kolegą do pracy w Ministerstwie.. Pracował tylko ojciec. Mama wychowywała dwóch chłopaków. Na pewno było ciężko. Żyli skromnie. Nie byliśmy nigdy głodni, ale spiżarnia moich rodziców nie obfitowała w szynki i kiełbasy, były one u dziadków, i to tylko na święta. Dziadek w Aleksandrowie miał możliwość hodowania dwóch świniaków, no bo jednego obowiązkowo musiał oddać do Państwa. Wiem, że na naszym stole głównie były dżemy, marmolady, miód, białe sery, jaja. A jeżeli było mięso, to w postaci wojskowych konserw. Pamiętam, jak ojciec otwierał te konserwy bagnetem niemieckim, gdyż nie można było kupić otwieracza. Nie mieliśmy podwórka, do zabawy służyło nam wybetonowane za blokiem miejsce i garaże dla samochodów. Z tego miejsca można było zajrzeć przez małe okienko do fabryczki bombek choinkowych, gdzie panie ręcznie je malowały. W 1954 roku tata kupił choinkę na święta. Kupił nam także sanki. Pewnie musiał długo oszczędzać, na te prezenty pod choinkę. Później dowiedziałem się, że dziadek Albin pomagał nam finansowo (choć ojciec podobno nigdy go o to nie prosił).

    Wiem, że kupił ojcu buty, które wtedy szewc robił na miarę i materiał na garnitur. Z tamtego okresu warszawskiego zapamiętałem podróż pociągiem. Wracaliśmy od dziadka Albina. Było już ciemno. Mnóstwo ludzi przed dworcem kolejowym (teraz wiem, że była to już nie istniejąca Warszawa Główna) oczekiwało na taksówkę. Ojciec wziął jakąś ciemną taksówkę, a ja chciałem jechać czerwoną i strasznie płakałem, że tata wziął inną.

    W 1955 roku ojciec mój na własną prośbę został przeniesiony z Ministerstwa do pracy w terenie. Chciał być drogowcem-fachowcem, a nie urzędnikiem za biurkiem. Jego ówczesny przełożony dyrektor Gordziałkiewicz nie chciał ojca puścić, ale w końcu się zgodził. To też wiem z opowiadań matki.

    Rodzice przenieśli się bliżej swoich stron do Lipna. Tę przeprowadzkę już pamiętam. Na podłodze w mieszkaniu na Siewierskiej było wiele słoików, książek, butów, ubrań. Wszystko wyjęte z szaf. Matka na kolanach pakowała do skrzynek cały nasz majątek. Byliśmy chyba niegrzeczni, bo na nas krzyczała. Tata pojechał do Lipna i wrócił samochodem ciężarowym po nas i po dobytek. Samochód był marki Magirus. W szoferce (tak się wtedy mówiło) była duża kanapa z czerwonej skóry, na której siedział szofer, Michaś mama i ja. Tatuś się nie zmieścił, więc jechał w skrzyni pod plandeką. Nie pamiętam, jaka to była pora roku, pamiętam tylko, że było już ciemno, kiedy dojechaliśmy do Lipna.

    Ojciec objął Rejon Eksploatacji Dróg Publicznych. Był kierownikiem tej jednostki, ponadto był jedynym inżynierem w mieście. Jego zastępcą był technik Sadowski. Okres mego dzieciństwa w Lipnie wspominam miło. Mieliśmy duże podwórko, po którym można było jeździć rowerem. Rower nie był nasz. Pożyczał nam go czasami kolega Tomek Marcinkiewicz, który mieszkał po drugiej stronie ulicy Włocławskiej i był synem pracownika Rejonu mechanika Marcinkiewicza. On synowi zrobił rower z części przedwojennych rowerów, które pozbierał gdzieś na złomowisku. Wyglądał dziwacznie: obdrapany, pordzewiały, ale jeździł. Lubiliśmy się z Tomkiem i wspólnie się bawiliśmy. W naszym lipnowskim życiu mieliśmy też własne rowery, ale trochę później. Najpierw ojciec sobie kupił rower o nazwie MIFA ze stosowną siatką do połowy tylnego koła, mieniącą się różnymi kolorami, z dynamem na prąd i lampą do jazdy w ciemności. Drugim rowerem była nowa młodzieżówka, którą oboje dostaliśmy od rodziców. Niebieski rower, niklowana kierownica, bagażnik, dynamo i lampa.

    Po prostu cud techniki. Pamiętam, że bardzo się cieszyliśmy. Byliśmy dumni, że mamy taki piękny rower. Służył nam długo aż z niego wyrośliśmy. Ojciec oddał go dzieciom znajomego drogomistrza ze Złotopola Bromirskiego, szczęśliwego ojca ośmiu córek i dziewiątego syna. Za zdrowie tego syna podobno cały powiat pił, gratulując Bromirskiemu, że mu się w końcu udało. Wracając do mechanika Marcinkiewicza, wspomnieć muszę, że był to ciekawy człowiek. Poprosił ojca o możliwość korzystania z narzędzi Rejonu po godzinach pracy. Ze zgromadzonych różnych części ze starych samochodów wyciął z blachy karoserię i takim „kabrioletem” zmontowanym zabrał nas na pierwszą przejażdżkę. Nie był malowany, widać było pospawane blachy. Milicja krzywo patrzyła na tę „samoróbkę”. Po tym już nie widziałem, żeby jeździł. Ale tytuł zdolnego konstruktora zdobył wśród załogi Rejonu i innych ludzi w mieście. Chciał koniecznie być przygotowany merytorycznie do konstrukcji następnych pojazdów. Sam zaczął zgłębiać wyższą matematykę, a przecież nie miał nawet przygotowania średniego. Przychodził więc do naszego ojca, by ten tłumaczył mu matematykę. Nie mógł jednak zrozumieć całek, różniczek czy logarytmów, aż popadł w psychiczny dołek. Musiał korzystać z porady lekarza, a ojciec kategorycznie zabronił mu dalszego samokształcenia. Potem mu przeszło Na podwórku ojciec postawił drewnianą szopę na opał do pieców i kuchni węglowej, a także jako kurnik dla drobiu. Mama trzymała kury i jednego koguta, który zawsze rano pięknie piał. Dzisiaj, gdy na wsi usłyszę pianie koguta, to ciepło robi mi się na duszy. Współczesne miasto nie zna muzyki wiejskiej zagrody: kwękania kaczek, gęgania gęsi, piania koguta czy klekotu bociana. Wszystko to plus ćwierkanie wróbli daje taką sielską, niespotykaną, magiczną wręcz atmosferę. Kogut zwał się Pietuchin. Po trzech latach stał się groźny bo zaczął atakować dzieci. Po stracie głowy na pieńku i gotowaniu przez trzy dni, wciąż był twardy i łykowaty. Zdaje mi się, że zrobiono z niego pasztet. Pietuchin przewodził stadzie kilkunastu kur i małych kurczaków. Pewnej nocy znaleźliśmy kilka poduszonych kurczaków. Następnej nocy ojciec złapał tchórza. Był bardzo duży. Tuż przy szopce było wejście do ziemianki (małego bunkra), gdzie był węgiel i półki na zimowe przetwory. Bunkier obsypany był ziemią i dookoła porośnięty pięknymi fioletowymi bzami. W zasadzie był mało widoczny. Czasami zabawy nasze przenosiły się na ten bunkier po sforsowaniu ściany od strony ogrodu. Nasiona przekwitniętych bzów całą zimę służyły za pożywienie dla głodnych i zmarzniętych ptaków. Na podwórku była też buda dla psa. Dziadek Albin dał ojcu szczeniaka, którego wcześniej sam nazwał Agresorem. Zresztą u dziadka każdy pies zwał się Agresor. A było ich kilka i zwykle były to małe psy. A jak się trafił duży, zwał się Morus. Nazwa Agresor pochodziła stąd, że w radiu (w którym można było usłyszeć, „jedynie słuszne” wiadomości) stale mówiono o amerykańskich agresorach w Korei. Wtedy trwał konflikt koreański i według lektorów radiowych owi agresorzy to byli Amerykanie.

    Pies żył do końca naszego pobytu w Lipnie. Przebył groźną chorobę nosaciznę i był trochę głuchy oraz ślepy. Był łazęgą, chodził po całym Lipnie. Nie był agresywny, a wszyscy w mieście wiedzieli, że to pies pana inżyniera. Jak był głodny, wracał do domu. Ta głuchota i ślepota spowodowała, że zginął tragicznie pod kołami ciężarówki podczas codziennego patrolu po mieście. Oprócz wspomnianego podwórka mieliśmy także piękny sad i ogród. W sadzie były duże jabłonie, na które wchodziliśmy, to była dla nas wielka frajda. W pamiątkach rodzinnych jest zdjęcie, na którym widać, jak siedzę na jabłonce i mam ze sobą Agresora, co zapewne mu się nie podobało, lecz uwiecznione zostało.

    Mieliśmy własne ziemniaki. Wtedy bardziej popularna nazwa to kartofle. Pomagałem z bratem je sadzić. Ciągnęliśmy zrobiony przez ojca znacznik a on w zaznaczonych miejscach sadził ziemniaki. Najpierw przygotowywał sadzeniaki, tnąc na pół i zostawiając po dwa, trzy oczka, by mieć więcej materiału do sadzenia. Mama miała ogród warzywny. Podkradaliśmy jej młode marchewki, tak prosto z ziemi do buzi. Nie chorowaliśmy. Zresztą mama w nas inwestowała. Kiedy pojawiły się pierwsze witaminy dla dzieci, kupowała je dla nas. Witamina C nie była powlekana jak dzisiaj, była bardzo kwaśna. Kupowała nam także pierwszy złożony preparat witaminowy o nazwie „Owowitina”, jego dobry smak pamiętam do dziś. W Internecie jest krótka wzmianka o tym preparacie. Ale dziś to już historia. Do ogrodu wchodziło się od podwórka alejką wśród bzów bądź z dużego pokoju po otwarciu drzwi na obszerny taras. Z boku tarasu był też mały ogródek, gdzie ojciec co roku wytyczał olbrzymi klomb kwiatowy, a w rogu pod bzami co roku późną zimą kwitły przebiśniegi.

    Rafał Żółtowski

    Ciąg dalszy wkrótce!

  • Genealogia


    Zapisy historyczne i ród Żółtowskich

    Chciałbym przedstawić kilka zagadnień dotyczących genealogii oraz związaną z nią terminologią i tematami dotyczącymi powiązań osób pochodzących z tego samego rodu. Jestem pewny, że znaczną część członków Związku Rodu ten temat może zainteresować, ponieważ jako Związek Rodu mamy na celu rozsławienie naszego Rodu, jego historii, naszych przodków. Do tego potrzebne są materiały źródłowe, publikacje, które oparte będą na badaniach genealogicznych. Dzięki historykom, genealogom i heraldykom, m.in. słynnemu genealogowi Żychlińskiemu, który opublikował drzewo genealogiczne Rodu Żółtowskich (szczególnie opisując odnogę wielkopolską naszego rodu a o odnodze głównej mazowieckiej tylko wspomniał nielicznymi zapisami ważniejszych postaci z dziejów historii od XIV aż do XIX wieku) w Złotej Księdze Szlachty Polskiej, możemy dowiedzieć się, kim byli nasi antenaci. Wielki dorobek wnieśli nasi kuzyni. Ród nasz zawdzięcza dużo Franciszkowi Ogończyk Żółtowskiemu, Janowi Żółtowskiemu z Czacza, Józefowi Żółtowskiemu z Kocka, Michałowi Żółtowskiemu z Łodzi, Michałowi Żółtowskiemu z Lasek. Ich publikacje dotyczące Rodu są bardzo cenne dla potomnych.

    Zainteresowania Franciszka Ogończyk Żółtowskiego i Michała Żółtowskiego z Łodzi oprócz szeroko rozumianego rodu skupiły się szczególnie na naszych rodzinach, głównie z odnogi mazowieckiej. Historyków interesują dane o pochodzeniu, historii wzajemnych relacjach i losach członków rodziny każdego z nas i całego Rodu Żółtowskich. Tak więc, historycy, genealodzy i heraldycy, tacy, jak: Adam Boniecki, Aleksander Łakier, Benedykt Chmielowski, Jan Długosz, Sławomir Górzyński, Adam Heymowski, Szymon Konarski, Kasper Niesiecki, Szymon Okolski, Juliusz Karol Ostrowski, Bartosz Paprocki, Władysław Semkowicz, Seweryn Uruski, Andrzej Brzezina Winiarski, Wojciech Wielądko, Alfred Znamierowski, zainteresowani byli też naszym całym Rodem. Tymi właśnie zagadnieniami, czyli badaniem powiązań rodzinnych, zajmuje się genealogia, jedna z nauk pomocniczych historii.

    Wszelkie badania genealogiczne prowadzi się na podstawie metryk i zapisanych faktów genealogicznych. Genealog sporządza tablice genealogiczne, lub drzewo genealogiczne. W nich ukazuje relacje między członkami rodziny czy rodu. Powstają publikacje w postaci książek. Przykładem takich dzieł jest: „Monografia Rodu Żółtowskich” Franciszka Ogończyk – Żółtowskiego, „Rodzina Żółtowskich w ciągu stulecia” Jana hr. Żółtowskiego z Czacza i Józefa hr. Żółtowskiego z Kocka czy „Genealogia Rodu Żółtowskich” Michała Żółtowskiego z Łodzi.

    W naszym Związku Rodu takim genealogiem – hobbystą i fascynatem był Michał z Łodzi, zwany potocznie „Małym Michałem”. Według mnie i wielu osób, z którymi rozmawiałem, powinno się go nazywać Michałem „Wielkim”, gdyż stworzył wielkie dzieło, dzieło, dzięki któremu wielu Żółtowskich może powiązać losy swoich rodzin z innymi Żółtowskimi. To właśnie dzięki Michałowi „Wielkiemu” z Łodzi zawdzięczamy powstanie „Genealogii…”, a efektem tego wielu Żółtowskich zna swoje korzenie, zna korzenie swojego rodu.

    A co to jest ród ?

    Ród to grupa społeczna oparta na wspólnocie krwi, obejmująca rodziny wywodzące swe pochodzenie od wspólnego przodka. W kulturze polskiej mamy do czynienia z pochodzeniem ojcowskim i związanym z tym dziedziczeniem nazwiska, dóbr, pochodzenia społecznego po ojcu. Ród jest pojęciem szerszym niż rodzina. Na ród może składać się nawet kilkaset rodzin pochodzących od wspólnego przodka. Ród posługuje się wspólnym herbem oraz jego nazwą tzw. proklamą herbu rodowego.

    Oprócz rodu właściwego wyróżniamy też ród heraldyczny, czyli ród składający się nawet z kilkuset rodów właściwych bądź rodzin, często spokrewnionych jak też nie będących ze sobą spokrewnionymi, a posiadających wspólny herb.

    Do naszego rodu heraldycznego należą m.in. Działyńscy, Kościeleccy, Kościelscy, Ogonowscy, Skarbkowie, Jankowscy, Powałowie, Ogonowie, gdyż są tego samego herbu co i my Żółtowscy. Fakt posiadania wspólnego herbu Ogończyk, zwanego też Powała, Pogończyk czy Ogon może wskazywać na pochodzenie od wspólnego przodka Wojsława Powały herbu Ogończyk – komesa wrocławskiego i piastuna Księcia Bolesława Krzywoustego, syna Władysława Hermana, który był protoplastą zarówno rodu Ogonów, jak i Powałów.

    Herb wskazuje, że jesteśmy potomkami rycerzy z rodu Ogonów herbu Ogończyk, którzy byli wojewodami i kasztelanami łęczyckimi, dobrzyńskimi, kujawskimi w XIII, XIV wieku. Z nich właśnie pochodził nasz protoplasta szlachetny Piotr Ogon z Żółtowa.

    Mając wspólny herb, wspólne nazwisko i to samo pochodzenie szlacheckie od wspólnego przodka Piotra Ogona z Żółtowa zapisanego w Kronice mazowieckiej w 1424 r. Piotr Ogon z Żółtowa herbu Ogończyk oprócz tego, że był protoplastą rodu Żółtowskich prawdopodobnie jest także protoplastą rodu Skarbków herbu Ogończyk i Jankowskich herbu Ogończyk. Fakt ten można wywodzić z tego że wnukami Piotra Ogona z Żółtowa byli Stanisław z Żółtowa, który dalej poprowadził ród Żółtowskich; Dobiesław, który osiadł na Jankowicach; Skarbek, który poprowadził ród Skarbków herbu Ogończyk i Świętosław, o którym nie wiadomo, czy pozostawił potomstwo. O tych postaciach wspomina ś.p. Michał Żółtowski z Łodzi na wstępie swojego dzieła Genealogia Rodu Żółtowskich.

    Osoby noszące to samo nazwisko i posiadające to samo pochodzenie społeczne łączą więzi rodzinne, czyli relacje, stosunki, związki krwi, rodzinne, genealogiczne. Źródłem więzów krwi jest pochodzenie zstępnych, czyli dzieci od ich rodziców, tzw. wstępnych. Rodzinę tworzą osoby związane związkiem małżeńskim kobiety i mężczyzny w celu posiadania potomstwa.

    Rodzina może być mała, jednopokoleniowa złożona z rodziców wychowujących wspólne dzieci. Może być rodzina wielopokoleniowa, uzupełniona o innych krewnych żyjących we wspólnym gospodarstwie domowym, czyli dziadkowie, wnuki, jak i rodzina wielka, złożona z ogółu jej członków związanych pokrewieństwem lub szerzej także powinowactwem. Rodziną olbrzymią (nazwijmy ją megarodziną) w szerokim tego słowa znaczeniu jest ród. Taką wielką w szerokim znaczeniu rodziną jest Ród Żółtowskich. Związek Rodu Żółtowskich jest więc Związkiem wielu rodzin noszących to samo nazwisko i spokrewnionych ze sobą w bliższym bądź dalszym stopniu.

    W rodzinie mamy do czynienia odpowiednio z pokrewieństwem zachodzącym między osobami posiadającymi co najmniej jednego wspólnego przodka oraz powinowactwem zachodzącym pomiędzy krewnymi jednego małżonka a drugim małżonkiem.

    Pokrewieństwo i powinowactwo oblicza się w stopniach i liniach.

    Rozróżnia się linię i stopień powinowactwa, które określa się według linii i stopnia pokrewieństwa:

    • I stopień powinowactwa w linii prostej to teść i teściowa, czyli rodzice współmałżonka,
    • II stopień powinowactwa w linii bocznej, to np. szwagier, czyli brat współmałżonka albo męża siostry, szwagierka , czyli siostra współmałżonka; bratowa – żonę brata.

    Powinowactwo zachodzi jedynie między małżonkiem a krewnymi drugiego małżonka.

    Wszelkie powiązania pokazuje drzewo genealogiczne, czyli tablica przodków, potomków i pokrewieństwa między nimi. Przedstawia ono protoplastę, którego oznacza się jako korzenie tego drzewa, a potomków jako pień, gałęzie i listki. Żółtowscy jako korzenie mogą umieścić postać rycerza Piotra Ogona z Żółtowa, wychowawcę synów księcia mazowieckiego Ziemowita IV. Następnie wyrasta z nich pień drzewa wspólny dla obydwu odnóg, który rozdwaja się na dwie odnogi drzewa genealogicznego – odnogę główną mazowiecką i odnogę boczną wielkopolską rodu Żółtowskich.

    W drzewie genealogicznym wyróżniamy linię prostą, na której widnieją członkowie z różnych pokoleń, występują oni w relacji filiacji, czyli przedstawieni są jako przodek, pradziadek, dziadek, ojciec, syn, wnuk. Na drzewie widnieją również krewni z linii bocznych. Pochodzą oni od wspólnego przodka, lecz bez relacji filiacji, czyli stryj, ciocia, bratanek, wnuk brata, wnuki braci dziadka.

    Posiadając własne rozrysowane drzewo genealogiczne, Żółtowscy będą mogli bez trudu określić swój stopień pokrewieństwa. Oznacza on odległość genealogiczną między dwiema spokrewnionymi osobami. W linii prostej stopień ten liczony jest w systemie liczba pokoleń minus 1. Przykładem może być: dziadek i wnuk, są to krewni drugiego stopnia.   W linii bocznej stopień pokrewieństwa liczony jest: ojciec a dziecko oraz rodzeństwo to krewni pierwszego stopnia, siostry cioteczne to pokrewieństwo trzeciego stopnia, wnuk siostrzeńca, to pokrewieństwo czwartego stopnia, prapradziadek – także czwartego, natomiast jego siostra – to krewna piątego stopnia.

    Wacław Żółtowski z Łodzi już od dawna ma zamiar dokończyć dzieło swojego syna ś.p. Michała. Pragnie on opublikować drzewo genealogiczne wszystkich Żółtowskich w formie suplementu do Genealogii Rodu Żółtowskich.

    Drodzy krewni i kuzyni, pomóżmy Wacławowi z Łodzi. Ci, którzy nie przysłali jeszcze danych o swoich przodkach (czy to w wersji drzewa genealogicznego, czy tablic, czy tylko zapisów), przysyłajcie informacje o swoich rodzinach, jej historii, życiorysy członków rodziny, opisane w kontekście historycznym, na którą składają się informacje na temat pochodzenia społecznego, wykształcenia, dóbr ziemskich przodków, migracji, służby wojskowej, podając imiona rodziców oraz dzieci, nazwisko panieńskie matki, daty urodzin, ślubów oraz śmierci, imiona i nazwiska małżonków dzieci oraz dziadków.

    Może dzieło Michała „Wielkiego” z Łodzi będzie ukończone.

    Stefan Żółtowski

  • Podziękowanie

    Serdecznie dziękujemy Andrzejowi Mieczysławowi z Warszawy, za ogromną pomoc w udzielaniu informacji osobom zwracającym się do Zarządu w kwestiach genealogii, ustalaniu pokrewieństwa, oraz innych trudnych pytań związanych z Żółtowskimi. Odpowiedzi na te pytania wymagają wiedzy, cierpliwości i czasu. Andrzej Mieczysław nigdy nie odmawia pomocy i w miarę możliwości odpowiada na listy, za co jesteśmy Mu niezmiernie wdzięczni. Zarząd Związku

  • Nasz ród to elitarna rodzina, to nasza duma

    W tym roku na zjazd w Ciechocinku przyjechało sporo osób. Ale nie zawsze tak jest. Czasem, gdy frekwencja jest mniejsza, martwimy się o istnienie naszego Związku. Często podnoszona jest sprawa zbyt dużych kosztów pobytu na zjeździe. Bywały zjazdy tańsze, w ośrodkach o niższym standardzie, jednak i wówczas znaleźli się malkontenci. Wyszukanie miejsca na spotkanie, które zadowoliłoby wszystkich uczestników, nie jest łatwym zadaniem dla Zarządu. Myślę jednak, że osoby, które naprawdę się interesują corocznymi spotkaniami, chętnie będą się spotykać się z kuzynami, niezależnie od wszystkiego.

    Od nas także zależy, jaki będzie poziom tych spotkań, bo to my tworzymy przyjazną, serdeczną atmosferę. Bardzo ważne jest, czym dla nas jest przynależność do Związku. Jak się w nim czujemy, jaki poziom kulturalny i moralny prezentujemy wewnątrz i na zewnątrz.

    Różnimy się – i to nic złego – ale zawsze musimy pamiętać, by nasze dyskusje, rozmowy, spory były na odpowiednim poziomie. Wielu z nas jest zwolennikami tradycji, przeszłości szlacheckiej czy ziemiańskiej. To piękne, uszanujmy to!

    Z pewnym niepokojem obserwuję u ludzi, zwłaszcza młodych, brak poszanowania dla wartości moralnych. Świat zachwyca się byle czym. Łatwo oszukać ludzi i wmówić im, że to, co nowe, jest wspaniałe, a to, co było, czyli nasze i naszych przodków życie, się nie liczy!

    Nasz Związek zrzesza ludzi, którzy kultywują dobre obyczaje. Trzeba sobie zadać trochę trudu, aby dostać się do Związku. To nie jest miejsce dla każdego. Miejsca elitarne charakteryzują się tym, że dotarcie do nich nie jest łatwe.

    Między członkami Związku nawiązują się wspaniałe znajomości i przyjaźnie, pomagamy sobie w trudnych chwilach, jeździmy na wycieczki, by poznawać ciekawe, nowe miejsca. Najlepszą naszą promocją są media lokalne i ogólnopolskie, a także my sami w swoich bliskich rodzinach.

    Na zjazdy przyjeżdżają osoby z całej Polski, a także ze Szwajcarii, Niemiec i USA. Atrakcyjność naszego Związku niech służy przyciąganiu ludzi młodych, bo bycie w tak dużej wspólnej elitarnej rodzinie jest dumą i może być fantastyczną przygodą.

    Atrakcją Zjazdów są uroczyste kolacje piątkowe. Osoby, które mają zbyt mało czasu, mogą przyjechać do nas chociażby tylko na tę wieczerzę. Spotkania przy wspólnym stole odbudowują więzi międzyludzkie i odnawiają odchodzącą w zapomnienie staropolską sztukę biesiadowania. Jest obfite jedzenie, wino i tańce prawie jak za dawnych sarmackich czasów, ale tutaj każdy płaci za siebie. Tak więc, należenie do tak elitarnej rodziny Związku Rodu Żółtowskich jest swoistą nobilitacją.

    Integracyjne spotkania przy ognisku z pieczeniem kiełbasek, śpiewem i rozmowami do późnych godzin nocnych też jest wspaniałą formą bycia razem. W Związku wszyscy jesteśmy po imieniu, młodsi zaś zwracają się do starszych: kuzynie lub po prostu ciociu, wujku.

    Msza święta za Żółtowskich po mieczu i kądzieli jest perełką naszych spotkań i dużym przeżyciem duchowym. Modlimy się za zmarłych założycieli Związku: Zbigniewa ze Skierniewic i Michała z Łodzi oraz za naszego zmarłego w 2011 roku Michała z Lasek, a także wszystkich zmarłych z naszych rodzin.

    Modlimy się za pokój na świecie, za dzieci i młodzież z naszych rodzin, by zdobyły wykształcenie by swoją pracą i odpowiedzialnością przynosiły chlubę rodzinie i społeczeństwu.

    Bądźmy dumni, że mamy tak liczną, wspierającą się rodzinę. Zacytuję za Janem Żółtowskim: „trwajmy więc w starych utwierdzonych tradycjach, nie dajmy im zniknąć ani wypaczyć, ale uzupełniajmy je stale przez coraz nowy i coraz cenniejszy dorobek”.

    Elżbieta z Kutna

  • Ułan wielkopolski

    Fragment książki „Ludzie dobrzy jak chleb”, wydanej w Krakowie w 2010 r.

    Michał Żółtowski (1915-2009)

    Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    Podarował Fundacji swoje prawa do majątku ziemskiego Drzewce koło Leszna, który przypadł mu w spadku po rodzicach. Pomimo braku ustawy reprywatyzacyjnej uzyskał częściową finansową rekompensatę, którą w całości przekazał na rozbudowę Schroniska dla Niepełnosprawnych w podkrakowskich Radwanowicach.

    Urodził się 21 maja 1915 roku w Lozannie w Szwajcarii. Wywodził się z rodziny o wielowiekowej tradycji rycerskiej. Jego pradziad Marceli Żółtowski za męstwo w bitwie pod Olszynką Grochowską w 1831 r. został odznaczony Virtuti Militari. Był piątym z jedenaściorga dzieci Ludwiki z domu Rawicz-Ostrowskiej i hr. Jana Żółtowskiego herbu Ogończyk, arystokraty i patrioty, który jako członek Polskiego Komitetu Narodowego podpisywał w imieniu odradzającej się Polski traktat wersalski.

    Młody Michał, przygotowywany od dziecka do kariery politycznej, wychował się w majątku ziemskim Czacz w Wielkopolsce. Początkowe nauki pobierał w domu. Już wtedy płynnie posługiwał się językiem niemieckim i francuskim. Ukończył prawo na Uniwersytecie Lwowskim im. Jana Kazimierza, następnie Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii. 24 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany z przydziałem do Ośrodka Zapasowego 15. Pułku Ułanów Poznańskich w Kraśniku. W czasie wojny walczył jako podchorąży, przechodząc cały szlak bojowy. Dostał się do niewoli radzieckiej, do obozu jenieckiego w Wołoczyskach, z którego udało mu się zbiec, dzięki czemu nie zginął w Katyniu jak wielu jego kolegów. 1 stycznia 1943 roku został zaprzysiężony w Armii Krajowej i przyjął pseudonim „Butrym”. Jego dowódcą był ormiański ziemianin, Leon Krzeczunowicz ps. „Roland” – dowódca plutonu ochrony sztabu Dowództwa Okręgu Kraków AK. Głównym zadaniem Michała Żółtowskiego było szkolenie podchorążych, pełnił również funkcję gońca, przechowywał materiały wybuchowe, broń, materiały opatrunkowe. Podczas Akcji „Burza” brał udział w działaniach zbrojnych w zwiadzie konnym przy sztabie płk. Edwarda Godlewskiego „Gardy”. W czasie wojny zginęło dwóch jego braci, jeden poległ w obronie Warszawy, drugi jako żołnierz Armii Krajowej w Puszczy Kampinoskiej. Działalność konspiracyjną Michał zakończył w styczniu 1945 roku.

    Po wojnie wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. Studiował teologię na jednym roku z późniejszymi kardynałami Franciszkiem Macharskim i Andrzejem Deskurem. Jednak nasilające się bólów głowy i choroby oczu zmusiły go do rezygnacji z nauki. Pracował w gospodarstwie rolnym pod Olsztynem oraz w Towarzystwie Salezjańskim we Fromborku. W 1950 roku podjął pracę jako nauczyciel i wychowawca w Zakładzie dla Niewidomych w podwarszawskich Laskach założonym przez Różę Czacką, późniejszą siostrę Elżbietę. Tam osiadł na stałe, oddając temu dziełu wszystkie siły. Prowadził zajęcia z robót ręcznych, nadzorował różne warsztaty, m.in. metalowy, drzewny, dziewiarski, szczotkarski i montażowy. Niewidomym poświęcał cały swój czas. Pisał o swoich doświadczeniach i o problemach osób niepełnosprawnych w wielu artykułach, zamieszczanych przeważnie w publikacjach fachowych. Kilkakrotnie brał udział w międzynarodowych kongresach poświęconych niewidomym. Był zastępcą dyrektora w szkole podstawowej oraz założycielem i prezesem tamtejszej Ochotniczej Straży Pożarnej.

    Było w nim niewiele z ułana, trochę więcej z prawnika, a najwięcej z humanisty. Po przejściu na emeryturę opracowywał biografie osób zasłużonych dla Kościoła i ojczyzny. Napisał kilka książek, a dwie najważniejsze poświęcił ludziom z Lasek: Matce Czackiej i Henrykowi Ruszczycowi. Wydał pionierską pracę pt. Tarcza Rolanda ukazującą dzieje paramilitarnej organizacji polskich ziemian „Uprawa” – „Tarcza” oraz dzieje jej współtwórcy, wspomnianego Leona Krzeczunowicza, który zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym Dora. Był również zaangażowany w działalność Związku Rodu Żółtowskich.

    Michała poznałem, gdy jako dziecko przyjeżdżałem do Lasek do swojej cioci, siostry Miriam Isakowicz. Był człowiekiem bardzo skromnym i życzliwym, nieprzywiązującym żadnej wagi do rzeczy materialnych. Arystokrata ducha. Bliżej zaprzyjaźniłem się z nim w latach dziewięćdziesiątych, gdy powstawała Fundacji im. Brata Alberta. Zabrał mnie ze sobą do majątku ziemskiego Drzewce koło Leszna, który przypadł mu w spadku po rodzicach, a w którym wówczas był PGR. Swoje prawa do tego majątku, liczącego 350 hektarów, podarował tworzącej się Fundacji. Pomimo braku ustawy reprywatyzacyjnej uzyskał częściową finansową rekompensatę, którą w całości przekazał na rozbudowę Schroniska w Radwanowicach. Nie zabiegał o odznaczenia, ale z pokorą przyjął wręczony mu 21 lutego 2000 roku Medal św. Brata Alberta oraz nadany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Dziękując za to ostatnie odznaczenie, Michał Żółtowski powiedział: „Na ręce Pana Ministra składam gorące podziękowanie Panu Prezydentowi, dziękuję moim Wspaniałym Rodzicom, którzy nauczyli mnie miłości Ojczyzny, dziękuję środowisku Lasek, które nauczyło mnie serdecznego stosunku do drugiego człowieka, a w tym miłości do niewidomych.”

    Przez ostatnie lata mieszkał w „szpitaliku” w Laskach, gdzie miał swój osobny pokój, zawalony książkami i notatkami. Codziennie uczestniczył we mszy świętej. Zmarł 22 grudnia 2009 roku. W nekrologu jego przyjaciele napisali: „Nie zwracał uwagi na swoje choroby i cierpienia, skory do wysłuchania i pomocy innym, miał zaufanie dzieci, w pełnym w porozumieniu z nimi”. Jego pogrzeb zgromadził tłumy. Nabożeństwo poprowadzili kard. Franciszek Macharski oraz biskup-senior Bronisław Dembowski z Włocławka. Ciało Michała spoczęło na urokliwym cmentarzu leśnym w Laskach – obok założycieli, pracowników i wychowanków Zakładu dla Niewidomych.

  • Sztuka świętowania

    Święta – zapach choinki, piernika i pierogów, atmosfera czułości i radości, cała rodzina przy jednym stole nakrytym białym obrusem, wspólne kolędowanie, rozpakowywanie prezentów oraz chwila zadumy i wytchnienia.

    Takie święta chcielibyśmy mieć. Ala ta świąteczna atmosfera zwłaszcza dla kobiet, to wielodniowe przygotowania, gorączka zakupów, generalne porządki, często stres i napięcia w rodzinie. Dlaczego tak jest, skoro zależy nam, by było uroczyście i przyjemnie. Czy możliwe jest osiągnięcie atmosfery zadowolenia i jednocześnie zadośćuczynienia tradycji? Warto spróbować. Zastanówmy się z naszą rodziną co dla nich jest naprawdę istotne, ważne jest to by własnej wizji udanych świąt nie narzucać innym domownikom. Dobrze byłoby, aby w przygotowaniach do świąt uczestniczyli wszyscy domownicy i aby nikt nie był obarczony nadmiarem pracy. Zaplanujmy więc wcześniej obowiązki i zastanówmy się, czy na pewno zależy nam, by udowodnić całemu światu, że jesteśmy niezastąpione i perfekcyjne.

    Zamiast generalnych porządków zaplanujmy wspólny spacer, urządźmy rodzinne pieczenie i dekorowanie stołu. Zadbajmy o oprawę i klimat. Postaramy się o prawdziwe, pachnące sianko pod obrus, poprośmy babcię o przepis na dawno nie przygotowywaną potrawę, wspólnie zaśpiewajmy kolędy.

    Nie pozwólmy by zakalec w cieście czy plama na obrusie przysłoniły nam radość tych dni. Uwierzmy, że o wartości świąt nie świadczy zastawiony suto stół, ale poczucie, że ma się wokół siebie najbliższych, z którymi przełamując się opłatkiem, dzielimy ten świąteczny czas.

    Bożena Lipińska

  • „Oczko”

    Tak mi się właśnie skojarzyło z popularną grą w karty, ponieważ spotkaliśmy się już po raz dwudziesty pierwszy.

    Tym razem na Kujawach – w Ciechocinku. Jak zapewne wszyscy wiemy jest to najpiękniejsze i najważniejsze uzdrowisko nizinne w Polsce.

    Pamiętamy przebój Danuty Rinn. Jak to było? „Na deptaku w Ciechocinku od lat płynie woda, ludzie, życie i czas…” I tak właśnie już półtora wieku leniwie płynie ciechocińskie życie, skupiające się wokół głównych, wyznaczających miejsce spotkań stałych elementów miasteczka – solankowa fontanna „Grzyb”, trzy największe w Europie drewniane tężnie, oraz park zdrojowy, w którym podziwiać można liczne rośliny z całego niemal świata i przepiękne dywany kwiatowe. Wiosną tego roku doszedł jeszcze jeden ważny element – deptak spacerowy wysadzany po obu stronach tysiącem różnokolorowych kwiatów, tworzących barwne kompozycje, prowadzący do nowej fontanny, której szum łagodzi skołatane nerwy i uspokaja kuracjuszy przybywających z całej Polski i ze świata.

    W tym urokliwym miejscu zostało wyznaczone kolejne doroczne spotkanie Związku Rodu Żółtowskich.

    Zamieszkaliśmy w hotelu „Pałac Targon”, który związany jest z historią ciechocińskiego uzdrowiska – położony w samym centrum kurortu, dawniej zwany „Łazienki II”. Pełnił funkcję jednego z pierwszych sanatoriów i zakładu zapewniającego wszelkie niezbędne zabiegi lecznicze dla kuracjuszy.

    Duża grupa uczestników zjazdu zameldowała się już w środę po południu. Następnego dnia w godzinach przedpołudniowych przybywają kolejni uczestnicy naszego rodzinnego spotkania. Co chwilę odbywa się ceremoniał powitania kolejnych, dojeżdżających z różnych stron Polski Żółtowskich. Czwartek rozpoczynamy, tradycyjnie od mszy i procesji Bożego Ciała. Kościół jest bardzo blisko hotelu, pogoda dopisuje, więc spacerkiem, przepięknie ukwieconym deptakiem zdążamy do świątyni.

    Do obiadu zasiadają już niemal wszyscy uczestnicy zjazdu. Niektórzy przybywają tylko na ważne zjazdowe chwile, szczególni ci, którzy mieszkają w pobliżu Ciechocinka.

    Czwartkowe spotkanie zarezerwowane jest na zebranie ogólne członków związku oraz wszystkich przybyłych gości i sympatyków naszego stowarzyszenia.

    W tym roku zebranie miało charakter szczególny. Był to zjazd sprawozdawczo-wyborczy. Ustępujący prezes Rafał podsumowuje ostatnie cztery lata działalności zarządu, uzyskuje akceptację, absolutorium i gorącą owację na stojąco zebranych uczestników zjazdu.

    Prezes Rafał ustępuje ze swojej funkcji, gdyż zgodnie z regulaminem nie może dłużej piastować tego stanowiska. Wybory nowego zarządu budzą wiele emocji. Zmniejszona zostaje, drogą głosowania liczba członków zarządu – od teraz będzie to dziewięć osób.

    Po głosowaniu odczytani zostają zwycięzcy nowego zarządu. Prezesem zostaje Mariusz ze Sztumu. Wszyscy gratulują mu wyboru na tę zaszczytną funkcję.

    Dawnym zwyczajem przedstawiają się nowi uczestnicy zjazdu. Władysław przybył z miasta Kopernika – Torunia z liczną ekipą Żółtowskich. Przedstawiają się Henryk z synem Markiem i synową Beatą. Po raz pierwszy na zjeździe jest wnuczka Janeczki z Wrocławia – Ania i wnuczka Kici ze Szczęsnego – Kasia.

    Osoby które z różnych powodów nie mogły przyjechać na zjazd w Ciechocinku przesłały dla uczestników pozdrowienia.

    Aneta z Warszawy z mężem Mariuszem, zostali rodzicami Zuzi, która urodziła się 29 maja. Do pozdrowień dołączyła się mama Marzena. Życzyli uczestnikom, radosnych chwil spędzonych, jak co roku w rodzinnej atmosferze.

    Pozdrowienia nadeszły od Ani Laskus, Romka i Tomka z USA oraz Oli z Aten.

    Basia ze Skierniewic za pośrednictwem prezesa Rafała przesłała pozdrowienia wszystkim uczestnikom, życząc dużo zdrowia i wielu owocnych spotkań. Nowo wybranemu prezesowi przekazała gratulacje.

    Również Krystyna z Bronkiem z Niemiec oraz Malwina z Londynu przesłali serdeczne pozdrowienia.

    Zebranie dobiega końca. Jeszcze tylko informuję wszystkich o piątkowej wycieczce. Jako organizator zachęcam do wyjazdu i obejrzenia Bydgoszczy. Jak każde przedsięwzięcie ten pomysł zyskuje zarówno zwolenników jak i przeciwników.

    Późne popołudnie czwartkowe i wieczór to czas na spotkania, rozmowy, spokojne wypicie kawy, czy zjedzenie lodów – uwielbiam kawiarnię w Ciechocinku, która serwuje najlepsze, moim zdaniem, desery lodowe.

    Piątkowy ranek, pełen gorączkowych przygotowań do wyjazdu. Jeszcze kilka osób decyduje się, wziąć udział w wycieczce pod warunkiem, że zdążymy wrócić przed rozpoczęciem uroczystego otwarcia Euro 2012 i transmisją meczu otwarcia Polska – Grecja.

    Obiecałam solennie, dopilnować tego.

    Rodzeństwo Krysia i Jurek z Mszczonowa, którzy przyjechali na zjazd rano, przesiadują się niemal natychmiast z samochodu do autokaru wycieczkowego.

    Jedziemy przez Toruń, mijamy miejscowość Przysiek. To tutaj właśnie rozpoczęła się ostatnia droga księdza Jerzego Popiełuszki od porwania i śmierci w nurtach Wisły na tamie we Włocławku. Tuż przed Bydgoszczą, na przedmieściach miasta będącego stolicą województwa kujawsko-pomorskiego znajduje się Ostromecko, znane głównie z produkcji wód mineralnych. Eksploatację źródeł rozpoczęto w 1894 roku.

    Docieramy do okazałego zespołu pałacowo-parkowego. Składają się nań dwa pałace i ponad stuletni park. Starszy, rokokowy pałac należał do kasztelana płockiego Bogdana Mostowskiego. Do tej samej rodziny należał też znany warszawski pałac, będący siedzibą komendy głównej policji. Skojarzyło mi się to, kiedy zobaczyłam na zwieńczeniu pałacu charakterystyczną dla obu budowli sylwetką ptaka z rozpostartymi skrzydłami. Z opowieści przewodnika pana Wojciecha Sobolewskiego wynikało, że z powodu zadłużenia dobra Ostromeckie wraz z pałacem przeszły w ręce rodziny Schönbornów. W latach 1832-1848 wybudowano nowy, klasycystyczny pałac, rozbudowany później przez kolejnego właściciela majątku Alfreda von Alvenslebena. Do skromnego, eleganckiego pałacu dobudowano neobarokową salę balową, pałacyk myśliwski i kaplicę. Nieco wcześniej w otaczającym go parku stanęło neoromańskie mauzoleum rodu Schönborn-Alvenslebenów. Obecnie w pomieszczeniach Nowego Pałacu organizowane są aukcje sztuki, recitale muzyczne i okolicznościowe bale. Natomiast wnętrze Pałacu Starego mieści m.in. liczącą ponad 50 egzemplarzy kolekcję fortepianów i ekspozycję współczesnego malarstwa polskiego.

    Nasz zachwyt wzbudził park ze stuletnimi dębami, kasztanowcami, lipami, modrzewiami i klonami, tworzącymi wspaniałe kompozycje przestrzenne.

    Pogoda się wyklarowała. Wcześniej padał deszcz, teraz zaświeciło słońce. Nie sposób byłoby zwiedzać i oglądać takie wspaniałości przyrody w strugach deszczu.

    Przejeżdżamy most na Wiśle i przez dzielnicę Fordon zmierzamy w stronę centrum Bydgoszczy. Chociaż to blisko czterystutysięczne miasto, rzadko kto umieszcza je wśród największych polskich miast. Dlatego jako organizator wycieczki często słyszałam pytanie: „A co tam jest w tej Bydgoszczy?”. Żeby się przekonać, jakie jest to miasto, trzeba samemu je zobaczyć, choć kilka godzin, to zbyt mało czasu na dokładniejsze poznanie tego grodu, który powstał na podstawie dokumentu lokacyjnego wystawionego 19 kwietnia 1346 r. przez Kazimierza Wielkiego. Jest położone z dala od skupisk wielkich ośrodków przemysłowych, w sąsiedztwie potężnych Borów Tucholskich od północy i zawsze zielonej Puszczy Bydgoskiej od południa, w malowniczej dolinie Brdy i Wisły.

    Specyficzne położenie miasta, otaczanego zewsząd wodami rzek sprzyja porównaniu go do Wenecji i Amsterdamu jednocześnie. Perłą architektury jest niewątpliwie kościół pod wezwaniem świętych Marcina i Mikołaja z cudownym obrazem Matki Bożej z różą w ołtarzu. Spichlerze nad Brdą, a właściwie jej odnogą Młynówką, na Wyspie Młyńskiej przypominają, że miasto miało duże znaczenie handlowe.

    Wrażenie na oglądających z mostu nad Brdą robi imponujący gmach Opery Nova z doskonałą akustyką, gdzie odbywają się wspaniałe koncerty i imprezy muzyczne oraz niecodzienny pomnik – zawieszona na stalowej linie rzeźba linoskoczka „Przechodzącego przez rzekę”. Efektownie prezentuje się okazały rynek otoczony kamieniczkami. W oknie jednej z nich pod numerem 15 ukazuje się codziennie z cyrografem w ręku Pan Twardowski. Według opowiadania Józefa Ignacego Kraszewskiego ów czarnoksiężnik zamieszkiwał Bydgoszcz przez cztery miesiące.

    Bydgoszcz to miasto z klimatem, które ze swoimi kafejkami, sklepikami oraz starymi barkami z fantazją przerobionymi na mieszkania wspaniale łączy teraźniejszość z przeszłością. A wszystko to jest zadbane, kolorowe, bardzo radosne i tętniące życiem.

    W czasie przerwy na obiad mogę się przekonać o tym zjadając smaczne danie w restauracji o dobrej renomie w towarzystwie pana przewodnika, który z wielka pasją opowiada o miejscu w którym mieszka blisko pięćdziesiąt lat.

    Znowu przeprawiamy się przez Wisłę i zmierzamy w stronę Ciechocinka. Jedziemy wzdłuż odcinka budującej się autostrady w kierunku Gdańska. Od Torunia jest ona już udostępniona dla ruchu i jedzie się nią wspaniale. Przynajmniej nie ma tylu fotoradarów, co w pasie „pomorskim”, o czym mogłam się boleśnie przekonać jadąc na weekend majowy do Mielna.

    Piątkowa uroczysta kolacja rozpoczyna się dość późno ze względu na kibiców, którzy śledzą grę naszych piłkarzy w meczu z Grecją. Remis 1:1 daje nam nadzieję na dalsze rozgrywki Mistrzostw Europy. Jak się okazuje w finale – nadzieję płonną.

    Nasuwa się refleksja, że wszystkie zjazdowe punkty programu muszą być dokładnie zaplanowane i uzgodnione z organizatorami.

    Po raz kolejny otrzymaliśmy wspaniały prezent od Pana Krzysztofa Rumińskiego – chleb z herbem Ogończyk i smakowity tort. Dość niezwykle prezentował się Wiesław z Chicago, który na zjazd przyjechał prosto z kolejnej swojej egzotycznej podróży.

    W sobotni ranek msza święta w intencji Rodu. Ksiądz proboszcz ciechocińskiej parafii bardzo przejęty, mówi wiele podniosłych słów dotyczących przynależności do tak zacnego rodu.

    Po mszy spotkanie z redaktorem toruńskiej gazety, który przygotowuje artykuł o naszym spotkaniu. Przywiozłam zdjęcie z poprzedniego zjazdu w Ciechocinku sprzed piętnastu lat. Wiele osób odszukuje siebie na zdjęciu. Prawie nic się nie zmieniliśmy, tylko dzieci dorosły.

    Cieszymy się z wnucząt. To już kolejne pokolenie, które będzie wychowywało się w duchu poszanowania rodziny, tradycji i patriotyzmu. Wojtuś i Filipek – wnukowie Mirelli i Mariusza ze Sztumu i mój wnuczek, biegający wśród nas dorosłych, pewnie nie zdają sobie jeszcze sprawy z powagi chwili, ale na pewno dziadkowie i rodzice zadbają o to, aby wyrośli na jak najlepszych ludzi.

    Sobota upływa nam na spotkaniach, rozmowach, jest czas na spacer po kurorcie i chwilę odpoczynku. Wieczorem organizujemy ognisko przy hotelu. Upieczona kiełbaska smakuje wybornie, przypomina smaki dzieciństwa. Jeździło się na różnorodne wycieczki, obozy harcerskie, tam właśnie głównym elementem było ognisko, pieczenie kiełbasek i śpiewanie piosenek.

    Dni zjazdowe powoli dobiegają końca. W niedzielę rano co chwilę pod drzwi hotelu podjeżdża samochód. Żółtowscy pakują się, żegnają serdecznie ze wszystkimi i … w drogę.

    Życzymy wszystkim szczęśliwych powrotów do domu, zapewniamy o spotkaniu za rok. Grupa żegnających osób coraz bardziej się zmniejsza. Zostali już tylko ci, którzy mają najbliżej.

    Kolejny Zjazd Związku Rodu Żółtowskich przechodzi do historii.

    Właściwie trzeba się zabierać za organizację kolejnego spotkania, wyszukać odpowiednie miejsce, rezerwować termin, dopinać wszystko na „ostatni guzik”. Rok bardzo szybko minie i spotkamy się ponownie.

    Do zobaczenia więc za rok!

    Bogusia z Białej

  • Nowy Zarząd Związku Rodu Żółtowskich

    Prezes - Mariusz ze Sztumu
    Prezes Mariusz ze Sztumu
    Prezes honorowy, członek Zarządu Rafał z Korycina
    Prezes honorowy, członek Zarządu Rafał z Korycina
    Wiceprezes - Bogusia z Białej
    Wiceprezes Bogusia z Białej
    Wiceprezes Bożena Lipińska z Warszawy
    Wiceprezes Bożena Lipińska z Warszawy
    Sekretarz Kalina Nowacka z Torunia
    Sekretarz Kalina Nowacka z Torunia
    Skarbnik Jarosław ze Skierniewic
    Skarbnik Jarosław ze Skierniewic
    Członek Zarządu Agnieszka z Wrocławia
    Członek Zarządu Agnieszka z Wrocławia
    Członek Zarządu - Tomasz z Gdańska
    Członek Zarządu Tomasz z Gdańska
    Członek Zarządu Michał ze Szczecina
    Członek Zarządu Michał ze Szczecina
  • Wystawa „Związek Polaków w Argentynie Buenos Aires 1940-2010”

    Wczesną wiosną tego roku na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie przy Domu Polonii, można było obejrzeć wystawę zatytułowaną „Związek Polaków w Argentynie Buenos Aires 1940-2010” oraz zdjęcia „Polscy arystokraci w Argentynie”.

    Polacy w Argentynieznane_rody

    „W miarę upływu czasu, a przede wszystkim w miarę dorastania nowych pokoleń, powojenna emigracja do Argentyny wtapiała się stopniowo we wciąż kształtujące się lokalne społeczności. Nowy kraj pozwolił na zbudowanie nowych więzi, wyjście poza grupę etniczną, identyfikację z nową ojczyzną. Jednocześnie sytuacja geopolityczna kraju przodków na długie lata utrudniała podtrzymywania kontaktów z rodziną lub przyjaciółmi w Polsce. Naturalnie po roku 1989 powrót do korzeni stał się dużo łatwiejszy. Polonia argentyńska zmieniła się. Stowarzyszenia powoływane do życia niegdyś, jak na przykład Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Polskich, czy organizacje kombatanckie, przestają odgrywać znaczącą rolę lub znikają. Powstają na ich miejsce nowe instytucje zaspokajające aktualne potrzeby, na przykład Argentyńsko- Polskie Stowarzyszenie Kulturalne, czy Stowarzyszenie Studentów Polskich w Argentynie. Działający jako federacja organizacji polonijnych Związek Polaków w Argentynie gromadzi prawie wszystkie polskie organizacje rozrzucone po całym kraju, od Patagonii na południu po Misiones na północy. Przebudowany dzięki pomocy polskiego Senatu „Dom Polski” w Buenos Aires jest obecnie siedzibą wielu polonijnych instytucji, mieści także Bibliotekę im. Ignacego Domeyki oraz jedyną w Buenos Aires polską restaurację. Uroczysta inauguracja Domu Polskiego w roku 2009, dokonana przez marszałka Senatu RP Bogdana Borusewicza i prezesa „Wspólnoty Polskiej” Macieja Płażyńskiego, w towarzystwie ministra Jana Borkowskiego, przedstawicieli Ambasady oraz licznych posłów i senatorów była okazją, by pochwalić się nową siedzibą przed mieszkańcami Buenos Aires, władzami federalnymi i miejskimi, dyplomatami i ludźmi sztuki. Dom Polski ma szansę zatętnić nowym, młodym życiem.”

    El Castillo
    „El Castillo” – majątek rodziny Obligado-Żółtowski w Buenos Aires
    Paszport służbowy Zbigniewa Żółtowskiego, przedstawiciela Polskiego Rządu na Uchodźstwie w Buenos Aires, współpracownika generała Władysława Sikorskiego w Angers, prezesa południowoamrykańskiego Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce
    Paszport służbowy Zbigniewa Żółtowskiego, przedstawiciela Polskiego Rządu na Uchodźstwie w Buenos Aires, współpracownika generała Władysława Sikorskiego w Angers, prezesa południowoamrykańskiego Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce