Zapiski z rejsu dookoła świata, cz.III – na Oceanie Atlantyckim

Z Europy wzięliśmy kurs na południowy zachód kierując się w stronę Kanału Panamskiego.
Moje obowiązki zawodowe zakładały dyżury w ambulatorium w wyznaczonych godzinach. W rzeczywistości kapitan nie wymagał bym ściśle przestrzegał godzin przyjęć, lecz w zamian miałem być dostępny dla załogi przez całą dobę, a odnalezienie mnie na statku nie nastręczało trudności. Powierzono mi pieczę nad basenem 8x4m. umieszczonym w części rufowej, który po wyczyszczeniu został ubarwiony dowcipnymi rysunkami Bolka, asystenta radiooficera.

Bolko to nietuzinkowa postać. Wszechstronnie utalentowany – poeta (w czasie rejsu dotarła wiadomość o uhonorowaniu jego tomiku wierszy II nagrodą ministra kultury), znakomity rysownik, kompozytor i wykonawca piosenek shanty. Do swoich obowiązków służbowych podchodził jednak w sposób nieortodoksyjny – no cóż – artysta. Pod jego kierunkiem powstał zespół muzyczny, który pod koniec rejsu dał koncert dla załogi. Wśród wykonawców, nie wiadomo dlaczego, znalazłem się i ja mimo twierdzenia, że „trójkę” z muzyki miałem tylko dzięki znajomości teorii. Dni na pełnym oceanie z pewnością dłużyłyby się, gdyby nie pomysłowość kapitana. Zaprosił mnie na pogawędkę i zaproponował wybudowanie baru w części rufowej statku, oddając do dyspozycji cieślę i bosmana oraz niezbędne materiały i narzędzia.
Z doświadczenia wiedział, że mimo zakazu marynarze i tak piją w kajutach (w kantynie można było kupić alkohol legalnie, nie można go było jednak spożywać na statku, bo to miejsce pracy!), a więc lepiej, żeby to robili publicznie, bo wtedy bardziej będą się ograniczać. Na moje wątpliwości co do reakcji armatora odpowiedział, że przez wiele lat pracy wyrobił sobie opinię człowieka bezwzględnie walczącego z pijaństwem na statkach i jeżeli ktoś doniesie o tym fakcie, to i tak mu nie uwierzą. Zabraliśmy się dziarsko do pracy i w kilka dni stanęła drewniana konstrukcja przyozdobiona oczywiście rysunkami Bolka. Tak powstał bar „U Magellana”.


Wieczorami mogliśmy podziwiać zdjęcia z Sahary w pastelowych barwach, łączące zabytki kultury i formy geologiczne, prezentowane przez pasażera Andrzeja, który kilka lat pracował na kontrakcie w Libii (inżynier lotnictwa, żeglarz, kapitan jachtowy, podróżnik, właściciel prywatnego muzeum pod Warszawą, malarz-pejzażysta).Wody oceanu były spokojne i mijając wyspę St. Maria z archipelagu Wysp Azorskich zauważyliśmy towarzyszące nam dwa młode delfiny, dzielnie ścigające się ze statkiem płynącym z szybkością 16 węzłów.
Wraz z kapitanem skontrolowaliśmy stan sanitarny pomieszczeń i było trochę pracy papierkowej. Wieczorem zazwyczaj siadywaliśmy w kilka osób, by przy gitarach poćwiczyć shanty. W zespole, oprócz Bolka i mnie, znaleźli się również: I radiooficer Zbyszek, dziennikarz Polskiego Radia Marian i motorzysta. Któregoś dnia zostałem zaproszony przez pasażerów z Holandii jako czwarty do brydża. Nie mogłem odmówić. Szybko uzupełniłem swoją znajomość angielskiego o licytację w tym języku i jakoś poszło. Przed każdym z uczestników gry stała filiżanka herbaty i leżał jeden herbatnik. Rytuał ten powtarzał się jeszcze wielokrotnie podczas rejsu.
Ludzie morza mają w obowiązku sobie pomagać. Pewnego dnia poprosił o pomoc medyczną kapitan jugosłowiańskiego statku, zostałem więc wezwany do radiostacji. Z informacji jakie mi przekazał wynikało, że jego marynarz najpewniej miał objawy zapalenia wyrostka robaczkowego. Po wymianie kilku zdań okazało się, że kapitan ma żonę Polkę i świetnie sobie radzi w naszym języku, więc dalsza rozmowa potoczyła się wartko. Ponieważ znajdowali się niecałe 2 dni od Vancouver, zaleciłem okład z lodu na brzuch i antybiotyk, oraz jak najszybsze zawinięcie do portu celem przekazania chorego do szpitala. Tyle tylko mogłem zrobić.
Należy wspomnieć, że co dwa dni cofaliśmy wskazówki zegarka o jedną godzinę – można się było przyzwyczaić. Zrobiło się cieplej. Przekroczyliśmy Zwrotnik Raka i wpłynęliśmy na Morze Sargassowe, znane jako jedyne na świecie miejsce tarła węgorzy. Węgorzy co prawda nie widzieliśmy, ale za to na pokładzie lądowały raz za razem „latające” rybki wielkości sardynek. Znaleźliśmy się w tajemniczym Trójkącie Bermudzkim. Późnym wieczorem na horyzoncie ujrzeliśmy rzęsiście oświetlony statek, zapewne pasażerski, a może to UFO?

W dzień moich imienin 19 stycznia minęliśmy Haiti i przemierzaliśmy Morze Karaibskie wzdłuż 17. równoleżnika szerokości północnej. Ponieważ piratów nigdzie nie było widać, rozpoczęły się przygotowania do imprezy inaugurującej otwarcia baru, a okazją były moje imieniny i urodziny bosmana, najstarszego marynarza na statku. Kucharz stanął na wysokości zadania i przygotował tort, a kapitan dołożył szampana w związku z czym jubilat i solenizant postawili kolejkę dla wszystkich. Nie obyło się bez tańców. Bawiła się cała załoga, prócz pełniących wachtę. Następnego dnia wpłynęliśmy na redę Cristobal (Panama). W tym czasie miał miejsce konflikt zbrojny między USA, a Panamą i o zejściu na ląd nie mogło być mowy. Rekompensowałem to sobie robiąc zdjęcia interesująco wyglądających budynków stojących na nabrzeżu. Ku mojemu zdziwieniu wywołało to nerwową reakcję I oficera, który polecił mi natychmiast schować aparat. Okazało się, że beztrosko fotografowałem wojenną bazę amerykańską. Na szczęście obyło się bez reperkusji. Po zatankowaniu paliwa wpłynęliśmy na wody Kanału Panamskiego. Jego budowa pochłonęła ok. 30 tys. ofiar, głównie z powodu epidemii malarii. Skutecznym w walce z komarami okazał się środek DDT i dziś już nie ma tego skrzydlatego zagrożenia. Wokół kanału królują cykady, których ogłuszający chór nie pozwalał nam zasnąć. Budowę kanału zakończono w 1916 r. Jego wody są zasilane z wyżej położonego jeziora, co pozwala wyrównać różnicę poziomów między oceanami wynoszącą 26 metrów. Kanał ma 6 śluz, jest dość wąski, statki są ciągnięte przez małe, lecz bardzo silne lokomotywy poruszające się po szynach na zębatych kołach. Oczywiście pobierana jest opłata w zależności od wyporności jednostki pływającej. Najniższą opłatę, bodajże 27 centów amerykańskich, uiścił pływak, który wpław pokonał kanał. Płynęliśmy w nocy i niestety nie udało mi się wykonać zdjęć o wystarczającej ostrości. Zamarzyło mi się, by w przyszłości przebyć ten kanał w dzień. Nie mogąc zbyt wiele dostrzec na brzegu, obserwowałem dramatyczną walkę ogromnej, kolorowej ćmy wielkości mojej dłoni, która zawzięła się na naszą żarówkę o mocy 1500 W umieszczoną nad basenem. Po przypaleniu sobie skrzydeł spadała do wody w basenie, po czym podrywała się do lotu i ponownie leciała ku swojemu śmiertelnemu przeznaczeniu. Ten wstrząsający spektakl trwał około 1 godziny.

Po północy wpłynęliśmy na wody Pacyfiku, który zgodnie ze swoją nazwą w tym momencie był nad wyraz spokojny.

MARIUSZ  ze Sztumu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *