Kategoria: Kwartalniki

  • MOJA FILMOWA PRZYGODA

    Nie lubię pisać o sobie. Jest to trochę nieprzyzwoite. Przypomina balansowanie pomiędzy toposem skromności, a megalomaństwem. Uległem jednak namowom Prezesa Związku Mariusza, prywatnie mojego brata, i stąd ten tekst, który Państwo czytacie.

    Film był silnie obecny w moim życiu od najmłodszych lat. Dość wcześnie postanowiłem zostać aktorem. Po udanej inscenizacji „Zemsty” Aleksandra Fredry, w której zagrałem Papkina (godzinne przedstawienie, stroje z teatru itd.) moje plany aktorskie umocniły się. Było to w ósmej klasie szkoły podstawowej. W liceum występowałem w kabarecie „Syfon”, który właśnie reaktywował po latach nauczyciel języka polskiego prof. Marian Waszkiewicz. Kilkanaście lat wcześniej w „Syfonie” występował m.in. nieodżałowany Krzysztof Kolberger. Zgłosiłem się także do teatru amatorskiego działającego przy Pałacu Młodzieży w Gdańsku. I tam właśnie, podczas jednej z prób, pojawił się reżyser Andrzej Czarnecki. Szukał chłopaków do swojego filmu dyplomowego. Mieliśmy coś tam wyrecytować. Ostatecznie wybrał dwóch czy trzech, w tym mnie. Byłem bardzo przejęty. Zagrałem maturzystę szkoły mundurowej Conradinum (gdańskie technikum budowy okrętów). W rzeczywistości byłem wówczas w trzeciej klasie tradycyjnego liceum i od egzaminu dojrzałości dzielił mnie ponad rok. Dzięki filmowi dwa razy zdawałem maturę. Ot, magia kina. Na planie najbardziej podobało mi się to, że „graliśmy” maj, a to był początek listopada i temperatura oscylowała w okolicach zera. Pamiętam, że reżyser prosił nas w scenach plenerowych, żebyśmy tak oddychali, żeby nie było widać pary wydobywającej się z ust, no i pod żadnym pozorem nie mogły nam się czerwienić nosy. W niektórych scenach pojawialiśmy się w koszulkach z krótkim rękawem, co naprawdę wymagało sporego poświęcenia. Szczególnie, że nakręcenie sceny i późniejsze duble wymagały dużo czasu.

    Piękna przygoda bez happy endu. Trzykrotnie nie dostałem się do szkoły teatralnej. Za trzecim razem odpadłem głosowaniem. Filmu, który nosił tytuł „Jeden”, nigdy nie zobaczyłem. Po dwudziestu latach spotkałem reżysera Andrzeja Czarneckiego na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie otrzymał nagrodę za reżyserię filmu „Istota”. Obiecał odnaleźć nasz stary film i udostępnić mi go. Niestety, na obietnicach się skończyło.

    Studiując polonistykę na Uniwersytecie Gdańskim ukończyłem specjalizację filmoznawczą. Byłem też na praktyce w Szkole Filmowej w Łodzi. Wiedza filmoznawcza przydała mi się dużo później, kiedy w gdańskiej telewizji prowadziłem autorskie programy poświęcone tematyce filmowej: „Co jest grane” i „Kino Polskie”. Zacząłem też wieloletnią współpracę z Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych, na którym prowadziłem spotkania z twórcami filmów niezależnych, a później także z autorami obrazów biorących udział w konkursie filmów krótkometrażowych.

    Zawsze jednak byłem po drugiej stronie. Oni praktycy, ja teoretyk. Tymczasem już pod koniec lat 80. ubiegłego stulecia miałem pomysły scenariuszowe. Po wyjściu z wojska, do którego trafiłem po ukończeniu studiów, bardzo chciałem napisać scenariusz o absurdach i nadużyciach zaobserwowanych podczas służby. Niestety, zaraz po wojsku wyjechałem na długo do Norwegii, gdzie pracowałem ciężko fizycznie. Nie miałem czasu ani siły, żeby pisać. Niedługo po moim powrocie do Polski zobaczyłem film Feliksa Falka „Samowolka” i już wiedziałem, że nie napiszę tego scenariusza.

    Kilkanaście lat pracy w telewizji to też był okres niesprzyjający pracy scenariopisarskiej. Chroniczny brak czasu, a może nieumiejętność wygospodarowania go. Telewizja jednak nauczyła mnie warsztatu realizatora. Poza występami w studiu, przygotowywałem wówczas newsy do programu informacyjnego. Później zacząłem realizować większe formy telewizyjne: felietony, reportaże i wreszcie film dokumentalny „Przerwana walka Jerzego Pawłowskiego”, którego bohaterem był szablista wszechczasów i amerykański szpieg w mundurze oficera Wojska Polskiego. W telewizji nauczyłem się myśleć ujęciami. Zrozumiałem czym jest montaż i jaką ma siłę.

    Po odejściu z telewizji moja droga zawodowa mocno się skomplikowała. I właśnie wtedy dojrzałem do pisania scenariuszy. „Popełniłem” też sztukę dla młodzieży – „Majowe konwalie”, która miała premierę na małej scenie Teatru Wybrzeże (Malarnia). Graliśmy ją z powodzeniem w szkołach i domach kultury całego województwa pomorskiego. Pisałem o niej w jednym z numerów naszego kwartalnika. W tym czasie napisałem pierwszy scenariusz, pełnometrażowego filmu fabularnego, zatytułowany „Oferta”. Spodobał się jednemu z producentów, który postanowił znaleźć finanse na jego realizację. Rozbudziło to moje nadzieje. Szukanie pieniędzy to proces długi i raczej frustrujący. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Uparłem się, że ten film musi powstać. Scenariusz przeczytało kilkoro ludzi z tzw. branży, w tym reżyserzy. Miałem dobre opinie. Co ciekawe, kiedy spotkałem się z jednym z reżyserów (któremu bardzo się spodobał tekst) i długo rozmawialiśmy o „Ofercie”, to okazało się, że zupełnie inaczej rozumiemy niektóre motywacje głównego bohatera, różnimy się także w rozwiązaniach formalnych. W pewnym momencie oznajmił mi, że sam powinienem wyreżyserować „Ofertę”. Zdziwiło mnie takie stwierdzenie. Wyjaśnił mi, że to żadna złośliwość. Uważał, że analizuję tekst jak reżyser. Później jeszcze dwukrotnie spotkałem się z podobną opinią. I wtedy pomyślałem: a dlaczego nie?! Podjąłem karkołomną próbę zrealizowania tego projektu za nieduże pieniądze czyli tzw. filmu niezależnego. Ktoś mi nawet obiecał wsparcie finansowe, ale nie dotrzymał słowa. Niezręcznie mi jednak o tym pisać, szczególnie w naszym kwartalniku. Czułem, że ten film – trochę political fiction, trochę obraz naszej telewizji, a także historia człowieka z poukładanym życiem, które nagle rozpada się jak domek z kart – powinien powstać. Wierzyłem w jego siłę. I oto pewnego razu odbyłem rozmowę z producentem, który nagle uświadomił mi rzecz dość oczywistą. „Chcesz zrobić film pełnometrażowy? Ok. Najpierw zrób coś mniejszego. Sprawdź się. Na pełen metraż takiemu debiutantowi, jak ty, nikt nie da pieniędzy”. Proste, że też sam na to nie wpadłem wcześniej.

    Po tej poradzie napisałem scenariusz krótkometrażowego filmu fabularnego „Dziewczyna z moich snów”. Realizacja krótkiego metrażu nie wymaga wielkiego budżetu. Namówiłem znajomego producenta, z którym przez kilka lat pracowałem przy organizacji Gdańsk DocFilm Festivalu, żebyśmy złożyli wniosek do Warmińsko – Mazurskiego Funduszu Filmowego. Chciałem zrealizować film na Warmii. Może dlatego, że często jeździłem na WAMĘ czyli Warmińsko – Mazurski Festiwal Filmowy, który co roku odbywa się w Olsztynie. Podobała mi się okolica.

    Pierwsze podejście było jednak nieudane. Eksperci nie zachwycili się moim tekstem. W poczuciu klęski odebrałem telefon od dyrektora tego funduszu, który wyraził zdziwienie, że tak się stało. Jemu podobał się scenariusz. Doradził mi, żebym coś tam poprawił, pozmieniał i aplikował ponownie za rok. Dodał także, że co roku są inni eksperci oceniający scenariusze, a to stwarza pewne szanse. Odczekałem rok i ponownie złożyłem wniosek. Tym razem się udało. Ewa Braun i Jan Kidawa – Błoński bardzo pozytywnie ocenili mój poprawiony scenariusz. Komisja przyznała dofinansowanie. Co ciekawe w tym rozdaniu pieniądze na realizację otrzymały trzy projekty dokumentalne i dwa fabularne: tą drugą fabułą było „IO” Jerzego Skolimowskiego, nominowane później do Oscara.

    „Zielone światło” z Olsztyna uzmysłowiło mi, że wreszcie zrobię swój pierwszy film fabularny. Kilka dni po decyzji o dofinansowaniu „Dziewczyny z moich snów” zadzwoniłem do producenta i umówiliśmy się na spotkanie. Było to w połowie grudnia 2020 roku. Podczas rozmowy, jak się okazało niedoszły producent, oznajmił mi, że nie udźwignie realizacji tego filmu. Po prostu nie wierzył w ten projekt, a ze względu na nasze koleżeńskie relacje, nie chciał mi odmówić aplikowania do funduszu filmowego. Kiedy otrzymaliśmy pieniądze wystraszył się. I tak oto musiałem znaleźć nowego producenta, który zechce wybrać się ze mną w filmową podróż. Dzięki podpowiedzi Doroty, która zajęła się scenografią do filmu, trafiłem na niezwykle życzliwą i kontaktową osobę, która po przeczytaniu scenariusza zgodziła się na wyprodukowanie filmu. Okazała się nią Agnieszka Papiewska z Wrocławia. Byłem umówiony na zdjęcia z Maćkiem, zaprzyjaźnionym operatorem z Warszawy. Zacząłem kompletować obsadę. Rola główna, upadłego pisarza, była absolutnie kluczowa dla realizacji filmu. W czasie pisania widzę konkretnych aktorów wcielających się w moje postaci. Tak też było z rolą Zbyszka. Od razu pomyślałem o Grzegorzu Damięckim. Wiedziałem, że od jego zgody na zagranie tej postaci będzie wiele zależało. Zadzwoniłem i po krótkiej rozmowie wysłałem mu scenariusz. Dość szybko się odezwał i powiedział mi, że scenariusz bardzo mu się podoba. Miesiąc później spotkaliśmy się w jego mieszkaniu na Żoliborzu i tak zaczęła się nasza współpraca przy tym filmie. Niełatwa. Grzesiek jest wymagającym i trudnym partnerem, ale był bardzo oddany projektowi. Przyjeżdżałem do niego na plan innego filmu, w którym grał, żeby przedstawić mu jedną z aktorek. Robiliśmy próby aktorskie w jego domku nad rzeką itd. Wiem, że dawał z siebie więcej niż mogłem oczekiwać od aktora zatrudnionego do konkretnej roli. Obsadziłem sam, bo nie mieliśmy pieniędzy na reżysera castingu, wszystkie role. Na te mniejsze zrobiłem casting w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Udało mi się namówić do współpracy świetnych aktorów. Poza Grzesiem grają też: Witek Dębicki, Jacek Borusiński (znany z kabaretu „Mumio”) i Agata Bykowska z Teatru Wybrzeże. Do roli tytułowej „Dziewczyny…”, fantastycznie jeżdżącej na rolkach, zatrudniłem amatorkę Izę Zielenkiewicz, reprezentantkę Polski w łyżwiarstwie figurowym synchronicznym. Rolę Stanisława, wydawcy głównego bohatera, zagrał ostatecznie Witek Dębicki, ale miałem wcześniej zgodę innego aktora. Nie ukrywam, że jednego z idoli mojego dzieciństwa i wczesnej młodości – Piotra Fronczewskiego. Niestety problemy zdrowotne (Pan Piotr jest po zawale serca) stanęły ostatecznie na przeszkodzie tej współpracy.

    Zdjęcia do filmu realizowaliśmy w końcu sierpnia 2021 roku – w Tomaszkowie nad jeziorem Wulpińskim (15 kilometrów od Olsztyna) i w Olsztynie. Pogoda nie była naszym sprzymierzeńcem. Padający deszcz przeszkadzał szczególnie przy trudnych technicznie scenach jazdy na rolkach. Udało nam się jednak zmieścić w sześciu dniach zdjęciowych. Ostatecznie autorką zdjęć była absolwentka łódzkiej szkoły filmowej Joasia Kakitek, bo mój kolega operator miał w tym czasie inny projekt na głowie. Piękną muzykę napisał Michał Jacaszek (autor muzyki m.in. do filmów Jana Komasy „Sala samobójców” i „Hejter”).

    W listopadzie tegoż roku zacząłem montaż filmu. Pracowałem w dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu ze świetnym fachowcem Witkiem Chomińskim. Witek zrobił pięć dużych filmów z Janem Jakubem Kolskim (m.in. „Jasminum”, „Wenecję” i „Pornografię”). Montował także, pokazywany na ostatnim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, obraz zatytułowany „Święty”. Przed Wielkanocą 2022 roku film był gotowy. We Wrocławiu zrobiliśmy też montaż dźwięku, a korekcję barwną w Łodzi.

    Premierowy pokaz odbył się 19 października na Międzynarodowym Warszawskim Festiwalu Filmowym. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem mój film dostał się na tak prestiżowy festiwal. Jest on zaliczany do tej samej kategorii „A”, jak festiwale w Cannes, Berlinie, Wenecji, Locarno czy Karlovych Varach. Wygrana w konkursie krótkiego metrażu uprawnia do ubiegania się o nominację do Oscara. W czasie festiwalu rozmawiałem z tzw. programerem czyli człowiekiem odpowiedzialnym za selekcję filmów. Powiedział mi, że konkursowe 20 filmów krótkometrażowych (w tym 11 fabuł) wybranych zostało spośród 3500 zgłoszonych obrazów z całego świata. Początek wymarzony zatem. Szczególnie, że jeszcze na etapie montażu Canal Plus wykupił roczną licencję. Od listopada zeszłego roku „Dziewczyna…” jest prezentowana na ich kanale, a od listopada tego roku będzie dostępna na kanale Ale Kino+. Gorzej z festiwalami w naszym kraju. Po świetnym początku w Warszawie mój film nie przechodził selekcji na różnych festiwalach. Miałem okazję pokazać go jeszcze w Radomiu na „Kameralnym Lecie” i na FPFF w Gdyni w sekcji „Filmy z Gdyni”. Znakomitą wiadomość dostałem natomiast w połowie września ze Stanów Zjednoczonych. „Dziewczyna…” zakwalifikowała się na 22. Urban Mediamakers Film Festival w Atlancie (09.-22. października 2023) . W konkursie filmów fabularnych jest tylko 10 obrazów, a mój jest jedynym z Europy.

    „Dziewczyna z moich snów” była piękną przygodą, ale to już historia. Paradoks powstania tego filmu polega na tym, że zrobiłem go, żeby zrealizować później wymarzoną „Ofertę”. Nigdy jednak nie zrobię tego filmu. Nie chcę. Jego czas po prostu minął. Nasza rzeczywistość przerosła to, co kiedyś opisałem.

    Życie jednak nie znosi próżni. Kilka dni temu skończyłem pisać scenariusz pełnometrażowego filmu opartego na faktach, którego akcja rozgrywa się w Warszawie w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Zebranie pieniędzy na ten projekt, mający „łatkę” historycznego, będzie graniczyło z cudem. Marzyć jednak trzeba i oczywiście pomagać marzeniom w ich realizacji.

    TOMAS

  • ŻYCZENIA

    Najpiękniejsze życzenia

    radosnych, rodzinnych świąt Bożego Narodzenia

    oraz

    dużo zdrowia, szczęścia i spokoju

    na nowy 2024 rok

    życzą, Prezes Związku Rodu Żółtowskich

    wraz z członkami Zarządu.

  • NOWE POKOLENIE


    Z radością informujemy, że 24 sierpnia 2023 roku przyszła na świat Małgorzata Marta, córka Marty i Michała z Gdańska, wnuczka Mirelli i Mariusza ze Sztumu

  • ZNÓW POD GRUNWALDEM OGOŃCZYK

    Z przekazów historycznych dowiedzieć się można, że 15 lipca 1410 roku na polach Grunwaldu powiewała chorągiew z Ogończykiem. Wówczas tym herbem pieczętował się rycerz Mikołaj Powała z Taczewa. W czasach średniowiecza był jednym z najbardziej znanych polskich rycerzy. Piastował urząd stolnika krakowskiego oraz podkomorzego sandomierskiego. Został jednym z bohaterów Sienkiewiczowskich „ Krzyżaków”.

    Dokładnie sześćset trzynaście lat później, umówieni w czasie zjazdu w Barszczewie, 15 lipca 2023 roku na polach Grunwaldu spotkali się: Ania i Maciej Burdynowscy z Wojciechem oraz Madzią, a także Kamila i Marcin Żółtowscy z Filipem i Ksawerym. Ania i Kamila ubrały koszulki z Ogończykiem, a młodzież dumnie nosiła czapki z herbem podarowane im przez wujka Rafała z Głuchołazów. Dzień był niezwykle upalny, jak podawały media, był to najgorętszy weekend tego lata. Nasi strudzeni uczestnicy rekonstrukcji bitwy znaleźli chwilę wytchnienia w obozie… krzyżackim. Przygotowana z dbałością o szczegóły historyczne walka dostarczyła wszystkim oglądającym niezwykłych wrażeń.

    Potem już tylko niemal dwugodzinny wyjazd z parkingu i powrót do domów. Rodziny Burdynowskich i Żółtowskich są już umówieni w tym samym miejscu za rok. Postanowili również lepiej się przygotować do tego niezwykłego wydarzenia, chociażby wykonując duży proporzec z Ogończykiem.

    W oparciu o relację Młodzieży spisała

    BOGUSIA z Białej

  • STAWIAM NA MŁODE POKOLENIE ŻÓŁTOWSKICH

    Propozycja Rafała Żółtowskiego Prezesa Honorowego Związku

    przedstawiona na zebraniu Zarządu

    w Barszczewie 8 czerwca 2023 r.

    Propozycja do rozpatrzenia

    Obserwując ostatnie kilka Zjazdów nie trudno zauważyć, że zainteresowanie naszymi spotkaniami uległo znacznemu obniżeniu. Zarząd jest prawie zawsze w komplecie, zwłaszcza Ci intensywnie pracujący cały rok. Pozostali bywają na zjazdach dość regularnie, kierując się zawartymi przyjaźniami, wspomnieniami i dbałością o dalsze istnienie naszej społeczności. Prawda jest taka, że są to najczęściej seniorzy. Mają swoje tematy rozmów – problemy zdrowotne, które wychodzą na pierwszy plan przy każdym spotkaniu, problemy dnia codziennego, często trudne i bolesne ale rzeczywiste. Bywają osoby słabsze fizycznie, które nie mogą brać udziału w organizowanych wycieczkach. Można twierdzić, że najbardziej winien jest PESEL , a zwłaszcza dwie pierwsze cyfry.

    Nasze Zjazdy popadają w monotonność i rutynę. Program podobny od kilku lat. Procesja Bożego Ciała, dwa zebrania, prelekcja, wycieczka, kolacja uroczysta, msza święta .

    Potrzebujemy radykalnych zmian dla dobra trzydziestu dwóch lat naszego istnienia i dla dalszej jego ciągłości takich jak: odnowy, rozkwitu i wprowadzenia nowych trendów, innych spojrzeń, innych tematów.

    Potrzebujemy „nowej krwi”.

    Nie jest to krytyka naszej działalności, braku umiejętności, pomysłów i innowacyjności obecnemu zarządowi czy członkom.

    Za te lata pracy wszystkim członkom Związku, zarządowi, prezesom, redaktorom naszego kwartalnika, sekretarzom, skarbnikom i innym aktywnym ludziom należą się wielkie podziękowania i wyrazy uznania. Jesteśmy silni i ambitni o czym świadczą trzydzieści dwa lata istnienia Związku Rodu Żółtowskich.

    Myślę o dalszym – niewątpliwie – istnieniu Związku. Wiek aktywnie uczestniczących naszych członków, to średnio kilkadziesiąt lat. To oni, Ci seniorzy przez lata pracy stawiali na rozwój i istnienie Związku. Nasz świat zatrzymał się na latach młodości, innej kulturze i poglądach, młodzi mają inne oczekiwania. Nie ma co się dziwić. To właśnie nazywa się ”różnicą pokoleń”.

    Co dalej? Stawiam na młodych.

    Świat się zmienia. Dajmy więc szansę osobom młodym, niech działają w Związku w taki sposób, aby z radością oczekiwali na dalsze Zjazdy.

    Chciałbym aby moja propozycja była rozpatrzona przez Zarząd, a nawet na forum ogólnym.

    Młode pokolenie, to nasze dzieci, a jest ich nie mało. Są one u Mariusza, Tomka, Sławka, Bogusi, Piotrka, Jarka, Andrzeja, Urszuli, Marka i wielu innych naszych członków, którzy bywali na Zjazdach ze swoimi pociechami. Dziś, są to dorośli ludzie, ale na tyle młodzi, by samodzielnie wziąć stery w swoje ręce. Trzeba do nich dotrzeć i zaproponować im, nie robiąc żadnych zmian w naszej dotychczasowej działalności, utworzenie w ramach naszej organizacji SEKCJI MŁODYCH.

    Chodzi o to by Ci młodzi zorganizowali sobie niezależny od nas własny Zjazd w dowolnym miejscu, w dowolnym czasie, na dowolną ilość dni, bez nas seniorów, bez składek, bez pocztowej korespondencji, bez kosztów za wyjątkiem opłacenia pobytu i wyżywienia. Będą sami, bez nas seniorów. Oczywiście może będzie potrzebna nasza pomoc np. przy wyszukiwaniu miejsca, przy opiece nad wnukami, by dać im wolny czas. Na początku może zbiorą się na 2 dni w kilka osób, ale już za rok może ich przybyć, jak do innych dojdzie informacja, że było super.

    Za jakiś czas, to oni przejmą po nas zarząd, kwartalnik, czy finanse.

    PROSZĘ O ROZWAŻENIE TEJ PROPOZYCJI DO KOŃCA ZJAZDU

  • INFORMACJE O XXXIII ZJEŹDZIE

    Drodzy członkowie i sympatycy Związku Rodu Żółtowskich!

    Serdecznie zapraszamy do udziału w XXXIII Zjeździe Związku Rodu Żółtowskich.

    Sandomierz położony na siedmiu wzgórzach nad Wisłą na styku dwóch krain geograficznych: Wyżyny Kielecko-Sandomierskiej i Kotliny Sandomierskiej był już wielokrotnie wymieniany przez Zarząd jako miejsce, do którego chcielibyśmy zaprosić członków Związku. Dzięki Piotrowi z Sandomierza, który znalazł dla nas odpowiedni obiekt, w 2024 roku będziemy mogli spotkać się w tym historycznym mieście królewskim.

    XXXIII-ci Zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbędzie się w dniach 29 maja – 2 czerwca 2024 roku nad Wisłą, na granicy województw świętokrzyskiego i podkarpackiego.

    Gospodarzem przyszłorocznego zjazdu jest Rezydencja pod Pieprzówkami w Zalesiu Gorzyckim, położona wśród zielonej scenerii pól i lasów na skraju Gór Pieprzowych – najstarszych polskich gór, nieopodal Sandomierza.

    Obiekt dysponuje altaną grillową, salą restauracyjną, salami konferencyjnymi, placem zabaw dla dzieci. Hotel akceptuje zwierzęta za dodatkową opłatą.

    Rezydencja pod Pieprzówkami oferuje bezpłatny parking oraz WiFi na terenie całego ośrodka. Hotel dysponuje pokojami 1-, 2-, 3-, 4- i 5-osobowymi. Pobyt obejmuje nocleg ze śniadaniem i obiadokolacją.

    pokój 1-osobowy ze śniadaniem i obiadokolacją – 175 zł/doba (Uwaga! Pokój 1-osobowy jest tylko 1, obiekt udostępnia pokoje 2-osobowe do pojedynczego wykorzystania)

    * pokój 2-osobowy ze śniadaniem i obiadokolacją do pojedynczego wykorzystania200 zł/doba

    pokoje 2-, 3-, 4- i 5-cioosobowe w pełnym obłożeniu ze śniadaniem i obiadokolacją – 175 zł/osoba/doba

    * zniżka dla dzieci do 15 lat – 155 zł/osoba/doba ze śniadaniem i obiadokolacją

    * sam nocleg ze śniadaniem – 150 zł/ dorośli, 130 zł/ dzieci do 15 lat

    Koszt uroczystej kolacji – 155 zł/osoba dorosła

    Prosimy o dokonywanie rezerwacji określając, jaki pokój na ile osób rezerwujemy, w jakim terminie oraz podanie, że pobyt dotyczy rodziny Żółtowskich. Uwaga! Krótki okres wpłacania zaliczek! Zaliczkę w wysokości 500 zł za pokój wnosimy w terminie do 15-go stycznia 2024 r. na rachunek:

    Pod Pieprzówkami Marta Brzezińska

    Zalesie Gorzyckie 6, 39-432 Gorzyce

    41 9430 0006 0041 4142 2000 0001 Bank Spółdzielczy

    W miarę możliwości prosimy o wysyłanie potwierdzeń przelewów i rezerwacji na adres:

    rezerwacja@podpieprzowkami.pl

    Dane teleadresowe Rezydencji Pod Pieprzówkami:

    Rezydencja Pod Pieprzówkami

    Zalesie Gorzyckie 6, 39-432 Gorzyce

    tel. 509 310 097 | 15 836 12 36

    adres www: https://podpieprzowkami.pl/

    W przypadku jakichkolwiek niejasności lub trudności w dokonaniu rezerwacji zapraszamy do kontaktu z Zarządem pod adresem zarzad@zoltowscy.pl

    Serdecznie zapraszamy!

    Zarząd

  • Informacje

    – Przypominamy, że 1 października 2023 o godz. 12.00 (niedziela) , odbędzie się msza święta za Ród Żółtowskich. Msza odbędzie się jak zwykle w Mochowie.

    Serdecznie zapraszamy.

    – Osoby, które zalegają z płaceniem składek proszone są o niezwłoczne uregulowanie należności.

    ZARZĄD

  • SKĄD POMYSŁ NA HYMN /esej/

    Swego czasu w szkole podstawowej, do której uczęszczały nasze dzieci, rozwinęła się dość szeroka dyskusja na temat patrona i imienia szkoły, hymnu, symboliki i wartości z tym tematem związanych. Jako rodzic zaangażowany w działalność Rady Rodziców brałem w tych dyskusjach dość aktywny udział.

    Na jakimś etapie dyskusji pojawiła się myśl – przecież Związek Rodu Żółtowskich, to także krąg ludzi zjednoczonych wspólnym mianem, wspólnymi wartościami i hasłami. Może warto by to ująć w jakieś ramy, zawrzeć tam znaczące treści, opisać te wartości, cenne słowa, ważne dla wszystkich…

    Zacząłem pisać… Powstawały pierwsze słowa, określenia, zwrotki, kształt wiersza.

    Przyszedł mi na myśl utwór ,,Miejcie nadzieję” ze słowami Adama Asnyka, a dokładnie melodia Zbigniewa Preisnera. Już wiedziałem, że ta kompozycja jest tak wspaniała, tak dostojna, że doskonale poniesie słowa hymnu. Nasz hymn jest utworem wewnętrznym w Związku, myślę więc, że Pan Preisner nie miałby nic przeciwko naszemu śpiewaniu pod Jego melodię.

    Na zjazd w Lucieniu w 1996 roku utwór był prawie gotowy. Nie cały jeszcze, część w notatkach, część w wyobraźni, a i to, co było, też wymagało ,,szlifu”, ale – był!

    Poprosiłem naszego syna Macieja – wówczas 11-latka – aby spróbował zaśpiewać. Domowe próby wypadły pomyślnie, moim skromnym zdaniem…

    Dzień Zjazdu…

    Tuż przed rozpoczęciem głównego zebrania rozmowa z Michałem z Lasek i z Andrzejem Ludwikiem. Powiedziałem o napisanym hymnie i o propozycji prawykonania przez Macieja na zebraniu. Wyczułem zaskoczenie, pewne wahania, ale – zgodzili się!

    Ulga, ale i trema ogromna… Na szczęście Maciej nie miał tremy, lubił śpiewać…

    Na sali zaskoczenie, zasłuchanie, cisza… i oklaski! Spodobało się, nawet bardzo! Kamień z serca i wielka radość… Maciej otrzymał gorące brawa.

    Zaraz po zebraniu ponowne rozmowy, Andrzej Ludwik powiedział mi, że trochę obawiał się jakichś nietrafnych słów, ale był mile zaskoczony, wręcz zadowolony z tego, co usłyszał. Dołączył Michał z Lasek, był także przy rozmowie Andrzej Mieczysław. Opowiedziałem wówczas o swoich przemyśleniach, o niedokończonych jeszcze zwrotkach, o konstrukcji całości i treściach przewidzianych do opracowania. Wytłumaczyłem zastosowane obrazy, opisy i ich znaczenie… Szczegółowo…

    Głęboko zapadły mi w pamięć słowa Michała Seniora…

    ,,Marku – widzę i słyszę, że robisz to z sercem. Ufamy, że będzie to dobre i mądre. Ty piszesz, ty wiesz, jak to zrobić, nic więcej nie powiem”

    Andrzej Mieczysław dodał:

    ,,To, co Marek napisał i to, co zamierza w dalszej części, doskonale wpisuje się w pojęcie hymnu. Do genealogii jak znalazł… Myślę, że będzie to dobra robota. Marek z tym sobie poradzi…”

    A Andrzej Ludwik podsumował:

    ,,Przyznaję, że na początku miałem pewne obawy, aby nie było to zbyt uproszczone lub zbyt patetyczne. Ale Marku – dobrze będzie, tak trzymać! Mamy Hymn Rodu Żółtowskich!”

    Takie słowa się pamięta, nawet po latach…

    Po jakimś czasie utwór nabierał coraz lepszych kształtów, właściwych treści. Wreszcie był gotów. Przekazałem go już jako całość do powszechnej Związkowej akceptacji. Moja radość ogromna, że się spodobał. Jeszcze większa, że stał się integralną częścią Związku Rodu Żółtowskich.

    Od tego czasu był uroczyście śpiewany na rozpoczęcie każdego Zjazdu.

    Miło będzie, gdy stanie się to zwyczajem na zawsze…

    MAREK ŻÓŁTOWSKI z Poznania

    maj 2023 roku

  • HYMN RODU ŻÓŁTOWSKICH

    Przodkowie nasi w Ziemi Płockiej żyli.

    Tutaj powstała Żółtowskich historia,

    Książę Ziemowit wieś Żółtowo nadał,

    Za wierność Polsce – herb Ogończyk dodał.

    Tak się zaczęły rodu tego dzieje.

    Obrona Polski. Wolności i wiary.

    Dni pełne pracy mierzone wiekami.

    Mądrością przodków wciąż owocowały.

    Dziś w całej Polsce Żółtowskich jest wielu.

    Choć czasy inne – cnoty pozostały.

    Bo w sercach naszych – „Bóg – Honor – Ojczyzna”

    Na zawsze będą klejnotem wspaniałym.

    A kiedy w życiu przyjdą trudne chwile

    I przeciwnościom stawić trzeba czoła,

    Nie spuszczaj głowy – boś z Żółtowskich rodu!

    Bądź zawsze wierny, gdy Ojczyzna woła!

    Z nadzieją w przyszłość spoglądajmy śmiało.

    „Ogończyk” drogę godną nam wskazuje –

    Więc – jak przodkowie – dla Rodziny chwały –

    Uczyńmy wszystko, co serce dyktuje!

    MAREK Z POZNANIA

  • Jak Rumińscy szykują 60 tys. pączków na tłusty czwartek

    Nowości Dziennik Toruński

    Czwartek, 16.02.2023

    TORUŃ

    Wojciech Pierzchalski

    wojciech.pierzchalski@polskapress.pl

    Ta środa we wszystkich cukierniach jest wyjątkowo pracowita. – W całości przeszliśmy w tryb pączkowy – mówi Krzysztof Rumiński z jednej z najpopularniejszych piekarni w Toruniu.

    W najbardziej pracowitą środę w roku właściciel Cukierni i Piekarni Rumińscy pokazał „Nowościom”, jaką drogę pokonują pączki, zanim trafią do świętujących tłusty czwartek. Z tej okazji pracownicy przygotują tu ponad 60 tysięcy pączków.

    Ta słodka podróż zaczyna się w biurze Krzysztofa Rumińskiego, w siedzibie firmy w podtoruńskim Głogowie, gdzie właściciel przechowuje wszystkie receptury na wypieki jego marki.

    – Oczywiście mamy swoje sekretne receptury, ale szczegółów nie zdradzimy – przestrzega.

    Jaki musi być perfekcyjny pączek?

    Niektóre z przepisów pochodzą jeszcze z lat trzydziestych.

    Ryszard Durmowicz i Krzysztof Rumiński na pączkach znają się jak mało kto. Tłusty czwartek – to jest wyzwanie!

    Mamy tu receptury na wszystko, co się da: ciasta, herbatniki, torty, pierniki – wymienia Rumiński. Najważniejsze są surowce. Jeśli są dobrej jakości i odpowiednio dobrane, pączek wyjdzie delikatny i puszysty. Ważny jest każdy szczegół, nawet „krawacik” wokół pączka – zaznacza cukiernik.

    Delikatność i puszystość pączków jest podstawą, by ich smak zadowolił najbardziej wymagające podniebienia i by nie było konieczne ograniczanie się w ich próbowaniu. Mieliśmy kiedyś pracownika, który potrafił zjeść 15 pączków w godzinę. Jak pączek jest dobrze zrobiony, to można zjeść ich dużo więcej niż jednego czy dwa – podkreśla właściciel cukierni.

    Pączki dużo odpoczywają

    Nad produkcją pączków w środę pracuje około 40 osób.

    W całości przeszliśmy w tryb pączkowy – przyznaje Krzysztof Rumiński.

    Szefem produkcji jest Ryszard Durmowicz, z właścicielem cukierni zna się od początku ich cukierniczej przygody – 51 lat. Po tylu latach bardzo sobie ufamy i dobrze się znamy. Czasami długo dyskutujemy, jak rozwiązać różne problemy, które napotykamy i nawet po takim czasie znajdujemy nowe rozwiązania – wyjaśnia Ryszard Durmowicz.

    Zanim pączki zostaną napełnione nadzieniem i polane lukrem, pracownicy ugniatają ciasto. Potem dzielą na mniejsze kawałki, a maszyna formuje kulki.

    Delikatność i puszystość pączków jest podstawą, by ich smak zadowolił najbardziej wymagające podniebienia.

    Cały czas idziemy do przodu, rozwijamy technologię – podkreśla właściciel.

    W najbardziej pracowitą środę w roku osobiście dogląda całego procesu.

    – Tu dosypcie jeszcze mąki! – przypomina pracownikom. Po uformowaniu kulek, ciasto odpoczywa i rośnie.

    – Czekamy około godziny. Ważne, żeby nie za krótko, żeby wszystko wyszło dobrze – wyjaśnia Rumiński.

    Ostatnie poprawki, by było perfekcyjnie

    Kiedy ciasto odpoczywa, na innych stanowiskach o przerwie nie ma mowy.

    Wyprodukowanie 60 tysięcy pączków wymaga od cukierników wielkiej uwagi i staranności.

    Cukiernicy w środowym zgiełku przekrzykują maszyny i jeszcze wymieniają się wskazówkami.

    – Pamiętaj, żeby jeszcze górę dosmażyć! Smażenie to jeden z najważniejszych etapów produkcji pączków.

    – Utrzymujemy konkretną temperaturę tłuszczu: jeśli byłaby za niska – pączki napiłyby się tłuszczu, a jak za wysoka – spaliłyby się. To wszystko wpływa na smak – tłumaczy właściciel.

    Po usmażeniu, pączki zyskują jeszcze więcej słodyczy – kilku pracowników wypełnia je nadzieniem. Są stanowiska z adwokatem, marmoladą, powidłami. Te wypełnione toffi jeszcze będą polanę czekoladą i wysuszone w specjalnej maszynie, by polewa zastygła na słodkim dziele. Kolejność działania oczywiście też nie jest przypadkowa.

    – Najpierw smażymy, a dopiero potem wypełniamy nadzieniem. Jeśli byśmy zrobili odwrotnie np. z adwokatem, wszystko by się rozpadło – tłumaczą cukiernicy. Po wypełnieniu pączki czeka jeszcze jedna taśma, na której zostaną polane lukrem.

    Po lukrowaniu pączki wędrują na ostatni już przystanek, który w ich przypadku jest kolejnym odpoczynkiem, koniecznym, by słodkości wystygły przed zapakowaniem. Po kilku minutach trafiają do pudełek i są rozwożone do cukierni, gdzie będą czekać na konsumentów, by umilać tłusty czwartek.