Kategoria: Kwartalniki

  • WYSTAWA KOLEKCJI WYDAŃ ” PANA TADEUSZA”

    Włocławek 13 września 2022

    Przyjaciółka moja zaprosiła mnie na wernisaż wystawy pt. „200 wydań” Pana Tadeusza” z okazji 200-lecia Polskiego Romantyzmu „. Wystawa wpisała się w ogłoszony Rok Romantyzmu Polskiego, który odbył się pod auspicjami Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy.

    Wernisaż zorganizowany w Pomorsko-Kujawskim Centrum Edukacji Nauczycieli we Włocławku. Otwarcie wystawy poprzedził wykład właścicielki kolekcji Krystyny Warachowskiej ” Moja pasja – kolekcja Pana Tadeusza”. Po wykładzie, na którym była sala zapełniona po brzegi, z wielkim podziwem podchodziłam do gablot, by podziwiać wydania, ilustracje, płyty i inne eksponaty. Najstarszy egzemplarz, duma kolekcji, to wydanie z 1858 r. Pierwsze wydanie „Pana Tadeusza” na ziemiach polskich w zaborze rosyjskim z zachowanym stalorytem ilustracji Wojciecha Gersona. Zgromadzone wydania można było podziwiać w dwóch salach. Ciekawostką była ilość tłumaczeń wydań: czeskie, francuskie, rosyjskie, holenderskie, białoruskie, litewskie, esperanto, angielskie, niemieckie. Dla mnie największym zaskoczeniem było wydanie japońskie. Jeszcze większy podziw wzbudził we mnie dywanik ze słowami ” Inwokacji” wykonany przez artystkę tkactwa z Litwy dla polskiego przyjaciela.

    Na zakończenie wystawy kolekcjonerka puściła filmik z recytacją fragmentów z II księgi epopei w wykonaniu Zofii Melechówny – aktorki Teatru im. W. Horzycy w Toruniu. (Mam przyjemność znać p. Zofię i na prywatnych spotkaniach słuchać jej recytacji).

    To nie był koniec z „Panem Tadeuszem”, ponieważ wystawa została przeniesiona do Torunia i 14 grudnia 2022 r. mogliśmy z Jurkiem uczestniczyć w Książnicy Kopernikańskiej, ja po raz drugi, mój Mąż po raz pierwszy. Tak jak ja, był zachwycony oglądając tę bogatą kolekcję. Na zakończenie wystawy Krystyna zorganizowała konkurs z pytaniami o epopei. Mam pamiątkę, wylosowałam „Wiersze” Michała Lermontowa w przekładzie Andrzeja Lewandowskiego.

    Jeśli będziecie kiedyś słyszeli o tej wystawie, warto zobaczyć . Dodam, że brakuje mojej przyjaciółce wydania po włosku, a wie, że było takie wydanie. Nadzieja w moim wnuku Jeremim, którego partnerką jest urocza Włoszka. Czekam!

    KALINA NOWACKA z domu ŻÓŁTOWSKA

    z TORUNIA

  • PROTOKÓŁ Z POSIEDZENIA ZARZĄDU ZWIĄZKU RODU ŻÓŁTOWSKICH

    8 czerwca 2023 roku w hotelu „Sosnowe Zacisze” w Barszczewie podczas 32. zjazdu.

    Obecni:

    -Mariusz ze Sztumu – prezes ZRŻ

    -Rafał z Głuchołaz – prezes honorowy

    -Bożena Lipińska – wiceprezes

    -Bogumiła z Białej – wiceprezes

    -Elżbieta z Kutna – sekretarz

    -Agnieszka z Wrocławia – skarbnik

    -Kazimierz z Kutna – członek zarządu

    – Anna Burdynowska z Grudziądza – członek zarządu

    Porządek obrad:

    – Powitanie

    – Stan finansów

    – Sprawy bieżące

    – Deklaracje nowych członków

    1] Prezes ZRŻ Mariusz ze Sztumu powitał członków przybyłych na posiedzenie zarządu.

    2] Skarbnik Agnieszka z Wrocławia omówiła stan finansowy naszego stowarzyszenia. Na 8 czerwca 2023 roku stan na naszego konta wynosił 6784,72 zł, bez wpłat bieżących ze zjazdu. Skarbnik podziękowała członkom ZRŻ za terminowe wpłaty. Jednak są członkowie, którzy uporczywie zalegają z należnościami, nawet kilka lat, pomimo przypominania w postaci dołączanych do kwartalnika kartek. Ceny usług wydruku, papieru i dystrybucji kwartalnika bardzo wzrosły.

    Jeśli wszystkim członkom zależy, aby idea powstania Związku Rodu Żółtowskich naszych przodków przetrwała i była kontynuowana przez następne pokolenia, prosimy o wpłaty składek. Tych, którzy nie są zainteresowani naszym Związkiem, prosimy o poinformowanie nas o rezygnacji.

    3] Sprawy bieżące:

    • Redaktor Bożena Lipińska, jak co roku zwróciła się z apelem do wszystkich członków o przysyłanie artykułów do kwartalnika. W najbliższym wydaniu publikacji będzie zamieszczona relacja z ostatniego zjazdu.

    • Strona internetowa ZRŻ nie jest uaktualniana, powstały zaległości z zamieszczanych na bieżąco numerów kwartalników, a to za sprawą rezygnacji Joanny Małgorzaty, która przez kilka lat tym się zajmowała. Zarząd dziękuje Joannie Małgorzacie za dotychczasową współpracę. Agnieszka z Wrocławia, zadeklarowała się objęciem prowadzenia strony internetowej oraz uzupełnieniem brakujących kwartalników.

    • Na ręce prezesa, wpłynął list otwarty skierowany do młodego pokolenia Żółtowskich. Będzie odczytany na ogólnym zebraniu i zamieszczony w kwartalniku.

    • Sekretarz Elżbieta z Kutna na bieżąco udziela odpowiedzi na korespondencję wpływającą na pocztę mailową ZRŻ.

    • Bogusia z Białej, przedstawiła zarządowi program wycieczki tegorocznego zjazdu. Miała pewne trudności z jej organizacją, ale jak zawsze problem rozwiązała.

    • Bogusia poinformowała zarząd o zamówionej mszy św. za Ród Żółtowskich , która odbędzie się 1 października w Mochowie, w rocznicę poświęcenia tablicy pamiątkowej.

    • Zarząd podjął decyzję, komu zostanie przyznany medal im Michała Żółtowskiego z Czacza w 2024 roku.

    • Agnieszka z Wrocławia przedstawiła kilka propozycji zorganizowania zjazdu w 2024 roku.

    • Kazimierz z Kutna przedstawił zarządowi sprawę o chęci podjęcia pracy nad kontynuacją Genealogii Rodu Żółtowskich przez Piotra Tadeusza Żółtowskiego z Bodzanowa. Jest on z wykształcenia informatykiem. Wykonuje zawód analityka i projektanta IT. Interesuje się genealogią. W tej sprawie trzeba będzie skontaktować się z Janem Żółtowskim, synem Elżbiety i Wacława z Łodzi.

    • Bogusia podarowała powtarzające się archiwalne jej zdjęcia, członkom związku uczestniczących we wcześniejszych zjazdach ZRŻ za symboliczną wpłatę na cele statutowe stowarzyszenia. Dziękujemy Bogusi za włożony trud pracy. Sprawiła wszystkim miłą niespodziankę i nasze zdziwienie tym, że byliśmy tacy młodzi i piękni.

    • Członkowie zarządu otrzymali do rozprowadzenia od darczyńców gadżety, a uzyskane środki pieniężne przeznaczone będą na cele statutowe ZRŻ. Breloczki z żubrem podarował Jarosław ze Skierniewic, a długopisy z nadrukiem Ogończyka i nazwą związku od syna Rafała, Romana z Chicago. Zarząd dziękuje darczyńcom za wsparcie. Osobne podziękowania kierujemy do Krzysztofa i Barbary Rumińskich za podarowany chleb z herbem.

    4] Zarząd pozytywnie rozpatrzył deklaracje i przyjął na poczet członków Związku Rodu Żółtowskich – Piotra Tadeusza Żółtowskiego z Bodzanowa oraz na członka wspierającego ZRŻ Arkadiusza Nowickiego z miejscowości Wysocko Małe.

    Protokołowała: ELŻBIETA ŻÓłTOWSKA z Kutna

  • ODESZLI

    8 lipca 2023 roku zmarł

    Śp.

    MICHAŁ ŻÓŁTOWSKI

    przeżywszy 73 lata.

    Był członkiem Związku Rodu Żółtowskich.

    Pochowany został 21 lipca br. na cmentarzu w Marysinie Wawerskim.

    Wyrazy współczucia

    Rafałowi z Korycina bratu rodzonemu Michała

    oraz pozostałym członkom rodziny składają Prezes Związku

    wraz z członkami zarządu.

  • W GOŚCINIE U NATURY

    Patrz w gwiazdy, a nie pod nogi. Bądź ciekawski i jakkolwiek trudne wydaje się życie, zawsze jest coś, w czym możesz osiągnąć sukces. Wystarczy tylko, że się nie poddasz.”

    Stephen Hawking

    Tym razem Podlasie

    Tegoroczny zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbył się w dniach 7 – 11 czerwca na przepięknym Podlasiu. Po długich dyskusjach, krążących między członkami zarządu wiadomościach oraz telefonach na miejsce spotkania wybrano hotel „ Sosnowe Zacisze” w Barszczewie niedaleko Białegostoku. Okazało się, że wybór był, jak najbardziej, trafny. Ośrodek usytuowany na skraju lasu, widać, że dba się o dobre samopoczucie gości, bo czysto jest nie tylko w samym obiekcie, ale i na terenach do niego przylegających. W obiekcie na każdym kroku czuło się, że jesteśmy mile widzianymi gośćmi, wszyscy pracownicy hotelu byli niezwykle uprzejmi, zawsze uśmiechnięci i gotowi spełnić każdą naszą prośbę. „ Sosnowe Zacisze” miało wszystkie zalety dobrego miejsca na pobyt i odpoczynek. Aula konferencyjna – proszę bardzo, uroczysta kolacja – ależ oczywiście, sala wykładowa – do dyspozycji, miska wody dla psa – nie ma żadnego problemu. Przykłady można by mnożyć. Wszelkie zachcianki gości spełniane od ręki: rezerwacja posiłków, odwołanie rezerwacji, żelazko, suszarka do włosów, a nawet… urządzenie do pompowania balonów. Jeżeli dołożyć do listy zalet mnóstwo miejsc, w których mogliśmy się spotkać, wypić kawę, herbatę, zjeść deser lodowy, a przede wszystkim pogadać – hotel okazał się doskonałym wyborem na nasze rodzinne spotkanie.

    Etymologia nazwy krainy historycznej i geograficznej

    Co do pochodzenia nazwy historycznej krainy Polski, będącej częścią województwa podlaskiego funkcjonują dwie hipotezy. Jedni badacze twierdzą, że nazwa wzięła swój początek od olbrzymich niegdyś, a dziś tylko częściowo zachowanych, puszcz i kniei. Do tej tezy skłania się polski językoznawca Samuel Linde ( 1771 – 1847 ) w swoim „ Słowniku języka polskiego”. Według drugiej teorii Podlasie wzięło swą nazwę od Lachów, czyli Polaków zamieszkujących te tereny. Twierdzi tak, między innymi, historyk, archeolog, znawca etnografii Podlasia i etymologii Zygmunt Gloger ( 1845 – 1910 ). Przebogata jest historia tych ziem, wrócę do niej, opisując piątkową wycieczkę.

    Zielono mi!

    Podlasie bywa nazywane „zielonymi płucami Polski” nie bez powodu. Tu natura gra pierwsze skrzypce. Podlaskie ma najwięcej terenów chronionych ze wszystkich województw w Polsce. Cztery parki narodowe – Białowieski, Biebrzański, Narwiański i Wigierski, to enklawy bioróżnorodności i tereny unikatowe na skalę europejską. Oprócz bujnej flory na Podlasiu spotkać można okazałych przedstawicieli świata fauny. Bez wątpienia najciekawsze są tereny Białowieskiego Parku Narodowego i żyjące w jego ostępach jelenie, dziki , wilki, a przede wszystkim żubry będące wizytówką regionu. Należący do krainy Biebrzański Park Narodowy słynie z największej w Polsce populacji łosi oraz bobrów, od których pochodzi nazwa rzeki Biebrza. Podlaskie puszcze, a zwłaszcza Puszcza Knyszyńska, są poza tym rajem dla chętnie gniazdujących nad rozlewiskami ptaków. Tutaj też możemy podziwiać największe w Europie skupiska bocianów białych, co stało się inspiracją do utworzenia Podlaskiego Szlaku Bocianiego. Niedaleko Tykocina, w Pentowie nad rzeką Narwią można z bliska podglądać codzienne życie tych niezwykłych ptaków, zanim odlecą do ciepłych krajów, odwiedzając Europejską Wieś Bocianią.

    Jesteśmy częścią przyrody

    Wszystkie szmery,

    wszystkie traw kołysania,

    wszystkie ptaków

    i cieniów ptasich przelatywania,

    wszystkie trzcin,

    wszystkie sitowia rozmowy,

    wszystkie drżenia

    liści topolowych,

    wszystkie blaski

    na wodzie i obłokach,

    wszystkie kwiaty,

    wszystek pył na drogach,

    wszystkie pszczoły,

    wszystkie krople rosy

    to mi jeszcze,

    przyjacielu, nie dosyć –

    chciałbym więcej ptaków,

    drzew z ptakami,

    więcej blasków, gwiazd, obłoków,

    trzcin, kaczek na wodzie,

    i uchwycić to wszystko rękami,

    ucałować to wszystko ustami

    i tak zajść, jak słońce zachodzi.

    „ Pieśni” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego to jedne z najpiękniejszych utworów poetyckich, opisujących wspaniałości przyrody, a także nierozerwalny związek człowieka z naturą.

    Podlasie pełne jest uroku, blasku i niezwykłych barw, które mają specjalne znaczenie: brązowe poświęcone są męczennikom, złote Chrystusowi, niebieskie Matce Boskiej, zaś zielone symbolizują Ducha Świętego. Zielony to także kolor islamu i taka właśnie boazeria pokrywa najstarszy zachowany w Polsce meczet tatarski we wsi Kruszyniany.

    Jadą goście, jadą …

    Coroczne święto wszystkich Żółtowskich – Zjazd! Tym razem nie musieliśmy czekać na spotkanie cały rok, ponieważ wróciliśmy do tradycji zebrań rodowych w okolicach Bożego Ciała.

    Środa, pierwszy dzień zjazdu. Są już wytrwali „ zjazdowcy” – Zbigniew z Warszawy oraz Jacek z Łodzi. Tym razem z synem Bogdanem i wnuczką Marysią. Z Warszawy, jak co roku, przyjeżdża Bożenka. Zameldowali się też Ela i Kaziu z Kutna. Z samego południa kraju, na daleki północny – wschód dotarł Rafał. Niewiele bliżej miały Agnieszka i Ludmiła z Wrocławia. No, ale droga ekspresowa A8 zaczyna się prawie przy ich domu i „ leci” prościutko do Białegostoku. Toruń reprezentują Bożenka i Marian, którzy przywożą bochen chleba z Ogończykiem przygotowany przez nieobecnych niestety, na zjeździe Basię i Krzysztofa Rumińskich. Razem z chlebem torunianie przywieźli też, podobno, pyszny sernik. Muszę wierzyć na słowo, że był niezwykłego smaku, bo w czwartek nie został po nim nawet okruszek. Najbliżej miała, chyba tym razem, ekipa sztumsko – grudziądzka: Ania z Madzią i Wojtusiem, a także Mirella i Mariusz. Długo trwały przymiarki, co do mojego uczestnictwa w zjeździe, a to ze względu na psiego przyjaciela Gałgana. Rada w radę mój syn Marcin zapakował całą rodzinę – żonę Kamilkę, synów Filipka i Ksawerka, a na końcu mnie i Gałgana do jednego auta i w ten sposób wszyscy stawiliśmy się w „ Sosnowym Zaciszu”. Sprawny kierowca, wygodny, klimatyzowany samochód, nawet nie odczuliśmy trudów podróży. W czwartek witamy również Agatę i Tomasza z Gdańska, Piotra z Sandomierza, a także Ewę i Piotra z Oświęcimia. Tuż po południu dołączają, zarażające optymizmem i pogodą ducha, Halinka z Podkowy Leśnej i Bożenka z Norwegii. Późnym wieczorem, po jedenastu godzinach podróży pociągiem, dobrnęły Krysia z córką Mariolą z Polic. Na zebranie zjazdowe zawitali też Jarosław ze Skierniewic i Piotr z Bodzanowa.

    Najważniejsze spotkanie

    W czwartkowe popołudnie zbierają się wszyscy uczestnicy zjazdu. Prezes Mariusz serdecznie wita zebranych, wyraża radość z kolejnego spotkania Związku Rodu Żółtowskich, udziela głosu skarbnikowi – Agnieszce z Wrocławia, która zdaje sprawozdanie ze stanu związkowego konta. Następnie wypowiada się nasza wiceprezes i redaktor Kwartalnika – Bożenka z Warszawy. Dziękuje wszystkim, którzy przesyłają do niej materiały, aby mogły powstawać kolejne numery tak ważnej dla rodu gazety. Jak zwykle zwraca się z apelem i zachętą o tworzenie nowych artykułów. Wystarczy się odważyć, tematów nam nie brakuje, mamy niezwykle ciekawe życie rodzinne oraz zawodowe. Przybyły z Bodzanowa Piotr zgłasza swoją gotowość do wykonania aktualizacji rodowej genealogii. Ela i Kazimierz z Kutna zobowiązują się pomóc mu w kontakcie z Januszem z Łodzi, który jest w posiadaniu bogatych zasobów materiałów niezbędnych do wykonania tej pracy. Dla mnie to spotkanie było wyjątkowo ważne, ponieważ zostałam uhonorowana medalem im. Michała Żółtowskiego. Niezwykłe wyróżnienie jest dowodem na to, iż zauważono, a także doceniono moje zaangażowanie w organizację zjazdów, wycieczek zjazdowych, a także dwudziestotrzyletnią pracę w zarządzie. Otrzymanie medalu skłania do tego, by nie spocząć na laurach, ale być jeszcze bardziej aktywnym. Nie pamiętam, co wyraziłam w słowach podziękowania, bo wzruszenie niemal odebrało mi głos, ale zwróciłam się do moich najbliższych: Obecni na zjeździe Ksawerek, Filipek, Kamilka i Marcinek, a także Anusia i Michałek, Polunia, Roszko, Anusia i Rysiu – jesteście tym najlepszym, co mnie w życiu spotkało! Podziękowałam także członkom Zarządu, bo tylko nasza wspólna praca przynosi efekty, mamy fajne pomysły, dyskutujemy o nich, realizujemy. I to jest podstawą naszego sukcesu. Odbywają się kolejne zjazdy, ukazuje się Kwartalnik, pamiętamy o przeszłości, ale tworzymy teraźniejszość i przyszłość.

    Dziękujemy!

    Po raz kolejny dziękujemy Basi i Krzysztofowi Rumińskim za upieczenie przepysznego chleba oraz, wspomnianych już, serniczków. Pozostajemy w nadziei, że na kolejnym zjeździe Was nie zabraknie i Krzysztof, z wrodzoną zręcznością, będzie pomagał Prezesowi Mariuszowi w dzieleniu chleba. Bardzo serdecznie dziękujemy Romkowi, synowi Rafała, za przygotowanie kolejnych już gadżetów zjazdowych. Podziękowań nie może zabraknąć dla Jarosława ze Skierniewic za przywiezienie, również kolejny raz, pamiątkowych breloczków, zwykle związanych z regionem, w którym przebywamy. Tym razem widnieje na nich król puszczy – żubr. Chcę tutaj nadmienić, że pieczołowicie przechowuję wszystkie pamiątki, jakie na przestrzeni lat przygotował Jarosław. Mam też kompletny zestaw Kwartalników Związku Rodu Żółtowskich, jak również inne gazety, w których ukazały się artykuły o naszych zjazdach, działalności i dokonaniach. Bardzo dziękuję Bożence, Marianowi i Maciejowi z Torunia za przesłanie płyty ze zdjęciami z podlaskiego zjazdu. Na pewno zostaną wykorzystane w mojej minikronice zjazdowej. Jakiś czas temu wymyśliłam, że dam nowe życie ogromnej kolekcji zdjęć z poprzednich spotkań. Kiedy tylko miałam informację, kto zawita do „ Sosnowego Zacisza”, przygotowywałam dla niego kopertę, a w niej fotografie, na których było opisane, w którym roku oraz na którym zjeździe zostały zrobione. Bożenka z Warszawy i Jacek z Łodzi najwdzięczniej docenili mój pomysł. Wszyscy obdarowani wsparli finansowo związkową kasę.

    Czwartkowy wieczór pełen jest gwaru, rozmów, śmiechu, zabawy najmłodszych uczestników zjazdu. Niemal rówieśnicy Wojtuś i Filipek szybko złapali wspólny język. Madzia, Marysia i Ksawerek też trzymali się razem. Hałasujące w sadzawce żaby przywiodły mi na myśl strofy Mickiewiczowskiej epopei: „Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy

    Odezwały się chórem podwójnym dwa stawy,

    Jako zaklęte w górach kaukaskich jeziora,

    Milczące przez dzień cały, grające z wieczora,

    Jeden staw, co toń jasną i brzeg miał piaszczysty,

    Modrą piersią jęk wydał cichy, uroczysty;

    Drugi staw, z dnem błotnistym i gardzielem mętnym,

    Odpowiedział mu krzykiem żałośnie namiętnym;

    W obu stawach piały żab niezliczone hordy,

    Oba chóry zgodzone w dwa wielkie akordy.

    Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha,

    Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha;

    Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola,

    Jak grające na przemian dwie arfy Eola.

    Wokół Puszczy Knyszyńskiej

    Długo trwały debaty, co do trasy piątkowej wycieczki. Kilka razy jej przebieg był zmieniany. Wiadomo, Białystok z jego symbolem Pałacem Branickich, który ze względu na podobieństwo do Wersalu nazywany jest Wersalem północy lub polskim Wersalem. Od kilku lat stolica województwa podlaskiego uważana jest w rankingach za dwunaste najlepsze miejsce do życia. W miarę jednak, jak poznawałam region, w którym miał odbyć się zjazd, przekonywałam się, że magia Podlasia ukryta jest przede wszystkim w małych miasteczkach. Niewielki Tykocin nazywany jest perłą baroku, Supraśl słynie z monasteru oraz jedynego w kraju muzeum ikon, a Kruszyniany są znaną w całej Polsce wsią tatarską. Niewątpliwie czuwała nade mną Opatrzność, bo udało mi się w ostatniej chwili przed zjazdem zorganizować wygodny, elegancki autokar klasy lux z białostockiej firmy „ Ibatur” z przemiłym kierowcą panem Bartkiem. Umówiłam się też z panem Wojtkiem z Supraśla, który przybliżył nam historię tej pięknej miejscowości w sposób ciekawy, finezyjny i humorystyczny. A przy tym, dla nas, wygodny. W Kruszynianach i Bohonikach już czekali, umówieni wcześniej, gospodarze tych miejsc.

    Spaceruję po Supraślu, kąpię się w Supraśli

    Chodzi, oczywiście, o deklinację rzeczownika będącego nazwą miejscowości, ale również rzeki przez nią przepływającej. Pochodzący z Podlasia ksiądz Jan Filewicz, tak napisał: „… ocalmy piękno podlaskiej krainy, wszak piękno jest po to, aby wiecznie trwało w nas…”. Piękno Supraśla, niewątpliwie, zapada w pamięci na długo, między innymi niezwykła bryła monasteru Zwiastowania Najświętszej Marii Panny, który jest największą cerkwią obronną w Polsce. To wyjątkowy skarb, jakim został obdarowany przez historię uroczy Supraśl. Świątynia zbudowana pod koniec XVI wieku, i wysadzona w powietrze w 1944 roku jest rekonstruowana na raty, dzięki hojności wiernych. Skrzyżowanie zamkowej sztywności z miękkością cerkiewnych kopuł daje niezwykły efekt. Ponieważ zwiedzaliśmy Supraśl w dwóch grupach, w trakcie oczekiwania udało nam się napić kawy, zjeść podlaskie pyszności, pospacerować bulwarami nad Supraślą, zwiedzić monaster i muzeum ikon. Supraśl, drewniane miasteczko położone w samym sercu Puszczy Knyszyńskiej, jest jednym z najmłodszych polskich uzdrowisk i, drugim po Augustowie, kurortem na Podlasiu. Choć tradycje uzdrowiskowe i letniskowe sięgają tu czasów międzywojennych, to status sanatorium miasto uzyskało dopiero w 2001 roku, po odkryciu w okolicy bogatych złóż borowinowych. Przewodnik pokazuje nam najważniejsze miejsca zwiedzanej miejscowości, opowiada o domach tkaczy, przybyłych na te ziemie ze Zgierza. Jak byli robotnicy, był też fabrykant – Adolf Buchholtz, właściciel okazałego pałacu stojącego do dziś przy rynku. Pan Wojciech opowiada nam, jak to przyszła teściowa miała pozytywny wpływ na architekturę. Pierwotnie, obecny pałac, był niewielkim dworkiem. Przyszła teściowa Adolfa nazwała go borsuczą norą. Fabrykant, chcąc stać się godnym swojej świeżo poślubionej małżonki – Adeli Marii Scheibler, córki bogatych łódzkich przemysłowców – na miejscu dworku zbudował prawdziwy pałac, z klasycystycznym portykiem balkonowym, wieżyczkami, secesyjnymi dekoracjami. Dzisiaj we wnętrzach mieści się liceum plastyczne. Oglądając to nieco senne miasteczko aż trudno wyobrazić sobie czasy, kiedy wrzało tu jak w ulu. Pobliska Puszcza Knyszyńska zwana jest też królestwem masztowej sosny, więc rzeka i zalew od XVII wieku przepełnione były „ taflami” – pniami sosnowymi spławianymi do Tykocina i Gdańska, a dalej nawet do Anglii i Portugalii, aby służyć jako surowiec niezwykle ceniony w szkutnictwie – wykonywano z nich przedniej jakości maszty.

    Supraśl to, niewątpliwie, miasteczko z klimatem, w którym znaleźć można coś dla ciała ale i dla ducha. Odetchnąć w cieniu zabytkowych budowli, wdychać balsamiczne powietrze, niespiesznie spacerować wąskimi uliczkami. A dla ducha? Otóż Supraśl upodobali sobie filmowcy. Miasteczko co roku ściąga tysiące fanów seriali „ U Pana Boga…” oraz „ Blondynka”, które były tu kręcone.

    Tutaj też od 1994 roku działa słynny już nie tylko w Polsce, ale i na świecie teatr Wierszalin. Wszystkie miejsca związane zarówno z produkcjami filmowymi jak i teatrem pokazuje nam pan Wojtek w trakcie zwiedzania Supraśla.

    Na Tatarskim Szlaku

    Ponieważ za przewodnika po Podlasiu zażądano od nas fortunę, postanowiliśmy, w porozumieniu z Prezesem Mariuszem, zrezygnować z tej opcji. Chciałam jednak przekazać nieco faktów uczestnikom wycieczki. Na pewno nie są to wiadomości pełne, bo te tereny mają przebogatą historię, ale starałam się, w sposób jak najkrótszy, powiedzieć o tym, co ważne dla tego regionu. Udajemy się w stronę Kruszynian, jadąc przez Puszczę Knyszyńską. A więc garść informacji o tym kompleksie leśnym. Zajmuje on powierzchnię około 1050 kilometrów kwadratowych, w drzewostanie dominują sosna i świerk, występują także brzoza, olsza i dąb. Od 1974 roku znajdują się tutaj ostoje żubra. Nazywana jest młodszą siostrą białowieskiej królowej, bo to właśnie tam ciągną tabuny turystów, często pytając – Puszcza Knyszyńska, a gdzie to jest? A może zupełnie niesłusznie? Nazwa obszaru jest stosunkowo młoda, bo funkcjonuje od drugiej połowy XX wieku, za to historię ma przebogatą. Jeszcze w XIV i XV stuleciu wszędzie tutaj szumiała Puszcza Grodzieńska i Błędowska – przez ów gigantyczny las przechodziła granica między Koroną a Litwą i tu spotykali się osadnicy bałtyjscy, litewscy, rusińscy, białoruscy, polscy, tatarscy i wreszcie żydowscy. Ten ogromny bór jest jednym z najlepiej zachowanych w naszym kraju. W 1988 roku utworzono tu, drugi co do wielkości w Polsce, Park Krajobrazowy Puszczy Knyszyńskiej z siedzibą w Supraślu. Niezwykłość tego miejsca wynika również z faktu, że od końca XIV wieku wiodła tędy główna magistrala państwowa, czyli trakt, którym podróżowali królowie z dynastii Jagiellonów między dwoma stolicami – Wilnem i Krakowem.

    Teren ten to nie tylko przepiękny drzewostan, iglaste ostępy typowe dla Alaski, Syberii, Skandynawii czy Kamczatki, ale również wspaniałe historyczne miejscowości: Gródek, Krynki, Kruszyniany i Bohoniki, Knyszyn, Sokółka i wreszcie, opisany już wcześniej, Supraśl.

    Knyszyn otrzymał prawa miejskie w 1568 roku od króla Zygmunta Augusta. Tak zwane „ Czasy Zygmuntowskie” były złotym wiekiem dla miasta. Wybudowano wówczas ratusz na rynku, cerkiew prawosławną, łaźnie, budynek wagi, wybrukowano ulice. Udokumentowanych jest dziewiętnaście pobytów króla w Knyszynie, łącznie około pięciuset dni w latach 1533 – 1572. W Knyszynie król chętnie wypoczywał, stąd władał Królestwem Polskim i Wielkim Księstwem Litewskim. Podpisał tu wiele ważnych dokumentów, między innymi pierwszą w Polsce Ustawę Morską i Leśną. Król Zygmunt August zmarł w Knyszynie 7 lipca 1572 roku. To bardzo ważna data, ponieważ wraz z jego bezpotomną śmiercią, skończyły się w Polsce rządy dynastyczne. Sam mistrz Jan Matejko poświęcił ostatniemu męskiemu potomkowi Jagiellonów obraz pod tytułem „ Śmierć Zygmunta Augusta w Knyszynie”, który podziwiać można w Muzeum Narodowym w Warszawie.

    Docieramy do kolejnego etapu naszej podróży. W Kruszynianach znajduje się najstarszy w Polsce muzułmański meczet drewniany z XVIII wieku. Kruszyniany i Bohoniki należy, moim zdaniem, zwiedzać w komplecie. Wtedy można poznać nieco historii i tradycji polskich Tatarów. Według legendy, okoliczne ziemie zostały nadane żołnierzom chorągwi tatarskich za uratowanie życia królowi Janowi III Sobieskiemu w bitwie pod Parkanami w 1693 roku. Prawda jest, zapewne, o wiele bardziej prozaiczna. Pustki w skarbie państwa spowodowały, że król, w zamian za zaległy żołd nadał tatarskim wojownikom z oddziałów walczących po stronie Rzeczypospolitej ziemię w kilkunastu królewskich wsiach. I tak, od roku 1679 spotykają się tutaj trzy kultury, trzy obrządki religijne: katolicyzm, prawosławie i islam. Pan przewodnik Dżemil Gembicki w sposób humorystyczny opowiada o tym, co jest jak najbardziej ważne i poważne. O tym, że w tej, ukrytej w puszczańskich ostępach wsi ludzie się szanują, są dobrymi sąsiadami, tolerują wzajemnie swoje poglądy i przekonania. A przede wszystkim wzajemnie sobie pomagają, bez względu na wyznanie. Pan Dżemil żartuje nawet, a może to wcale nie żart, że ich dzieci mają najwięcej laby w całym kraju. Bo gdy święta mają, dajmy na to, prawosławni, to i tak zwalnia się całą klasę z lekcji.

    Przewodnik opowiada nam o meczecie, wskazuje i nazywa ważne miejsca dla islamskiej świątyni. W Kruszynianach i Bohonikach siedzimy na podłodze wyłożonej kolorowymi miękkimi dywanami, na ścianach wiszą zdjęcia meczetów z całego świata, a także fragmenty ze świętej księgi Koranu. Dowiadujemy się niezwykle ciekawych rzeczy, między innymi tego, że to właśnie Tatarom zawdzięczają Polacy powstanie tradycji ułańskich. Ułan to był tytuł młodzieży wywodzącej się z tatarskiego rodu książęcego. Na przełomie XVI i XVII wieku utworzono z niej na Litwie chorągiew tatarską zwaną „ ułańską”, od której w późniejszym okresie przyjęto nazwę słynnych polskich formacji wojskowych. W Bohonikach o meczecie opowiada nam pani przewodnik. Tutaj, zapewne ośmieleni już pewną wiedzą, zadajemy więcej pytań: o kulturę, tradycje, obchodzenie świąt. Nasza ciekawość zostaje w pełni zaspokojona.

    Syci wrażeń udajemy się w drogę powrotną do hotelu. Z okien autokaru podziwiamy złote hełmy cerkwi św. Aleksandra Newskiego w Sokółce, a także osobliwość w Krynkach. Akurat w tej miejscowości nie robimy tego, co na Podlasiu się robi, czyli podziwia się naturę, ale skupiamy się na rzeczy wytworzonej przez człowieka. Bo to właśnie Krynki posiadają największe rondo w Polsce. Wychodzi z niego aż dwanaście ulic, a pośrodku jest rynek. Fakt, że rondo w Krynkach jest największe w Polsce to nie wszystko. Takie samo gwiaździste rondo znajduje się w Paryżu z Łukiem Triumfalnym w samym środku. Tak oto mała podlaska miejscowość, tuż przy granicy z Białorusią uplasowała się na drugim miejscu w Europie, posiadając tak wielką konstrukcję architektoniczną.

    Dziękuję Wam, Kochani, że zgodnie z moją prośbą, byliście bardzo dobrze zorganizowani, nikt się nie spóźniał, nie narzekał, zadawaliście ciekawe pytania naszym przewodnikom. Poza tym, znając niemal cały świat, umiecie docenić każde piękno, urok nawet takich małych miejscowości. Potraficie też docenić, że wycieczki organizuje się z myślą o Was i dla Was. Ileż już wspaniałych miejsc zwiedziliśmy i zobaczyliśmy wspólnie, dzięki między innymi wycieczkom zjazdowym! Dziękuję również Agacie z Gdańska, która troskliwie zajęła się Gałganem. Był bardzo zadowolony, a przecież groziła mu całodzienna samotność w pokoju hotelowym.

    Rodzinnie, elegancko, smacznie …

    Zasiadanie przy wspólnym stole i ucztowanie ma w naszym kraju przebogatą tradycję. Tak jak dawniej, tak i teraz nie chodzi li tylko o zaspokojenie głodu. Ważne jest, aby w tym codziennym zabieganiu zatrzymać się, zwrócić uwagę na drugiego człowieka. Ktoś, kiedyś powiedział, że jedzenie w samotności pozbawione jest zupełnie smaku. Chociaż nasze spotkania mają, w zasadzie, charakter turystyczny, to jednak przywykliśmy do tego, aby strojem, fryzurą, panie też makijażem podkreślić wyjątkowość oraz uroczystość wspólnego biesiadowania. W piątkowe popołudnie hotelowe żelazko było bardzo pożądanym przedmiotem.

    Kolację przygotowano zgodnie z naszymi wcześniejszymi ustaleniami, zadbano o to, żeby było elegancko i profesjonalnie. Mogliśmy posmakować regionalnych specjałów – kartaczy oraz babki ziemniaczanej. Jadło było, jak już wspomniałam wcześniej, tylko dodatkiem do naszego spotkania, miłych rozmów, uśmiechów, życzliwości, a przede wszystkim bliskości. Przecież po to się spotykamy. Aby być razem, czuć się dobrze w swoim towarzystwie, chcieć wracać do przyjaciół.

    Wędrówki po Podlasiu

    W sobotę, po śniadaniu uczestnicy zjazdu rozjechali się po okolicy. Grupa w składzie: Ludmiła i Agnieszka z Wrocławia, warszawiacy – Bożenka i Zbigniew, a także Mirella, Mariusz, Madzia, Ania i Bogusia dwoma samochodami pojechała do Tykocina. Posłużę się moim wycieczkowym konspektem i dołączę garść informacji o tym miejscu. Położenie Tykocina na pograniczu Mazowsza i Podlasia sprzyjało rozwojowi miasta. Gród ma bardzo bogatą historię. Rozwinął się z osady podgrodowej na styku Mazowsza i Wielkiego Księstwa Litewskiego w miejscu przeprawy przez Narew skracającej szlak handlowy prowadzący z Połocka i Wilna w kierunku Poznania i Krakowa. Tykocin, podobnie jak Knyszyn, stał się ulubionym miejscem pobytu króla Zygmunta Augusta. Były to tereny wpływów rodu, z którego pochodziła jego druga żona Barbara Radziwiłłówna. Dziś Tykocin to małe miasteczko, leżące z dala od głównych arterii i ośrodków, w czasach Zygmunta Augusta stanowiło swoisty pępek świata, a zamek był największą twierdza na ziemiach polskich. Tutaj został umieszczony arsenał Rzeczypospolitej, skarbiec ( między innymi słynne arrasy ) oraz biblioteka królewska. Ciekawostką jest to, że w 1661 roku Tykocin otrzymał, za zasługi dla Rzeczypospolitej, nie kto inny, a hetman Stefan Czarniecki. Odbudował zamek, zniszczony podczas potopu szwedzkiego. Wcześniej, w latach 1611 – 1632 zamek został, na polecenie króla Zygmunta III Wazy, rozbudowany pod kierunkiem starosty tykocińskiego Krzysztofa Wiesiołowskiego herbu Ogończyk. Dzieje zamku są przebogate. Całkowicie zniszczony podczas dziejowej zawieruchy wojennej, został zbudowany od podstaw, jest w rękach prywatnych, obecnie to muzeum, restauracja i hotel. Z zewnątrz robi imponujące wrażenie, a wnętrza zwiedzę, kiedy wybiorę się w tamte strony na dłuższy pobyt. Odbudowa trwała przez wiele lat, właściwie zamek nadal jest rekonstruowany według starych planów, które zostały odnalezione w Petersburgu i Moskwie. Ważną informacją, godną zapamiętania jest to, że na zamku w Tykocinie 1 listopada 1705 roku król August II Mocny ustanowił Order Orła Białego, najstarsze i najważniejsze polskie odznaczenie. Na rynku w Tykocinie podziwiać można pomnik hetmana Stefana Czarnieckiego, który ustawiony tam w 1763 roku uznawany jest za najstarszy świecki pomnik w Polsce. Zwiedzamy jedną z najlepiej zachowanych w Europie, drugą co do wielkości w Polsce,

    siedemnastowieczną synagogę tykocińską, usytuowaną przy ulicy Koziej. W latach 2016 – 2018 budowla przeszła kompleksowy remont, a jej wyposażenie i kolekcja judaików imponuje nawet wybitnym znawcom tematu. Pojedyncze bilety wstępu są dość drogie, ale zniżka przysługuje pięcioosobowej grupie, w składzie której jest dziecko. Madzia z Grudziądza zgadza się zostać naszym bonusem, płacimy za bilety po dziesięć złotych. Po zwiedzaniu jest czas na lody, a także na zakupy podlaskich specjałów – mrowiska i sękacza.

    Pełno było Żółtowskich na podlaskich szlakach w to piękne sobotnie przedpołudnie. W Tykocinie spotkaliśmy Agatę i Tomka z Gdańska, ci z kolei w Białymstoku natknęli się na Kamilkę, Marcina, Filipka, Wojtusia i Ksawerego. Po obejrzeniu Pałacu Branickich młodzież chciała zwiedzić stadion „ Jagiellonii” Białystok. Okazało się to jednak niemożliwe, bo w weekendy odbywają się mecze i na stadion wchodzić nie można. Zapalony kibic Filipek korzysta z okazji i kupuje sobie koszulkę klubową. Ma już w swojej kolekcji kilka różnych z nazwami piłkarskich drużyn.

    Nawet taki krótki pobyt na Podlasiu pozwolił nam poczuć jego wielokulturowość. Zwiedziliśmy monaster, dwa meczety, synagogę, a także kościoły w Choroszczy i Tykocinie.

    Popołudniowe sobotnie spotkanie

    To już stało się tradycją, że na zjazdach odbywają się prelekcje związanych z danym regionem osób. Jakiś czas temu, Rafał skontaktował się z Urzędem Gminy w Choroszczy. Otrzymałam stamtąd wiele materiałów, niezbędnych do zaplanowania wycieczki. Okazało się również, że może się z nami spotkać wieloletni prezes Towarzystwa Przyjaciół Choroszczy, gdyż taka właśnie organizacja od 1979 roku funkcjonuje na terenie miasta i gminy. W sobotnie popołudnie przybywa do nas pan Józef Waczyński wraz z małżonką, a także pan Tomasz Adamski. Zdjęcia jego autorstwa, z informacją o spotkaniu ze Związkiem Rodu Żółtowskich ukazały się na stronie internetowej stowarzyszenia. Z zainteresowaniem słuchaliśmy gawędy pana Józefa związanej z historią Choroszczy, która sięga roku 1437. Położenie miejscowości na pograniczu Korony i Litwy sprzyjało jej rozkwitowi, rozwijało się rolnictwo, rybołówstwo, handel.

    Najważniejszym zabytkiem miasta jest letnia rezydencja Branickich, pałac, który przeszedł różne koleje losu, obecnie odbudowany i gruntownie odnowiony jest siedzibą Muzeum Wnętrz Pałacowych. Kim byli Jan Klemens i Izabela Braniccy?

    Hetman, wiadomo – ogromne zasługi wojenne w obronie Rzeczypospolitej. Ale zainteresowała mnie postać jego żony – Izabeli z Poniatowskich Branickiej. Jak na ówczesne czasy była ona nie tylko wielką panią i wpływową magnatką, lecz także mecenaską kultury, animatorką życia towarzyskiego, patronką oświaty, opiekunką ludu, administratorką rozległych dóbr, fundatorką kościołów ( między innymi w Tykocinie, Goniądzu i Dolistowie), a także szkół, przytułków, placówek medycznych. Była postacią wybitną – postępową, pracowitą i przedsiębiorczą. Jak pisano o niej: „ to głównie ona kształtowała atmosferę i poziom życia białostockiej siedziby magnackiej, odciskając na niej liczne znamiona swojej myśli, gustu i wielkiej kultury, otwartej na pozytywne wpływy europejskie, a jednocześnie bliskiej najlepszym polskim dworom, polskiej tradycji i sercu. W czasie małżeństwa, i o wiele dłużej, po śmierci hetmana, Izabela usilnie dbała o pomyślność miasta, wnosząc w jego życie cenny i trwały wkład, dziedzictwo własnej niepospolitej osobowości”

    Szczególnie hucznie obchodzone były imieniny oraz urodziny Jana i Izabeli Branickich, właśnie w rezydencji w Choroszczy. Spotykała się tu ówczesna elita Rzeczpospolitej – inteligencja, pisarze, poeci, artyści, a nawet dwaj koronowani władcy – August III Wettyn i brat Izabeli Stanisław August Poniatowski. Sporo uwagi poświęciłam Pani z pałaców w Białymstoku i Choroszczy, ale postać ta zasługuje na prawdziwe uznanie oraz żywą pamięć. Jej niezwykle bogata działalność stanowi bowiem piękną kartę w dziejach kultury polskiej i niezaprzeczalny dowód na istotną rolę, jaką odegrały w niej kobiety. A mimo tego, że za swego życia była sławiona, nawet przez współczesnych jej sławnych poetów, została zupełnie zapomniana.

    Wracając do opowieści pana Józefa Waczyńskiego, przybliża on nam zakres działalności Towarzystwa Przyjaciół Choroszczy. Są to głównie uroczystości religijno – patriotyczne, kultywowanie chlubnych tradycji historycznych regionu, rozwijanie jego kultury, promocja tak zwanej „ Małej Ojczyzny”, upamiętnianie i oznakowanie Miejsc Pamięci Narodowej, szczególnie dotyczących walk na tym terenie w czasie powstania styczniowego, ratowanie zabytków architektury, współorganizowanie corocznych Dni Choroszczy.

    Bardzo dziękujemy panu Józefowi Waczyńskiemu za to, że zechciał przybyć do nas w to sobotnie popołudnie i tak ciekawie opowiedzieć o regionie, w którym zorganizowaliśmy nasze zjazdowe spotkanie. Wymieniamy się upominkami, otrzymujemy wiele cennych materiałów o Choroszczy, a pana prezesa obdarowujemy gadżetami z Ogończykiem oraz najnowszym numerem Kwartalnika.

    Przy ognisku zasiadły wspomnienia …”

    Przy wieczornym ognisku zasiedliśmy przede wszystkim my – Żółtowscy. Nie dość nam było jeszcze spotkań i rozmów. Pani właścicielka ośrodka chyba nas polubiła, bo nieodpłatnie przekazała nam drewno na ognisko, a my własnym pomysłem zaaranżowaliśmy „ stoliczku, nakryj się”. Zupełnie spontanicznie, ale, jak zwykle u nas – rodzinnie, wesoło i fajnie. Nie chce się wracać do pokojów, ale przecież następnego dnia czeka nas powrót do domów i wiele kilometrów do przejechania. Kiedy wracam ze spaceru z psem, zagadują mnie uczestnicy wycieczki z Wielkopolski, którzy też mieszkali w „Sosnowym Zaciszu” i od razu jak tylko zobaczyli Gałgana, stali się jego wielbicielami. Pytają o to, kim my jesteśmy, jaka to wycieczka. I się zaczyna! Opowiadam o Związku Rodu Żółtowskich, o początku, historii, zjazdach, wizycie w Watykanie, o stronie internetowej, o Kwartalniku. Słuchają z zapartym tchem, są pełni uznania dla naszej inicjatywy, działalności, zapale i zaangażowaniu. Jestem dumna z tego, że mogę być członkiem tak niezwykłego stowarzyszenia.

    Byliśmy już wszędzie!

    Kiedy dopasowałam nazwy miejscowości, w których odbyły się Zjazdy, do województw, okazało się, że byliśmy we wszystkich szesnastu dzielnicach administracyjnych naszego kraju. Jak wynika z zestawienia, najbardziej przypadło nam do gustu województwo kujawsko – pomorskie. Byliśmy tam aż sześciokrotnie, dalej uplasowały się województwa wielkopolskie oraz mazowieckie – po cztery zjazdy, dwukrotnie spotkaliśmy się w województwach: łódzkim,, podlaskim, pomorskim, zachodniopomorskim i warmińsko – mazurskim. Pozostałe, to jest: świętokrzyskie, lubelskie, dolnośląskie, małopolskie, opolskie, lubuskie, śląskie i podkarpackie odwiedziliśmy tylko raz.

    Nie mogą być, moim zdaniem, zjazdy tylko w centrum Polski, bo, niby, wszyscy mają blisko. Ideą naszych spotkań jest obok, niewątpliwie ,ważnej funkcji, zacieśniania więzów rodzinnych, także poznawanie geografii, historii, tradycji oraz teraźniejszości różnych zakątków naszej pięknej ojczyzny. Niektórzy z nas nie bacząc na wszelkie trudy związane z wiekiem, ze zdrowiem, et caetera, przyjechaliby na zjazd nawet gdyby odbywał się on na końcu świata. Niektórym to i sto kilometrów jest za dużo. To nie jest kwestia ani odległości, ani braku czasu, ani finansów. To sprawa mentalności. Jadę na Zjazd, bo chcę się spotkać z ludźmi, których znam od wielu lat, których lubię, cenię. Uwielbiam być Żółtowską/Żółtowskim i z dumą noszę to nazwisko.

    Do zobaczenia …wkrótce!

    Mam nadzieję, że rok szybko minie i będziemy się zbierać na kolejne spotkanie Żółtowskich. Niewątpliwie w jakimś ciekawym miejscu, które będzie fajnie zobaczyć, zwiedzić, opisać. Myślę, że w pierwszą niedzielę października zjedziemy silną grupą na mszę do Mochowa, na pewno zobaczymy się jeszcze w ciągu tego czasu międzyzjazdowego, albo na posiedzeniu zarządu, albo na oglądaniu ośrodka na kolejne zjazdowe spotkanie.

    Afroamerykańska poetka i pisarka Maya Angelou stwierdziła: „ Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.” Czas spędzony z Wami, kolejne spotkanie to nie było zwykłe oddychanie, to były chwile zapierające dech w piersiach!

    Pozdrawiam serdecznie

    BOGUSIA z BIAŁEJ

  • Jeszcze

    W barwy wieczoru

    Ubrana przyszłość

    Lekki niepokój

    gdzieś w sercu zasiany.

    Mówią – jeszcze droga daleka

    i wiele zakrętów nieznanych.

    To prawda.

    Jeszcze słońce wiele razy

    piasek rozgrzeje

    Świeże wiśnie z drzewa

    rwać będziemy

    I pług ostry prowadzić

    w koleinach życia

    Jeszcze wiele razy.

    Jeszcze wiele razy…

    To prawda.

    MAREK z POZNANIA

  • MARZENIE

    Chciałabym słyszeć szum oceanu,

    Wyciągać ręce ku tęczy,

    Móc przejść przez życie z pełnym uśmiechem

    Głowy bólem nie męczyć.

    Chciałabym gasić świece wieczorem,

    Zaciągać ciężkie kotary,

    Nie dzielić Ciebie ze światem okrutnym,

    Miłość skrywać wspaniałą.

    Dotknij mnie lekko rzęsą o rzęsę

    Tchnij we mnie życie na nowo.

    Oddam Ci siebie w zwiewnej sukience

    I z rozczochraną głową.

    ALEKSANDRA KOSIŃSKA

  • Życzenia Świąteczne

    Niech Święta Wielkanocne

    przyniosą nadzieję na lepsze jutro i miłość w sercach.

    Życzymy wesołych, zdrowych, szczęśliwych świąt,

    kolorowych pisanek i wesołego śmigusa- dyngusa.

    Prezes Związku

    oraz członkowie zarządu

  • UZDRAWIAJĄCA MOC ŚWIĄTECZNEJ KARTKI

    Wiosna otula nas

    płaszczem z kwiatów,

    znak, że Wielkanoc nadchodzi.

    W serca wstępuje

    radość, nadzieja

    a smutek

    wraz z zimą odchodzi.

    Dzieląc się jajkiem

    w te piękne święta,

    życzymy samych radości.

    Niech będzie zdrowie,

    niech będzie szczęście.

    Dobrobyt niech u Was zagości.

    Teksty w podobnym tonie i treści można zaleźć na kartkach świątecznych. Ten ułożyłyśmy razem z moją córką Anią, właśnie na potrzeby pisania wielkanocnych życzeń do rodziny i znajomych.

    Wydobyte z lamusa

    Nie wiadomo dokładnie, kiedy to się zaczęło. Jedno jest pewne – wysyłanie świątecznych kartek ma bardzo długą tradycję. Jeśli zaś chodzi o sam początek, teorii jest wiele. Można znaleźć informacje, że prekursorem tego zwyczaju był Włoch Nicolo Monte Mellini, a premiera miała miejsce w 1709 roku. Inne źródła podają, że oficjalnym wynalazcą drukowanej kartki świątecznej był londyńczyk Henry Cole i, że to on w 1843 roku razem ze swoim przyjacielem, malarzem Johnem Callcottem Horsleyem ( tu czasem pojawia się nazwisko innego ilustratora Thomasa Sturrocka ) stworzył pierwszą świąteczną pocztówkę. Cole szukał podobno sposobu, by nie pisać ręcznie wielu listów do rodziny i znajomych, ale jednocześnie zależało mu, aby obdarować swoich bliskich czymś wyjątkowym, osobistym. I właśnie tak miał powstać ten pierwszy egzemplarz.

    Do Polski kartki świąteczne dotarły pod koniec XIX wieku. W 1900 roku został nawet ogłoszony konkurs na nazwę tej formy przekazywania sobie korespondencyjnie życzeń. Nadesłano wiele propozycji, wśród nich takie jak: „ liścik”, „ listówka”, „ otwartka”, „ pisanka”, „ niezalepka”, „ bezkopertka”, „ otwartolist”. Ostatecznie wybrano jednak „ pocztówkę”, zgłoszoną podobno przez samego… Henryka Sienkiewicza.

    Renesans świątecznej kartki – oby!

    Jeszcze na początku XX wieku w Polsce wyprodukowano około 5 milionów świątecznych kartek. Każdy kolejny rok przynosi spadek ilości wysyłanych kartek, ostatnie lata to niemal zanik tej pięknej tradycji. Świąteczne kartki, otrzymane od rodziny i przyjaciół, były znaczącym elementem świątecznych dekoracji. Eksponowano je na honorowym miejscu, czytano z wielkim pietyzmem, uważano za symbol bliskości i pamięci. Niestety, obecnie skrzynki pocztowe przed świętami są puste. Co najwyżej można w nich znaleźć reklamy, rachunki lub pisma urzędowe. Każda z tych kategorii nie jest niczym przyjemnym. Zamiast pięknych, barwnych kartek, które z radością wyjmowaliśmy ze skrzynki niemal przez cały grudzień, mamy życzliwość i pamięć elektroniczną. W dniu Wigilii wiadomościami wypełnia się nasza skrzynka w telefonie. Odsłuchujemy i odczytujemy kolejne życzenia, często niemal „ urzędowe”, wysyłane automatycznie, bo nadawca wybiera w telefonie opcję „ wyślij do wszystkich”. I na takie sztampowe życzenia, nie niosące ze sobą nawet iskierki indywidualizmu, przychodzi nam odpisywać, często też automatycznie, bo wciskając przycisk: „ odpowiedz”, w pośpiechu, między śledziem a karpiem, nie pozostajemy dłużni – odsyłamy jakąś formułkę. Czy więc takie życzenia cieszą, wzruszają, podkreślają świąteczną atmosferę? Uważam, że nie mają one nic z magii i uroku świąt.

    Inna sprawa ma się z tradycyjną świąteczną kartką. Trzeba ją pieczołowicie wybrać, już na tym etapie myśląc o adresacie – Czy mu się spodoba? Czy trafi w jego gust?

    Następnie, pisząc do kogoś tekst życzeń, skupiamy się na tej osobie, na tym, co chcemy jej, chociaż w krótkich zdaniach, powiedzieć. W pewnym sensie w momencie pisania jesteśmy z tymi, do których kierujemy nasze słowa. Dzięki temu życznia stają się zdecydowanie bardziej osobiste niż wysyłane masowo wiadomości SMS lub MMS ( te drugie dopiero od niedawna mogę odczytywać na moim nowiutkim smartfonie). Kartka z życzeniami ma również tę przewagę, że nie da się jej skasować czy przeoczyć w natłoku wiadomości. Jest czymś namacalnym. Własnoręcznie napisana kartka świąteczna ma, niewątpliwie, wygląd, barwę, cieszy oko. Czasem ma zapach, przyjemny aromat świąt. Może mieć nawet smak, bo kiedyś, wraz ze świąteczną kartką, otrzymałam od mojej przyjaciółki dwa makowce ( bo ona umie piec, a ja nie ).

    Wiadomo, nie każdy czuje się na siłach, żeby pisać na kartkach długo i potoczyście. Ale już kilka przyjaznych słów, dowodów pamięci i serdeczności, nawet dopisanych na kartce z gotowym tekstem, sprawia, że adresat ciepło myśli o nadawcy. Doceniamy czas i wysiłek włożony w kupienie, napisanie oraz wysłanie kartki, zwracamy uwagę na osobisty wymiar, a także na to, że jesteśmy dla osoby, od której otrzymaliśmy kartkę na tyle ważni, że poświęciła nam swój czas.

    Różne są symbole związane ze świętami Bożego Narodzenia oraz Wielkanocy. Dla mnie do najważniejszych zwyczajów należy wysłanie kartek świątecznych, a potem czekanie na listonosza i, z radosnym biciem serca, otwieranie skrzynki pocztowej. Każda otrzymana świąteczna kartka jest już dla mnie świętem! Najbardziej sumiennym i systematycznym w kultywowaniu tradycji wysyłania kartek świątecznych jest Zbigniew z Warszawy. Od kilkunastu lat, kiedy czytam życzenia z kartki przysłanej przez Zbigniewa, wiem, że święta są już blisko.

    Gdy biją rezurekcyjne dzwony…

    Powstała niezliczona ilość wierszy związanych z najważniejszymi dla Polaków świętami – Bożym Narodzeniem oraz Wielkanocą. Mnie najbardziej urzekł utwór pod tytułem „ Wielkanoc”napisany przez Jana Lechonia. Dedykuję ten wiersz wszystkim tym, którzy będą czytać ten tekst, życząc, aby tegoroczne święta były czasem przeżytym z radością i siłą, którą daje budząca się wiosna oraz bliskość Rodziny. Życzę Wam optymizmu, dużo Wiary, Nadziei i Miłości, realizacji planów i marzeń – tych mniejszych i tych całkiem wielkich. Posługując się słowami klasyka, Bułata Okudżawy: „ Panie, ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak…”.

    WIELKANOC

    Droga, wierzba sadzona wśród zielonej łąki,

    Na której pierwsze jaskry żółcieją i mlecze.

    Pośród wierzb po kamieniach wąska struga ciecze,

    A pod niebem wysoko śpiewają skowronki.

    Wśród tej łąki wilgotnej od porannej rosy,

    Drogą, co święto szli ludzie ze śpiewką

    Idzie sobie Pan Jezus wpółnagi i bosy

    Z wielkanocną w przebitej dłoni chorągiewką.

    Naprzeciw idzie chłopka. Ma kosy złociste,

    Łowicka jej spódniczka i piękna zapaska.

    Poznała Zbawiciela z świętego obrazka,

    Upadła na kolana i krzyknęła: „ Chryste!”

    Bije głową o ziemię z serdeczną rozpaczą,

    A Chrystus się pochylił nad klęczącym ciałem

    I rzeknie: „ Powiedz ludziom, niech więcej nie płaczą,

    Dwa dni leżałem w grobie. I dziś zmartwychwstałem”.

    Pozdrawiam serdecznie i świątecznie

    Bogusia z Białej

  • ODESZLI

    11 stycznia 2023 roku zmarła

    śp.

    NATALIA ŻÓŁTOWSKA

    ze Skierniewic

    urodzona 27 lipca 1932 roku w Warszawie.

    Pochowana została w Skierniewicach na cmentarzu komunalnym 13 stycznia br.

    Wyrazy współczucia Jarosławowi, Jolancie i Rafałowi oraz pozostałej rodzinie składają, Prezes Związku Rodu Żółtowskich oraz członkowie zarządu.

  • ROZMOWA Z KALINĄ Z ŻÓŁTOWSKICH NOWACKĄ Z TORUNIA

    Kalinko, podobnie jak wszystkich moich rozmówców pytam , kiedy pierwszy raz pojawiłaś się na zjeździe Związku Rodu Żółtowskich i kto Cię zaprosił?

    Pierwszy raz pojawiłam się na XVII zjeździe w Księżych Młynach 21 maja 2008 roku. Były wybory nowych władz i od razu weszłam do zarządu. Zebranie prowadził Wojciech z Warszawy, a zgłosił moją kandydaturę Wacław z Łodzi. Muszę zaznaczyć, iż Wacław mnie bardzo wspierał.

    O istnieniu Związku Rodu Żółtowskich wiedziałam dużo wcześniej. W kwietniu 1994 roku otrzymałam wiadomość ze Skierniewic o istnieniu Związku oraz zaproszenie. Nosiłam się co roku z zamiarem przyjazdu, lecz miałam różne zawirowania życiowe, które nie pozwalały mi na wcześniejsze uczestnictwo.

    Pierwsze wrażenie… Z jakimi emocjami wróciłaś do domu?

    Przyjechałam na zjazd z Jurkiem i wnukiem Barnabą, synem mojej córki Izy, ucznia gdyńskiego gimnazjum. Pamiętam, że jechaliśmy długo przez las, bowiem nasz ośrodek położony był w przepięknym lesie sosnowym. Byliśmy serdecznie przywitani przez Wacława i Rafała. Barnabą zajęli się, Karol z Olsztyna i Malwina z Wrocławia. Bardzo był zadowolony ze spotkania z młodzieżą, tak bardzo, że postanowił przyjechać na następny zjazd. Jeśli chodzi o mnie, wrażenie odniosłam pozytywne tym bardziej, że włączyłam się od razu w działalność związku, ale też spotkałam wspaniałych Żółtowskich. Czekałam na uroczystą kolację i na tańce. I nie zawiodłam się tańce były, a jakże! Na parkiecie prym wiodły Ela z Mirellą, i ja do nich dołączyłam! Do domu wróciłam z postanowieniem, że co roku będę uczestniczyć w zjazdach. Jurek i Barnaba też się niezwykle wspaniale czuli wśród Żółtowskich.

    Pochodzisz z patriotycznej rodziny. Proszę, abyś przybliżyła jej historię …

    Ojciec, Józef Żółtowski urodził się 6 stycznia 1907 roku w Budach Korzeńskich k. Gostynina. W czasie wojny działał w Armii Krajowej pod ps. „Ziuk”. Uczestniczył i dowodził z sukcesem wieloma niebezpiecznymi akcjami przeciwko Niemcom. Posiadał magazyn broni i karabin maszynowy. Udało mu się uniknąć wpadki i aresztowania. Był bardzo odważny, ale i ostrożny, bowiem posiadał rodzinę – żonę i pięć córek. Po wojnie należał do Ruchu Oporu Armii Krajowej ps. „Szczerba”. Po zakończonej wojnie rodzice założyli restaurację w Gąbinie na Starym Rynku i wspólnie ją prowadzili, aż do aresztowania taty 16 listopada 1946 roku. Zabrano go do UB w Gostyninie, skąd trafił do więzienia w Płocku. Przesłuchiwano go przez 10 miesięcy, aż do procesu w sierpniu 1947 roku, gdzie został uniewinniony. Trzeba dodać, że zarówno podczas przesłuchania i pobytu w więzieniu poddawany był okrutnym torturom, ale nigdy nikogo ze współtowarzyszy podziemia nie wydał. Nie dano mu spokoju, wznowiono ponownie proces i tym razem został skazany na 10 lat więzienia. Chcąc uniknąć aresztowania zaczął się ukrywać. Za ojcem został rozesłany list gończy przez wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie z kwietnia 1949 roku. Wydany przez ormowca w noc sylwestrową 1949, ponownie został aresztowany i skazany na 6 lat, by ostatecznie usłyszeć wyrok skazujący go na 10 lat więzienia od 9 października 1950 roku. Zwolniono go po czterech latach okrutnego więzienia, chorego i poobijanego, a było to 26 marca 1954 roku. Miał 47 lat. Wkrótce trafił do szpitala, gdzie z przerwami przebywał, aż do śmierci – 16 maja 1956 roku. Miał tylko 49 lat. Policzyłam dni spędzone przez Tatę w szpitalach po wyjściu z więzienia w Polsce Ludowej – 424 dni na dwa lata życia. Pochowany został na cmentarzu w Gąbinie. W latach dziewięćdziesiątych starałam się o unieważnienie wyroku . Odbyło się to 23 czerwca 1992 roku w Sądzie Wojewódzkim w Płocku, który stwierdził nieważność wyroków wydanych wobec mego Ojca Józefa Żółtowskiego, represjonowanego za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego. Tato pośmiertnie został odznaczony Orderem Męczeństwa i Zwycięstwa dla Represjonowanych od 1939 do 1989 roku za Walkę o Polskę Wolną i Sprawiedliwą.

    A Ty, jako małe dziecko, co zapamiętałaś z tamtych trudnych czasów ?

    Zapamiętałam dzień aresztowania taty. Było ciemno, gdy do drzwi naszego mieszkania ktoś zaczął głośno się dobijać. Wpadło kilku milicjantów w mundurach i po cywilnemu. Była to na pewno godzina 5 rano. Nas powyrzucano z łóżek, nie wolno było się ruszyć z miejsca, a oni plądrowali cały dom. Stałam przy Mamie i patrzyłam, jak robią rewizję. Wiadomo, w restauracji nawet małej, są różnego rodzaju zapasy, to wszystko zabrali, ale co najważniejsze zabrali mi Tatę. W tamtym czasie zapanował ogromny strach w mojej rodzinie. Zaczęły się częste rewizje. Dziwne to były pory – nad ranem, późnym wieczorem, w nocy, rzadko w dzień. Mamę aresztowano w 1950 roku, zostawiając nas najmłodsze: Krystynę , Kalinę i Zosię z babcią Martą. Dwie starsze córki: Sabina i Henryka były poza domem. Mama była przesłuchiwana o różnych porach dnia i nocy w siedzibie UB w Gostyninie. Przetrzymywana w zimnej piwnicy, zachorowała na zapalenie płuc. Po 11. dniach chorą, zwolnili. Nigdy nie chciała opowiadać jakie tortury przeszła. Bała się nam córkom opowiadać. A ja na widok milicyjnego munduru, czułam ogromny strach i lęk. Miałam problemy ze snem i normalnym funkcjonowaniem. Obrazy z przeszłości ciągle do mnie wracały. Pomógł mi później lekarz psychiatra mój mąż Henryk.

    Historia rodziny dla ciebie i sióstr, jest na pewno bardzo ważna?

    Dla mnie bardzo ważna. No może, moje cztery siostry ( Henia, Saba, Zosia, Krysia), jakby mniej się interesowały, co nie znaczy, że w ogóle. Właściwie liczyły zawsze na mnie, ponieważ to ja, wystąpiłam do sądu o unieważnienie wyroku naszego Taty, kultywuję jego pamięć i biorę udział w wydarzeniach związanych z uroczystościami upamiętniającymi bohaterów Gąbina i okolic. Prowadziłam drzewo genologiczne naszej rodziny, czyli Żółtowskich – Taty i Siedleckich – rodziny mojej mamy. Ciekawa jest historia rodziny mojego ojca. Otóż dotarłam do księgi z 1780 roku. Piąty Pradziad Bartłomiej był gajowym w Łącku. Ojciec taty Stanisław – czyli mój dziadek zakochał się w pięknej wdowie Weronice Robakowskiej – 37 lat z trojgiem dzieci ( Władysław, Roch i Antoni) i ożenił się z nią mając 23 lata. Urodziło im się dwoje dzieci – mój ojciec Józef i jego siostra Franciszka. Dziadkowie prowadzili duże gospodarstwo rolne. Moja babcia Weronika zmarła w 1925 roku, gdy ojciec miał 18 lat. Dziadek Stanisław, żenił się jeszcze dwa razy. Druga żona Weronika z Szałkiewiczów została postrzelona przez sąsiada i w wyniku ran postrzałowych zmarła. Po roku dziadek ożenił się po raz trzeci z Heleną Miłkowską. Pragnę nadmienić, że rodzeństwo przyrodnie mojego Taty, zwłaszcza Antoni Robakowski, mieszkał w Stanach Zjednoczonych i bardzo nas wspierał podczas pobytu naszego Taty w więzieniu. Zostaliśmy bez środków do życia. Mama jako żona wroga PRL–u nie mogła znaleźć zatrudnienia.

    Pewnie często odwiedzasz Gąbin? Jesteś z tym miastem szczególnie związana.

    Oj tak! Bardzo często. Gąbin, to ponad czterotysięczne miasteczko w powiecie płockim, woj. mazowieckim .Położone nad rzeką Nidą, w sąsiedztwie Wisły w odległości 100 km od Warszawy i tyle samo od Łodzi. Lubię przechadzać się uliczkami Gąbina. Przypominam sobie spędzone nasze z mamą i siostrami powojenne życie. To przecież moje rodzinne miasto i ono z każdym moim przyjazdem jest co raz piękniejsze. Odnowione są XVIII wieczne kamieniczki na Starym Rynku. Może nie każdy wie, że w Gąbinie w jednej z tych kamieniczek urodził się gen. Dywizji Wojska Polskiego, premier II RP (1936 -1939) , doktor medycyny Felicjan Sławoj Składkowski, który wsławił się rozporządzeniem stawiania ubikacji na polskich wsiach, które zaczęto nazywać sławojkami. Starsi , zapewne to pamiętają, lecz młodzi już nie bardzo kojarzą ten obiekt. Obecnie w tej kamienicy mieści się Muzeum Ziemi Gąbińskiej. Na cmentarzu parafialnym w Gąbinie znajdują się groby rodzinne. Pochowani są moi rodzice, najmłodsza siostra Zosia, która mieszkała w Stanach Zjednoczonych. W Polsce miała przeszczep serca, lecz nie udał się i w wyniku komplikacji zmarła. Zajęłam się jej pogrzebem. Jej mąż i dzieci przebywali w tym czasie za granicą. W Gąbinie mam dużo znajomych i trochę rodziny. Jestem członkinią Towarzystwa Miłośników Ziemi Gąbińskiej i zapraszana na wydarzenia patriotyczne i kulturalne. Zatrzymuję się w Koszelówce, blisko Gąbina u mojego siostrzeńca. Mam swój pokoik z widokiem na jezioro i las. Podczas jesiennych spacerów po lesie, przywożę dużo grzybów już ususzonych i zamarynowanych.

    Opowiedz jak potoczyły się Twoje losy?

    Po zdaniu matury nie poszłam na studia. W domu, z uwagi na brak Taty i niemożność stałego zatrudnienia Mamy, jako żony wroga narodu, była bieda i trudne warunki materialne. Musiałam pomóc mamie i poszłam do pracy. Zatrudnienie znalazłam w Stoczni Rzecznej w Płocku, jako księgowa. W stoczni pracowałam aż do ślubu z Henrykiem Nowackim. Historia mojego zamążpójścia też była interesująca. Otóż miałam dwóch kandydatów na wyjście za mąż i perspektywa wyjazdu za granicę do Francji lub Kanady, do czego usilnie zachęcała mnie moja mama. Ale ta przygoda z małżeństwem potoczyła się zupełnie inaczej. Henryk został młodym wdowcem z dwojgiem małych dzieci: Rafał – 9 miesięcy, a Piotr-3 latka. Jego żona Danusia zginęła tragicznie w wypadku samochodowym. Danusia była moją koleżanką i w dniu jej tragicznej śmierci przyśniła mi się. A ze snu wynikało, abym zaopiekowała się jej dziećmi. I tak wyszło, że nie wyjechałam za granicę, zostałam żoną Henryka i mamą małych chłopców. Mieszkaliśmy 11 lat w Braniewie. Henryk służył w wojsku i pracował jako lekarz psychiatra we Fromborku. W Braniewie pracowałam jako główna księgowa w PZU. Po wyjściu z wojska, mąż zrobił II stopień specjalizacji z dziedziny psychiatrii i dostał propozycję pracy w szpitalu w Oświęcimiu na oddziale psychiatrycznym, prowadzonym na styl zachodni. Po przeprowadzce do Oświęcimia nie podjęłam pracy zawodowej. Zajęłam się organizacją życia rodzinnego. Mieliśmy już trójkę dzieci. W 1969 roku przyszła na świat córka Iza. Była już nas spora gromadka. Zajęłam się edukacją dzieci, organizowałam rodzinne wyjazdy, rajdy rowerowe, wycieczki, tenis, łyżwy, narty. Sport był naszej w rodzinie na porządku dziennym. Do dziś dzieci mają nawyki sportowe. Kładłam dzieciom szczególny nacisk na naukę języków obcych, aby mogły bez barier językowych swobodnie poruszać się po całym świecie. Władają kilkoma językami obcymi. Z Oświęcimia przeprowadziliśmy się do Elbląga, z uwagi na objęcie przez Henryka stanowiska dyrektora w szpitalu psychiatrycznym we Fromborku. I tak w Elblągu mieszkałam przez 17 lat. Mąż zachorował i wkrótce w 1985 roku zmarł. Zostałam sama z trójką uczących się dzieci. Synowie studiowali, córka chodziła do liceum. Przeżyłam bardzo śmierć Henryka. Przepłaciłam to zdrowiem. Ale cóż, były dzieci, więc musiałam się skupić na ich wykształceniu. Podjęłam pracę, wykonując zlecenia księgowe, aby zdobyć dodatkowe środki finansowe na ich wykształcenie.

    Proszę, przedstaw nam Swoich bliskich…

    Jak już wspomniałam mam troje dzieci. Najstarszy Piotr jest lekarzem anestezjologiem, żona Katarzyna lekarzem stomatologiem. Mieszkają od kilkunastu lat w Anglii. Wcześniej pracowali na kontrakcie w Nigerii. Mają trzech synów: Piotra, Tomasza i Michała , którzy po skończonych studiach w Anglii przeprowadzili się do Polski, pracują i mieszkają we Wrocławiu. Drugi syn Rafał mieszka w Świeciu nad Wisłą i jest ginekologiem. Obecnie pracuje w Klinice im. Biziela na Oddz. Ginekologiczno – Położniczym w Bydgoszczy. Żona Danuta jest lekarzem stomatologiem. Posiadają dwoje dzieci, Mateusza i Zuzannę. Dzieci po studiach zamieszkały w Poznaniu. Najmłodsza córka Izabela jest psychologiem i mieszka w Gdyni. Nie udało jej się małżeństwo. Jest rozwiedziona. Ma trzech synów: Jeremiego, Barnabę i Tytusa. Jeremi po skończonych studiach w Krakowie zamieszkał z partnerką Włoszką w Niemczech . Pracuje w firmie Microsoft. Barnaba skończył Politechnikę w Gdańsku. Ożenił się. Żona Magdalena jest pielęgniarką . Mają synka Leona. Mieszkają i pracują w Gdańsku. Tak wiec jestem szczęśliwą prababcią Leona. Z kolei najmłodszy syn Izy Tytus uczęszcza jeszcze do gdańskiego liceum.

    W 2021 roku zostałaś uhonorowana medalem im. Michała Żółtowskiego za szczególne zasługi na rzecz Rodu Żółtowskich. Przez długie lata pełniłaś funkcję sekretarza ZRŻ. Czy to wyróżnienie było dla Ciebie ważne? Co najbardziej zapamiętałaś z pracy dla związku?

    Uhonorowanie mnie medalem im. Michała Żółtowskiego z Lasek jest dla mnie bardzo ważne! Medal jest wystawiony na honorowym miejscu i każdy, kto przekroczy próg naszego z Jurkiem mieszkania musi go zobaczyć. Pełniona przeze mnie funkcja sekretarza Związku wiązała się z dużą odpowiedzialnością. Starałam się ją wykonywać najbardziej sumiennie jak tylko potrafiłam. Odpowiadałam na każdą korespondencję . Szczególnie zapamiętałam przysłany list od pana Krzysztofa Ponińskiego ze Szczecina, nie związanego z Żółtowskimi, Dotyczył znalezionych przez niego w bibliotece jego ojca listów wnuka Jana Żółtowskiego pisane do dziadka Marcelego Żółtowskiego z Czacza z 1885 i 1886 roku w czasie jego pobytu na studiach w Kalksburgu. Dzięki uprzejmości udostępnienia ich przez pana Ponińskiego, są one drukowane na łamach naszego Kwartalnika. Dzięki tym listom możemy poznawać z jakimi problemami pod koniec XIX wieku zmagał się ówczesny student za granicą. I odwrotnie listy pisane były przez dziadka Marcelego do wnuka Jana. Poznajemy codzienne problemy rodzinne oraz wskazówki właściwego zachowania, nauki i wydatków finansowych dla wnuków Jana i Izia przez dziadka Marcelego.

    Co zdecydowało o Twojej zmianie miejsca zamieszkania na Toruń?

    Mieszkałam w Elblągu. W 1995 roku podczas pobytu w sanatorium w Ciechocinku poznałam Jerzego. Oboje już byliśmy wdowcami. I tak jakoś przylgnęliśmy do siebie. Jurek mieszkał w Toruniu. Jest wojskowym w stopniu pułkownika w stanie spoczynku. Pomimo, że byłam związana z Elblągiem, przeprowadziłam się do Torunia i tego nie żałuję! Pokochałam całym sercem to miasto i już nigdzie się nie mam zamiaru wyprowadzić. Tym bardziej, że blisko mam na Stare Miasto.

    Kalinka, cały czas w drodze, masz wiele pozytywnej energii. Skąd ją czerpiesz?

    Wcześniej wszystkim się zamartwiałam. W rodzinie byłam na każde zawołanie sióstr. Przejmowałam się nauką dzieci, czy zaliczą egzaminy. To wszystko mnie bardzo przytłaczało i stresowało. W końcu dzieci mi otworzyły oczy, że zamartwianiem nie zbawię świata. Mówiąc językiem młodzieżowym, zaczęłam olewać! Łatwiej żyć! Od dziecka uwielbiałam podróże. Sprzedawałam butelki, by móc autostopem z koleżankami podróżować po Polsce. Gdy pracowałam w stoczni, wzięłam pożyczkę, aby popłynąć Stefanem Batorym po Morzu Bałtyckim i Zatoce Fińskiej z zawinięciem do Helsinek i Leningradu. Dużo podróżowaliśmy z Henrykiem i dziećmi. Jurka też rozkręciłam. Często sama wyjeżdżałam, aby się odstresować od codzienności i naładować akumulatory. Podróże mnie nakręcają. Byłam kilka razy w Stanach Zjednoczonych u kuzynki Marzeny i siostry Krystyny. Zwiedziłam m.in. Grecję, Turcję, Maroko, Wyspy Kanaryjskie, Tunezję, Niemcy, Austrię, Włochy, Hiszpanię , Francję, Holandię, Czechy , Ukrainę i inne. Energię czerpię z podróży, nie ważne, czy bliskiej, czy dalekiej.

    Co Tobie daje siłę i co Cię nakręca?

    Muszę gdzieś pojechać…(śmiech!)

    Jakie czerpiesz przyjemności z życia codziennego?

    Proza życia codziennego także daje mi wiele radości. Przyjemność to kawiarnia, kino, spacer, dobra książka. Lubię umawiać się z koleżankami w kawiarni na ciastko i kawę u Sowy, a lody najlepsze u Lenkiewicza. Z kolei najlepsze torty są u Krzysia Rumińskiego, które zamawiam na różne rodzinne imprezy. Oczywiście przez Kalinę prawie wszystkie premiery filmowe muszą być zaliczone. Lubię, te nasze z Jurkiem codzienne rytuały- kawka po śniadanku plus ciastko z własnego domowego wypieku. A jakże, ja piekę i wszystkim smakuje! Potem idę z koleżanką na spacer po parku z kijkami, Jurek po południu, jak przeczyta poranną prasę. Mamy inne pory relaksu.

    Twoje hobby?

    Wiadomo podróże, jazda na rowerze, gra w tenisa, no i taniec w Ciechocinku (śmiech!), zbieranie buteleczek po perfumach. Mam już niezłą kolekcję ponad 150 sztuk. Miałabym więcej, gdyby nie przeprowadzki. Jestem karciara, gram w brydża, pokera, czasem z sąsiadami w tysiąca. Do koleżanki do Łowicza potrafię specjalnie pojechać, aby pograć w brydża z nią i jej siostrą. Jurek nie jest specjalne dobrym partnerem w brydża, gdyż przeważnie go ogrywam Nagminnie kupuję filiżanki, aby później je wydać w prezencie.

    Co byś przekazała młodemu pokoleniu?

    Żeby uczyli się języków obcych. Zdobyli wykształcenie. W życiu różnie bywa, majątek może strawić woda lub ogień, a to co ma się w głowie, nikt nie odbierze.

    Są miejsca do których wracasz?

    Do Gąbina, Braniewa i Fromborka. Jestem mile widziana i zapraszana do Fromborka, ostatniego miejsca pracy Henryka. Uczestniczyłam w jubileuszu 50. i 60 – lecia szpitala psychiatrycznego. Muszę nadmienić, że Henryka wychowankiem był Marek Balicki były Minister Zdrowia (2003 – 2005).

    Co Ci się udało?

    Udało mi się wychować i wykształcić dzieci. Był to trudny okres, Henryk chorował, pobyty w szpitalach , opieka domowa. Zmarł za wcześnie, zostawiając mnie z tyloma problemami. Nie pracowałam, ale nie poddałam się! Aby dorobić, wzięłam pracę na umowę zlecenie jako księgowa w harcerstwie i Modzie Polskiej. Dzieci wykształciłam i to mi się udało!

    Jakie wartości przekazałaś swoim dzieciom?

    Pracowitość, zorganizowanie, sport, porządki, nauka, podróże, języki obce no i oczywiście taniec. Dzieci świetnie tańczą ! Zaszczepiłam w nich zamiłowanie do czytania książek.

    Kalinko, a na koniec zapytam Cię o marzenia…

    Moim marzeniem jest, aby dokończyć genealogię rodzinną, którą zakończyłam na 1985 roku do śmierci Henryka . Mimo, że zmagam się z wieloma chorobami, nie poddaję się . Czasem zastanawiam się ile mam lat? A ja jeszcze przecież żyję i mam marzenia! Chciałabym jeszcze pojechać do Portugalii, Chorwacji, Szwajcarii, no i na Sardynię, którą mam obiecaną przez wnuka Jeremiego, skąd pochodzi jego dziewczyna. A co najważniejsze , że z Jurkiem wzajemnie się wspieramy, nie dajemy się i przemy do przodu!!! (śmiech)

    Kalinko dziękuję pięknie za ciekawą rozmowę i życzę dużo zdrowia oraz spełnienia podróżniczych marzeń.

    Elżbieta Żółtowska z Kutna